Mąż mnie nie kocha... Moje małżeństwo to gruzy...

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Caliope
Posty: 1938
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż mnie nie kocha... Moje małżeństwo to gruzy...

Post autor: Caliope » 13 paź 2021, 23:01

Ludzie się zmieniają, dlatego każdy nas jest interesujący. Jedni idą ze zmianą w dół, inni w górę, zmiany to rozwój. Dobrego rozwoju chcą ludzie którzy mają chęć na dobre zmiany i np. idą do psychologa po pomoc, a ci drudzy zmieniają się na gorsze i wywołują destrukcję.

Pavel
Posty: 3835
Rejestracja: 03 sty 2017, 21:13
Jestem: szczęśliwym mężem
Płeć: Mężczyzna

Re: Mąż mnie nie kocha... Moje małżeństwo to gruzy...

Post autor: Pavel » 14 paź 2021, 10:24

Avys pisze:
13 paź 2021, 12:10
Vertigo, Sarah, - skoro 2 Osoby tak się wypowiedziały to pewnie tak jest. Dziękuję Wam za zwrócenie uwagi.

Jeszcze co do mojego męża który nie żyje- od długiego czasu mam takie poczucie (o którym pisałam na forum już), że tutaj nie pasuję, bo „jest mi o wiele łatwiej, mąż nie zadaje mi ran”. Zapominam o cierpieniu które przeszłam i trudniej o empatię i pamięć o tym, że czas kryzysu to najgorszy czas w życiu. Wiem, że są tu osoby które przeszły kryzys, są już po a są bardzo pomocne. Ale one też dają przykład, że po kryzysie, nawet najgorszym da się dalej żyć razem i budować małżeństwo. To daje ogromną nadzieję i jest bardzo cenne!!!
Ja nie daję takiego przykładu i trudy budowania małżeństwa mnie omijają - co może być odczytywane jako „łatwo jej mówić i radzić, sama nie ma tego problemu”. Nie ma tutaj tak bardzo pomocnego tzw. „przedświadomego uniwersum”, gdzie podobieństwo sytuacji bardzo pomaga w poczuciu i nadziei, że będzie się zrozumianym.


Firletka, jeśli to Cię męczy to przepraszam i proszę Cię nie odpowiadaj na moje pytanie. Z góry dziękuję, bo to będzie dla mnie ważna informacja, żeby być bardziej uważnym i empatycznym w stosunku do ludzi.
To kwestia odbioru.
W moim odbiorze nie męczyłaś firletki, a merytorycznie i wystarczajaco subtelnie przedstawiałaś różnicę między uczuciami, które są w miłości ważne oraz są jej niezbywalną częścią, a postawą, decyzją, dojrzałą miłością, która jest czymś dużo więcej niż „teraz czuję”, „teraz nie czuję”.
Uczucia są zmienne z natury, gdyby miłość się do nich sprowadzała, przysięganie jej byłoby nielogiczne.

Na forum ten temat był podnoszony setki razy.
Są polecane konferencje, książki, które to świetnie tłumaczą.
Niektórzy wiedzą jednak lepiej, albo ze źródeł nie korzystają, albo to odrzucają jako niezgodne z aktualnym pojmowaniem, uczuciami, bazą danych (wykoślawioną, po sobie wiem jak bardzo).
I Ok, każdy ma wybór. Szkoda, ale jest jak jest.

Nie uważam natomiast, że powinnaś przepraszać za przywoływanie forumowego abecadła tylko dlatego, że ktoś to odrzuca lub nie rozumie.
To, że twój mąż nie żyje nie powoduje zmiany faktów. To tak, jakbym ja „stracił prawo” odzywania się, bo moja żona postanowiła wrócić. Przecież to absurd.
I wcale nie uważam, że tu nie pasujesz, twoje posty są W mojej opinii zdecydowanie wartością dodaną na tym forum.

Warto z kolei zauważyć, kiedy należy odpuścić, bo na dany moment to nie ma sensu.

Firletko, ja nie potrafię się w postach Avys doszukać elementów mówiących ci co masz czuć.
Może coś pominąłem, popraw mnie wtedy proszę.

Nawiazując do wypowiedzi ks. Dziewieckiego - kochać przysięgaliśmy, dobrowolnie i do grobowej deski. Natomiast sposoby okazywania tej miłości - to inna sprawa, w niemałej części zależna od współmałżonka i jego postawy.
"Bóg nie działa poza wolą człowieka i poza jego wysiłkiem.(...) Założenie, że jeśli się pomodlimy, to będzie dobrze, jest już wiarą w magię." ks. dr. Grzegorz Strzelczyk

Avys
Posty: 169
Rejestracja: 21 cze 2020, 8:31
Płeć: Kobieta

Re: Mąż mnie nie kocha... Moje małżeństwo to gruzy...

Post autor: Avys » 14 paź 2021, 11:37

Pavel,
Dziękuję.
Bardzo.


Wchodziłam wczoraj kilka razy na stronę sychar.org i tam jest m.in. link „Przysięga małżeńska i jej konsekwencje” i w innych miejscach na stronie Sycharu wielokrotnie pojawia się temat nieodwołalnej miłości małżeńskiej. Nie mówiąc już o słowach Jezusa w tej sprawie. Nawet nie wiedziałam, że ten temat był na forum tak często podnoszony w swej istocie, a co więcej wydawało mi się, że dla wszystkich Sycharków jest to „oczywista oczywistość” bo właśnie to stworzyło Sychar.

Poruszyła i umocniła mnie Twoja odwaga wypowiedzi.

vertigo
Posty: 213
Rejestracja: 30 mar 2018, 10:16
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: Mąż mnie nie kocha... Moje małżeństwo to gruzy...

Post autor: vertigo » 15 paź 2021, 10:45

Pavel, nie o kwestię odbioru tu chodzi, tylko o przekonywanie kogoś do katolickiej nauki o miłości małżeńskiej, nie uwzględniające, że ta osoba jest aktualnie w zupełnie innym "miejscu", jest w niej mnóstwo trudnych emocji, i pewnie nie jest teraz gotowa przyjęcie jej. Najpiękniejsze i najlepsze rzeczy można skutecznie zniechęcić nietrafnym przekazem.
Ludzie robią wszystko, aby siebie samych przekonać, że świat nie wygląda tak, jak wygląda naprawdę.

Ruta
Posty: 1625
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Mąż mnie nie kocha... Moje małżeństwo to gruzy...

Post autor: Ruta » 15 paź 2021, 17:23

vertigo pisze:
15 paź 2021, 10:45
Pavel, nie o kwestię odbioru tu chodzi, tylko o przekonywanie kogoś do katolickiej nauki o miłości małżeńskiej, nie uwzględniające, że ta osoba jest aktualnie w zupełnie innym "miejscu", jest w niej mnóstwo trudnych emocji, i pewnie nie jest teraz gotowa przyjęcie jej. Najpiękniejsze i najlepsze rzeczy można skutecznie zniechęcić nietrafnym przekazem.
Vertigo, a ja myślę, że nie chodzi o przekonywanie, a o wyjaśnienie katolickiej nauki, a przede wszystkim małżeńskiej praktyki i doświadczeń.

Jak choćby w przypadku sytuacji w której mąż czy żona w sytuacji wygaśnięcia uczuć dobrych i posiadania całego pakietu uczuć złych sądzi, że to koniec miłości. I że to już taki punkt w którym nic się nie da zrobić. Bo małżeństwo jest martwe.

Z perspektywy katolickiej i praktyki wielu małżonków wygląda to inaczej. Ja też byłam w punkcie, gdy sądziłam że potrzebujemy z mężem już tylko rozwodu. Mój mąż nadal w tym punkcie jest. Ja już nie. Ale żeby zmienić spojrzenie potrzebowałam usłyszeć jak można sytuację poważnego kryzysu, także w sferze emocji zobaczyć inaczej. Oraz na czym polega miłość małżeńska w kryzysie.

Firletka
Posty: 217
Rejestracja: 05 kwie 2020, 9:40
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż mnie nie kocha... Moje małżeństwo to gruzy...

Post autor: Firletka » 15 paź 2021, 20:28

To ja niestety chyba nie powinna tu być, być może nie powinnam nazywać się katoliczka, ale naprawdę nie zamierzam tkwić w przemocowym związku i robić dobrej miny do złej gry. I czekac na to, żeby mój mąż się opamiętał. Ja już nawet nie chce żeby się on opamietal, bo ja nie chce z nim być...
Mój sakramentalny mąż sypia z inną kobieta (żona innego męża, co mu nie przeszkadza) wyzywa mnie, manipuluje dziećmi. Jego matka, katoliczka z pierwszej ławki w kościele twierdzi, że każdy zdradza, to taka norma, poza tym wg niej ja, chcąc rozwodu krzywdzę dzieci, a poza tym to jej zdradzajacy synowie to tacy biedni.. Oni zawsze mieli powodzenie, a takie głupie żony im się trafiły(jednemu to już nawet dwie). Norma jest trójkącik...
Miłość polega na tym że ja mam to akceptowac i czekać, że może komuś się odmieni?
Jeśli tak, to jednak nigdy nie kochalam i... No niestety żałuję, że tak późno to odkryłam....

Awatar użytkownika
Nirwanna
Posty: 10624
Rejestracja: 11 gru 2016, 22:54
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Mąż mnie nie kocha... Moje małżeństwo to gruzy...

Post autor: Nirwanna » 15 paź 2021, 21:01

Firletka, jesteś katoliczką, spokojnie możesz tak się nazywać, więc wiesz - nie pisz głupot ;-)
Firletka pisze:
15 paź 2021, 20:28
Miłość polega na tym że ja mam to akceptowac i czekać, że może komuś się odmieni?
Nie, miłość na tym nie polega.
Firletka pisze:
15 paź 2021, 20:28
Jeśli tak, to jednak nigdy nie kochalam i... No niestety żałuję, że tak późno to odkryłam....
Z tego co czytam, to w tym związku, pewnie i wcześniej - przede wszystkim nie bardzo kochałaś siebie, i chyba wciąż z tym jest krucho. Cała reszta problemów to pochodna tego pierwszego. I cała reszta problemów nie rozwiąże się, tym bardziej rozwód ich nie rozwiąże, dopóki nie ruszysz z tym pierwszym problemem - z mądrym pokochaniem siebie.
Czy dasz radę przeczytać od nowa swój wątek i napisać, kiedy po raz pierwszy w Twoim wątku ktoś napisał "stop przemocy"?
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II

Pavel
Posty: 3835
Rejestracja: 03 sty 2017, 21:13
Jestem: szczęśliwym mężem
Płeć: Mężczyzna

Re: Mąż mnie nie kocha... Moje małżeństwo to gruzy...

Post autor: Pavel » 16 paź 2021, 9:42

vertigo pisze:
15 paź 2021, 10:45
Pavel, nie o kwestię odbioru tu chodzi, tylko o przekonywanie kogoś do katolickiej nauki o miłości małżeńskiej, nie uwzględniające, że ta osoba jest aktualnie w zupełnie innym "miejscu", jest w niej mnóstwo trudnych emocji, i pewnie nie jest teraz gotowa przyjęcie jej. Najpiękniejsze i najlepsze rzeczy można skutecznie zniechęcić nietrafnym przekazem.
To rozumiem.
Jednocześnie, rozumiejąc emocje i to z czego wynikają, z całym współczuciem w kierunku Firletki, bo zdaję sobie sprawę czytając jej posty jaki ogrom bólu, cierpienia, zawodu i innych trudnych emocji jej towarzyszy, to wsparcie niekoniecznie polegać wg mnie powinno na przytakiwaniu i głaskaniu po głowie.

Tak, Firletko masz tak teraz. Masz dość. To rozumiem, pewnie sam bym tyle co ty nie zniósł.

Tyle, że w takich emocjach zwłaszcza nie warto podejmować ważnych decyzji.

To nie jest tylko katolicka nauka miłości. Wynika przede wszystkim z elementarnej logiki. Bóg nasz bowiem jednak mocno logicznie skonstruował świat. Po prostu nie zawsze tę logikę jesteśmy w stanie dostrzec, ogarnąć i zrozumieć.
Poza tym nawet gdyby w istocie była to tylko katolicka nauka o miłości, jesteśmy na katolickim forum ratowania małżeństw.
Tylko z powodu tego, że ktoś (tu: Firletka) ma dość, mamy zmieniać narrację?
Zapomnieć o wierze, wartościach które wyznajemy, którymi żyjemy?

Tu wiele osób, każdy na swój sposób, miało dość. Ja miałem. Byłem bliski poddania się, rzucenia tego wszystkiego w (gdzieś tam).
Ważenie tego kto tu najbardziej ucierpiał jest bez sensu z wielu powodów. Czy ta osoba która doświadczyła przemocy, ta zdradzona raz, sto razy, a może wyznacznikiem większego cierpienia jest ilość kowalskich?
To niemierzalne, nie ma tu chyba osób które po prostu nie cierpiały, najbardziej w życiu.

Zwłaszcza w takich trudnych chwilach wparcie powinno być mądre i odwoływać się do prawdy.
Inaczej łatwo się pogubić, stracić z oczu światło które trzyma nas na właściwym kursie.
I dodać sobie nowych problemów.

Nikt tu nie sugeruje Firletko byś dawała się krzywdzić.
Nikt nie sugeruje byś obecną sytuację akceptowała i udawała, że jest Ok. Bo nie jest.
Nie bez powodu w KK jest możliwa separacja, nawet dożywotnia.

To wg mnie bardzo ważne, co napisała Nirwanna.

Ja, wbrew temu co mi się wydawało bardzo niedojrzale (w optymistycznym założeniu) kochałem żonę. Bardziej trafne byłoby określenie: realizowałem swoje chciejstwa, zapełniałem swoje deficyty przy pomocy żony.
Nie potrafiłem kochać mądrze siebie, to nie mogłem kochać żony. Z pustego i Salomon nie naleje.
Nie bolą mnie już jej słowa z okresu kryzysu „nie kocham cię, nigdy nie kochałam”. Niechcący i nieświadomie mówiła bowiem prawdę.
Bo tak jak ja, nie miała za bardzo pojęcia czym jest miłość.

Nie kochała siebie, miała (i wciąż ma) przeróżne warte przepracowania deficyty utrudniające a nawet uniemożliwiające (Przynajmniej do czasu naprawy) pokochanie siebie i innych.
Miała „wgrany program” miłości warunkowej.
To dotyczyło w rożnym stopniu również mnie. Ba, wciąż dotyczy, do przepracowania mam jeszcze masę spraw, a nawet te Nieźle przepracowane lubią starać się wracać ze starymi metodami radzenia sobie w życiu.

To pewne i podparte doświadczeniem wielu - wbrew dość powszechnej opinii, rozwód nie jest magicznym zaklęciem porządkującym życie i trudne sprawy.
"Bóg nie działa poza wolą człowieka i poza jego wysiłkiem.(...) Założenie, że jeśli się pomodlimy, to będzie dobrze, jest już wiarą w magię." ks. dr. Grzegorz Strzelczyk

vertigo
Posty: 213
Rejestracja: 30 mar 2018, 10:16
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: Mąż mnie nie kocha... Moje małżeństwo to gruzy...

Post autor: vertigo » 16 paź 2021, 10:23

Ruta, Pavel, jesteśmy na forum pomocowym, a nie apologetycznym. Jeśli ktoś, w tym wątku Firletka, jest obecnie targana bardzo trudnymi emocjami, to serwowanie jej teraz rozumowych argumentów, podpierając się nauką KK, moim zdaniem może być mało skuteczne i mało pomocne. Wręcz zaprzeczające jej emocjom. To tak jakby kobiecie, która właśnie dostała list z Czerwonego Krzyża, że jej mąż niestety nie przeżył Oświęcimia, mówić, że musi przebaczyć tym, którzy to zrobili, bo Jezus powiedział, że trzeba miłować nieprzyjaciół. Samo w sobie słuszne, ale czy to właściwy moment? Przebaczenie jest procesem. Polscy biskupi napisali słynne orędzie do biskupów niemieckich ("przebaczamy i prosimy o wybaczenie") nie w 1945 roku, ale 20 (!) lat później.

Nie o zmianę narracji tutaj chodzi, tylko o fakt nie uwzględnienia sytuacji, w jakiej ktoś się znajduje i użycie nieadekwatnych metod pomocy (choć obiektywnie słusznych).
Ludzie robią wszystko, aby siebie samych przekonać, że świat nie wygląda tak, jak wygląda naprawdę.

Ruta
Posty: 1625
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Mąż mnie nie kocha... Moje małżeństwo to gruzy...

Post autor: Ruta » 16 paź 2021, 10:45

Firletko, jesteś katoliczką. I ja nią byłam, także w tym czasie, gdy sądziłam, że rozwód może być dla mnie rozwiązaniem. A także w czasie gdy zdecydowałam się na antykoncepcję, po to, by mój mąż ze mną był, mimo, że chciałam mieć dzieci. I gdy wyszukałam sobie interpretację, że dla utrzymania jedności małżonków to nie będzie grzechem. Byłam katoliczką nawet wtedy, gdy byłam pewna, że Kościół się myli, a ja mam rację. Potrzebowałam dużo razy oberwać w życiu i się poranić, parę razy utracić relację z Bogiem, by uznać naukę Kościoła, by nie kłócić się z Bogiem o przykazania i by zrozumieć, że one mnie chronią i są oparte na miłości i prawdzie.
Nadal jestem katoliczką, choć możliwe, że wciąż tkwię w iluś tam błędach, których nawet nie jestem świadoma.

Co do przemocy. Katolicka nauka nie obejmuje akceptowania przemocy ani zdrad małżonka. Wręcz przeciwnie zachęca do stanowczej obrony przed przemocą.

Ta stanowcza obrona jest trudna, wymaga wprowadzenia wielu zmian w sobie. Ale naprawdę prowadzi do zakończenia przemocy. Piszę w własnego doświadczenia. Mój mąż stosował wobec mnie przemoc, często w stanie nietrzeźwym, często w ciągach, które prowadziły do psychoz różnego rodzaju. Gdy wszedł w romans przemoc bardzo się nasiliła. Cierpiałam ja i cała rodzina. Mąż też, mimo, że to on stosował przemoc. Bałam się męża. Ale jeszcze bardziej chciałam by przemoc się zakończyła.

Rozumiem też jak boli, gdy osoby wokół, katolicy, w życiu nie stosują wcale nauczania Kościoła, uznają wiele rzeczy za "normę" i nie wspierają żony, ale krzywdzącego męża.

Firletko, niezależnie od decyzji jakie podejmiesz, pomyśl o wzięciu udziału w grupie dla kobiet doświadczających przemocy. Czytaj o tym, jak stawiać sobie granice, gdy się ich doświadcza. Miej plan awaryjny, miejsce gdzie możesz się schronić z dziećmi, dokąd będziesz mogła uciec. Bądź gotowa by wyjść z domu, tak po prostu. Miej plan odizolowania się od męża. Miej osoby które będą wiedzieć o sytuacji przemocy i będą cię wspierać. Realnie. Na przykład takie które zaoferują tobie i dzieciom nocleg.
To ważne byś uczyła się chronić siebie przed przemocą. Bo często w sytuacji rozwodu przemoc bardzo się nasila. Mam nadzieję, że tak się nie stanie. Ale lepiej być przygotowaną niż nie. I działać spokojnie według planu, niż w chaosie.

I nie rezygnuj z forum. Nikt cię tu nie oceni, niezależnie od twoich decyzji. Choć tak jak teraz wiele osób, jeśli będziesz przed ich podjęciem, może pisać o tym, które decyzje nie są zgodne z nauczaniem Kościoła. W jaki sposób postąpili. A wsparcie będzie ci potrzebne.

Firletko, mocno cię przytulam. I wspieram modlitwą. Poproszę dziś Matkę Bożą, by cię przytuliła, objęła opieką w tej trudnej sytuacji, w ktorej jesteście.

Monti
Posty: 927
Rejestracja: 21 mar 2018, 18:14
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Mężczyzna

Re: Mąż mnie nie kocha... Moje małżeństwo to gruzy...

Post autor: Monti » 16 paź 2021, 12:18

Wydaje mi się, że trzeba rozróżnić trzy sprawy, tj. logiczną i spójną teologię małżeństwa, praktykę duszpasterską (bardzo niejednolitą w całym Kościele) oraz moje aktualne emocje związane z obecną sytuacją życiową. Kiedy dwa tygodnie temu w niedzielę była czytana Ewangelia o nierozerwalności małżeństwa, ze smutkiem skonstatowałem, że dla mnie na ten moment to nie jest dobra nowina. Po prostu tak mam teraz i nie zamierzam się z tego powodu biczować ani na siłę przekonywać, że jest inaczej. Te emocje trzeba przeżyć i tyle. Myślałem o wielu obecnych i byłych forumowiczach, dla których ta Ewangelia okazała się ciężarem nie do uniesienia.

Ale jednocześnie mam świadomość, że to wynika z mojej sytuacji, grzechów moich i mojej żony, którą sam wybrałem.
"Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?
Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
w świecie
czuł się jak u siebie w domu?"
S. Barańczak

Firletka
Posty: 217
Rejestracja: 05 kwie 2020, 9:40
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż mnie nie kocha... Moje małżeństwo to gruzy...

Post autor: Firletka » 16 paź 2021, 23:46

Ja Wam wszystkim bardzo dziękuję za słowa w moim wątku. Wiem, że nikt tu nie chce mnie "skrzywdzić". Bo i po co?

Czytam, analizuje Wasze słowa, na część pytań odpowiadam tylko w swojej głowie...

I ma ten moment nie rozumiem co to ta prawdziwa miłość wg. KK. Mało tego, ja nie mam nawet ochoty tego zgłębiać...
I to chyba jest przerażające....
Stoję teraz, na stanowisku, że KK przez lata poprzekręcał naukę Jezusa i wcale nie jest tak, że do grobowej deski mam być wierna niewiernemu.

Co do działań jakie podjęłam w sprawie przemocy...
-rozwód to wisienka na torcie
-niebieska karta
-zawiadomienie do prokuratury o znecaniu sie
-zabezpieczebie dowód na zdrade i przemoc
-terapia
-współpraca ze szkoła (psycholog, wychowawcy, dyrekcja)
-nie chodzę i nie paple co się dzieje u mnie w domu, ale jeśli ktoś pyta czy wychodzi z rozmowy to mówię....
-mnóstwo książek przeczytanych na ten temat (niekoniecznie katolickich)
-a przede wszystkim...żyje normalnie, wychodzę z przyjaciółmi, chodzę na uroczystości rodzinne, na komentarze mojego męża nie reaguje....

Awatar użytkownika
Nirwanna
Posty: 10624
Rejestracja: 11 gru 2016, 22:54
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Mąż mnie nie kocha... Moje małżeństwo to gruzy...

Post autor: Nirwanna » 17 paź 2021, 7:57

Filetko - będzie trochę ostrzej.
Firletka pisze:
16 paź 2021, 23:46
Stoję teraz, na stanowisku, że KK przez lata poprzekręcał naukę Jezusa i wcale nie jest tak, że do grobowej deski mam być wierna niewiernemu.
KK akurat w tym temacie nic nie przekręcił. Masz być wierna do grobowej deski. Sama własnoustnie to przysięgałaś. Nie ma znaczenia, czy mąż też jest wierny, czy akurat nie. Jednocześnie nie musisz w tej wierności mieszkać z nim pod jednym dachem i zgadzać się na przemoc. Wręcz - nie powinnaś. Separacja też może trwać do grobowej deski. Tak jak i inne zabezpieczenia siebie przed krzywdą.
Firletka pisze:
16 paź 2021, 23:46
a przede wszystkim...żyje normalnie, wychodzę z przyjaciółmi, chodzę na uroczystości rodzinne, na komentarze mojego męża nie reaguje....
Przepraszam, ale dlaczego żyjesz normalnie, gdy nie żyjesz normalnie, a mąż wciąż na Tobie stosuje przemoc? :shock: Dlaczego nie reagujesz na komentarze męża? Przecież w ten sposób zgadzasz się na przemoc! :evil:
Wybacz, ale nawet miliony przeczytanych książek nic nie zmienią, jeśli sama nie zmienisz siebie.
Podobnie chodzenie na terapie nic nie pomoże, jeśli nie wykonasz konkretnej pracy w sobie, i nie wytrwasz w zmianie.
Konkretna praca wykonana w sobie i zmiana idąca za tym to m.in. stosowana automatycznie i skutecznie ochrona przed przemocą.

Powtórzę coś, co się przewinęło przez forum wiele razy:
Masz prawo nie chronić się skutecznie przed przemocą. Masz prawo wnieść o rozwód i pójść w kolejny związek. Masz prawo jednocześnie do konsekwencji powyższego. Te konsekwencje streszcza takie stare powiedzenie, nadzwyczaj często się sprawdzające: z deszczu pod rynnę.
Obyś wcześniej zauważyła - że można inaczej. I zastosowała to.
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II

Firletka
Posty: 217
Rejestracja: 05 kwie 2020, 9:40
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż mnie nie kocha... Moje małżeństwo to gruzy...

Post autor: Firletka » 17 paź 2021, 10:11

Nirwana, przestałam reagować, bo każda moja reakcja... KAZDA powodowała podkręcanie tematu i wyzwiska w moja stronę.
Metoda milczenia "szarej skały" powoduje to, że agresja mojego męża po kilku minutach malaje... Nie ma mojej atencji (jakiejkolwiek) to przestaje przeklinać, obrażać...

A dlaczego miałabym rezygnować z wyjść na imprezy rodzinne (mam odciąć dzieci i siebie od rodziny, bo mąż postanowił prowadzić podwójne życie i z radością mieszkać ze mną w jednym domu), nie mogę spotykać się z przyjaciółmi? Bo do tej pory na spotkania chodziłam z nim? A jeśli już byłam gdzieś sama to z jego pełna kontrola...Miałam nie jechać z dziećmi na wakacje, bo pan się z Kowalska zabawia? No nie, żyje normalnie, choć w nienormalnej sytuacji.

A co do kolejnego związku. O czym my mówimy? Ja nawet o tym nie myślę, kandydata nie mam, chęci i przede wszystkim gotowości też. Po prostu uważam, że jeśli ktoś myśli, że po rozwodzie z winy tej drugiej strony ta pierwsza powinna się umartwiać i żyć z dala od miłości partnerskiej (tak wiem innej niż ta o której mówi KK) to niech żyje, ja mam inne zdanie.

Awatar użytkownika
Nirwanna
Posty: 10624
Rejestracja: 11 gru 2016, 22:54
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Mąż mnie nie kocha... Moje małżeństwo to gruzy...

Post autor: Nirwanna » 17 paź 2021, 13:16

Firletko, może to kwestia tego, jak sformułowałaś zdanie, zapisałaś w jednym ciągu pewne aktywności... Ale ok, masz rację - normalne życie to spotkania z przyjaciółmi i spotkania rodzinne. To warto kontynuować, właśnie aby budować maksymalnie szeroką przestrzeń normalności wśród nienormalnych zachowań przemocowych.
Wyjątkiem mogą i powinny być te spotkania rodzinne, które są dla Ciebie (i dzieci) krzywdzące. Przykładowo spotkania z teściową, która twierdzi, że zdrady to norma. Słuchanie czegoś takiego krzywdzi i Ciebie i dzieci, więc normalne będzie postawienie granic sobie i wdrożenie takich aktywności, aby nie być narażonym na demoralizujące treści. Mam nadzieję, że to już masz za sobą.

Natomiast niereagowanie na przemoc, bo mąż wtedy po jakimś czasie przestaje atakować - może być dobre tylko czasowo, do czasu wzmocnienia się, aby postawić granice przemocy skutecznie, tj. tak, abyś jej już nie doświadczała.
Niestety, osoba stosująca przemoc przestaje ją stosować lub co najmniej ma na to szanse, gdy spotka się z nieuchronnymi konsekwencjami, które będą nieuchronnie i powtarzalnie w czasie stosowane.
Dla przypomnienia - nawet jak zdecydujesz się na rozwód, to będziesz miała jeszcze wiele lat kontaktu z mężem jako ojcem waszych dzieci. Warto więc stosować te granice i konsekwencje wobec przemocy jeśli nie dla siebie, to dla dzieci. Z uporem maniaka powtórzę - rozwód automatycznie tego nie załatwi.

Wierność (niezależnie od postępowania współmałżonka) to nie jest z definicji umartwienie. Można wybrać życie w ten sposób, ale można inaczej. Wręcz sporo sycharków doświadcza przy tym wyborze czegoś przeciwnego, tj. radości, szczęścia, pełni życia.
Życzę Ci takiego doświadczenia, jednakowoż - wszystko w wolności.
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: agnes94, Micealo i 22 gości