W którą stronę?

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Niezapominajka
Posty: 393
Rejestracja: 06 kwie 2017, 11:07
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

W którą stronę?

Post autor: Niezapominajka » 14 kwie 2017, 19:52

Kochani,

jest tu wiele mądrych osób, więc liczę na Waszą pomoc. Pogubiłam się kompletnie, w życiu, w małżeństwie...
Jesteśmy ponad 10 lat sakramentalnym małżeństwem, mamy 2 dzieci w wieku szkolnym.Pobraliśmy się z wielkiej miłości. Byłam szczęśliwa. Pamiętam, gdy pierwsze dziecko się urodziło - leżałam wtulona w śpiącego męża, patrzyłam na dziecko i pomyślałam "Boże, dziękuję, jaka jestem szczęśliwa". Niestety, po roku zaczęło wszystko się psuć. Byłam przerażona, ze popełniłam największy w życiu. Teraz widzę, że byłam niedojrzała, obiektywnych problemów nie było, tylko takie do przepracowania - a to mąż się odezwał zbyt szorstko, a to wrócił nie w humorze, za mało czułości okazał, obowiązki z domem i dzieckiem mnie przytloczyły. Dziecinna byłam i rozpuszczona. Zaczęły mnie prześladować myśli, że nie kocham męża, ze powinnam iść przed Trybunał Kościelny i powiedzieć, że to pomyłka i chcę unieażnienia. Co najważniejsze to w tamtym czasie zaczęłam się oddalać od Boga. Coraz rzadziej na mszę, Komunii, spowiedzi...Mąż jest niewierzący, ale z początku towarzyszył mi i we mszy i w Komunii (wiem, ze dziwne). Potem pojawiło się kolejne dziecko i znowu jazda w dół. Kłotnie, awantury (mąż przerażony pytał mnie czy ja go przestałam kochać, bo jak się kogoś kocha to sie tak nie zachowuje). Pomagał we wszystkim, w nocy wstawał do dzieci, zakupy, zajmował się dziećmi, niebyło ani razu sytuacji, zeby czegoś odmówił. Złoty ojciec. Tylko ja usychałam - bo brakowalo mi uczuc, lubie to słyszeć i lubię dotyk, a mąż mi mówił, że on nie umie (jest DDA, a ja DDD - nieobecny ojciec tyran, przemoc, kłotnie, matka ofiara). I tak trwaliśmy 10 lat, od awantury do awantury. Zwróciłam tu uwagę na wątek Maliny, bo ona tak podsumowała, że caly związek albo błagała o miłość albo robiła awantury z powodu braku miłosci, no to to jest w punkt o mnie. Przyczepiałam się o wszystko. Teraz widzę, ze nie miał w domu kochającej i łagodnej żony tylko jakiegoś wstrętnego babona. Najgorsze, że mialam okropne myśli - np. wyobrażałam sobie, że maż ma wypadek, albo chciałam, zeby cos sie stało, zeby to się tylko skonczyło...Probowałam męża własnymi siłami naprawiać, ciągle mi się wydawało, że jesteśmy kompletnie różni, że to pomyłka, myślałam o swoich byłych chłopakach, że z nimi na pewno byłoby mi lepiej. Ale bałam się powiedzieć mężowi, że go nie kocham. Mąż to czuł, bo stale mi mówił, że w końcu przegnę i on tego nie wytrzyma i zniszczę rodzinę. Ja płakałam i mówiłam, że chcę dobrze, żebyśmy się kochali. I za parę dni znowu stare koleiny...
Teraz widzę, że zabrakło w tym Boga, wszystko sama ja, kontroler wszechświata, sama się postawiłam w mce Boga i oto efekt. Teraz najgorsze, mąż pare mcy temu po kolejnej awanturze zamknał się w sobie, ale tak na amen. Płakał i mówił, że on przeprasza, ale przestał mnie kochać, że stało się i on już nie może. Dla mnie szok, bo przeciez zawsze był mój, to ja go nie chciałam a teraz co. Tak, taka byłam pyszna. Nie mogłam uwierzyć. Myślałam, że zartuje, ale przez kolejny miesiąć konsekwentnie pokazywał mi swoje odcięcie. Powiedział, że on musi teraz zacząć dbać o siebie, zaczał sie modnie ubierać, cwiczyć, potem powiedział, że kogoś poznał. To był największy szok. Bardzo to przeżyłam, tygodniami płakałam i rozpaczałam. Nie mogłam uwierzyć. Mowił, że tylko piszą i spotykają się, to wszystko. ALe jak jest naprawdę nie wiem. I dopiero jak dostałam taki strzał w łeb nastąpiła we mnie zmiana o180st., co ja zrobiłam, zaniedbałam i okłamałam o swojej miłości meża nie szanując go i bedąc okropna, zaprzepaściłam małżenstwo, okłamałam i zawiodłam Pana Boga, siebie, oszukałam wszystkich wkoło. Skrzywdziłam dzieci. Dostałam myśli, że będe się za to smażyc w piekle, ba , ja już w nim byłam i to od lat, za życia i co najważniejsze sama się tam wtrąciłam :cry: Myślałam, że umrę. ALe zrozumiałam wiele. Poprosiłam męża, żeby sie zatrzymał, że chcę naprawiać, on powiedział, ze już nie chce, że już mi nie wierzy, że już w nim nic nie ma do mnie, nie czuje juz nic, nie kocha, nie chce ze mną być, ale nie che się wyprowadzac. Przeprosił, że się poddał w moim życiu. Widząc moj stan i pod wpływem moich rozmów zerwał z tamtą dziewczyną (chyba,opieram się tylko na tym co mi mówi), ona podobno jest po rozwodzie, też z 2 dzieci, poznali się w necie, gdzie szukał znajomosci z kobietami. Jak mi o niej opowiadał to też płakał i mówił jakie to dla niego jest cieżkie. Ja też płakałam jak tego słuchałam, pękało mi serce. Mówił, że najbardziej mu się podobało w niej, że w koncu ktoś się z niego cieszy, biega, rozumie a przede wszystkim nic nie chce. Zabolało jak ogien, bo przecież ja taka nie byłam.
Stan na dziś jest taki, że mieszkamy razem, mąż cały czas uparcie powtarza, że nic do mnie nie czuje, że jestem dla niego tylko matką dzieci i żoną, z która spędził ponad 10 lat. Najchętniej by mi zapronował otwarty zwiazek ( :shock: ) żebyśmy żyli dla dzieci w szacunku. Jestem zdruzgotana i nie wiem co robić. Wyszłam z rozpaczy już, pojednałam się z Panem Bogiem, co dało mi wielką siłę, której już od lat nie czułam. I poczułam mega spokój, nawet nie wiem jak to nazwać. Na spowiedzi wyznałam wszystko szlochając i blokując konfesjonał na poł godziny. Pan Bóg mi przebaczył, ale ja sobię nie potrafie tego przebaczyć, mam wielkie poczucie winy, które mnie spala od srodka. Ilekroć spojrzę na męża i dzieci to widzę wszystkoco złe bardzo wyraźnie. I wiecie co, modlitwy zawsze są wysłuchane. Pamiętam jak kilka lat temu wyłam w poduszkę, że jest mi tak źle, i Panie Boże spraw, aby mnie coś wyciągnęło z tego stanu, chcę być szczesliwa a nie ciągle płakać, Boże Pomóż, Ratuj, tak sie modliłam, i proszę, stal sie cud. Tylko nie taki jak chciałam. Ja chciałam, żeby ktoś mojego męża cudownie zmienił, w kochającego, uczuciowego, uśmiechniętego faceta, a nie tak. Nie w ten sposób. Teraz widzę swoją naiwnosć, niedojrzałość (chodzę na terapię DDD i terapeutka mi mówi, ze przez problemy w domu nie mogłam wydorośleć, zatrzymałam się emocjonalnie na małej dziewczynce w srodku (choć w pracy jestem twardym zawodnikiem). Dużo czytam, modlę się, tylko dzięki temu nie rozsypałam się. Ale widzę, że takie zawieszenie męża nie sprzyja niczemu dobremu, jest mi strasznie cieżko żyć w takiej attmosferze, unika mnie jak może, rozmawiamy tylko co na obiad, zakupy i takie tam. Coraz gorzej to znoszę. W nocy nie spię, myślę, że to kara za grzechy. Moje piekło za życia. Pomozcie, poradzcie.

jacek-sychar
Posty: 6482
Rejestracja: 04 sty 2017, 17:55
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Mężczyzna

Re: W którą stronę?

Post autor: jacek-sychar » 14 kwie 2017, 21:12

Niezapominajka

Witaj na naszym forum.

Ja też miałem za żonę DDA, DDD I DDRR. Takie trzy w jednym. Tez miałem takie jazdy jak Twój mąż. Tylko że ja wytrzymałem. Nie wytrzymała moja żona i poszła w siną dal. Tylko czy Twój mąż poszedł naprawdę? Mam pewne wątpliwości. Co prawda dałaś mu ostrą jazdę przez te lata. Chciał się już poddać, ale moim zdaniem on ciągle ma nadzieję, że Ty się opamiętasz.
Twoim problemem jest Twoje dzieciństwo. Ty jako DDD próbujesz ciągle panować nad swoim życiem. Ale tak się nie da. Musisz dorosnąć. Teraz, bo w dzieciństwie nie miałaś na to możliwości.

Na początek zaproponuję Ci "zestaw podstawowy", czyli:
ks dr hab. Grzegorz Polok, „Rozwinąć skrzydła” i „W drodze do siebie”
za darmo masz to tutaj:
http://www.rozwinacskrzydla.pl/

A potem to:
Jim Conway, Dorosłe dzieci prawnie lub emocjonalnie rozwiedzionych rodziców. Jak uwolnić się od bolesnej przeszłości. Wydawnictwo Logos, Warszawa 2010
fragment jest tutaj:
http://www.rozwinacskrzydla.pl/studenci ... dzicow.pdf

Dlaczego proponuję Ci książkę o DDRR? Bo DDA, DDD i DDRR to jedna rodzina. Tak samo skrzywdzeni w dzieciństwie.
Tak książka jest świetna i dlatego ja polecam.

Pracuj nad sobą. Jeżeli mąż zobaczy, że Ty zmieniasz się, może jeszcze wrócą dla Was dobre dni. Nie wiś na mężu. Daj mu odetchnąć. Ale bądź dla niego dobra. Niech będzie dla Ciebie jak interesujący chłopak, którego chcesz poderwać.

I jeszcze jedna książka:
Gary Chapman, 5 języków miłości

Jak to przerobisz, to dostaniesz jeszcze listę lektur uzupełniającą. ;)

Może spotkanie w naszym ognisku? Ich lista jest tutaj:
http://sychar.org/ogniska/

Może byście razem pojechali z nami na wakacje? Są jeszcze miejsca na turnusach w Nysie i Brennej. To mógłby być świetny tydzień.

Gorąco polecam również nasze archiwum:
http://archiwum.kryzys.org/

Na koniec chciałbym Ci przypomnieć, że internet nie jest anonimowy. Dlatego pisząc staraj się nie podawać szczegółów, które umożliwiłyby identyfikację Ciebie.

Awatar użytkownika
Nirwanna
Posty: 8952
Rejestracja: 11 gru 2016, 22:54
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: W którą stronę?

Post autor: Nirwanna » 14 kwie 2017, 22:22

Witaj,
Do Jackowej listy lektur dołożę Ci jeszcze "Cenniejsza niż perły" http://www.tolle.pl/pozycja/cenniejsza-niz-perly oraz "Urzekająca" http://www.tolle.pl/pozycja/urzekajaca Posłuchaj kazań ks. Pawlukiewicz i o. Szustaka.
Ty masz stawać się teraz piękną i mądrą, dojrzałą kobietą, a nie tym "przebrzydłym bachorkiem", którym byłaś. Wiadomo, nie na pstryk, ale stopniowo, dzień po dniu, właśnie w tym kierunku. I koniecznie - w oparciu o miłość Bożą. To jest tak, że kiedy masz w sobie miłość Boga, nie potrzebujesz jej czerpać od ludzi, nie wisisz na nich emocjonalnie, nie masz roszczeń ani żądań... wręcz przeciwnie - jesteś hojnym dawcą tej miłości, bo masz jej tyle, że Ci się przelewa.
Jak myślisz, jak może zacząć reagować Twój mąż, kiedy zacznie dostawać ot tak, dawki bezinteresownej miłości? On to przecież powiedział Ci - że tamta cieszyła się, że on jest i nic od niego nie chciała.... Tego szukał. Może kiedy znajdzie to we własnym domu, to na zewnątrz już nie będzie potrzebował szukać?
Modlisz się za siebie i za męża?
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II

mare1966
Posty: 1345
Rejestracja: 04 lut 2017, 14:58
Płeć: Mężczyzna

Re: W którą stronę?

Post autor: mare1966 » 14 kwie 2017, 22:38

Niezapominajki to są kwiatki z bajki ,
rosną nad potoczkiem , patrzą krzywym oczkiem .

..... albo żuraw i czapla


Mało kto chyba zawierając małżeństwo jest dojrzały .
Raczej można tu mówić o stopniu niedojrzałości
i wiek niewiele ma tu do rzeczy .
"Wielka miłość" to tylko zakochanie , stan upojenia uczuciowego .
Owszem , naturalny , piękny , ale "na trzeźwo" ( świadom kroku )
pewnie nikt by się nie odważył .

Kolejna rzecz .
Nie ma "drugich połówek" .
To nawet matematycznie można udowodnić .
Po prostu one nie miały szans się spotkać .
Twój mąż "spotkał" tylko jedną z dziesiątek tysięcy ( a może i setek )
jakoś tam "pasujących" do niego kobiet .
Zresztą , on się pewnie ZWYCZAJNIE zakochał .
Ani to dziwne , ani niezwykłe .
W sumie , to było poniekąd pewne .
On potrzebował kogoś i ona także , rozumieli się .
Ważne , że nie weszli w to za daleko , choć można i to określić
że "za daleko" .
U męża doszło do tzw. zmęczenia materiału i zerwania .
Nawet stal tak ma pod obciążeniem .

Ale są i dobre wieści .
Pierwsza jest taka , że każde zakochanie ( nowe zakochanie )
to oczarowanie drugą osobą ....... mija , prędzej czy później .
Nikt nie jest idealny , klapki spadają z oczek .
My także .
Druga to taka , że co by teraz mąż nie mówił
to nie da się tak wyrwać tego waszego małżeństwa z korzeniami .
Wiosną wszystko odrasta , choć nic widać nie było , bo w ziemi korzenie .
Może na tym polega sakramentalność małżeństwa , że korzenie w Bogu ?
Ale nawet jeżeli mąż nie bardzo wierzący ( na dziś czy wczoraj )
a ty niby wierząca ( na wczoraj , ............ , na teraz )
to wiele pozostaje NIE DO WYMAZANIA .
Dzieci , i ten wasz 10 letni z górą związek .
Nie da się tu nic cofnąć , zacząć z "CZYSTĄ KARTĄ" .
Tak , chcielibyśmy .
Ale przecież to niemożliwe .

Są szanse , że mąż to sobie uzmysłowi .
Tyle , że jest już trudniej w taki związek wchodzić .
On już ciebie "poznał" , tej chemii nie będzie .
No tylko że PRAWDZIWA miłość , to coś zupełnie innego niż WIELKA miłość .

Niezapominajka
Posty: 393
Rejestracja: 06 kwie 2017, 11:07
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: W którą stronę?

Post autor: Niezapominajka » 14 kwie 2017, 22:39

Dziękuję za dobre słowa,

bałam się, że "będziecie bić".

Jacku - Języki miłości dawno już przeczytałam, w zeszłym roku, zaraz jak usłyszałam o nich u o. Szustaka (Nirwanna - uwielbiam go, uważam, że jest prorokiem naszych czasów, b. do mnie trafia). Moim jest dotyk i dobre slowa a męża działanie, czyny. Zawsze mówił, ze mnie kocha tym, że jest ze mną, robiąc wiele w domu, super zajmując się dziećmi. A ja chciałam też czegos innego, to powiedział, że on nie umie.
Rozwinąć skrzydła wydrukowałam, jestem w połowie - mocne.
Urzekająca - plakałam przy tym.
Teraz też czytam Porozumienie bez przemocy - bo nad tym musze popracować.
Terapia wiele mi daje - np. widzę jak bezwiednie powieliłam wzorzec ze swojego domu - ojciec dominujący, mama zastraszona, poniżana, na przemian płakała z bezsilności albo awanturowała sie z nim. Wpoiła mi wielką nienawiść do ojca i mężczyzn w ogóle mówiąc przy tym, że katolicy się nie rozwodzą i to jej krzyż.
Trfiłaś w sedno - zawsze upatrywalam szczęścia w kimś i wkurzalam się, gdy ten ktoś niechcący zawodził. Mąż miał być całym światem - a przecież nie o to chodzi. Nie miałam zadnego wyrozumienia na to jaki jest.
Modlę się codziennie za niego, za mnie. Nie wiem jak mu okazywac tę miłość skoro traktuje mnie jak powietrze. W sensie jest miły, uprzejmy, ale czuć lód, obojętność.

Jacku - jak Ty wytrzymałeś tyle? Nie poddając się?
Własnie, muszę przestać na nim wisieć. Choć to takie trudne jak on wychodzi i nie mowi gdzie, z kim, o której wróci.

Pavel
Posty: 2955
Rejestracja: 03 sty 2017, 21:13
Jestem: już po kryzysie
Płeć: Mężczyzna

Re: W którą stronę?

Post autor: Pavel » 14 kwie 2017, 23:42

Witaj na forum Niezapominajko,
Zgadzam się z przedmówcami, na chwilę obecną niewiele mam tu do dodania.
Widzę, że sama wzięłaś się za lektury i konferencje. To dobrze, bo do przerobienia jest sporo.
Twój język miłości jest taki jak mój, Twego męża zaś podobny do mojej żony. Wiem, że w kryzysie ciężko "mówić" takim językiem, ale staraj się, małymi krokami. Kropla drąży skałę.

Zaciekawił mnie fragment Twego pierwszego postu:
Niezapominajka pisze:
14 kwie 2017, 19:52
Teraz najgorsze, mąż pare mcy temu po kolejnej awanturze zamknał się w sobie, ale tak na amen. Płakał i mówił, że on przeprasza, ale przestał mnie kochać, że stało się i on już nie może.
A to dlatego, że sam się zastanawiam, czy można tak zareagować bez przekroczenia pewne granicy (zdrada).

Poza tym dorzucę inny fragment:
Niezapominajka pisze:
14 kwie 2017, 19:52
Mówił, że najbardziej mu się podobało w niej, że w koncu ktoś się z niego cieszy, biega, rozumie a przede wszystkim nic nie chce. Zabolało jak ogien, bo przecież ja taka nie byłam.
To czego nie wytłuściłem, to obszary na którymi warto się pochylić.
To zaś co wytłuściłem, to utopia.
Tak, na początku kobiety rzadko wyskakują z oczekiwaniami, bo przecież to facetów odstrasza. Ale to tak może działać do czasu.
Jak napisał wyżej Mare, zakochanie mija, szara codzienność weryfikuje wszystkie zakochania i braki oczekiwań.
"Bóg nie działa poza wolą człowieka i poza jego wysiłkiem.(...) Założenie, że jeśli się pomodlimy, to będzie dobrze, jest już wiarą w magię." ks. dr. Grzegorz Strzelczyk

Awatar użytkownika
Nirwanna
Posty: 8952
Rejestracja: 11 gru 2016, 22:54
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: W którą stronę?

Post autor: Nirwanna » 15 kwie 2017, 8:07

Nie wiem jak mu okazywac tę miłość skoro traktuje mnie jak powietrze. W sensie jest miły, uprzejmy, ale czuć lód, obojętność.
Tak jak Pavel napisał, skoro znasz już język miłości męża, to mów nim do niego - bezinteresownie. To jest bardzo trudne, ale możliwe, zawsze prosząc Boga o wsparcie. Zwyczajnie - robisz różne rzeczy dla męża (działanie), i nie oczekujesz, że odwdzięczy Ci się dobrym słowem, czy dotykiem. On najpierw powinien zechcieć, a potem nauczyć się tego. Daj mu czas.
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II

jacek-sychar
Posty: 6482
Rejestracja: 04 sty 2017, 17:55
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Mężczyzna

Re: W którą stronę?

Post autor: jacek-sychar » 15 kwie 2017, 8:48

Niezapominajka pisze:
14 kwie 2017, 22:39
Jacku - jak Ty wytrzymałeś tyle? Nie poddając się?
To bardzo proste. Ja ciągle czerpałem z mocy sakramentu małżeństwa. Nigdy w niego nie zwątpiłem. Po drugie nigdy mi do głowy nie przyszło, że można sie z małzeństwa "wypisać". Dlatego może tak późno dowieziałem się o zdradzie żony, bo syganały, które do mnie docierały, w żaden sposób nie mogłem właściwie zinterpretować. Zresztą potem równie długo w to niedowierzałem. :? Taka małzeńska "pomroczność jasna". ;)
Co prawda musiałem w jakiś sposób wycofać się emocjonalnie z tego związku, bo inaczej bym zwariował. Żona tak chciała o wszystkim decydować, że nieważne, co postanowiliśmy, ona i tak robiła po swojemu. Dla mężczyzny jest to nie do zaakceptowania. Mężczyzna chociaż musi czuć, że ma jakiś wpływ na życie rodzinne.

Widzę, że w lekturach jesteś już trochę zaawansowana, to dokładam jeszcze jedną pozycje:
o. Augustyn Pelanowski "Życie udane czy udawane".
Nie traktuje ta książka o psychologii kobiet i mężczyzn, tylko o sprawach duchowych. Ale warto! :D
Niezapominajka pisze:
14 kwie 2017, 22:39
[Językiem miłości] męża [jest] działanie, czyny
A czy Ty dziękowałaś jemu za jego wyrazy miłości? Dziękowałaś za to, że tak Was kocha?
On tak wyraża swoją miłość, ale zapewne chciałby, żeby to było zobaczone i docenione. Dzieci nie muszą tego mówić wprost. One samym swoim istnieniem dziękują za naszą pracę i poświęcenie. Ale żona to co innego. Może w ramach rekompensaty Ty zrób coś tylko dla niego. Niech to będzie podziękowanie za jego trud i wysiłek. Tylko nie oczekuj nic w zamian! On musi zobaczyć, że sama z siebie coś dajesz. I zapamiętaj jeszcze jedno. Miłość jest bezinteresowna. Oczywiście człowiek dając miłość, też oczekuje, że coś dostanie w zamian, ale na początek Twoje dawanie musi być bezinteresowne. Jak mąż się ogarnie, to odda z nawiązką, to co Ty teraz jemu dasz. Ale to co się popsuła, najpierw trzeba naprawić.
I nie zapominaj o języku afirmacji! Każdy facet musi się czuć doceniony. Na początek możesz zacząć od podziwiania go jako ojca i jako prawdziwego mężczyznę. Po 10 latach chyba jeszcze nie zmienił się tak bardzo :lol: , więc możesz mu czasami powiedzieć, że ciągle jest taki, jak w momencie ślubu. Albo coś w tym sensie. Jeżeli Ty nie zaczniesz utwierdzać w nim jego męskiej dumy, to będzie to szukał u innych kobiet.

Niezapominajka
Posty: 393
Rejestracja: 06 kwie 2017, 11:07
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: W którą stronę?

Post autor: Niezapominajka » 15 kwie 2017, 9:59

Pavel pisze:
14 kwie 2017, 23:42


Zaciekawił mnie fragment Twego pierwszego postu:
Niezapominajka pisze:
14 kwie 2017, 19:52
Teraz najgorsze, mąż pare mcy temu po kolejnej awanturze zamknał się w sobie, ale tak na amen. Płakał i mówił, że on przeprasza, ale przestał mnie kochać, że stało się i on już nie może.
A to dlatego, że sam się zastanawiam, czy można tak zareagować bez przekroczenia pewne granicy (zdrada).

Poza tym dorzucę inny fragment:
Niezapominajka pisze:
14 kwie 2017, 19:52
Mówił, że najbardziej mu się podobało w niej, że w koncu ktoś się z niego cieszy, biega, rozumie a przede wszystkim nic nie chce. Zabolało jak ogien, bo przecież ja taka nie byłam.
To czego nie wytłuściłem, to obszary na którymi warto się pochylić.
To zaś co wytłuściłem, to utopia.
Tak, na początku kobiety rzadko wyskakują z oczekiwaniami, bo przecież to facetów odstrasza. Ale to tak może działać do czasu.
Jak napisał wyżej Mare, zakochanie mija, szara codzienność weryfikuje wszystkie zakochania i braki oczekiwań.
Pavel - no właśnie mi też tak się wydaje. Ze to ak samo z siebie się nie staje. Mi intuicja od poczatku mówiła, że za tym wycofaniem, płaczem kryje się zdrada, cos czym się brzydził do tej pory. Jednak jak pytałam to powiedział z krzykiem i agresywnym tonem, że wymyślam, ze nikogo wtedy nie miał, że po prostu odszedł sam do siebie, w sensie ode mnie. Ta nerwowa postawa mnie mocno zaniepokoiła. Bo gdyby to była prawda to by chyba mówił ze spokojem. Powiedział, ze tamta kobieta pojawiła sie pożniej, jak już w głowie miał "pozamiatane ze mna". Tak powiedział.
Dobrze podkreśliłeś, że utopia. No bo kto od razu wymaga. Na początku jest błysk w oku, adorowanie, sprzedawanie swojej wersji eksportowej, życie, oboiązki, wymagania przychodzą póżniej. Z nią miał swieto a u nas w domu dzieci, harmider, chata do obrobienia i stara, nudna żona :roll: rutyna.

Jacku - podziwiam Cię. Tyle wytrwałeś. DObre rady dajesz, tylko mi jest cieżko w tej chwili, bo on jest taki obojętny na mnie. Uderzam w próżnię. Nawet mi powiedział, że byłoby dobrze dla mnie, żebym sobie kogoś znalazła. To tak boli. Chciałabym z nim usiaść spokojnie, porozmawiać, wymyślić co dalej. A on mowi, ze mam przestać naciskać. Starałam się być spokojna, ale wzeszłym tyg. mi sie nie udało. Zawaliłam na całej linii - oznajmił, że wychodzi, ze idzie sam sobie gdzieś. Mi podpadło i zaczęłam naciskać, że na pewno z kimś,on sie wkurzył, rzucił marchewką (bo robił surówkę) i powiedział, ze dosyć. Ze teraz ma pewność, że się nie zmienię (przez tydzien był spokój, bo sie wycofałam), że właśnie nabył pewność, że nie chce do czegoś takiego powrotu. Powiedziałam, żeby mnie zrozumiał, ze sie denerwuje jak idzie sam. Zapomniałam dodać, że kilka razy był sie spotkać w tamtym czasie z koleżanką, która też ma problemy w małzenstwie, ale że ją traktuje jak koleżankę, że lubi z nią pogadać. Ja mu na to z płaczem, że ze mna nigdzie nie był, choc go wielokrotnie prosiłam. Uwierzycie, że przez całe małżenstwo byliśmy 2 razy w kinie??? I to z mojej inicjatywy. A ja tak to lubie, wyjsc gdzies, ubrać sie ładnie i posiedziec w przytulnej knajpce, pogadulić, albo spacer, rower, kino, teatr, cokolwiek. Tylko we dwójkę, bez dzieci i tego całego harmidru.
Cieżko mi być spokojną. Pomaga modlitwa, ona wycisza. W modlitwach nie proszę o to, żeby mąż wrócił do mnie. Wydaje mi sie, że na to nie zasługuję. Proszę o prawdę, żebym zobaczyła gdzie problem w naszych relacjach, proszę, żeby mnie Bóg umocnił i postawił na nogi, uczynił mądrzejszą a nie emocjonalnym głupkiem co wszystko psuje i o wskazówki co dalej robić.

Niezapominajka
Posty: 393
Rejestracja: 06 kwie 2017, 11:07
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: W którą stronę?

Post autor: Niezapominajka » 15 kwie 2017, 10:12

aha, i jeszcze jedno, byłam też na innym forum, ale uciekłam stamta, bo dostałam rade (tam skupiono się tylko na zdradzie męża), zebym go spakowała i wystawiła za drzwi, ze kłamie, manipuluje, pewnie romans mu kwitnie a ja jestem naiwna,głupia. Ale ja tak nie chce. Małżenstwo ma dla mnie wartość, zawsze chcę rozmawiać, zaczynam znowu kochac męża, teraz widzę te nasze ostatnie lata i jaskrao swoje błędy, zaniedbania (on tez nie jest bez wad, jasne, ale specjalnie uwypuklam swoje, nie chcę robić z siebie ofiary, bo swoje za uszami mam grubo).
Widzę, ze w tych moich błedach kryła sie rozpaczliwa prośba, żeby mnie kochał po mojemu, tak jakbym nie mogła uwierzyć, ze ktos mnie może kochać, a jak onmi mówił, ze mnie kocha, że całym swoim życiem to pokazuje to i tak nie mogłam uwierzyć, bo kto był chciał kochać takiego głupka i złą osobę jak ja. Zawsze się bałam, że jak mnie zdemaskuje to ucieknie. To mój problem i to mi Pan Bóg przez modliwy, Eucharystię i lektury o związkach pokazał dobitnie. Zastanawiam się nad Pompejanską, ale bez intencji, ot tak, z zawierzeniem i prośbą o prowadzeniem. Uważam, że nie mogę żadać, bo sama nie wiem czego w mojej sytuacji. Co będzie dobre dla nas w tej sytuacji.
Na razie skupiłam sie na sobie, poluzowałam z mężem,daję mu oddech, nie wiszę, choć tylko Bóg wie ile mnie to kosztuje,nadzieciach, domu, pracy. Ale tak chciałabym, zebysmy powiedzieli sobie wszystko, przytulili się i kochali.

jacek-sychar
Posty: 6482
Rejestracja: 04 sty 2017, 17:55
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Mężczyzna

Re: W którą stronę?

Post autor: jacek-sychar » 15 kwie 2017, 10:25

Niezapominajka

Co Ci teraz da rozpatrywanie sprawy ewentualnej zdrady męża? Moim zdaniem nic. Obecnie chyba warto jeszcze spróbować ratować małżeństwo.
Informacja (dowody) o zdradzie mogą być ewentualnie pomocne przy sprawie sądowej, ale to jest przyszłość, w dodatku pisana palcem na wodzie.

Wiem, że opanowanie się jest bardzo trudne. Ja też popełniłem wiele błędów. W kryzysie rozstawania się szczególnie, ale czy to by u mnie coś zmieniło? Moja żona była już właściwie spakowana dużo wcześniej.

Ty jesteś DDD. Masz dużą niepewność siebie. Masz wątpliwości, jak to ktoś może Ciebie kochać mimo wszystko. Ale jednocześnie Ty chcesz, żeby Twój mąż dawał Tobie oznaki miłości takie, jakie dają kobiety. A on jest mężczyzną. Weź to pod uwagę. On ma inną emocjonalność, inaczej reaguje.
Nie ma obecnie sensu rozmawiać o Waszej przyszłości. To go jeszcze bardziej przestraszy.
Mężczyźni są "zafiksowani funkcjonalnie". Wytłumaczyłem to tutaj:
viewtopic.php?t=118#p616
Spróbuj pokazać mu, że warto dla niego, żeby został z Wami.

mare1966
Posty: 1345
Rejestracja: 04 lut 2017, 14:58
Płeć: Mężczyzna

Re: W którą stronę?

Post autor: mare1966 » 15 kwie 2017, 11:06

Jeszcze kilka słów .

Niezapominajko ,
dobrze by nieco głębiej przeanalizować ten wzorzec związku z domu rodzinnego .
Matka ofiara ?
Już po tym co napisałaś , nie bardzo bym chciał takiej żony .
Nie dość , że sama nienawidziła , to jeszcze wpajała to własnej córce .
Może być coś gorszego ?
I to tego ta cierpiętnicza postawa i taka wygodna
ale fałszywa rola "ofiary" .

Niestety nie sądzę , aby na teraz twoje zabieganie o męża
miało kluczowe znaczenie .
Owszem , ważne aby dostrzegł zmiany w tobie , ale to nie może być
NARZUCANIE SIĘ .

Ja to "ona nic od niego nie chciała" odbieram jako
"ona nie chciała wchodzić w związek i odbierać męża drugiej kobiecie" .
Oczywiście , nie przesądzam tego !
Natomiast , nie że NIC .
Bo taka relacja daje bardzo dużo .
I dostają w tej relacji obie strony .
Wsparcie , zainteresowanie , uwaga , itd.
A na grunt padło WYSUSZONY z tego wszystkiego ( po obu stronach ) .
I to dlatego tak ty "się zapaliłaś" czy jak tam to ujęłaś .
Tylko , że warto przyjąć ten ich związek na "naturalny" , tak bardzo często bywa .
Bo nie jest tak , że "ty i on" na wieki , stworzeni dla siebie itp BZDURY .
Jeżeli sytuacja z mężem potrwa u was kilka lat ,
sama "przypadkiem" wejdziesz w taką relację .

Kwestia zasadnicza , to nie dać się oszukać
i dać szansę ROZUMOWI .
Natomiast owszem , nie twierdzę , że np. ta kobieta
POTENCJALNIE nie byłaby dużo lepszą dla twojego męża ,
a być może któryś z tych "twoich chłopaków" dla ciebie .
Jednak - fakty są takie .
Jesteście małżeństwem , macie ZE SOBĄ dzieci .
No i to nie jest "na wieki" , a dla WIECZNOŚCI .
Tylko zamiast postawy cierpiętniczej , lepiej trochę urealnić
wygórowane a nierealne oczekiwania
i nauczyć się czerpać radość z tego co jest , co się dostało
i AKTYWNIE działać aby dostawać więcej .
Kwestia zasadnicza , to nawet nie sytuacja , ale nasze podejście do tejże .

np. Nie mam nogi - fatalnie .
Ale mogło być gorzej , bo jedną mam .
Maż się nie odzywa , ale i nie uciekł , JEST .
Więcej dystansu , do siebie i życia .

jacek-sychar
Posty: 6482
Rejestracja: 04 sty 2017, 17:55
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Mężczyzna

Re: W którą stronę?

Post autor: jacek-sychar » 15 kwie 2017, 11:46

mare1966 pisze:
15 kwie 2017, 11:06
Bo nie jest tak , że "ty i on" na wieki , stworzeni dla siebie itp BZDURY .
Jeżeli sytuacja z mężem potrwa u was kilka lat ,
sama "przypadkiem" wejdziesz w taką relację
Mare
Nie przesadziłeś? :shock:

Ja byłem w bardzo podobnej sytuacji do męża Niezapominajki, a jednak NIGDY nie pomyślałem, że mógłbym "pójść w bok".
Może nieraz chciałem żonę zamordować :lol: , ale odejść nigdy. Tym samym nie wszedłem w żadną inna relację. Ani wcześniej, ani teraz. Nawet mi to do głowy nie przyszło. Może dlatego tak długo trwało, aż w końcu uwierzyłem, że moja żona mogła zrobić coś takiego.
Ale to może dlatego, że Każdy sądzi według siebie? :P

Czy inaczej SYCHAR miałby sens?

Niezapominajka
Posty: 393
Rejestracja: 06 kwie 2017, 11:07
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: W którą stronę?

Post autor: Niezapominajka » 15 kwie 2017, 13:15

Mare - masz rację, ja się też tego obawiam. Ze jeśli taka sytuacja potrwa długo (a trwa już dokładnie 11mcy) to mogę mieć dość tkwienia w proszącej postawie. Choć wiem, przeglądając archiwum forum, że są osoby które trwaly długo i miały gorzej, bo mąż/żona nie mieszkali nawet z nimi razem. Nie raz mnie nachodziły złe myśli, że może odpuścić, trudno, nie mogę nikogo zmusić do miłości. Tym bardziej, że mąż nie chce się wyprowadzić. Po pierwsze nie ma dokąd, nie stać nas na wynajęcie drugiego mieszkania w pobliżu, a po drugie nie chciałby odchodzić od dzieci, bardzo je kocha i chce byćz nimi ciągle od rana do nocy. Może faktycznie powinnam się cieszyć tym co mam. Pytałam dzis czy planuje gdzieś wyjścia w Święta wieczorem, powiedział, że nie, że chce być w domu. Wczoraj wyszedł (ja znowu się zadręczałam gdzie, z kim, że na pewno z kimś żenskim, albo nie ważne z kim, ale że beze mnie, często sie tak zafiksowuję, bo chciałabym, żebyśmy w koncu razem wyszli), a potem okazało się, że cały ten czas biegał za sprawami "domu" - zakupy wg listy, którą mu zrobiłam, akcesoria do pistoletu z jakiejś rury na ziemniaki (użył piłeczki małej) o której marzył syn, że będa to konstruować i rzeczywiscie od rana świetnie się bawili i zbudowali świetną 'pyro-gun" :mrgreen: Więc te projekcję, że ma kogoś w tej chwili są chyba w mojej głowie, bo mi mówi, że nikogo nie ma. Nie ma, ok, ale mnie też w tym nie ma :cry: A tak bym chciała. Żeby się mną zachwycił, pokochał, wybaczył i zobaczył 'nową'.

mare - tak, matka ofiara, ojciec ją poniżał, awanturował się o byle drobiazgi, krzyki, bicie (dzieci, nie jej), najczęściej go nie było w domu a jak był to było paskudnie, bardzo się go baliśmy. Wiele razy mówiłam mamie, żeby odeszła, ze nie musi się rozwodzić tylko odseparować az ojciec przejrzy, ale ona mówila, ze mam nie oceniać, bo ona dzwiga w ten sposob swoj krzyż. I że jestesmy zadbani i ze nas kocha najbardziej na swiecie, ze jestesmy jej 'wszystkim' i ze ja nic nie rozumiem. W małżenstwie jak mój mąż się np. mi sprzeciił albo skrytykowal to ja odbieralam to jako zamach na mnie, ze mnie nie kocha, i walczylam z nim wlasnie krzykiem, placzem i awanturami (jakby moj ojciec i matka w jednym, tak jak oni stale walczyli ze soba). Jak tylko taka klisza mi sie nalozyla na męża to był koniec. Ja np dlugo nic nie mówie, nie umiem otwarcie i stanowczo, ze cos mi sie nie podoba, ale jak już kropla się przelej to koniec, awantura tak, ze wszystko idzie z dymem z powodu drobiazgu.

Może powinnam spokojnie cieszyć sie tym co mam teraz, że jesteśmy razem, robię posiłki, dbam o dom, dzieci, że jest spokoj, daję mężowi przestrzen. Najtrudniej przestać mieć oczekiwania, gdy tak bardzo sie pragnie bliskiego spojrzenia, uśmiechu, dotyku, taką samotność teraz czuję, jakbym była poza nawiasem.
Myślę, że Mare ma rację, jakbym teraz probowała zdobywać męża to on by patrzył jak na kosmitkę, np. probowałam się do niego przytulić to powiedział, że się czuje niepewnie, obco i spięty i że mam tak nie robić, bo on tego nie chce :cry: Powiedział, że mam problem z zaakceptowaniem faktu, że już mnie nie kocha (zabolało sto razy bardziej niż to że spotykał sie z kims) i nie może się tak przestawić.

Niezapominajka
Posty: 393
Rejestracja: 06 kwie 2017, 11:07
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: W którą stronę?

Post autor: Niezapominajka » 15 kwie 2017, 13:41

ps przeczytałam tez "A. Jednej - ile jest warta twoja obrączka" oraz Dobsona "Milosc potrzebuje stanowczości". Zastanawiałam się pod wpływem tej lektury czy nie dać mężowi czasu (wyznaczyć termin np. do Gwiazdki, naszej rocznicy) na określenie się. Nawet nie chodzi o to, żeby była między nami miłość, bo waidomo, że ona nie pojawi się jak za pstryczkiem, ale, żeby podjął decyzję czy chce probować nas ratować, naprawiać, może terapia małżenska? Zeby pomimo braku miłości postanowić coś robić z tego rozsypanego małżeństwa (bardzo mi tu zaimponował mąż forumowej Lustro i ona, że taką decyzję podjęli i trwalo to 3 lata zanim się ponaprawiali, bo to praca dwóch stron. Ze może on tak tkwi, bo ja nic ni emówię tylko czekam. ALe to czekanie jest takie bezsilne. Martwe, żyjemy jak współlokatorzy mijając się, gadamy owszem jak minął dzien, co w pracy, jak dzieci, jakie zakupy itp. Ale czy tak bedzie już zawsze. A ostatnio mi ktoś powiedział, ze to i tak dużo, ten spokój i szacunek, bo niektórzy deklarują miłośc a zyją jak wrogowie. Ale czy naprawdę? Czy da się tak długo żyć? Bez bliskości, robienia czegoś razem, posiadania wspólnego obszaru, dotyku, seksu? To by było tragiczne. Taki związek pusty z przyzwyczajenia, i dla dzieci, choć myślę, że właśnie nie dal dzieci, bo one widzą tę pustkę między rodzicami. To strasznie trudne to wszystko pojąć i próbować działać.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości