wątek Wafelki czyli rollercoster

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Wafelka
Posty: 119
Rejestracja: 28 kwie 2017, 13:26
Płeć: Kobieta

Re: wątek Wafelki czyli rollercoster

Post autor: Wafelka » 18 maja 2017, 10:23

SAMOA pisze:
18 maja 2017, 7:58
Wafelka, jak ja Cię rozumiem.... czuję podobnie jak Ty...widzę, że nasze historie są podobne.
Zadziałałam twardą miłością (słuchałam konferencji ks.Dziewieckiego), nie działało , potem nieco sfolgowałam, skupiając się nad zmiana i pracą nad sobą......też nic.
Totalana bezradność i ściana przede mną, nawet wczoraj wykrzyczałam Panu Bogu dlaczego? po co? to wszystko juz po ludzku nie daję rady, nie mam siły, dopadaj mnie złe myśli, depresja nie mam juz chęci i motywacji do działania.... jakaś czarna rozpacz i bezsilność i fizycznie i psychicznie!

Pozdrawiam
No właśnie.. Zajrzałam do twojego wątku. Ta bezsilność jest beznadziejna. Choć ja oddałam tę sprawę Bogu. Niech On się tym martwi ;) i jakos mnie prowadzi i popycha do dobrych decyzji. Męża nie zmienię. Jeśli nie chce - trudno. Ale też to odbija się na nas i powoduje chaos. Najlepiej jest...jak go nie ma. Jak chce się widzieć z dzieckiem to dzwoni i wszyscy się musimy dostosować, bo on akurat ma czas. I jak mówię, że zaplanowaliśmy już dzień to zaczyna mi wypominać, że mu ograniczam kontakt.. Ech, cała masa tych rzeczy jest. Poza wszystkim po prostu cały czas ma tę samą śpiewkę. Gdzieś czytałam, że niektórzy dorośli tak postępują, jakby cofnęli się. Nawet dzieci jak jeden klocek nie pasuje, biorą inny, próbują. Dorośli często próbują na siłę pchać ten jeden niepasujący klocek licząc, że się zmieści. I ciągle go biorą i próbują, a to z tej, a to z drugiej strony. Ale klocek ten sam i wiadomo, że nie zadziała. Mój mąż tak właśnie robi. Przez rok, a nawet dłużej, nie zmienił nic... Nic.

Wafelka
Posty: 119
Rejestracja: 28 kwie 2017, 13:26
Płeć: Kobieta

Re: wątek Wafelki czyli rollercoster

Post autor: Wafelka » 18 maja 2017, 10:27

Pavel pisze: Druga sprawa, to coś przed czym na starcie wielokrotnie na forum się ostrzega - aby nie motywować pracy nad sobą i własnych zmian współmałżonkiem, jego zmianami i stosunkiem do nas. Bo gdy jest taki jak wczesniej a nawet gorszy (co nierzadko się zdarza wlasnie w wyniku naszych zmian), łatwo wpaść w pułapkę i utracić motywację.
Tą powinien być Bóg oraz szczera chęć zmiany własnego życia, nawet jeśli nasz współmałżonek zostanie tam gdzie jest.
No widzisz, Pavel, tak się staram, jak piszesz. Naprawdę odkryłam jakiś czas temu niezwykłą moc modlitwy i autentycznie czasami naprawdę czuję, że Bóg jest blisko mnie. I to jest mega uskrzydlające. Nie boję się, że coś mi grozi. Ale czasem, słaba jestem, wiadomo... I przychodzą takie myśli i pytania: po co to wszystko? dlaczego? co to ma wnieść do mojego życia? i co powinnam zrobić...? I czasem mnie to jakoś załamuje. Choć generalnie jestem naprawdę silna i nie poddaję się łatwo.

Awatar użytkownika
Nirwanna
Posty: 9635
Rejestracja: 11 gru 2016, 22:54
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: wątek Wafelki czyli rollercoster

Post autor: Nirwanna » 18 maja 2017, 10:55

Wafelka pisze:
18 maja 2017, 10:07
Nirwanna pisze: Inaczej mówiąc - wnoszenie o rozwód, nakłanianie do rozwodu jest winą moralną, jest grzechem. Winy takiej nie ponosi osoba, która nie zgadza się na rozwód, taka którą rozwiedziono bez jej woli. Choć jeśli wejdzie w kolejny związek - to tak, jest już to grzech.

Nie sam fakt bycia więc rozwiedzionym/rozwiedzioną wpływa na możliwość przystępowania do spowiedzi i Komunii, ale fakt winy za tę sytuację i trwania w tym - że przecież rozwód to nic takiego, mogę się rozwieźć, dopóki nie mam kogoś innego. To jest błędne myślenie.
Zresztą artykuł ten całkiem precyzyjnie całość tłumaczy.
Wiesz... myślę, że po prostu każda sytuacja jest inna. I nie można przykładać jednej miary do każdego. Rozmawiałam z trzema niezależnymi osobami, w tym z jednym specjalistą od tego typu spraw i prawa kościelnego. I wiem, że nie postępuję źle. Nie dążyłam do rozpadu małżeństwa, wręcz zrobiłam wszystko by je ratować. Są jednak sprawy, które mogą być po prostu dla mnie niebezpieczne i narażać mnie i nasze dziecko na poważne problemy, których nie załatwia separacja. To mój mąż, podejmując decyzje, które zagrażają naszemu bytowi, zdrowiu, a może i życiu, jest osobą, która dążyła do rozbicia małżeństwa i rodziny. Trzeba tak na to patrzeć. Przecież gdybyśmy byli tylko małżeństwem sakramentalnym, bez ślubu cywilnego, tej kwestii w ogóle by nie było, prawda?

I wierz mi, że naprawdę tego nie pragnę. Jestem wierna mężowi i jest mi po prostu przykro widzieć jego upadek i trwanie w tym brudzie. Marzę i modlę się o jego nawrócenie. Ale póki postępuje tak jak postępuje muszę też dbać o siebie. A wiele wskazuje na to, że ważność naszego małżeństwa można podważyć dość prosto. Wcale tego nie chcę. Stąd to czekanie. Ale jestem coraz bliższa myśli, że jeśli budowaliśmy nasz dom na piasku, to żadne wysiłki teraz tego nie zmienią. Że trzeba by zbudować na nowo, na nowo wziąć ślub z pełnym przekonaniem i zaproszeniem Boga. Mój mąż go nie zapraszał niestety...
Wafelko, masz rację, każda sytuacja jest inna i trzeba ją solidnie rozeznać. Tym niemniej każdego z nas obowiązuje 10 przykazań, których jest tylko 10. Dla każdego. I niezależnie od sytuacji.

Widzisz, nader często - to w wątkach panów sycharków często się pojawia ten moty - kobiety wytrzymują długo długo długo .... jeszcze dłużej, .... do granicy wytrzymałości .... ale jak już pęknie, to na całego. NIE! ROZWÓD!!! NIE CHCĘ CIĘ ZNAĆ!!!! Choć jeszcze trzy dnie wcześniej była na etapie "wytrzymam i uratuję".... Nie dziwię się panom, że nie rozumieją tego zjawiska. Ale sporo kobiet tak ma. I to nie jest dobre. Jest zgubne - dla wszystkich.

Wafelko, czy Ty umiesz stawiać granice mężowi? Umiesz stawiać je sobie? Czy zanim pójdziesz w ostateczność, czyli rozwód, wypróbowałaś naprawdę wszystkie możliwości postawienia granic mężowi i sobie?
Czego nie załatwi Ci separacja, a da Ci rozwód?
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II

Awatar użytkownika
Nirwanna
Posty: 9635
Rejestracja: 11 gru 2016, 22:54
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: wątek Wafelki czyli rollercoster

Post autor: Nirwanna » 18 maja 2017, 10:59

Wafelka pisze:
18 maja 2017, 10:23
SAMOA pisze:
18 maja 2017, 7:58
Wafelka, jak ja Cię rozumiem.... czuję podobnie jak Ty...widzę, że nasze historie są podobne.
Zadziałałam twardą miłością (słuchałam konferencji ks.Dziewieckiego), nie działało , potem nieco sfolgowałam, skupiając się nad zmiana i pracą nad sobą......też nic.
Totalana bezradność i ściana przede mną, nawet wczoraj wykrzyczałam Panu Bogu dlaczego? po co? to wszystko juz po ludzku nie daję rady, nie mam siły, dopadaj mnie złe myśli, depresja nie mam juz chęci i motywacji do działania.... jakaś czarna rozpacz i bezsilność i fizycznie i psychicznie!

Pozdrawiam
No właśnie.. Zajrzałam do twojego wątku. Ta bezsilność jest beznadziejna. Choć ja oddałam tę sprawę Bogu. Niech On się tym martwi ;) i jakos mnie prowadzi i popycha do dobrych decyzji. Męża nie zmienię. Jeśli nie chce - trudno. Ale też to odbija się na nas i powoduje chaos. Najlepiej jest...jak go nie ma. Jak chce się widzieć z dzieckiem to dzwoni i wszyscy się musimy dostosować, bo on akurat ma czas. I jak mówię, że zaplanowaliśmy już dzień to zaczyna mi wypominać, że mu ograniczam kontakt.. Ech, cała masa tych rzeczy jest. Poza wszystkim po prostu cały czas ma tę samą śpiewkę. Gdzieś czytałam, że niektórzy dorośli tak postępują, jakby cofnęli się. Nawet dzieci jak jeden klocek nie pasuje, biorą inny, próbują. Dorośli często próbują na siłę pchać ten jeden niepasujący klocek licząc, że się zmieści. I ciągle go biorą i próbują, a to z tej, a to z drugiej strony. Ale klocek ten sam i wiadomo, że nie zadziała. Mój mąż tak właśnie robi. Przez rok, a nawet dłużej, nie zmienił nic... Nic.
Wafelko, masz świadomość, że w tym co piszesz wciąż wytykasz męża palcem, ..... a pozostałe trzy palce są skierowane do Ciebie? Co oznacza że w trójnasób masz się zająć sobą.
Zajęcie się sobą oznacza że nie zajmuję się innym wytykając czego to on nie robi, lub robi źle, tylko zajmuję się w tym aspekcie sobą. A osobie czyniącej zło stawiam skuteczne, czyli chroniące siebie i dzieci - granice. W granicach moralnie dopuszczalnych oczywiście.
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II

Pavel
Posty: 3226
Rejestracja: 03 sty 2017, 21:13
Jestem: już po kryzysie
Płeć: Mężczyzna

Re: wątek Wafelki czyli rollercoster

Post autor: Pavel » 18 maja 2017, 10:59

Wafelko,
Zgadzam się z Nirwanną odnośnie rozwodów. Może o czymś nie wiem, ale wydawało mi się, że separacja zawiera narzędzia pozwalające nas chronić przed nieodpowiedzialnością małżonków.
Jeśli chodzi o rady prorozwodowe - mojej mamie rownież księża sugerowali takie rozwiązanie, rownież je usprawiedliwiali w jej oczach. Jak widać osoby duchowne rownież są ludzmi i czasem błądzą.

Takie rady, zwłaszcza opierając się na relacji jednej ze stron (subiektywnej przecież), są niestety szkodliwe i nieodpowiedzialne.
Mojej mamie jakoś nikt nawet nie doradził pracy nad sobą, nie pofatygowano się aby porozmawiać z ojcem, wysłuchać jego subiektywnego spojrzenia, poszukać przyczyn. A pozniej nad tym pracować, każdy nad soba. A te przyczyny były po obu stronach, niestety obie strony uważały, że to działania właśnie tej drugiej sa przeszkodą nie do przejścia.

Nie ma (lub niemal nie ma) małżeństw które są w pełni ważnie zawarte.
Przy okazji - czy Twój mąż w momencie ślubu był blisko Boga? Ty byłaś?
"Bóg nie działa poza wolą człowieka i poza jego wysiłkiem.(...) Założenie, że jeśli się pomodlimy, to będzie dobrze, jest już wiarą w magię." ks. dr. Grzegorz Strzelczyk

Metanoja1
Posty: 100
Rejestracja: 01 lut 2017, 14:51
Płeć: Kobieta

Re: wątek Wafelki czyli rollercoster

Post autor: Metanoja1 » 18 maja 2017, 11:10

Wafelko, ten rollercoster będzie trwał dotąd dopokąd będziesz chciała się na nim jeździć. Z jakiegoś widać powodu Cię to bawi, choć i męczy. Nie dziwię się, że się czujesz zmęczona, bo na rollercostera wsiada się na chwilkę, a potem się z niego wysiada i idzie się dalej.
Non stop czytam, na ile Cię pamiętam, i wciąż się oglądasz na męża. Swoje ewentualne decyzje (których nie umiesz podjąć i ponieść za nie odpowiedzialności) rozeznajesz w kontekście męża. Tu masz obszar do nawrócenia. Nie jesteś wolnym człowiekiem jeszcze. Wstecz się oglądasz, a ci co wstecz się oglądają do królestwa niebieskiego się nie nadają. Pora się określić, kim chcesz być. Czy chcesz być uczennicą Pana Jezusa i z Nim konsultować i rozeznawać i podejmować wszelkie decyzje, czy też dalej wstecz na męża się oglądać? Uczennica Pana Jezusa nie ogląda się na innych ludzi, tylko jest wpatrzona w Mistrza i słucha Jego słów (codzienne rozważanie Słowa Bożego), modli się i rozeznaje w sercu. Bywa że podejmuje i złe decyzje, ale wyciąga z nich wnioski, najwyżej naprawia błędy, jak się zdarzą. Uczennica ma prawo popełniać błędy, ale na pewno nie traktuje życia jak wiecznego rollercostera, tylko coś z tym robi, choćby tylko "wstecz się nie ogląda".
Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra. (Rz 8,28)

jacek-sychar
Posty: 6495
Rejestracja: 04 sty 2017, 17:55
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Mężczyzna

Re: wątek Wafelki czyli rollercoster

Post autor: jacek-sychar » 18 maja 2017, 11:33

Pavel pisze:
18 maja 2017, 10:59
Jeśli chodzi o rady prorozwodowe - mojej mamie rownież księża sugerowali takie rozwiązanie, rownież je usprawiedliwiali w jej oczach. Jak widać osoby duchowne rownież są ludzmi i czasem błądzą.
Pamiętajmy, że instytucja separacji istnieje stosunkowo od niedawna. Kiedyś nie było możliwości separacji, więc dozwalało się rozwód. Stosowało się zasadę podwójnego skutku. Więcej o tym tutaj:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Zasada_po ... ego_skutku
https://www.przewodnik-katolicki.pl/Arc ... nym-skutku
Rozwód był brany nie dla samego rozwodu, tylko dla odseparowania się od małżonka, który stwarzał zagrożenie dla reszty rodziny (alkohol, przemoc). Część kapłanów pamięta jeszcze zezwolenie na rozwody w takich sytuacjach. Nie widzą, że już zmieniło się stanowisko Kościoła w tej sprawie ze względu na zmianę sytuacji prawnej.

Utka2
Posty: 222
Rejestracja: 29 sty 2017, 22:47
Płeć: Kobieta

Re: wątek Wafelki czyli rollercoster

Post autor: Utka2 » 18 maja 2017, 13:35

mare1966 pisze:
17 maja 2017, 23:08
Na faceta podziała nie siła ,
ale "uległość" kobiety ( mądrość , spryt , empatia , wdzięk itd. )

Jeżeli chcesz na nim coś wymusić ,
to honor każe mu się "postawić" .
A jeżeli "ulegniesz" to "wspaniałomyślnie" on sam zrobi co chciałaś . :)
....... a nawet więcej


Mare - nie chodzi o "działanie siłą" ot tak sobie - raczej o odwrotność działań do tych obecnie podejmowanych. Z logicznego punktu widzenia dotychczasowe działania nic nie przyniosły, ewentualnie przyniosły zbyt mało.

Więc sa dwie możliwości - robić tak dalej i nie oczekiwać innych reakcji, lub zrobić odwrotnie i nastawic sie na inny skutek. Oczywiście może być każdy z tych wymienionych przez Ciebie. Taka ewentualność trzeba przyjąć.

Jedno jest pewne - robiąc tak jak dotychczas, potrzeba cudu, żeby sytuacja sie zmieniła. A cuda to zbyt często nie występują.

Kolejna sprawa - alimenty nie są działaniem na siłę. Tylko zabezpieczeniem finansowym dzieci. W końcu oboje rodzice powinni partycypować w kosztach utrzymania dzieci.
mare1966 pisze:
17 maja 2017, 23:08
Na faceta podziała nie siła ,
ale "uległość" kobiety ( mądrość , spryt , empatia , wdzięk itd. )
taaaaaa, nie dalej jak kilka dni wcześniej reagowałeś na uogólnienia kobiet co do mężczyzn, co do sytuacji w jakiej sie znajdują.

Wiec przestrzegam przed uogólnianiem reakcji mężczyzn na uległość kobiety. Zazwyczaj uległość to jasny komunikat, że on może działać tak dalej i nic sie złego nie dzieje.
Postawienie sie to obrona siebie, to przekaz, ze nie zgadzam sie na takie traktowanie. A co on z tym zrobi to insza inszość. Wszak wpływ mamy tylko na siebie ...

Wafelka
Posty: 119
Rejestracja: 28 kwie 2017, 13:26
Płeć: Kobieta

Re: wątek Wafelki czyli rollercoster

Post autor: Wafelka » 19 maja 2017, 8:40

Hmm...
Tak, to prawda, Metanoja1, w pewnym sensie wciąż oglądam się na niego. Ale czy to jest złe, że mimo wszystko zależy mi na utrzymaniu rodziny i obchodzi mnie co robi mąż?
Z drugiej strony - wiele pracy włożyłam w to, by zdecydować o separacji prawie rok temu. Od wielu miesięcy żyję swoim życiem, widując się z mężem dość często, bo chociażby mamy wspólne dziecko. Poza tym czasem mąż chce porozmawiać, chce coś wyjaśnić.. Uważam, że nie powinnam mu tego odmawiać. Jest człowiekiem takim jak każdy inny...
Piszesz, że przy podejmowaniu decyzji oglądam się na męża i podejmuję je w jego kontekście. A jak inaczej? No przecież jest moim mężem i pewne moje decyzje były podyktowane jego postępowaniem. Przecież nie rozstałabym się z nim gdyby nie było pewnych jego działań...
I teraz kiedy po prawie roku rozważam co dalej również patrzę na niego. Jaki jest, czy się zmienił, czy chce coś naprawić. Bo ja nie chcę wracać do dawnych zasad, nie wejdę w "stare buty", i mocno też pracuję nad sobą i swoim podejściem do związku od długiego czasu.

Pavel, spytałeś czy w momencie ślubu mój mąż był blisko Boga... Mój mąż mnie okłamał, ukrywał wiele rzeczy na swój temat, które wyszły po wielu latach (to jest przypadek nałogowego kłamcy). To są poważne rzeczy, ale nie będę tego tu pisać. Przed ślubem chodziliśmy razem na msze, spotykaliśmy się "po kościele".. choć ani ja, ani mąż nie byliśmy nigdy związani z jakąś wspólnotą. Wiem, że to z jego strony było tylko po to by być ze mną. Natomiast ja zawsze starałam się być blisko Boga, czytałam i czytam Pismo Święte, dużo się modliłam i modlę, słucham rekolekcji, rozmawiam o Bogu. Mąż po jakimś czasie od ślubu oświadczył, że dla niego to było takie tam niezbyt istotne i, że msza go "nie kręci". Więc tak to wyglądało. Teraz, mam wrażenie, być może zaczyna się nawracać, ale zbyt mało jeszcze symptomów mam, by wiedzieć, że naprawdę tego chce.

Nirwanna
: Nie wiem na czym polega wytykanie palcem w tym wątku. Po prostu napisałam nieco o sytuacji. Czy mam w ogóle nie pisać o nim? Jak inaczej skrótowo opisać sytuację, by czytający mieli jakoś przybliżony temat. Naprawdę pytam szczerze, bo może czegoś nie umiem..

Awatar użytkownika
Nirwanna
Posty: 9635
Rejestracja: 11 gru 2016, 22:54
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: wątek Wafelki czyli rollercoster

Post autor: Nirwanna » 19 maja 2017, 10:49

Nirwanna: Nie wiem na czym polega wytykanie palcem w tym wątku. Po prostu napisałam nieco o sytuacji. Czy mam w ogóle nie pisać o nim? Jak inaczej skrótowo opisać sytuację, by czytający mieli jakoś przybliżony temat. Naprawdę pytam szczerze, bo może czegoś nie umiem..
Wafelko, postaram się przybliżyć co miałam na myśli. Bo oczywiście masz rację, warto skrótowo opisać sytuację, abyśmy wiedzieli o co chodzi. Ale mi tam po prostu brakuje Ciebie. Przykładowo kiedy piszesz, że mąż chce żeby kontakt z dzieckiem podpasować pod niego, a kiedy nie wychodzi, to zarzuca Ci, że ograniczasz kontakt - to jest to opisanie sytuacji, plus wskazanie że mąż w tym temacie nie zachowuje się dobrze, ale brakuje opisania Twojej reakcji, co wtedy mówisz i robisz. Kiedy o tym wspomnisz, będzie łatwiej pokazać Ci, że jest - być może, tego nie wiem - możliwe inne spojrzenie na tę sytuację, że jest możliwe inne myślenie, i że tu jest właśnie obszar do pracy nad sobą :-)
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II

Wafelka
Posty: 119
Rejestracja: 28 kwie 2017, 13:26
Płeć: Kobieta

Re: wątek Wafelki czyli rollercoster

Post autor: Wafelka » 19 maja 2017, 11:12

Nirwanna pisze: (...) ale brakuje opisania Twojej reakcji, co wtedy mówisz i robisz. Kiedy o tym wspomnisz, będzie łatwiej pokazać Ci, że jest - być może, tego nie wiem - możliwe inne spojrzenie na tę sytuację, że jest możliwe inne myślenie, i że tu jest właśnie obszar do pracy nad sobą :-)
Rozumiem teraz. :)
Więc generalnie mam tak, że niewiele trzeba by pojawiła się u mnie nadzieja. Ogólnie jestem osobą pozytywnie myślącą, zawsze byłam tą, która zagrzewa innych do walki, liderką, która nie odpuszcza. I teraz pewnie to mam nadal. Czyli podjęłam wszystkie (tak sądzę) możliwe środki naprawy sytuacji (propozycja psychoterapii par, rekolekcje małżeńskie, miliony rozmów, propozycje pomocy, w końcu twarda miłość i niezgoda na sytuację). Ten stan zawieszenia i takiego totalnego braku inicjatywy ze strony męża mnie dołuje. Tracę wtedy siły. Czuję się jak owa liderka, której zespół postanawia zejść z boiska, bo nie wierzą w sukces.. Ale wystarczy jeden błysk nadziei, jakiś ruch ze strony męża bym się zapaliła i uwierzyła, że to zwiastun zmian. I potem mocno się rozczarowuję, bo okazuje się, że to był słomiany zapał.
Wiem już, że powinnam po prostu poczekać na efekty zmiany, a nie na nią samą. Że sama deklaracja zmiany niewiele znaczy. Że muszą za nią iść konkretne działania. Uczę się tego, ale jednocześnie łapię na tym, że przychodzi do mnie myśl, że nie wszystko stracone po jakimś jednym dobrze spędzonym czasie z mężem (np. wspólny spacer z dzieckiem, jakaś rozmowa). Potem pojawia się jakiś "kwiatek" i opadam z sił i myślę, że to wszystko nie ma sensu, załamuję się, że dałam się znów omotać..
Po prostu nie wiem jak rozpoznać kiedy intencje mojego męża są naprawdę szczere, a kiedy znów kłamie, żeby coś uzyskać, ugrać bez wysiłku. Tyle było kłamstw, że moje zaufanie jest naprawdę poważnie nadszarpnięte, żeby nie napisać, że zerowe...

STOPka
Posty: 28
Rejestracja: 10 maja 2017, 12:38
Płeć: Kobieta

Re: wątek Wafelki czyli rollercoster

Post autor: STOPka » 19 maja 2017, 14:49

Wafelko,
Bardzo dobrze Cię rozumiem. Mój mąż także fundował mi taką huśtawkę - raz dobrze raz źle.Moje oczy, moje czyny były skierowane ku niemu, tzn. jak było dobrze ja miałam nadzieję, jak było źle opadały mi ręce :-( i w pewnym momencie tak się rozpłakałam nad sobą, bo zobaczyłam jak to mnie bardzo wykańcza.Wiedziałam, że nie zmuszę męża naciskając na cokolwiek, powiedziałam mu że Go kocham, ale tak dłużej nie będzie. Zaczęłam powoli troszczyć się o siebie, tzn.nie rzucałam się na głęboką wodę, ale stawiałam sobie i jemu granice, które były dla mnie do zrealizowania. Zaczęłam powoli troszczyć się o swój byt, o swoje mieszkanie, o swoją pracę...jednak pozmieniało się trochę kiedy mąż znowu ze mną zamieszkał. Teraz muszę i chcę się liczyć z tym, że jesteśmy razem, liczyć się z jego zdaniem, tempem rozwoju.
Wafelko chcę Ci powiedzieć - ZATROSZCZ SIĘ O SIEBIE, bo to co sobie fundujecie - tą amplitudę - bardzo Ciebie, a jego pewnie też bardzo wykańcza.

Wafelka
Posty: 119
Rejestracja: 28 kwie 2017, 13:26
Płeć: Kobieta

Re: wątek Wafelki czyli rollercoster

Post autor: Wafelka » 19 maja 2017, 22:30

STOPka pisze: (...) Wiedziałam, że nie zmuszę męża naciskając na cokolwiek, powiedziałam mu że Go kocham, ale tak dłużej nie będzie. Zaczęłam powoli troszczyć się o siebie, tzn.nie rzucałam się na głęboką wodę, ale stawiałam sobie i jemu granice, które były dla mnie do zrealizowania. (...)
Wiesz, STOPko, staram się. Też miałam takie przesilenie, po którym właśnie stwierdziłam, że koniec tego, że przecież nie mogę każdego mojego dnia uzależniać od tego co powie czy zrobi mąż.. i podobnie jak Ty po prostu zaczęłam się o siebie troszczyć i wyznaczyłam granice. Ale chyba tylko mężowi, a nie sobie. Bo widzę, że jestem za elastyczna, właśnie zbyt chyba...naiwna. I trudno mi to przyjąć, ze tak jest, bo generalnie we wszystkich sprawach jestem mega odpowiedzialna, konsekwentna, no taka opanowana mocno. A tu, wystarczy, że jest jakieś parę dni normalnych, a ja już myślę, że tak będzie, że to może jakaś nadzieja..
Jakie sobie wyznaczyłaś granice, STOPko? Jak ich "pilnowałaś"?

Awatar użytkownika
Nirwanna
Posty: 9635
Rejestracja: 11 gru 2016, 22:54
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: wątek Wafelki czyli rollercoster

Post autor: Nirwanna » 22 maja 2017, 22:27

Wafelka pisze:
19 maja 2017, 11:12
Nirwanna pisze: (...) ale brakuje opisania Twojej reakcji, co wtedy mówisz i robisz. Kiedy o tym wspomnisz, będzie łatwiej pokazać Ci, że jest - być może, tego nie wiem - możliwe inne spojrzenie na tę sytuację, że jest możliwe inne myślenie, i że tu jest właśnie obszar do pracy nad sobą :-)
Rozumiem teraz. :)
Więc generalnie mam tak, że niewiele trzeba by pojawiła się u mnie nadzieja. Ogólnie jestem osobą pozytywnie myślącą, zawsze byłam tą, która zagrzewa innych do walki, liderką, która nie odpuszcza. I teraz pewnie to mam nadal. Czyli podjęłam wszystkie (tak sądzę) możliwe środki naprawy sytuacji (propozycja psychoterapii par, rekolekcje małżeńskie, miliony rozmów, propozycje pomocy, w końcu twarda miłość i niezgoda na sytuację). Ten stan zawieszenia i takiego totalnego braku inicjatywy ze strony męża mnie dołuje. Tracę wtedy siły. Czuję się jak owa liderka, której zespół postanawia zejść z boiska, bo nie wierzą w sukces.. Ale wystarczy jeden błysk nadziei, jakiś ruch ze strony męża bym się zapaliła i uwierzyła, że to zwiastun zmian. I potem mocno się rozczarowuję, bo okazuje się, że to był słomiany zapał.
Wiem już, że powinnam po prostu poczekać na efekty zmiany, a nie na nią samą. Że sama deklaracja zmiany niewiele znaczy. Że muszą za nią iść konkretne działania. Uczę się tego, ale jednocześnie łapię na tym, że przychodzi do mnie myśl, że nie wszystko stracone po jakimś jednym dobrze spędzonym czasie z mężem (np. wspólny spacer z dzieckiem, jakaś rozmowa). Potem pojawia się jakiś "kwiatek" i opadam z sił i myślę, że to wszystko nie ma sensu, załamuję się, że dałam się znów omotać..
Po prostu nie wiem jak rozpoznać kiedy intencje mojego męża są naprawdę szczere, a kiedy znów kłamie, żeby coś uzyskać, ugrać bez wysiłku. Tyle było kłamstw, że moje zaufanie jest naprawdę poważnie nadszarpnięte, żeby nie napisać, że zerowe...
Wafelko, byłam na rekolekcjach, stąd odpowiadam Ci dopiero teraz :-)
Bardzo dużo już sama widzisz :-) Ja bym zwróciła uwagę w tym Twoim zachowaniu, na to co już nazwałaś "rollercoster", czyli huśtawka emocjonalna, którą sama sobie fundujesz... po co? Przyjrzyj się, jakie masz korzyści z tego? Źle się z tym czujesz, ale wciąż to robisz, więc gdzieś pewne jest jakaś z tego korzyść? Poczucie, że masz kontrolę nad sytuacją? Albo poczucie odpowiedzialności za małżeństwo, pod hasłem "ja je uratuję"? To akurat jest nadodpowiedzialnością, bo za działkę męża nie odpowiadasz, i ograniczasz działanie Panu Bogu. Poprzyglądaj się temu.
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II

Wafelka
Posty: 119
Rejestracja: 28 kwie 2017, 13:26
Płeć: Kobieta

Re: wątek Wafelki czyli rollercoster

Post autor: Wafelka » 22 maja 2017, 23:03

Nirwanna pisze:
Wafelko, byłam na rekolekcjach, stąd odpowiadam Ci dopiero teraz :-)
Bardzo dużo już sama widzisz :-) Ja bym zwróciła uwagę w tym Twoim zachowaniu, na to co już nazwałaś "rollercoster", czyli huśtawka emocjonalna, którą sama sobie fundujesz... po co? Przyjrzyj się, jakie masz korzyści z tego? Źle się z tym czujesz, ale wciąż to robisz, więc gdzieś pewne jest jakaś z tego korzyść? Poczucie, że masz kontrolę nad sytuacją? Albo poczucie odpowiedzialności za małżeństwo, pod hasłem "ja je uratuję"? To akurat jest nadodpowiedzialnością, bo za działkę męża nie odpowiadasz, i ograniczasz działanie Panu Bogu. Poprzyglądaj się temu.
Widzisz, Nirwanno, może niefortunny ten tytuł rollercoster.. Chodziło mi o to, że kompletnie nie mam się czego chwycić, wszystko się zmienia, raz górka raz dół, tu jakaś deklaracja męża, potem anulowanie. To dla mnie za trudne do zniesienia. I nie wiem czy można pisać, że ja to sobie sama funduję. Nie jestem chłodnym śledziem ;), którego nic nie tyka. Oczywiście wiem, że moje podejście jest ważne i pracuje nad tym dystansem i wierz mi, zrobiłam już spory postęp.

Wyboldowałam jedno zdanie z twojej wypowiedzi. Bo jest trafne. Tak właśnie czułam. Dlatego łapałam się wszystkiego po kolei. Nie wiem skąd to mam... I być może dlatego tak bardzo mnie to wyczerpało. Bo wszystko spełzło na niczym. Męża nie zmieniłam. Bo nie mogłam. Teraz to wiem. Jakiś czas temu odpuściłam. Staram się nie łapać jakichś promyczków nadziei, bo zaraz gasną. Próbuję odpuścić nadzieję, ale mąż też zupełnie nie przejmuje inicjatywy, jego bierność mnie jakoś podwójnie dołuje i podsuwa myśli, że "no właśnie, beznadzieja była i będzie i ten facet tak ma i po prostu udawał, że jest inaczej..." Na to wszystko nasuwa się bolesne uczucie skrzywdzenia kłamstwem, które się kładzie cieniem na naszym małżeństwie, a u mnie powoduje zniechęcenie, bo skoro na początku było kłamstwo, to jak mam uwierzyć, że to małżeństwo w ogóle miało się udać..?

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Zwyklaosoba i 12 gości