Przebaczenie jako proces naturalny

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

jacek-sychar
Posty: 6225
Rejestracja: 04 sty 2017, 17:55
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Mężczyzna

Przebaczenie jako proces naturalny

Post autor: jacek-sychar » 15 maja 2019, 21:01

Jim McManus CSsR, Stephanie Thornton
Przebaczenie jako proces naturalny

Większość ludzi (chociaż nie wszyscy) w końcu potrafi przeboleć krzywdę – tracą zainteresowanie zemstą i przechodzą do innych, teraźniejszych spraw. Proces ten ma swój naturalny rytm, etapy, różnie nazywane w literaturze fachowej, ale wymieniane mniej więcej w tej samej kolejności.

Etapy te wymagają czasu. Czas goi rany – głosi znane porzekadło. W rzeczywistości uzdrawia nas nie bierny upływ dni i miesięcy, lecz potężny, dynamiczny proces przebaczenia. Jeśli się w niego nie zaangażujemy, czas może unieruchomić nas na którymś z etapów, pozbawiając nas możliwości prawdziwego powrotu do zdrowia.

Etap pierwszy: zaprzeczenie

Dochodzi do jakiegoś nieszczęścia – i początkowo nie przyjmujemy go do wiadomości: „To niemożliwe!” Nasz umysł woli nie mierzyć się z okropną prawdą, nie narażać się na wstrząs i cierpienie. Wielu ludzi, którzy przeżyli osobistą tragedię, wspomina, że najpierw nie chcieli uwierzyć w to, co się stało. Udawali, że nic strasznego się nie dzieje. Z nikim nie rozmawiali, jakby dopiero mówienie o tragedii mogło uczynić ją realną. Jakby milczenie, zachowywanie pozorów normalności oznaczało, że nieszczęścia po prostu nie ma.

Takie zaprzeczenie to potężna ochrona przed tym, co trudno jest znieść – jeden z mechanizmów obronnych zidentyfikowanych przez Zygmunta Freuda. Nasz umysł ucieka w świat, w którym nieszczęście się nie wydarzyło i nie trzeba się z nim zmagać: „Nic się nie stało albo nie stało się nic ważnego!” Jest to jednak świat nierealny, który nie uwzględnia naszych prawdziwych potrzeb i uczuć. Przebywanie w nim prowadzi do nienaturalnych zachowań i chaotycznych emocji. Zaprzeczenie odrywa nas od rzeczywistości, nie pozwala nam uczciwie ocenić własnych doznań i obaw. Nie może więc nas uzdrowić (bo uzdrowienie dokonuje się w realnym świecie), a przy tym trudno jest w nim długo wytrwać. Za uporczywe zaprzeczanie płaci się wysoką cenę.

Rozważmy choćby historię Jane. Pięć lat po okrutnym wyszydzeniu i odrzuceniu przez partnera Jane twierdzi, że doszła już do pełnej równowagi, ale już nigdy więcej nie zaufa mężczyźnie. Nie dostrzega związku między tym brakiem zaufania a nie zaleczoną raną z przeszłości. Analiza tego związku byłaby dla niej zapewne zbyt nieprzyjemna! Jak piszą Sidney i Suzanne Simonowie: Mamy powody do niepokoju, bo skoro przyznamy, jak bardzo zostaliśmy zranieni i – zwłaszcza – do czego to zranienie nas skłoniło, będziemy musieli się zmienić. Będziemy musieli działać i reagować inaczej niż dawniej, a nie wiemy, jak to robić. Nie wiemy, czy zdołamy przeżyć coś takiego.

Autorzy ci twierdzą, że każda skrzywdzona osoba spędza pewien czas w stanie zaprzeczenia, a niektórzy tkwią na tym pierwszym etapie wiele lat. Zaprzeczenie wyraża się w ignorowaniu krzywdy, jakby nie miała znaczenia, nie wymagała namysłu, już się nie liczyła, dotyczyła jedynie przeszłości, była czymś normalnym. Nie jest to skuteczna metoda leczenia ran emocjonalnych, podobnie jak nie uleczymy się z szoku wywołanego wjechaniem ciężarówki w grupę uczniów, udając, że śmierć i okaleczenie dzieci nie mają większego znaczenia, nie wymagają namysłu, nie liczą się wobec obecnych problemów, wydarzyły się przed pięciu laty, należą zatem do historii, i że takie tragedie są na porządku dziennym.

Zaprzeczenie nie uzdrawia. Co więcej, zaprzeczając, że zostaliśmy skrzywdzeni lub że problem istnieje, odmawiamy naszym ranom należnej im uwagi, a sobie możliwości zatroszczenia się o nie. Udając, że nic się nie wydarzyło lub że to, co się wydarzyło, nie ma znaczenia, skazujemy się na życie pośród ruin.

Zaprzeczenie nie uzdrawia – bez względu na to, jak długo zaprzeczamy. Zdrowia nie przynosi nam czas, lecz wędrówka ku przebaczeniu. Jeśli zaś chcemy ruszyć naprzód, uporać się z problemem, musimy najpierw uświadomić sobie, co się stało, uświadomić sobie, że doznaliśmy zranienia.

Jednocześnie musimy stwierdzić własną wartość: musimy stwierdzić, że nasza rana jest nie tylko fizyczna lub emocjonalna, lecz także egzystencjalna. Musimy rozpoznać jasno, że to, co się stało, nie odpowiada naszej idei tego, co „słuszne” lub „w porządku” – i że czujemy urazę, żal.

Etap drugi: obwinianie siebie

Pierwszym krokiem po zaprzeczeniu, pierwszą reakcją osób, które przyznają, że rzeczywiście zostały zranione, bywa obwinianie samych siebie. Trudno uwierzyć, że ktoś może doznać nieszczęścia, a potem jeszcze się o nie obwiniać. A przecież tak postępują niemal wszyscy! „Gdybym był/była grzeczniejszym dzieckiem, tatuś by mnie kochał i nigdy by mnie nie uderzył! Gdybym była lepszą żoną, mąż nie złamałby przysięgi małżeńskiej, nie zdradził mnie i nie porzucił dla innej kobiety. Gdybym bardziej się starał, gdybym wybrał inną trasę, gdybym się nie zakochała, nie wyrzucono by mnie z pracy, nie byłoby tego wypadku, nie złamano by mi serca…”.

Gdyby… Gdyby zachować się inaczej, inaczej zareagować, nie byłoby problemu… Kogo nie nawiedzały takie myśli? Dlaczego obwiniamy się w ten sposób? Dlaczego od zaprzeczenia przechodzimy prosto do karania samych siebie za to, co się stało?

Straszna jest wizja świata, w którym nasz los jest przypadkowy, nieprzewidywalny! Jak można wtedy czuć się pewnie, snuć plany, żywić nadzieje, marzyć? Wzdragamy się przed taką perspektywą. Pragniemy wierzyć, że życie jest – przynajmniej w jakimś stopniu, przynajmniej kiedy naprawdę ma to znaczenie – pod naszą kontrolą. Dlatego pokrzepiamy się myślą, że właśnie tak jest: że zdołalibyśmy uniknąć nieszczęścia, które nas spotkało, gdybyśmy zachowali się inaczej. Jeśli nieszczęście spowodował jakiś nasz błąd, możemy wyciągnąć wnioski na przyszłość, uchronić się przed dalszym cierpieniem. Dlatego wolimy obwiniać samych siebie, niż uznać, że życie jest nieprzewidywalne, niepewne i jednak go nie kontrolujemy.

Etap pretensji do siebie jest dla nas korzystnym wyjściem z etapu zaprzeczenia, bo oznacza pogodzenie się z rzeczywistością tego, co się zdarzyło. Potwierdza on nasze prawo do kształtowania własnego życia, a przynajmniej do reakcji na to, co się w nim dzieje. Przyjęcie odpowiedzialności, choćby błędne, jest zdrowsze niż udawanie, że wszystko jest w porządku!

Obwinianie siebie jest jednak tak samo niebezpieczne jak zaprzeczenie. Przypisując sobie winę za nieszczęście, które nas spotkało, karzemy się za nie nieustannie i jeszcze potęgujemy swój ból. To tak jakbyśmy posypywali rany solą. Samooskarżenia nie uzdrowią nas bardziej niż zaprzeczenie, bo same polegają na subtelnym, podstępnym zaprzeczaniu – zaprzeczaniu natury człowieczeństwa, zaprzeczaniu kruchości i nieprzewidywalności ludzkiego życia. Dopóki nie przestaniemy zaprzeczać tym faktom, nie zdołamy stawić im czoła, podobnie jak nie zdołamy stawić czoła problemowi, którego istnienia nie przyjmujemy do wiadomości.

Etap trzeci: użalanie się nad sobą

Skoro jednak zło nie wynikło z naszej winy, to jesteśmy nieszczęsnymi ofiarami jakiegoś bezwzględnego agresora lub biegu wydarzeń.

Dostrzeżenie w sobie ofiary to wielki krok naprzód w procesie odzyskiwania zdrowia po przeżytej tragedii lub niesprawiedliwości. Przyznajemy, że nas zraniono i że nieszczęście było spowodowane nie przez nas samych, lecz przez kogoś innego lub przez nie sprzyjające okoliczności. Po raz pierwszy wskazujemy sedno problemu: doznaliśmy krzywdy, i jesteśmy stale na nią narażeni w świecie, który bywa podstępny i bezlitosny, i musimy się pogodzić z tą okrutną prawdą.

Trudno jest obojętnie traktować ofiary strasznych wydarzeń. Spotykając takie osoby, nieraz użalamy się głęboko nad ich losem. Same ofiary też głęboko się nad nim użalają. Nic w tym złego: zdrowo jest zaprzestać karania siebie za rzekomo zawinione przez nas nieszczęście i okazać sobie współczucie, które okazalibyśmy innym w podobnej sytuacji.

Przebycie tego etapu wymaga jednak przenikliwości i zdolności osądu. Słusznie uznajemy, że nas zraniono, że zranienie jest niesprawiedliwe, poza naszą kontrolą i przez nas niezawinione: w ten sposób jasno określamy, co się stało i z czym musimy się zmierzyć. Łatwo natomiast dojść następnie do przekonania, że nasza krzywda jest wyjątkowa w swoim okropieństwie i dlatego, jako ofiary, mamy prawo do szczególnego traktowania. Jeśli właśnie na tym się koncentrujemy, popełniamy poważny i szkodliwy dla nas błąd. Zaprzeczamy głębszej prawdzie – tej, że życie każdego jest kruche, narażone na krzywdę i nie poddające się kontroli. Zaprzeczamy temu, że być może wszystkim należy się współczucie, którego jako pokrzywdzeni żądamy dla siebie. Nie zauważamy kwestii najistotniejszej: nasz ból i bezbronność to tylko jedne z aspektów ludzkiej kondycji.

Użalanie się nad swoim nieszczęściem może w jakiejś mierze być dla nas pociechą. Nie może nas jednak uzdrowić. Oddala nas od pogodzenia się z rzeczywistością, od przebaczenia i transcendencji duchowej równie skutecznie jak zaprzeczenie i obwinianie siebie, oddala nas bowiem od prawdy.

Etap czwarty: oburzenie

Oczywiście, skoro dostrzegamy w samych sobie ofiary niesprawiedliwości, prędzej czy później musimy zrozumieć, że ktoś lub coś jest tej niesprawiedliwości sprawcą. „Oburzające! I miałoby to ujść mu bezkarnie?!” To dobrze, że tak myślimy i czujemy.

Już nie tylko uważamy teraz naszą krzywdę za niesprawiedliwą. Uważamy też, że sprawiedliwy byłby gniew na naszego krzywdziciela – i że przydałaby się zemsta, a przynajmniej kara. Gniew to zdrowa odpowiedź na doznaną niesprawiedliwość. Zachęca on do działania, do odnowienia relacji ze światem, podczas gdy zaprzeczenie, obwinianie siebie i użalanie się nad sobą skłaniają do bierności. Gniew podpowiada nam (i dobrze!): broń się! Broń tego, co słuszne! Nie pozwól, żeby niesprawiedliwość i jej sprawcy pozostali bezkarni!

Dla wielu z nas stanowi to jednak problem, zwłaszcza dla osób szukających Boga. Sądzimy, że gniew jest ze swej istoty i bez wyjątku czymś złym, prowadzącym do grzechu. Bo czy nie powinniśmy zawsze „nadstawiać drugiego policzka”? Czy nie powinniśmy tłumić gniewu zawsze, „siedemdziesiąt siedem razy”?

Rzeczywiście, gniew bywa czymś złym! Jeśli podsyca tylko chęć skrzywdzenia tych, którzy nas skrzywdzili, jeśli wzmaga pragnienie odwetu, na ogół prowadzi do destrukcji i autodestrukcji. Nienawiść i zemsta nie przynoszą nic dobrego ani nam, ani tym, których atakujemy, i należy się tych uczuć wystrzegać. Gniew jednak nie jest ani nienawiścią, ani zemstą, lecz emocją skierowaną przeciw temu, co złe, niesłuszne. Gdybyśmy nigdy nie odczuwali gniewu, oznaczałoby to, że nie widzimy nic niesprawiedliwego w wyzysku człowieka, w znęcaniu się nad innymi. Czy Żydzi nie powinni czuć gniewu z powodu holokaustu? Czy nie powinniśmy czuć gniewu, oburzać się na niesprawiedliwość, patrząc w Amsterdamie na budynek, w którym ukrywała się Anna Frank z rodziną, skąd wywleczono ją i posłano na śmierć w obozie koncentracyjnym? Czy nie powinniśmy się oburzać, czytając informacje o torturach, ludobójstwie i cynicznych egzekucjach?

Gniew podsycający żądzę zemsty jest czymś złym. Gniew skierowany przeciw niesprawiedliwości jest czymś dobrym. Problem polega na odróżnieniu jednego rodzaju gniewu od drugiego. Słusznie oburzamy się na niesprawiedliwość, bo nasze oburzenie oznacza, że odzyskaliśmy zdolność osądu, chęć akceptacji dobra i odrzucenia zła. Błądzimy natomiast i niszczymy samych siebie, jeśli w pełni ulegamy gniewowi, nie próbujemy spojrzeć na niego trzeźwo ani wyzbyć się go po jakimś czasie. Taki gniew prowadzi do niekończącej się złości, do zemsty, nienawiści. Jeśli koncentrujemy się na gniewie jako uzasadnionej (rzekomo) podstawie naszego życia, możemy już nie tylko reagować gniewnie na to lub tamto wydarzenie, ale stać się wręcz uosobieniem gniewu: ludźmi agresywnymi, którzy swoją złością zatruwają wszelkie sytuacje, wszelkie związki. To z pewnością nas nie uzdrowi! Raczej wywoła więcej bólu, zrażając do nas otoczenie, powodując nowe rozdźwięki, nowe ataki i nowe rany.

Etap piąty: przetrwanie

Zaprzeczenie, obwinianie siebie, użalanie się nad sobą i oburzenie (lub słuszny gniew) to naturalne reakcje na wyrządzoną nam niesprawiedliwość. Każdy z tych etapów jednak zamyka nas w poczuciu krzywdy, sprawiając, że koncentrujemy się na niej jako najważniejszym elemencie naszego życia i reagujemy na nią bez końca. Żaden nie pozwala nam uwolnić się od przeszłości, bo wszystkie są z nią ściśle związane. Nie możemy się wyzwolić, spojrzeć z nowej perspektywy na to, co się wydarzyło, odwołać się do wyższych wartości. Każdy z tych etapów wyrasta z minionego nieszczęścia i jest przez nie kształtowany. Dopiero kiedy zaczniemy wykraczać poza dawne krzywdy i zapragniemy żyć w sposób od nich niezależny, nauczymy się stopniowo, jak uporać się z przeszłością. Dopiero kiedy w naszym myśleniu przestaną dominować przykre wspomnienia, nabierzemy zdolności do uwalniania się od minionych krzywd, nawiązywania nowych relacji ze światem i znajdowania w nim nowego sensu, nowej nadziei i radości. Próbą takiego wykroczenia jest etap zwany przetrwaniem.

Jak piszą Sidney i Suzanne Simonowie: Na etapie przetrwania coraz więcej czasu spędzamy, patrząc przed siebie, ku zdrowiu, a nie za siebie, w stronę cierpienia . Uświadamiamy sobie, że mimo nieszczęścia, jakie nas spotkało, nadal żyjemy, nadal decydujemy o swoim życiu i chcemy teraz odzyskać nad nim kontrolę. Stwierdzamy, że zaprzeczenie, obwinianie siebie, użalanie się nad sobą i oburzenie nie służą naszemu zdrowiu. Minione krzywdy nie były wprawdzie wyimaginowane, ale należą już do przeszłości. Nie musimy zabierać ich ze sobą w przyszłość. Przetrwanie polega na wytyczeniu granicy i powiedzeniu sobie, że nasza uraza, gorycz i pretensje pozostaną po jej drugiej stronie. Nie będą częścią przyszłości, która się przed nami otwiera. Może myśleliśmy tak już wcześniej, ale na etapie przetrwania przechodzimy od myśli do czynu. Przez całe lata jedynie reagowaliśmy na napotkanych ludzi lub okoliczności, a teraz przejmujemy ster, który oddaliśmy losowi, i aktywnie kształtujemy bieg wydarzeń. Działamy, zamiast mechanicznie reagować, uczestniczymy w grze, zamiast patrzeć zza bocznej linii na mijające nas życie.

Przetrwanie to coś więcej niż posępne samozaparcie. Przetrwanie oznacza, że postanawiamy uwolnić się od przeszłości, zobaczyć w niej właśnie przeszłość. Trzeba uświadomić to sobie w pełni: utraciliśmy coś dobrego, ale moment utraty już minął. Jesteśmy tutaj, w tym nowym świecie, i powinniśmy przyjmować go takim, jaki jest – i jaki może się stać. Powinniśmy wyzwolić się od przeszłości i iść dalej, akceptując teraźniejszość. Oto zdrowa reakcja: uczciwy realizm, który odważnie powraca do życia.

Etap szósty: reintegracja

Błędem byłoby myśleć, że przebywamy te etapy sukcesywnie, „odfajkowując” jeden po drugim i pozostawiając je za sobą w niepowstrzymanym dążeniu naprzód. W rzeczywistości możemy krążyć między nimi lub doznawać kilku niemal jednocześnie: nawet zdecydowane zaangażowanie w teraźniejszość jest przeplatane przypływami gniewu, użalaniem się nad sobą, zaprzeczeniem lub samooskarżeniami. Zaczynamy dochodzić do siebie, kiedy wychylamy się ku następnemu etapowi. Koncentrując się na przetrwaniu, a nie na zaprzeczaniu krzywdzie, przygotowujemy grunt pod prawdziwe uzdrowienie płynące z przebaczenia.

W pewnym sensie etap przetrwania przenosi nas z powrotem do pierwszej fazy tego uzdrawiającego cyklu. Przestaliśmy żyć przeszłością, pamięcią o minionym nieszczęściu. Chcemy skupić się na teraźniejszości! Chcemy zacząć od nowa, być nowymi ludźmi w tym nowym świecie, który teraz zamieszkujemy. Świetnie! – ale jest to również następna, subtelniejsza forma zaprzeczenia. W rzeczywistości bowiem nie jesteśmy nowo narodzeni, nie zaczynamy od nowa. Jesteśmy wytworem naszych doświadczeń, naszych wcześniejszych uczuć i cierpień, własnego postępowania i postępowania innych wobec nas. Nie można uniknąć tej fundamentalnej prawdy. Na etapie przetrwania angażujemy się stopniowo w nowy świat, ale jeszcze nie zintegrowaliśmy swojego nowego „ja” z naszą przeszłością. Właśnie dlatego ta przeszłość wdziera się niekiedy w teraźniejszość i skłania nas do ponownego zaprzeczania, gniewu, użalania się nad sobą lub samooskarżeń.

Kiedy odrzucamy gniew, rezygnujemy z wyrażania własnego sądu. Być może jest czymś złym spojrzeć w oczy oprawcy lub seryjnemu mordercy i stwierdzić: „Jesteś niegodziwy, dlatego dołożę starań, żeby cię wykończyć”. Dlaczego jednak czymś złym miałoby być spojrzenie na działania oprawcy lub seryjnego mordercy i stwierdzenie: „To jest niegodziwe, dlatego dołożę starań, żeby się skończyło”?

Pełne uzdrowienie wymaga zintegrowania wszystkiego, czym jesteśmy, ze wszystkim, czym byliśmy. Jeśli nie zespolimy naszych przeżyć w jedną całość i jej nie zaaprobujemy, przeszłość i związane z nią reakcje będą wciąż czaić się w pobliżu, gotowe zaatakować i osłabić nasze wysiłki. By naprawdę odzyskać zdrowie, musimy w pełni i bezwarunkowo zaakceptować siebie i swoją historię.

Jak można zintegrować wszystko, co nas spotyka – sprawy dobre i złe – w spójną całość i pogodzić się z nią? Trzeba zrozumieć, że każde, nawet najdrobniejsze, wydarzenie w naszym życiu, każda nasza krzywda, każdy błąd, każdy triumf kształtują nas i wzbogacają. Niepowodzenia uczą nas odwagi i wytrwałości, cierpienie zwiększa naszą przenikliwość i zdolność do współczucia. Trudności rozwijają nas bardziej niż zadowolenie i sukcesy. A uświadomienie sobie tej prawdy i integracja osobowości, choć niełatwe, są konieczne, jeśli chcemy osiągnąć przebaczenie i pokój.

Nieszczęśliwa miłość rani nieraz głęboko. Czy można po czymś takim dojść do siebie? Jeśli przez „dojście do siebie” rozumiemy powrót do własnego „ja” sprzed nieszczęścia – jakby miłość i jej bolesne skutki nigdy nie istniały – odpowiedź brzmi: nie. Zresztą taki powrót, choćby nawet i możliwy, byłby dla nas niekorzystny. Hipnoterapeuta Paul McKenna często ma do czynienia z ludźmi, którzy proszą, by za pomocą hipnozy usunął ich wspomnienia nieszczęśliwej miłości i związane z nią negatywne emocje. Zawsze odmawia. Taka hipnoterapia byłaby najwyższą formą zaprzeczenia! Owszem, pozwoliłaby zahipnotyzowanej osobie „przetrwać”, angażować się w nowe relacje bez goryczy, bólu i nienawiści, ale odebrałaby jej szansę wewnętrznego rozwoju, wyciągnięcia wniosków z przeszłości.

Właśnie przez doznawanie miłości, porażek i rozczarowań uczymy się rozumieć samych siebie, innych ludzi i nasze miejsce we wszechświecie. Nie możemy mieć wszystkiego, czego zapragniemy! Najprawdopodobniej spotka nas wiele niepowodzeń, drobnych i poważnych. Jedyną metodą unikania bólu jest unikanie życia. Takie nie przeżyte życie jest jednak bezpłodne i jałowe; bardziej jałowe niż życie wstrząsane trudnymi zdarzeniami, ale wciąż aktywne i korzystające ze swoich doświadczeń.

Czy można dojść do siebie po nieszczęśliwej miłości? Owszem – ale nie przez udawanie, że to nieszczęście nie ma znaczenia. Nie przez niedorzeczne przypisywanie całej winy sobie lub obiektowi swoich uczuć. Nie przez próby zachowywania się tak, jakby tej miłości nigdy nie było. Dochodzimy do siebie, uznając, że nasze doświadczenia, jakkolwiek bolesne, przyniosły nam dary, których nie uzyskalibyśmy w inny sposób: dar dobrych chwil, łatwy do zauważenia, ale też mniej oczywisty dar chwil złych – trudniejszą lekcję. Właśnie dzięki zintegrowaniu wszystkich tych lekcji, wbudowaniu ich w swoją osobowość możemy się rozwijać, stawać się w pełni sobą.

Godząc się z tym, że kształtują nas – i wzbogacają – wszelkie wydarzenia w naszym życiu, kładziemy podwaliny pod przebaczenie. Jak stwierdził Rowan Williams, arcybiskup Canterbury: Przebaczenie przynosi wolność, ale też pozwala z nadzieją odzyskać przeszłość, przywrócić pamięć, w której to, co w przeszłości jest potencjalnie niebezpieczne, destrukcyjne, przyprawiające o rozpacz, zmienia się w powód do nadziei . Akceptując przeszłość i wszystko, co nas spotkało, możemy w nowy, uzdrawiający sposób zaakceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy teraz. Akceptując zaś siebie bezwarunkowo w teraźniejszości, możemy także zaakceptować minione krzywdy, które przyczyniły się do ukształtowania nas takimi, jakimi jesteśmy. Akceptując wszystko, czym jesteśmy, stajemy się pełniej i bardziej uczciwie sobą.

Zanim przebaczymy innym, przebaczenie powinno dokonać się w nas samych. Musimy najpierw zaakceptować siebie, swoją historię, wszystkie nasze doznania, wszystko, co stanowi naszą osobowość. Tak naprawdę przebaczenie polega właśnie na tej akceptacji. Akceptacja skłania nas do ponownego rozważenia wpływu innych na to, kim jesteśmy. Cierpienie działa jak pobudka! Daje nam okazję do nauki. Jak twierdzi pisarka Barbara de Angelis, z własnej woli możemy spojrzeć na tych, którzy sprawili nam ból i spowodowali nasze „przebudzenie”, jako na nauczycieli, a nie wrogów . Bez ich interwencji nie stawilibyśmy czoła wyzwaniu, nie mielibyśmy sposobności skorzystać z tej lekcji ani rozwijać empatii i współczucia, przenikliwości i zrozumienia. Ta nie pozbawiona wdzięczności myśl – połączona z obserwacją, że nasi „nauczyciele” też są omylnymi, cierpiącymi ludźmi – pozwala nam ofiarować im bezwarunkową akceptację i przebaczenie, które odkryliśmy dla siebie.

Etap siódmy: przebaczenie

Kiedy na etapie przetrwania aktywnie angażujemy się w rzeczywistość, a na etapie integracji zastanawiamy się nad sobą i wpływem innych na naszą osobowość, zaczyna się dziać coś nadzwyczajnego. Stopniowo, dyskretnie, nawet tego nie zauważając, zbliżamy się do cudu prawdziwego przebaczenia. Pewnego dnia budzimy się i stwierdzamy, że ból, złość i uraza zniknęły. Przebaczyliśmy!

C. S. Lewis w liście do swojego przyjaciela Malcolma pisał, jak wielką to może być niespodzianką: W zeszłym tygodniu w trakcie modlitwy odkryłem nagle – a przynajmniej takie miałem odczucie – że przebaczyłem komuś, komu starałem się przebaczyć od ponad trzydziestu lat .

Jim McManus CSsR, Stephanie Thornton
tłum. Anna Skucińska

materiał pobrano ze strony:
https://www.katolik.pl/przebaczenie-jak ... ,news.html

Zablokowany

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Ewuryca, JolantaElżbieta i 16 gości