Kilka pytań o separację

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Ewuryca
Posty: 249
Rejestracja: 12 maja 2019, 17:29
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ewuryca » 28 sie 2020, 14:30

Ruta pisze:
28 sie 2020, 13:39
Ewuryca pisze:
28 sie 2020, 9:39

Ruto ten fragment jakby dalej pokazuje mi że tak chcesz właśnie wszystko napisać żeby wyszło na twoje. Pisząc ze mąż wszedł w małżeństwo z nałogiem odrazu dodajesz notatke aby nikt czasem nie pomyślał że twoje małżeństwo było niewaznie zawarte, bo przecież jak kiedyś pisałaś masz już to przemodlone. To czy twoj mąż będąc uzależniony od porno, alkoholu i narkotyków był świadomy przysięgi małżeńskiej i zdolny do wypełnienia jej wie on sam i z pewnością i Bóg, ale na szczęście małżeństwo jest ważne dopóki sąd nie orzeknie inaczej wiec nie musisz bronić jego ważności chyba że kiedyś przed sądem jeśli twoj mąż takowy proces by rozpoczął.
Z kwestią nieważności małżeństwa musiałam zmierzyć się wewnętrznie, by szczerze, z pewnością i w zgodzie ze sobą podjąć się dochowania wierności mojej przysiędze. Ostatnio usłyszałam, że sakrament małżeństwa się dzieje i stale odnawia. Potrzebowałam odnowy tego sakramentu w sobie.

Nałóg jest jedną z możliwych przeszkód do zawarcia małżeństwa. I gdzieś w głębi siebie bardzo się tego obawiałam. Kocham mojego męża, moje małżeństwo było i jest dla mnie ważne. Nie odczułabym ulgi, słysząc: teraz to co was łączyło nie ma już znaczenia, możecie się wiązać z kim chcecie, to już anulowane.

Bardzo dużo na ten temat czytałam, aby te kwestie rozstrzygnąć. Nie jest wcale tak, jak napisałaś, że ważność zna tylko Bóg i mój mąż. Ja w moim małżeństwie żyłam, ja z moim mężem byłam przy ołtarzu. Nie tylko wiem, że gdy mąż udzielał mi sakramentu i gdy przyjmował go ode mnie, był świadomy co się dzieje i czego się podejmuje, ale że miał w sobie szczerą wolę, by swoją przysięgę wypełniać. To prawda mojego serca.

Jest też jednak kryterium obiektywne. Dowiedziałam się fantastycznej i prostej rzeczy: zdolność do wypełniania przysięgi małżeńskiej można ocenić bardzo łatwo: jeśli mąż ją wypełniał, to był zdolny do jej wypełniania. Prosto, krótko.

Czemu napisałam ten fragment o ważności? Nie chciałam prowadzić kolejnej dyskusji o tym, czy moje małżeństwo jest ważne. Gdy pojawia się hasło nałóg w kontekście zawierania małżeństwa, dyskusja łatwo skręca w tą stronę.

Chcę sprostować też jeszcze jedną rzecz: małżeństwo może być zawarte ważnie lub nie zostać zawarte wcale.
Istnieje domniemanie ważności sakramentu, nie oznacza to jednak ważności małżeństwa do czasu stwierdzenia jego nieważności, czy jak piszesz dopóki sąd nie orzeknie inaczej.
To domniemanie jest potrzebne po to, aby nie wprowadzać bałaganu. Każde małżeństwo traktujemy jako zawarte ważnie.
Nie ma też czegoś takiego, jak obrona ważności małżeństwa przez małżonka przed sądem. Na procesie małżonek ma obowiązek mówić prawdę, a nie czegokolwiek bronić. Jest za to instytucja obrońcy węzła małżeńskiego, ale nie jest nim małżonek.

Nie sądzę, aby mój mąż kiedykolwiek zdecydował się na pozew o stwierdzenie nieważności małżeństwa. Myślę, że podobnie jak ja, po rozstrzygnięciu sprawy wewnętrznie, dla siebie wie, że nasze małżeństwo jest ważne. Myślę też, że odejście od Boga i od wiary, to sposób mojego męża na poradzenie sobie z tym. Nie mogę odrzucić małżeństwa, to odrzucę Boga i wiarę, które mówią mi, że to małżeństwo jest ważne.
Ruto przyjmuje, że ty tak uważasz. Ja mam odmienne zdanie na ten temat.
Jedna tylko uwaga, jeśli mogę. Piszesz ze wiesz ze mąż był zdolny do przysięgi bo z nim żyłaś, i Ok. Pisalas również, że mąż Cię kocha w głębi duszy bo tez go znasz i to wiesz. Trochę jakbys ubezwłasnowolniła męża do czucia tego co on chce, bo jest szansa ze czuje zupełnie inaczej, bo kiedyś czuł tak a teraz się zmienił. I trochę jakbys za wszelką cenę musiała mieć racje co do was obojga.

Ruta
Posty: 686
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 28 sie 2020, 16:47

Ewuryca pisze:
28 sie 2020, 14:30

Ruto przyjmuje, że ty tak uważasz. Ja mam odmienne zdanie na ten temat.
Jedna tylko uwaga, jeśli mogę. Piszesz ze wiesz ze mąż był zdolny do przysięgi bo z nim żyłaś, i Ok. Pisalas również, że mąż Cię kocha w głębi duszy bo tez go znasz i to wiesz. Trochę jakbys ubezwłasnowolniła męża do czucia tego co on chce, bo jest szansa ze czuje zupełnie inaczej, bo kiedyś czuł tak a teraz się zmienił. I trochę jakbys za wszelką cenę musiała mieć racje co do was obojga.
To, że mąż wypełniał przysięgę małżeńską (do czasu aż przestał), to obiektywny fakt, nie moje odczucia. Dlatego jestem spokojna o ważność naszego sakramentu. Gdybym miała wątpliwości, sama zgłosiłabym swoje zastrzeżenia do sądu biskupiego. Domniemanie ważności sakramentu obowiązuje nie tylko małżonków, ale wszystkich członków Kościoła.

Będę zobowiązana za zaprzestanie pisania w postach, że moje małżeństwo może być nieważne. Takie uwagi i obserwacje za każdym razem zasiewają we mnie wątpliwości, od nowa przechodzę wtedy wewnętrznie proces analizy ważności mojego sakramentu. Jest to dla mnie bolesne i trudne. Ani ja, ani mój mąż nie mamy obecnie, mimo głębokiego kryzysu, wątpliwości co do ważności naszego sakramentu, żadne z nas nie złożyło wobec tego wniosku o zbadanie ważności małżeństwa. Nie ma więc potrzeby snucia takich rozważań. Chroni nas w tym właśnie domniemanie ważności.

Co do ubezwłasnowalniania męża moimi uczuciami i odczuciami jakie mam w odniesieniu do męża i jego uczuć do mnie, wydaje mi się to dość karkołomnym pomysłem.
Mój mąż dość jasno i konsekwentnie zadeklarował, że odchodzi, nie chce ratować małżeństwa i nie czuje miłości. W sądzie jasno zadeklarował, że jest winny rozpadu małżeństwa. Nie chodzę za nim i nie przekonuję go, że jest inaczej, nie mówię, że ma inaczej czuć, czy zmieniać swoje deklaracje. Ma prawo zarowno czuć jak i deklarować co tylko zechce. Przyjmuję zarówno przejawy uczuć jak i deklaracje.
Natomiast nie zmienia to faktu, że między deklaracjami mojego męża, a jego postawą nie ma spójności. I nie jest to postawa braku miłości. W sumie nie ma znaczenia, czy mam w tym rację, to tylko moje wewnętrzne odczucia, które wpływają jedynie na mnie samą. Nie mają także wpływu na moje postępowanie. Gdybym miała głębokie wewnętrzne przekonanie, że mąż mnie obecnie nie kocha w żaden sposob, także zdecydowałabym o pozostaniu wierną mojej przysiędze. A tymczasem mogę się cieszyć tymi chwilami, gdy miłość męża czuję. Daje mi to dużo siły i radości.

Ruta
Posty: 686
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 29 sie 2020, 2:18

Dużo myślę o tym, jak powinna wyglądać twarda miłość. Bardzo dziękuję wszystkim, którzy wzięli udział w dyskusji, zarówno za ciepłe i miłe słowa wsparcia, jak i wszystkie głosy krytyczne. Konfrontacja z różnymi punktami widzenia pozwala mi wyjść poza mój własny ogląd sytuacji. Siłą rzeczy bardzo subiektywny.

Szczególnie dziękuję annes, to co napisałaś pomogło mi zobaczyć to, co staram się zrobić w takim zdroworozsądkowym świetle. I poczuć, że nie jestem wobec męża potworem, próbując chronić przed mężem siebie i dziecko. To bardzo wzmacniające.

Myślę o tym, czy to, co tej pory robiłam, to już twarda miłość, czy jeszcze nie. Jeszcze nie. Podbijanie dna w moim wypadku obejmuje wciąż pilnowanie, żeby na tym dnie były miękkie poduszeczki. Każda nawet niewielka próba oporu z mojej strony i próba niezgody na krzywdę jest związana z dużymi wyrzutami sumienia. Tak jak wiele osób zwróciło uwagę, czuję przy tym potrzebę wybielania się i usprawiedliwiania z takich postaw.

Z przykrością stwierdzam, że wciąż pozwalam krzywdzić nasze dziecko i niedostatecznie naszego synka chronię. Myślę, że zamiast spojrzeć na sytuację taką jaka jest, wciąż łudzę się, że mąż bardzo kocha synka (co jest prawdą) oraz, że z tego powodu jest w stanie należycie dbać o jego potrzeby, okazywać mu miłość (co prawdą nie jest, osoba uzależniona w czynnym nałogu nie jest zdolna do prawidłowej opieki nad dzieckiem, niezależnie od intencji będzie dziecko ranić zmiennymi nastrojami, wybuchami agresji, odurzaniem się w obecności dziecka i tak się wciąż dzieje). Łudzę się także, że mąż będzie zachowywać trzeźwość podczas spotkań z dzieckiem i że ja mam jakąkolwiek moc na to wpływać. Problem w zasadzie rozwiązał się tymczasowo sam, bo moje dziecko zaczęło bronić się samodzielnie i kategorycznie odmawia spotkań z tatą. Nie wiem, czy coś się ostatnio stało, czy też to suma wszystkiego, co się działo. Zapewne minie trochę czasu zanim się dowiem. Mój synek mi znów nie ufa, wini mnie, w sumie słusznie, że nakłaniałam go do kontaktów z tatą i na różne sposoby okłamywałam, mówiąc że tym razem na pewno już będzie wszystko dobrze.
Twardą miłość zarówno wobec mnie jak i męża zaczął stosować mały człowiek, mówiąc, że ma dość ciągłego bólu brzucha i stresów i nie będzie się widywał z tatą, dopóki tata nie podejmie terapii. I że dopóki go nie zwiażę i nie wyrzucę do taty przez okno, nie da się ruszyć z domu.

Myślę też, że cała praca jaką ze sobą wykonuję przygotowała mnie do tego, by jednak twardą miłość zacząć stosować. Nie ma we mnie chęci odpłaty. Nie ma we mnie chęci dokopania mężowi ani żadnych tego rodzaju motywacji. Pozostanę więc przy swoich zamiarach, dotyczących zgłaszania policji każdego ataku agresji zarówno wobec mnie i dziecka, gdy tylko nastąpi, wyegzekwowania alimentów, oraz wsparcia dziecka w prawie do poczucia bezpieczeństwa i nie bycia krzywdzonym, także emocjonalnie. To nie jest mniejsza krzywda, niż krzywdzenie fizyczne. I potrafi boleć długie lata.

Wiem, że mam darowany rok, w którym teorerycznie mogłabym rozpocząć odbudowę relacji, próbę poszukania płaszczyzny porozumienia z mężem. Rzecz w tym, że to nie ma szansy zadziałać. Dopóki mój mąż nie podejmie leczenia, nie będzie zdolny do porozumienia ani do relacji. Oszukiwanie się w tym względzie nie przyniesie nic dobrego, ani mężowi, ani mi, ani naszej rodzinie.

Postanowiłam, że dołożę wszelkich starań, by ta moja twarda miłość była oparta na szacunku do męża i że będę bardzo zwracać uwagę, na to, by nie wykraczać poza opór i obronę. Myślałam o tym, by moje komunikaty opierać nie na szacunku, ale na miłości. Jednak wszystko, czego dowiedziałam się o tym, w jakim stanie wewnętrznym jest osoba, która zabrnie daleko w uzależnienia, skłania mnie do tego, by zostać przy szacunku. Osoby uzależnione często sobą gardzą i nie są w stanie przyjąć słów miłości, bo uważają, że na nią nie zasługują. Takie słowa często odbierają jako kpinę i szydzenie. Jak zresztą z miłością zawiadomić o założeniu sprawy u komornika. Wiem, że to reguły ogólne, że nie oznacza to, że taki jest obecnie stan mojego męża. Ale w sercu czuję, że tak będzie lepiej niż na inne możliwe sposoby.

Mąż jest w złym stanie i bardzo się o niego boję. Coraz trudniej przychodzi mu panowanie nad emocjami i nad agresją. Osiatyński opowiadał kiedyś o takiej fazie nałogu, w której wiele rzeczy przestaje się pamiętać, powstają luki, które mózg łata losowym zdarzeniami z przeszłości. Gdy słuchałam zeznań męża, tak to właśnie wyglądało. Nie jestem specjalistą, ale o ile mąż pamięta dobrze przeszłość, o tyle ostatni rok przed wyprowadzką mąż powypełniał właśnie takimi zdarzeniami z przeszłości. Nie kłamał świadomie. Znam go. Mąż był także zaskoczony niektórymi moimi zeznaniami, w jego odczuciu były to kłamstwa, widziałam i słyszałam jego reakcje. On nie pamięta wielu rzeczy, które robił. Uświadomiłam sobie, że mąż żyje z nałogiem i wyniszcza się od ponad 20 lat.
Nie jestem w stanie mu pomóc. Mogę się wytrwale w jego intencji modlić.
Nie wiem, czy to dobry pomysł, ale postanowiłam przestudiować jak najwięcej relacji osób uzdrowionych z nałogów, by poszukać tego, co było dla nich punktem zwrotnym. Może znajdę coś, co jednak będę w stanie zrobić.
Myślę też, że wbrew zaleceniom specjalistów od twardej miłości, w jeden konkretny dzień miesiąca i zawsze o tej samej godzinie napiszę parę ciepłych słów (parę, nie elaborat, bo mojego męża moje analizy denerwują, tak jak wielu forumowiczów, mąż woli krótsze komunikaty) do mojego męża. Takich które podyktuje mi serce i moja miłość do niego. Nie wiem jeszcze, co tam będzie, na pewno nic, co miałoby na męża wpływać, przekonywać go. Raczej to, co będę mieć w sercu. Jeśli nie otrzymam informacji że męża tym wkurzam i żebym tego nie robiła, to przy tym zostanę.
Myślę też, że podejmę jeszcze próbę rozmowy z mężem o tym, co się z nim dzieje, o jego terapii. Teraz, gdy nie wisi nad nami sąd, może mąż nie będzie już mieć paranoi, że go nagrywam i że chcę coś do sądu na niego znaleźć, żeby wykazać że bierze.
Wiem, że to wbrew temu, co się nazywa twardą miłością. Ale chyba nie potrafię stać spokojnie, odciąć się i zostawić męża samemu sobie. Nie potrafiłabym sobie wybaczyć bezczynności.

Wiem, że ksiądz Dziewiecki mówi, że uzależniony w ciężkim kryzysie nie jest w stanie przyjąć żadnej formy miłości. Jednak ja w moim mężu wciąż czuję człowieka, wrażliwego, przestraszonego, czuję też jego poczucie osaczenia. Oraz mur obronny i zbroję twardziela, gdzie jest panem sytuacji. Nie wiem jak i czy w ogóle da się tą zbroję zdjąć i jakoś ten mur obejść. Spróbuję.

Jest to więc moja autorska wersja twardej miłości, wciąż jeszcze w zarysie, taka w której nie pozwalam się krzywdzić, nie odbieram mężowi cierpienia i konsekwencji, ale też nie odcinam się od niego całkowicie i nie zaprzestaję prób przekonania go do sięgnięcia po pomoc, oraz zapewnienia, że dostanie wtedy moje wsparcie i pomoc.

Małgorzata Małgosia
Posty: 302
Rejestracja: 05 wrz 2019, 14:31
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Małgorzata Małgosia » 29 sie 2020, 15:55

Muszę dołączyć w tym miejscu do dyskusji: Ewuryco, podjęłaś decyzję o rozpoczęciu procesu stwierdzania nieważności małżeństwa z Tobie znanych powodów. Nie przekonuj innych, żeby wybrali Twoją drogę, bo ona jest Twoja. Ja mam przyjaciół, którzy są małżeństwem od 18 lat. Pobrali się, bo ona była w ciąży (czy to dojrzałe jeśli chodzi o wolną wolę w decyzji o ślubie i tym samym jeśli chodzi o ważność sakramentu?). On był wtedy w trakcie "leczenia" metadonem. To jest środek zastępczy dla wychodzących z heroiny. Był całkowicie świadomy co robi? A ona? Była swiadoma? Naiwna dziewczyna w ciąży, która myślała, że uzależnienie to taka choroba jak angina. Szybko okazało się, że nadal jest uzależniony, tylko przerzucił się na coś innego.
Oszukiwał ją wiele lat (pisałam o tym tutaj u Ruty). Gdyby chciała, mogłaby złożyć wniosek o stwierdzenie nieważności małżeństwa.
Ale nie chciała.
I on się nawrócił. Najpierw trafili do wspólnoty, on który nie chodził do kościoła (nawet na komunię córki się nie przemógł), dał się przekonać, żeby przyjść na jedno spotkanie, potem kolejne. Potem dał się namówić na Strumienie Życia. Bóg dotknął jego serca. A po dwóch latach okazało się, że żyje w ciągłym uzależnieniu.
Ale dzięki temu, że trafił we właściwe środowisko, mimo tego, że nałóg nie pozwalał mu mówić prawdy (wszystko wyszło na jaw przypadkiem), jednak zaufał,że wspólnota chce jego dobra.
I wbrew sobie (a raczej wbrew nałogowi, który nim rządził) zgodził się na detoks, a potem odwyk w ośrodku przez prawie rok.
Wczoraj świętowaliśmy jego 2 rok trzeźwości. Bez prochów. On sam mówi, że był w stanie podjąć walkę o siebie tylko dzięki łasce Bożej.
Są dobrym małżeństwem, chociaż mocno poranionym przez te wszystkie lata.

Czy ich małżeństwo jest ważnie zawarte?
Dopiero po 16 latach od ślubu i pewnie 20 lat w ogóle, jest trzeźwy.
Kiedy i komu potrzebne jest stwierdzanie nieważności małżeństwa?

Niech każdy decyduje o tym we własnym sercu, nie namawiajmy nikogo, ani nie podpowiadajmy takich rozwiązań, bo wprowadza to zamęt.
Ja to zrobiłam wobec mojego męża, bo chciałam, żeby w końcu się opamiętał i zaczął zachowywać jak prawdziwy mąż.
Ponoszę teraz tego konsekwencje i nigdy nikomu nie będę już podpowiadać takich możliwości.

Ty jesteś przekonana w sercu do tego co robisz i ok. Ruta niech ma prawo postępować zgodnie z własnym sercem, tym co rozważyła w modlitwie.

Ruto, poczułam, że muszę to napisać, mam nadzieję, że się nie pogniewasz.
"Ty zaś powróć do Boga swojego - strzeż pilnie miłości i prawa i ufaj twojemu Bogu!" (Oz 12, 7).
Jezu ufam Tobie.

Ewuryca
Posty: 249
Rejestracja: 12 maja 2019, 17:29
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ewuryca » 29 sie 2020, 18:55

Małgorzata Małgosia pisze:
29 sie 2020, 15:55
Muszę dołączyć w tym miejscu do dyskusji: Ewuryco, podjęłaś decyzję o rozpoczęciu procesu stwierdzania nieważności małżeństwa z Tobie znanych powodów. Nie przekonuj innych, żeby wybrali Twoją drogę, bo ona jest Twoja. Ja mam przyjaciół, którzy są małżeństwem od 18 lat. Pobrali się, bo ona była w ciąży (czy to dojrzałe jeśli chodzi o wolną wolę w decyzji o ślubie i tym samym jeśli chodzi o ważność sakramentu?). On był wtedy w trakcie "leczenia" metadonem. To jest środek zastępczy dla wychodzących z heroiny. Był całkowicie świadomy co robi? A ona? Była swiadoma? Naiwna dziewczyna w ciąży, która myślała, że uzależnienie to taka choroba jak angina. Szybko okazało się, że nadal jest uzależniony, tylko przerzucił się na coś innego.
Oszukiwał ją wiele lat (pisałam o tym tutaj u Ruty). Gdyby chciała, mogłaby złożyć wniosek o stwierdzenie nieważności małżeństwa.
Ale nie chciała.
I on się nawrócił. Najpierw trafili do wspólnoty, on który nie chodził do kościoła (nawet na komunię córki się nie przemógł), dał się przekonać, żeby przyjść na jedno spotkanie, potem kolejne. Potem dał się namówić na Strumienie Życia. Bóg dotknął jego serca. A po dwóch latach okazało się, że żyje w ciągłym uzależnieniu.
Ale dzięki temu, że trafił we właściwe środowisko, mimo tego, że nałóg nie pozwalał mu mówić prawdy (wszystko wyszło na jaw przypadkiem), jednak zaufał,że wspólnota chce jego dobra.
I wbrew sobie (a raczej wbrew nałogowi, który nim rządził) zgodził się na detoks, a potem odwyk w ośrodku przez prawie rok.
Wczoraj świętowaliśmy jego 2 rok trzeźwości. Bez prochów. On sam mówi, że był w stanie podjąć walkę o siebie tylko dzięki łasce Bożej.
Są dobrym małżeństwem, chociaż mocno poranionym przez te wszystkie lata.

Czy ich małżeństwo jest ważnie zawarte?
Dopiero po 16 latach od ślubu i pewnie 20 lat w ogóle, jest trzeźwy.
Kiedy i komu potrzebne jest stwierdzanie nieważności małżeństwa?

Niech każdy decyduje o tym we własnym sercu, nie namawiajmy nikogo, ani nie podpowiadajmy takich rozwiązań, bo wprowadza to zamęt.
Ja to zrobiłam wobec mojego męża, bo chciałam, żeby w końcu się opamiętał i zaczął zachowywać jak prawdziwy mąż.
Ponoszę teraz tego konsekwencje i nigdy nikomu nie będę już podpowiadać takich możliwości.

Ty jesteś przekonana w sercu do tego co robisz i ok. Ruta niech ma prawo postępować zgodnie z własnym sercem, tym co rozważyła w modlitwie.

Ruto, poczułam, że muszę to napisać, mam nadzieję, że się nie pogniewasz.
Ani nikogo nie przekonuje żeby podjął taką drogę ani nie uważam ze małżeństwo Ruty jest nieważne.. Mój komentarz tyczył się mechanizmu który według mnie stosuje Ruta w opisywaniu sytuacji i moje zdanie pozostaje w tym niezmienne. Zresztą ostatni post tylko mnie w tym utwierdził. Ruta ma prawo iść swoją drogą, Jej życie jej konsekwencje, jej wybory, bycie na forum wśród wielu ludzi powoduje, że 10 osób ma jedno zdanie ale drugie 10 inne, a to co nieustannie zauważam, to że jak tylko ktoś ma inne to jest od razu przez pozostałych 10 przekonywany że ma je zmienić, albo wręcz atakowany.

Ewuryca
Posty: 249
Rejestracja: 12 maja 2019, 17:29
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ewuryca » 29 sie 2020, 18:59

Aha i dodam jeszcze że to Ruta napisała pierwsza o ważności swojego małżeństwa a nie ja. A co do ciebie Małgorzato to o ile bronisz swojego małżeństwa w sądzie biskupim to sama napisałaś że do takiego męża nie wrócisz, dla mnie to są sprzeczne zachowania.

Ruta
Posty: 686
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 29 sie 2020, 19:27

Małgorzata Małgosia pisze:
29 sie 2020, 15:55
Muszę dołączyć w tym miejscu do dyskusji: Ewuryco, podjęłaś decyzję o rozpoczęciu procesu stwierdzania nieważności małżeństwa z Tobie znanych powodów. Nie przekonuj innych, żeby wybrali Twoją drogę, bo ona jest Twoja. Ja mam przyjaciół, którzy są małżeństwem od 18 lat. Pobrali się, bo ona była w ciąży (czy to dojrzałe jeśli chodzi o wolną wolę w decyzji o ślubie i tym samym jeśli chodzi o ważność sakramentu?). On był wtedy w trakcie "leczenia" metadonem. To jest środek zastępczy dla wychodzących z heroiny. Był całkowicie świadomy co robi? A ona? Była swiadoma? Naiwna dziewczyna w ciąży, która myślała, że uzależnienie to taka choroba jak angina. Szybko okazało się, że nadal jest uzależniony, tylko przerzucił się na coś innego.
Oszukiwał ją wiele lat (pisałam o tym tutaj u Ruty). Gdyby chciała, mogłaby złożyć wniosek o stwierdzenie nieważności małżeństwa.
Ale nie chciała.
I on się nawrócił. Najpierw trafili do wspólnoty, on który nie chodził do kościoła (nawet na komunię córki się nie przemógł), dał się przekonać, żeby przyjść na jedno spotkanie, potem kolejne. Potem dał się namówić na Strumienie Życia. Bóg dotknął jego serca. A po dwóch latach okazało się, że żyje w ciągłym uzależnieniu.
Ale dzięki temu, że trafił we właściwe środowisko, mimo tego, że nałóg nie pozwalał mu mówić prawdy (wszystko wyszło na jaw przypadkiem), jednak zaufał,że wspólnota chce jego dobra.
I wbrew sobie (a raczej wbrew nałogowi, który nim rządził) zgodził się na detoks, a potem odwyk w ośrodku przez prawie rok.
Wczoraj świętowaliśmy jego 2 rok trzeźwości. Bez prochów. On sam mówi, że był w stanie podjąć walkę o siebie tylko dzięki łasce Bożej.
Są dobrym małżeństwem, chociaż mocno poranionym przez te wszystkie lata.

Czy ich małżeństwo jest ważnie zawarte?
Dopiero po 16 latach od ślubu i pewnie 20 lat w ogóle, jest trzeźwy.
Kiedy i komu potrzebne jest stwierdzanie nieważności małżeństwa?

Niech każdy decyduje o tym we własnym sercu, nie namawiajmy nikogo, ani nie podpowiadajmy takich rozwiązań, bo wprowadza to zamęt.
Ja to zrobiłam wobec mojego męża, bo chciałam, żeby w końcu się opamiętał i zaczął zachowywać jak prawdziwy mąż.
Ponoszę teraz tego konsekwencje i nigdy nikomu nie będę już podpowiadać takich możliwości.

Ty jesteś przekonana w sercu do tego co robisz i ok. Ruta niech ma prawo postępować zgodnie z własnym sercem, tym co rozważyła w modlitwie.

Ruto, poczułam, że muszę to napisać, mam nadzieję, że się nie pogniewasz.
Małgosiu, nie tylko się nie gniewam, ale bardzo Ci dziękuję. Jeszcze raz rozważałam dzisiaj kwestie ważności mojego małżeństwa. Potrzebuję mieć w sercu pewność. Znalazłam u księdza Dziewieckiego taki piękny fragment:
"Nawet w skrajnych przypadkach, gdy dany związek małżeński został zawarty w skrajnie niedojrzały sposób czy wręcz był ewidentnie nieważny, to najlepszym rozwiązaniem dla osób ochrzczonych, które żyły we wspólnocie małżeńskiej jest radykalne nawrócenie obojga małżonków, dorastanie do miłości małżeńskiej tu i teraz oraz odnowienie, czy złożenie na nowo przysięgi małżeńskiej, a nie szukanie więzi z kimś innym."
Te słowa mnie uspokoiły i pozwoliły mi jeszcze raz wrócić do nauki, jaką otrzymałam ostatnio przy spowiedzi. Bo był tam fragment, który mnie zaniepokoił. Ksiądz wspomniał o możliwości, że małżeństwo zawarte z osobą uzależnioną może zostać uznane za nieważne, ale jeśli czuję w sercu, że nie jest to droga dla mnie, to mogę mieć pewność, że mocą miłości małżeństwo może zostać uświęcone i uważnione już w czasie trwania małżeństwa.
Dwukrotnie z mężem w trudnych sytuacjach znaleźliśmy się pod opieką Świętej Rodziny. Za drugim razem, gdy chodziło o życie naszego maleństwa, to mąż powiedział mi, żebym się nie martwiła, bo skoro jest z nami Święta Rodzina, to możemy mieć pewność, że wszystko się ułoży, tak jak za pierwszym razem. Także w święto Świętej Rodziny dwukrotnie odnawialiśmy naszą przysięgę małżeńską, raz w bardzo głębokim kryzysie i raz w czasie, gdy mąż był w terapii i oboje choć poranieni żyliśmy nadzieją. Wierzę, że kiedyś odnowimy ją jeszcze bardziej dojrzali i bardziej kochający.
Nie mam wątpliwości, że mój mąż szczerze i z całego swojego serca zamierzał wypełniać przysięgę małżeńską i że zostałam przez niego wybrana, tak jak ja wybrałam jego. Wiem, że mimo wieku i pozornej dojrzałości, oboje wchodziliśmy w nasze małżeństwo ze zranieniami, które w wielu aspektach każde z nas czyniły niezdolnymi do wypełniania sakramentu i okazywania sobie miłości w sposób pełny i dojrzały. To też powód, dla którego często nawzajem się raniliśmy. Ale było też wiele chwil, gdy mimo zranień byliśmy ze sobą bardzo blisko i nasza wzajemna miłość była dla nas oczywista, obecna i namacalna. W tych naszych ułomnościach zaprosiliśmy do naszego sakramentu Boga, który wciąż przy nas trwa, gotowy leczyć nasze zranienia, wspomagać nas w rozwijaniu miłości małżeńskiej i dojrzewaniu do niej. Także w tak głębokich kryzysach, którego doświadczamy teraz.
Uspokojona w sercu weszłam w głęboką modlitwę w której prosiłam Boga o uzdrowienie tego, co było w nas niedojrzałe, gdy wchodziliśmy w małżeństwo oraz tych sytuacji, słów i kłótni w które z powodu niedojrzałości weszliśmy i które wciąż w nas tkwią jak drzazgi. Powierzyłam to Bogu z pełną ufnością i wiarą, że w Jego mocy jest tego dokonać.
Gdy wyszłam z modlitwy, zajrzałam na forum i pierwsze co zastałam to Twoje piękne świadectwo. Jestem nim bardzo poruszona i daje mi ono to, czego potrzebuję, nadzieję, że mój mąż może zostać uzdrowiony. Że mogę być przy moim mężu, choć na razie tylko na odległość, że mogę na niego spokojnie czekać i że mogę być w sobie, w moim sercu, wciąż zwrócona ku niemu i nie muszę się od niego odwracać. Kocham bardzo mocno mojego poranionego i pogubionego męża, także teraz, ale i dorastam do tego, by równie mocno zacząć kochać siebie. Co oznacza także, że miłość do Boga muszę rozwinąć jeszcze bardziej, by była większa niż ta moja miłość do męża.
Nie umiem tego uczucia opisać, ale czuję, że to jest właściwe i dobre.

Małgorzata Małgosia
Posty: 302
Rejestracja: 05 wrz 2019, 14:31
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Małgorzata Małgosia » 29 sie 2020, 21:59

Ewuryca pisze:
29 sie 2020, 18:59
A co do ciebie Małgorzato to o ile bronisz swojego małżeństwa w sądzie biskupim to sama napisałaś że do takiego męża nie wrócisz, dla mnie to są sprzeczne zachowania.
Chyba nie pisałam, że nie wrócę do takiego męża, tylko takiego męża nie chcę u boku. Bo mnie krzywdzi, a ja mam prawo się chronić. Nie widzę w tym żadnego związku z obroną małżeństwa w sądzie biskupim.

Ja nie mam pojęcia co mój mąż miał w głowie zawierając sakrament. Dopóki nie przeczytałam jego pozwu, przez wszystkie 10 lat małżeństwa myślałam, że wiem.
To co napisał powoduje, że nie mam takiej pewności jak Ruta co do swojego męża.
Ale wiem co ja miałam w głowie i w sercu.

A jako że nie wiem jaka jest prawda jeśli chodzi o męża, bo mógł kłamać w dniu ślubu, ale równie dobrze może kłamać w pozwie, żeby osiągnąć swój cel - nie mogę bronić jego samego przed nim samym w sądzie. Mogę odpowiadać tylko za siebie, starając się być jak najbardziej obiektywna, żeby nie przeszkadzać Duchowi świętemu działać w sercach wszystkich biorących udział w procesie.

Bronię małżeństwa po swojej stronie przysięgi.
Dlaczego jest to sprzeczne z nieakceptowaniem zachowania zdradzającego męża?
Jeśli kiedykolwiek powie: żono zgrzeszyłem przeciwko Bogu i Tobie, żałuję, będę przeszczęśliwa.
Modlę się codziennie o jego nawrócenie.
"Ty zaś powróć do Boga swojego - strzeż pilnie miłości i prawa i ufaj twojemu Bogu!" (Oz 12, 7).
Jezu ufam Tobie.

Ruta
Posty: 686
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 30 sie 2020, 2:03

Ewuryca pisze:
29 sie 2020, 18:55

Ani nikogo nie przekonuje żeby podjął taką drogę ani nie uważam ze małżeństwo Ruty jest nieważne.. Mój komentarz tyczył się mechanizmu który według mnie stosuje Ruta w opisywaniu sytuacji i moje zdanie pozostaje w tym niezmienne. Zresztą ostatni post tylko mnie w tym utwierdził. Ruta ma prawo iść swoją drogą, Jej życie jej konsekwencje, jej wybory, bycie na forum wśród wielu ludzi powoduje, że 10 osób ma jedno zdanie ale drugie 10 inne, a to co nieustannie zauważam, to że jak tylko ktoś ma inne to jest od razu przez pozostałych 10 przekonywany że ma je zmienić, albo wręcz atakowany.
Myślę, że to naturalne, że jeśli uważam swoje małżeństwo za ważne, tak właśnie je opisuję. Nie ma tu ukrytych mechanizmów. Piszę także o swoich wątpliwościach. I o tym, jak je w sobie rozstrzygałam i przepracowywałam. Twoje uwagi pozwoliły mi dostrzec, że nadal takie w sobie noszę. Nauczyłam się nie uciekać przed sobą. Jeszcze raz spokojnie wszystko w sobie starannie rozważyłam na wielu różnych poziomach i nadal uważam moje małżeństwo za ważne. Tym razem już bez wewnętrznego niepokoju.

Myślę, że przepracowanie w sobie ważności sakramentu to ważny etap decyzji o pozostaniu w wierności przysiędze małżeńskiej. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to łatwa droga. Zwyczajnie i po ludzku każdy z nas ma w sobie potrzebę dzielenia życia z drugą osobą, bliskości, wiele osób, w tym ja chciałoby mieć więcej dzieci, lub co zapewne jest jeszcze trudniejsze, dzieci, których jeszcze nie mają, własne lub adoptowane. Z tych wszystkich rzeczy podejmując decyzję o pozostaniu wiernym mimo porzucenia rezygnujemy, nie mając gwarancji, czy akurat nasze małżeństwo zostanie uzdrowione. Jednak zyskujemy w zamian inne rzeczy. Moim zyskiem jest wewnętrzna zgoda z samą sobą, z tym w co wierzę i co uważam za ważne.

Zanim trafiłam do Sycharu ostry kryzys w moim małżeństwie trwał już dwa lata, z czego rok już po decyzji mojego męża o odejściu. Miałam już wtedy za sobą pomysł rozwiązania kryzysu przez rozwód i pewność, że takiego rozwiązania nie chcę. Wiedziałam już też, że moje nadzieje na powrót męża raczej nie mają szansy szybko się spełnić i czułam w związku z tym strach, rozpacz, lęk jak sobie poradzę sama. Najbardziej dojmującym lękiem był strach przed życiem bez relacji, bez bliskości fizycznej i psychicznej, bez przytulania się, bez wszystkiego tego, co można mieć tylko w relacji małżeńskiej, lub relacji, która taką udaje.
Nie bardzo też wyobrażałam sobie, jak może wyglądać reszta mojego życia, bez takiej relacji. Mimo to słowa w stylu znajdź sobie kogoś, jesteś jeszcze młoda, ułóż sobie życie budziły tylko mój silny opór. Miałam pewność, że takich rzeczy w moim życiu także nie chcę. Kiedy zdecydowałam się dzielić życie z mężem, wiedziałam, że wybieram go na zawsze.
W centrum mojego kryzysu raniło mnie też, że nie byłam w stanie znaleźć w moim otoczeniu nikogo, kto by mnie rozumiał. Odkrycie, że jest wspólnota osób, które podzielają mój sposób widzenia małżeństwa, było wspaniałe. Czytałam forum i odkrywałam kolejne wspaniałe osoby i kolejne świadectwa osób, które podjęły trudny wybór. Oczywiście największą radość sprawiały mi świadectwa odbudowanych małżeństw. Ale najbardziej budujące dla mnie były świadectwa osób, które wciąż pozostawały same i nie brzmiały jak zgorzkniałe i zdziwaczałe smutne postacie w workach pokutnych, zalewające się po nocach łzami z tęsknoty i bólu (a tak mniej więcej widziałam siebie w kolejnych latach a nawet dekadach życia, z czym się nawet wewnętrznie pogodziłam), ale jak szczęśliwi, poukładani i radośni ludzie. Zakochałam się z miejsca w każdej z tych kobiet i każdym z tych mężczyzn. Czytałam, słuchałam i chłonęłam całą sobą wszystko co się dało, szukając recept, co trzeba zrobić, by stać się taką mądrą radosną i poukładaną osobą.
Widzę jak mój wybór sprawia, że wzrastam i staję się lepszą sobą. Czuję się szczęśliwa. Mimo kryzysu, mimo trudnej sytuacji, wielu problemów z mężem i moim nieustannym lękiem o niego, staję się spokojniejsza wewnętrznie. Zdrowieję nie tylko z tego co stało się w moim małżeństwie, ale po prostu jako ja. Zapewne na końcu tej mojej drogi do świętości i ideału jest pisanie krótkich postów na Sycharze ;)
Nie muszę się już martwić, że będę się umartwiać i pracować w pocie czoła, podczas gdy mój mąż będzie się świetnie bawił. Takie wątpliwości także miałam. W przypowieści o synu marnotrawnym jest jeszcze drugi brat, często pomijany w komentarzach. Pan Pulikowski podsumował kiedyś jego postawę mówiąc, że "zazdrościł bratu łajdactwa". Były takie momenty, gdy dokładnie taką postawę miałam wobec mojej sytuacji: mąż się bawi, a ja tu sama z dzieckiem znoszę trudy.
Kolejny rok pokazał, że jest odwrotnie. Ja bawię się z dzieckiem, a mąż znosi trudy. Bywam wredna, ale z tej sytuacji nie mam nawet cienia satysfakcji. Współczuję mojemu mężowi, widzę jak ciężkie i bolesne konsekwencje swoich wyborów ponosi. Mam nadzieję, że kiedyś podejmie inne decyzje i do mnie dołączy. U mnie jest radośnie.

W innym poście napisałaś, że nie widzisz spójności w postawie, gdy jest się wierną małżenstwu, ale nie chce się powrotu męża. Nie ma tu sprzeczności. Zdecydowanie nie chcę powrotu męża, zdecydowanego dalej oszukiwać, zdradzać i tkwić w nałogach. Wciąż go kocham, ale teraz kocham także siebie. Jeśli mamy podjąć życie małżeńskie, to tylko wtedy, gdy oboje będziemy chcieli na nowo wypełniania przysięgi małżeńskiej. To jest postawa wierności małżenstwu i jego istocie.
Wiem też, że abstrakcyjnie brzmi stawianie warunków mężowi, który nie deklaruje nawet chęci powrotu. Nie specjalnie się tym przejmuję. Wystarczy, że ja widzę w tym sens.

Co do dyskusji na forum, super, że mamy różne zdania. Zdarza się, że się okopujemy na pozycjach i każdy pozostaje przy swoim, ale czasem takie konfrontacje pchają wiele osób na przód. Mnie na pewno. Choć dzieje się to na różne sposoby, czasem zmieniam swój punkt widzenia, czasem go modyfikuję, a czasem pozostaję przy swoim, jak choćby w kwestii ważności mojego małżeństwa, czy wdrożenia w życie bardziej radykalnie niż dotąd programu twardej miłości.

Małgorzata Małgosia
Posty: 302
Rejestracja: 05 wrz 2019, 14:31
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Małgorzata Małgosia » 30 sie 2020, 9:01

"Takiego męża nie chcę u boku" nie oznacza, że nie chcę małżeństwa z nim, tylko to, że w takim stanie, w jakim on jest, trudno fizycznie być obok siebie. Jeśli on nie chce się zmienić.
Ale to nie oznacza przecież, że nie chcę być jego żoną i dlatego mam naciągać rzeczywistość, żeby pozbyć się balastu.

Jak to mądrze napisała mi Nirwanna na początku mojego pobytu na forum: może istnieć małżeństwo ważne, chociaż nieudane.

Żeby było udane potrzeba wysiłku obu stron. O tym pisze też i Ruta. Skoro mój mąż, czy mąż Ruty, nie ma zamiaru obecnie włożyć wysiłku w odbudowanie małżeństwa (poprzez poddanie się leczeniu), to przecież nie ma znaku równości między taką ich decyzją, a nieważnością małżeństwa.
Dla mnie to oczywiste.

Inaczej jaki byłby sens sakramentu małżeństwa?

Chciałam tylko doprecyzować i już Ruto nie zaśmiecam Twojego wątku ;)
"Ty zaś powróć do Boga swojego - strzeż pilnie miłości i prawa i ufaj twojemu Bogu!" (Oz 12, 7).
Jezu ufam Tobie.

Ruta
Posty: 686
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 30 sie 2020, 10:23

Podoba mi się pomysł porównania trudnego małżonka do balastu ;) Odcinanie balastu w dowolnym momencie i bez potrzeby byłoby po prostu głupie, nieważne czy akurat nurkujesz, czy lecisz balonem w przetworza.
Są też balasty wbudowane w konstrukcję np. w przypadku jachtów. I tak sobie pomyślałam, że moje małżeństwo obecnie to taki jacht balastowy. Płyniemy sobie i się nie wywracamy, bo to, że mam balast w postaci męża trzyma mnie przy Bogu, przy dziecku, w wypełnianiu mojej przysięgi małżeńskiej :) Warto czasem przyjrzeć się sobie i zastanowić się, co się ze mną stanie, jak ja tego swojego balastu się pozbędę.
Ponieważ postanowiłam szukać zawsze dobrych i radosnych obrazów, to w moim przypadku myślę, że mąż mógłby po prostu wyjść spod pokładu i dołączyć do mnie, by cieszyć się żeglugą z lepszej perspektywy (na jachtach balast jest tuż przy samym dnie). Wtedy jako balast dla naszej łodzi zostałyby nasze trudne doświadczenia. Jest ich tyle, że doskonale by nam utrzymywały stateczność i nie walały się przy tym po.pokładzie,.gdzie tylko by zawadzały i psuły widoki :)
Mam dziś radosny i dobry nastrój. Dzisiejszą mszę przeznaczam dla wszystkich forumowiczów razem z naszymi małżonkami i z dziećmi, poczułam, że Bóg jest tak wielki i tak wszechmocny, że nie muszę nas przedstawiać mu pojedynczo (choć pamiętam o was w modlitwach także w ten sposób). Dziś niosę nas panu Bogu hurtem, aby nas pocieszał i uzdrawiał nas do radości :)

Ruta
Posty: 686
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 31 sie 2020, 17:09

Myślę dalej o tej twardej miłości. Pozostaję przy egzekwowaniu alimentów i zdecydowanej obronie w razie potrzeby. Nie widzę tu zemsty, ani jakiś niskich motywacji w sobie.
Krążę nadal wokół tego, czy i w jaki sposób kumunikować się z mężem, poza sprawami koniecznymi, związanymi z dzieckiem. Dużo do myślenia dał mi Ozeasz. Czytam od nowa księdza Dziewieckiego, wracam do komunikacji bez przemocy. Myślę też, co ja właściwie mam do zakomunikowania.
Zauważyłam, że mój mąż wciąż wokół mnie skacze, raz na jakiś czas pisze głupie maile i smsy, w których rzuca najróżniejsze oskarżenia, głównie dotyczące mojej obecnej postawy i oskarżania mnie, że pogarsza się jego relacja z dzieckiem. Zaproponowałam mu, szczerze i delikatnie, aby przemyślał, czy nie czas już, by się ode mnie emocjonalnie odwiesić. Zgodnie z prawdą napisałam także, że obecnie nie wywołuje to już na mnie mega wrażenia, ani nie budzi bardzo silnych emocji.

Nie żebym była przez długi czas specjalnie lepsza, jednak przeczytałam swoje ostatnie wiadomości do męża i są one inne niż te sprzed roku, czy nawet paru miesięcy. Są spokojniejsze, bardziej wyważone, mniej zaczepne i mniej nastawione na wywołanie reakcji. Proces odwieszania się przynosi efekty.
Widzę natomiast, że często mimowolnie wpadam w kpiarski ton tam, gdzie piszę szczerze o swoich emocjach, o sobie. Powstają niezłe stendapy, nawet samą siebie trochę ubawiłam. Jednak raczej nie jest to sposób na dobrą i otwartą komunikację.

Zauważyłam też znaczącą zmianę w sposobie w jakim piszę do męża, odkąd widzę, że prowadzę korespondencję nie tylko z mężem, ale że jest jeszcze ukryta trzecia strona w osobie kowalskiej. Muszę przyznać, że korespondencja po stronie męża zyskała na tym na poprawności interpunkcji i składni, natomiast zrobiła się miałka w warstwie treści. Do znudzenia i na wszystkie strony jest usiana komunikatami, że mój mąż ma własne i odrębne życie.
Widzę w sobie sporo złośliwości wobec kowalskiej, sprawia mi przyjemność wszystko co piszę, jeśli tylko wiem, że mam szansę wsadzić jej nawet małą szpileczkę, na przykład zgodnie z prawdą zrelacjonowałam w kilku miejscach nasze lepsze chwile z mężem z ostatniego czasu. Trafiłam w punkt, mąż opublikował po kolejnej takiej wspomince oficjalne sprostowanie. Ileż radości dało to po mojej stronie.
Uznałam, że czas to przerwać, napisałam do męża oficjalnie, że wolę prowadzić korespondencję w sprawach dziecka, jak również w naszych sprawach, wyłącznie z nim. Odkryłam w sobie taką miłą i budującą wewnętrzną godność żony. Super uczucie. Nie muszę już uciekać się do złośliwości. Mogę pisać szczerze i od siebie, wiedząc przy tym, że to rozjuszy kowalską do bialości bardziej niż różne szpileczki. Wciąż mam z tego satysfakcję.

Natomiast myślałam też o mojej skłonności do ironizowania i kpienia. W sumie to jeden z moich talentów, korzystam z niego w mojej pracy. Czasem jednak sięgam po takie narzędzia zupełnie nieświadomie. Na pewno jest to obszar do przepracowania, bo choć doprowadzanie ludzi do wściekłości i wytrącanie ich z równowagi często jest skutecznym sposobem, by osiągnąć zamierzone cele (tam gdzie jest to forma obrony przed czyjąś przewrotnością, nie widzę w tym nic złego), to przyjmowanie takich form w zwykłych relacjach, prowadzi do tego, że ranię innych. Widzę, że potrafię to tak zawoalować, by dotknąć tak, że trudno mi nawet przypisać złe intencje i się przed tym obronić. I potrafię to robić mimochodem, poza moją świadomą kontrolą. Czasem nawet to co chcę przekazać ma sens i nie ma w tym złośliwości, ale forma bywa zwyczajnie podła.

Przepraszam tu szczerze i z całego serca każdą i każdego, kogo dotknęłam w taki sposób. Zdecydowałam oddać w modlitwie do uzdrownienia każdą nawet najmniejszą rankę, jaką w ten sposób zadałam. I włożyć dużo pracy w zmianę w tym obszarze, by więcej tak nie robić.

Niemniej jednak w odniesieniu do kowalskiej nie zamierzam składać broni. Nikt jej nie każe włączać się w moją korespondencję z mężem. Jej problem. Moja satysfakcja.

Ruta
Posty: 686
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 04 wrz 2020, 23:27

Muszę pochwalić się czymś, czym się cieszę, ale nie mam pewności, czy do końca jest dobre. Jak napisałam moja korespondencja z mężem zamieniła się w trójkąt a może i w czworokąt, nie wiem ilu doradców te jego maile układało. Na pewno sądząc po treści była w tym chorym układziku kowalska, która próbowała sobie ugrać swoje sprawy, dokuczyć mi, i co wkurzyło mnie najbardziej, wtrącić się w sprawy dotyczące naszego dziecka i dyktować mi w tym zakresie warunki. O ile dotąd kompletnie ignorowałam i nadal zamierzam ignorować wszelkie relacje mojego męża, ani nie zamierzam w nie wnikać i nie chcę nawet o nich wiedzieć, o tyle wejście pani na moje terytorium odczułam jako przekroczenie mojej bardzo poważnej granicy.

Udało mi się zakończyć głupie zagrywki ze strony mojego męża i może przede wszystkim kowalskiej. Bo o ile głupie zagrywki mojego męża są elementem kryzysu, jego, mojego, naszego, o tyle nie zamierzam być w żadnej, choćby korespondencyjnej relacji z kowalską. Chyba po raz pierwszy w życiu użyłam złości w niedestrukcyjny sposób, ale po to by bardzo ostro, ale w granicach przyzwoitości, stanowczo obronić siebie i swoje granice i "wyprosić panią z podwórka". Byłam przy tym maksymalnie złośliwa wredna i co tylko potrafię, a umiem wiele, ale bez posuwania się do wulgaryzmów czy tego rodzaju niskich środków wyrazu bez klasy. Przy tym trzymałam się wyłącznie faktów, ale takich które na pewno poszły pani w pięty i jestem pewna że długo jeszcze będzie wspominać swój udział w mojej korespondencji z mężem i lizać rany. Mam z tego ogromną satysfakcję (co mnie niepokoi). Cieszy mnie za to, że głupie wiadomości, które pisała mi w imieniu mojego męża się zakończyły.
Myślę, że przez jakiś czas i ja i dziecko będziemy mieć spokój, bo pani będzie teraz trzymać swoją wątpliwą zdobycz przy sobie, aby pan czasem się jej nie zerwał. Trochę oddechu po ostatnich wyczynach męża i ojca nam się przyda. Fajnie się czasem zdrowo wkurzyć.

tata999
Posty: 1124
Rejestracja: 29 wrz 2018, 13:43
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Mężczyzna

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: tata999 » 05 wrz 2020, 8:43

Jak już raz sobie pozwoliła wtrącić się, to raczej kolejny raz też tak zrobi. Może zniknie tylko chwilowo. U mnie tak jest. Nawet pstryczek w nos nie zmienił tego, że kowalski redaguje emaile i chce decydować o nieswoich dzieciach.

Ruta
Posty: 686
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 05 wrz 2020, 10:44

tata999 pisze:
05 wrz 2020, 8:43
Jak już raz sobie pozwoliła wtrącić się, to raczej kolejny raz też tak zrobi. Może zniknie tylko chwilowo. U mnie tak jest. Nawet pstryczek w nos nie zmienił tego, że kowalski redaguje emaile i chce decydować o nieswoich dzieciach.
Myślę, że nie. To co zrobiłam miało znacznie większe pole rażenia niż pstryczek w noc. A po zrzuceniu kilku bomb, wystosowałam oficjalną notę protestatycyjną. Ale oczywiście nie wiem jak będzie.

Gdyby do takiej sytuacji doszło ponownie, nie będę więcej na takie maile i wiadomości odpowiadać. Jeśli nie działa zdecydowany opór i jasne wytyczenie granicy, izolacja.

Wszelkich uzgodnień w sprawie mojej rodziny mogę dokonywać z mężem i z nikim innym. W wyjątkowych sytuacjach prawo zmusza mnie do uzyskania zgody sądu rodzinnego.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 13 gości