Kilka pytań o separację

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Ruta
Posty: 996
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 13 lis 2020, 21:45

Avys pisze:
13 lis 2020, 9:20
Ruta, dla mnie jest to niesamowite co piszesz- tym bardziej, że doświadczenie z rzucaniem palenia masz duże ;-) Buduje to moją wiarę i pokrzepia duszę- bo jakoś nie wyglądasz na osobę która nagina fakty i wymyśla cudowne historyjki ;-) Raczej stoisz bardzo logicznie i mocno na ziemi. Pisałaś niedawno o fryzjerze- to może tę „furę” ;-) kasy za niekupowane papierosy przeznaczysz na fryzjera i się w końcu wybierzesz?
Mam nadzieję, że Twój Mąż też poprosi Boga żeby zabrał Mu wszystkie nałogi. Może w dogodnej chwili opowiedz Mu jak Bóg uwolnił Cię od palenia. Może On to zapamięta, bo na pewno wie jak ciężko było Ci wcześniej rzucić i że zawsze kończyło się to niepowodzeniem...i może kiedyś sam też spróbuje.
Z tym fryzjerem to świetny pomysł. Dzięki :) Taka nagroda - choć tym razem wcale nie zasłużona. Myślę też o tym jak podziękować Bogu. Na razie robię to w modlitwie. Wiem, że kiedyś ludzie w dziękczynieniu pielgrzymowali, a nie tylko w intencjach proszących lub pokutnych. Myślę o takiej małej pielgrzymce pieszej do dalszego Kościoła. A wiosną gdy będzie już ciepło o porządniejszej pielgrzymce do jednego z sanktuariów. Zastanawiam się też, czy takim podziękowaniem może być zobowiązanie - i jakie ono mogłoby być. Z powodu epidemii, no i tego, że jestem z dzieckiem sama i różnie bywa z tym, czy mogę wyjść z domu, zwykle nie mogę, to odpada odprawienie piątków czy sobót. No ale był taki żarcik: - Panie Boże, jesteś taki wspaniały, nie wiem wręcz jak Ci mam dziękować... - No kolego, wysil się trochę, to na pewno coś wymyslisz ;)

Z mężem chcę poważnie porozmawiać, bo się o niego martwię. Choć oczywiście unika rozmów, poza powierzchownymi, zabawnymi rozmowami. Spróbuję krótko. Dam mu swoje świadectwo, może coś zapamięta i przypomni sobie w potrzebie. Ja wciąż jestem zaskoczona tym, co stało się mi. Co pokazuje mi, jak małej wiary wciąż jestem. Ale tak się tym cieszę, że głównie się uśmiecham. Nawet gdy mąż mnie celowo rani słowami, dotyka mnie to ale tylko na chwilę. Potem się od nowa cieszę :)

Ruta
Posty: 996
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 17 lis 2020, 2:16

Nadal nie palę i nie czuję takiej potrzeby, ani głodu nikotynowego. Nadal zdarzają się sytuacje, gdy w miejscu palenia czuję pustkę. Jednak po treningu bycia w moich emocjach z pustką także całkiem dobrze sobie radzę. Nie uciekam. Uświadomiłam sobie, że używki w moim życiu zawsze służyły zapełnianiu pustki - głodu relacji, samotności, niepewności, mnóstwa różnych pustek, składających się na pustkę. Czytałam niedawno, że nałogi i przywiązania, także do człowieka, często są dramatycznym wyrazem tęskonty za Bogiem. Może to jest ta nasza największa pustka w nas. To oczywiście jeden z aspektów - w moim przypadku jest jeszcze ucieczka, głównie przed prawdą o sobie, o rzeczywistości i przed cierpieniem. Więcej się modlę, by ta moja pustka zapełniała się Bogiem.

Dla tych, którzy myślą o tym, by pożegnać jakiś swój nałóg lub uzależnienie, przywiązanie -spisuję taki mój know-how. Postaram się w miarę kompletnie opisać wszystko, co złożyło się na dzień w którym przestałam odczuwać potrzebę palenia. Polecam gorąco książkę: Uzależnienie i łaska, Gerald G. May. Konsultowana przez księdza Dziewieckiego, więc nie trzeba obawiać się herezji (po tytule trochę się bałam, bo sekciarze i heretycy lubią podobne). W moje ręce wpadła zupełnym przypadkiem, z biblioteki ulicznej używanych książek. Tytuł zwrócił moją uwagę, bo szukałam wtedy (i nadal szukam) książek o świadectwach osób uwolnionych z nalogów. Myślałam wtedy o moim mężu - nie o sobie, bo ja ta bez nałogów przecież :(

Książka nie daje odpowiedzi jak otrzymać łaskę uwolnienia, ale jest ogromną inspiracją, by znaleźć swoją drogę. Pomogło mi też czytanie Pisma - świadectwa o uzdrowieniach, ale też po prostu rozważanie codziennych czytań. Na pewno pomogło mi także poznanie mechanizmów nałogu i rozłożenie mojego nałogu na czynniki pierwsze - między innymi uświadomienie sobie kłamstw, które opowiadałam sobie codziennie, rzekomych korzyści jakie widziałam w paleniu, zidentyfikowanie tej części mnie, która chciała nadal palić. Myślę też, że istotne znaczenie miały moje spowiedzi, pokuta, post i praktyki religijne oraz modlitwa. Im bardziej się nawracam, tym mocniej wierzę - a gdy wierzę, wierzę, że mogę zostać uzdrowiona. Pomogły mi też porażki w moich własnych próbach uwolnienia się - które doprowadziły mnie do wniosku o którym piszą dużo osoby z AA - jestem bezsilna wobec mojego nałogu. A finalnie najbardziej pomogła mi potrzeba zawierzenia się wobec tego Bogu w tej mojej potrzebie - i ufność.

Tak więc w moim przypadku współpraca z łaską polegała na wykonaniu całkiem sporej pracy. Ale bez łaski, mimo całej tej pracy nic bym nie osiągnęła. Jest więc praca świecka, poznanie swojego nałogu i uznanie go, doświadczenie go, jest też nawrócenie i otworzenie się na łaskę. Teraz wydaje się to nawet proste - czemu na to nie wpadłam wcześniej ;)

Mój mąż zakończył ciąg, w weekend był już całkiem przyzwoicie trzeźwy. Skończył przerażające mnie gadanie o zmianie wiary. Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że byłby to koniec mojego męża. Dla męża tożsamość katolika była zawsze bardzo ważna - wiem, że mój mąż odszedł od wiary, ale czuję, że odszedł dlatego, że wierzy - tylko jest w nim bunt no i wyrzuty sumienia. Zmiana wiary to wejście w kłamstwo, w jakieś nowe przerażające poziomy kłamstwa. Postanowiłam codziennie prosić, aby takie podszepty zostały mężowi zabrane. Dziękuję tym z Was którzy wspomnieli o Nas w modlitwie.

Pierwszy raz od dawna mogliśmy spokojnie porozmawiać i spokojnie spędzić czas. Spędziliśmy razem sporo czasu - nie do końca dobrowolnie, bo przy okazji uroczystości rodzinnej, ale bardzo miło i większość czasu w gronie naszej małej rodziny. Możliwe, że to właśnie (w senie uroczystość) zmotywowało męża do trzeźwości.

Dwukrotnie przez weekend uczestniczyliśmy wspólnie w Mszy Świętej (to nam zawsze wychodzi dobrze i radośnie, wraca nasza wspólnota małzeńska, nie zawsze mocno - ale zawsze). Modlę się teraz, aby Słowo, którego wysłuchaliśmy zostało w moim mężu i we mnie - i aby w nas pracowało. Dwa razy słuchaliśmy niedzielnego czytania - bo w sobotę byliśmy na ostatniej Mszy - która w naszej Parafii jest Mszą niedzielną, a w niedzielę uczestniczyliśmy w Mszy niedzielnej. Widziałam, że mojego męża Słowo mocno poruszyło - znam go i jego serce i czułam, że w sobotę próbował sobie wyjaśnić, że to przypadek. W niedzielę gdy zaczęły się czytania - i od nowa usłyszeliśmy to samo Słowo, mój mąż wyglądał przez chwilę na bliskiego szoku. Nie wiem, czy w całym roku liturgicznym znalazłoby się Słowo, które lepiej odpowiadałoby naszej obecnej sytuacji - całość czytania. Mocne. Także zostałam Nim mocno poruszona. Dziękuję, Ci Jezu.

Ponieważ Poemat o dzielnej niewieście wraca do mnie raz po raz, czuję, że zostanę z nim na dłużej.

W tak dobrych okolicznościach po raz pierwszy od naprawdę dawna udało się nam w niedzielę po Mszy szczerze i od serca porozmawiać. Dużo się dziś chwalę - ale naprawdę rozmawiam inaczej z mężem i coraz spokojniej i bardziej otwarcie wyrażam, co czuję naprawdę. Prawie 40 minut rozmowy o sprawach trudnych i bolesnych dla nas obojga - bez awantury i agresji. Zaczęłam od przeproszenia - mąż także mnie przeprosił. Symboliczne, krótkie były te nasze przeprosiny - nie takie o których pisze i mówi Ksiądz Dziewiecki - ale na początek całkiem chyba dobrze. Ustaliliśmy, że zaprzestaniemy mówienia o sobie źle - bardzo mnie boli, gdy dociera do mnie, co mój mąż mówi na mój temat, nawet szczątkowo - zwykle mówię, że nie chcę słuchać po pierwszych słowach. Z całego serca staram się nie mówić źle o mężu do nikogo, choć się zdarzyło, że jakaś gorycz się ze mnie wylała - odkryłam jednak też, że są osoby, które mówią mojemu mężowi nieprawdę o mnie i o tym, co mówię na jego temat. Nie potrafię tego zrozumieć, ani wyjaśnić, nie rozumiem tego. Tak jakby komuś zależało na tym, by podtrzymywać między nami dystans i zranienia. Nie rozumiem tego. Ustaliliśmy też, że odczekam 30 dni ze złożeniem zawiadomienia do prokuratury, ale potem złożę. Wyjaśniłam mężowi sytuację swoją i dziecka i wyjaśniłam, że nie kieruje mną chciwość, ani chęć pognębienia go, ale to, że nasza - moja i dziecka - sytuacja jest naprawdę trudna i nie daję rady, bez jego udziału w utrzymaniu naszego dziecka.

Od piątku po spowiedzi noszę od nowa swoją obrączkę, bo tak poczułam, że to czas. Wyjaśniłam więc mężowi dlaczego i że nie jest to przeciwko niemu, ale w zgodzie ze mną i tym co czuję. Wyjaśniłam też, że nie chcę by odczuł to jako presję i że nie zamierzam takiej presji wywierać. Usłyszałam, że mąż czuje presję z mojej strony, gdy dostaje ode mnie niektóre smsy. Będę musiała zwrócić uwagę co piszę. Mój mąż powiedział mi co czuje. No naprawdę nieźle.

Od spowiedzi udało mi się też uwolnić od oczekiwania i pragnienia kary dla męża i dla tych, którzy przyczyniają się do niszczenia więzi między mną a mężem, fałszywie oskarżając, zanosząc różne złośliwe wiadomości, podkręcając atmosferę, źle mówiąc do nas o nas nawzajem - oczywiście dotyczy to szczególnie kowalskich, osób, które kryją romanse męża i tych, które próbują mi o nich donosić, tych, które podtrzymują męża w nałogach. Tam, gdzie wcześniej widziałam zawiść, teraz widzę pogubienie, tam gdzie miałam w sobie wściekłość, teraz mam współczucie. Biorąc pod uwagę potęgę moich emocji i gorące szczere pragnienie, by Bóg wytracił wszystkich i pokarał, co biją w nasze małżeństwo - to chyba jeszcze większa łaska, niż uwolnienie mnie od głodu nikotynowego.

Dostałam jeszcze jedną łaskę - w popołudnie niedzielne zostawiłam męża z synem (niech się nacieszy trzeźwym tatą i ma czas z nim sam na sam) - a sama skorzystałam i odbyłam sobie swoją pielgrzymkę rowerową do dalszego Kościoła, który bardzo lubię (na piechotę bym nie zdążyła) - w podziękowaniu. I podczas modlitwy dostałam łaskę żalu za grzechy moje i męża - za to co zrobiliśmy z naszym Małżeństwem, za każde sprzeniewierzenie się Sakramentowi, zamysłowi Boga, za każde zastąpienie Bożej drogi własnymi pomysłami, za zaniedbania i egoizmy. Płakałam i przepraszałam z serca. Wstałam oczyszczona - i wlała się we mnie radość.

Dostałam jeszcze jeden prezent. Fizyczny, materialny, który bardzo mnie ucieszył. W piątek po spowiedzi poczułam, że powinnam założyć na siebie coś "świętego". Najpierw przypomniałam sobie mój stary medalik z Niepokalanowa. Sama historia z tym medalikiem jest zabawna. Kupiłam go na wycieczce szkolnej. Po Sanktuarium oprowadzała nas Siostra, która tak pięknie i obrazowo mówiła i cudach i łaskach, jakie mogą na nas spłynąć za sprawą medalika, że zostawiłam w sklepiku wszystkie pieniądze, kupując medaliki- dla siebie, dla mamy, dla siostry, dla przyjaciołki, chyba na jeden mi trochę zabrakło i nawet, choć dokładnie nie pamiętam, dostałam upust. Pamiętam za to dokładnie swoją wiarę i radość. Trochę ostudziała je moja mama, gdy wróciłam do domu i poprosiłam o łancuszek . Nie pamiętam dokładnie co dalej, chyba przez jakiś czas nosiłam medalik i tak na szyi, ale potem przełożyłam do portfela (nie chodziło o to, by przynosił pieniądze, ale by się nie zgubił), potem do szuflady. Parę lat później jako zawiedzona i poraniona nastolatka pozbyłam się go, jako zwykłej blaszki, bez żadnej cudowanej mocy - tak jak od począku mówiła moja mama - ale żal jaki wtedy poczułam, tęsknotę za tym, by medalik mógł nieśc za sobą Łaskę a nawet Cuda, te o których mówiła Siostra, pamiętam do dziś. To taki symboliczny moment - odejścia od tej radosnej dziewczynki, pełnej wiary. I nagle w ten piątek tak szczerze w moim sercu za tym medalikiem swoim zatęskniłam. A potem poczułam, że nie chodzi o medalik, ale o obrączkę. I ją założyłam.

I teraz najpiękniejsza część tej historii: w sobotę po Mszy przy wyjściu z Koscioła zauważyłam na takim niewielkim stoliczku za ławkami plastkowy koszyczek, a w nim jakieś obrazki. Chciałam się do nich cofnąć - bo mnie zaciekawiły, ale moi chłopcy zaczęli mnie pośpieszać. Pod jakimś nagłym impulsem cofnęłam się jednak już od samego wyjścia - wcale nie byli zadowoleni, coś tam obaj mruczeli (to też zmiana we mnie, kiedyś raczej poszłabym grzecznie za mężem, bo niezadowolenie męża w ostatnich latach od róznych rzeczy mnie powstrzymywało i do różnych rzeczy nakłaniało - fajnie mieć znów siebie dla siebie). Wracam, staję przy stoliku, podnoszę sobie obrazek - był w torebce takie foliowej - a tam na dole torebki... mój medalik. Ucieszyłam się, i ta moja mała dziewczynka we mnie się ucieszyła, bo odzyskała swoją własność, a ta moja poraniona i zagubiona nastolatka odzyskała wiarę i nadzieję. Dziękuję ci, Nasza Najpiękniejsza, Czuła i Troskliwa Mateńko.

Wiem już, dokąd popielgrzymuję w mojej dużej pielgrzymce dziękczynnej - do Niepokalanowa :)

Kochani moi, poranieni, obolali - wiem, ile tu trafia nas zagubionych, przestraszonych - sama taka tu trafiłam i nadal jest we mnie sporo tego - i wiem też, jakie dziwne przypadki nas tu i w różne inne miejsca czasem prowadzą. Jeszcze dwa dni, gdy minie rok mojej obecności na Forum. Wiem, że wszystko to, co dobrego dzieje się ostatnio w moim życiu, także moje trafienie do Sycharu, zaczęło się od Nowenny Pompejańskiej i że każda z tych łask, które otrzymałam jest mi wyproszona przez Maryję. Jej ufajcie i do Niej się uciekajcie. Pomoże Wam w waszych troskach, otoczy Czułą Miłością i zaprowadzi prosto w objęcia Syna.

Słowa części dziękczynnej Nowenny Pompejańskiej, które z początku były dla mnie pustą formułą, której nie rozumiałam, są teraz wypełnione treścią: miłoscią i wdziecznością.

Cóż Ci dać mogę, o Królowo pełna miłości? Moje całe życie poświęcam Tobie. Ile mi sił starczy, będę rozszerzać cześć Twoją, o Dziewico Różańca Świętego z Pompejów, bo gdy Twojej pomocy wezwałam, nawiedziła mnie łaska Boża. Wszędzie będę opowiadać o miłosierdziu, które mi wyświadczyłaś. O ile zdołam będę rozszerzać nabożeństwo do Różańca Świętego, wszystkim głosić będę, jak dobrotliwie obeszłaś się ze mną, aby i niegodni, tak jak i ja, grzesznicy, z zaufaniem do Ciebie się udawali. O, gdyby cały świat wiedział jak jesteś dobra, jaką masz litość nad cierpiącymi, wszystkie stworzenia uciekałyby się do Ciebie. Amen.

Sama myślę czasem, że nieźle odleciałam. I się tym cieszę. Gdybym rok temu usłyszała, że za rok moja sytuacja nie tylko się obiektywnie w wielu obszarach nie polepszy, ale nawet pogorszy, że odejdzie ode mnie większość osób, które uważałam za bliskie, że ze znajomych nie zostanie zbyt wiele osób, że część zwróci się otwracie przeciwko mnie i odpłaci mi kamieniem za serdeczność, że będzie mi trudno finansowo i będzie mi grozić zwolnienie z pracy, jedynego źródła utrzymania mojego i dziecka - a ja nie wpadnę w panikę, tylko będę się cieszyć z medalika i ogólnie będę czuć radość i spokój - to bym powiedziała, że oszalał. Gdybym usłyszała, że założę obrączkę i przeproszę mojego męża, wcale nie licząc na jego przeprosiny - nie uwierzyłabym. Podobnie jak i w to, że szczerze i z serca pomodlę się za tych, którzy mnie skrzywdzili i wcale nie przestają i nie wygląda by mieli zamiar przestać. Ani, że tak mocno pokocham modlitwę, jak wtedy, gdy byłam małą dziewczynką. U Boga naprawdę nie ma nic niemożliwego.

(Jestem odpowiedzialna, spokojnie, głowę mam w chmurach, ale nogi na ziemi - zaczynam szukać nowej pracy, bo Bóg troszczy się o tych, co się troszczą. Jeśli ktoś z Was wspomni w intencjach modlitewnych o pracy dla mnie - serdeczne Bóg zapłać. W moich intencjach jesteście obecni także :)

Klara*
Posty: 25
Rejestracja: 19 wrz 2018, 8:58
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Klara* » 17 lis 2020, 13:17

Ruta bardzo Ci gratuluję i zazdroszczę jednocześnie uwolnienia się z nałogu. Uzdrowienie Twojego Ciała i umysłu jest niewątpliwie dziełem samego Boga. Też wiele razy próbowałam. Nawet ostatnio w październiku udało się wytrwać bez papierosa 25 dni i znowu przyszedł słaby dzień, kryzys w małżeństwie też mi nie pomaga i znowu wróciłam do nałogu. Liczyłam każdy dzień, to była walka - straszne uczucie, ale Ty to doskonale znasz i wiesz co mam na myśli.
Kiedy czytam Twoje przemyślenia (chyba we wszystkich wątkach) - choć czasem jest trudno , bo są bardzo długie, dochodzę do wniosku, że otrzymałaś wielką łaskę przemiany siebie. Jesteś bardzo wartościowym człowiekiem i myślę, że podobasz się Bogu. Czytając Ciebie doszłam do wniosku, że do walki z nałogiem podchodzę ze złej strony , podobnie jest z ratowaniem małżeństwa . Chyba muszę więcej nad tym popracować i w odpowiedni sposób. Ty przeszłaś daleką drogę, ciężką pracą osiągnęłaś to co teraz masz. Wiesz czego chcesz, wiesz co czujesz. U mnie jest wprost przeciwnie . Ciężki czas dla mnie. Szukam tu pomocy już od kilku lat. Może kiedyś napiszę swoja historię. Pomodlę się za Twoje małżeństwo i wiesz co myślę ? Myślę, że będziesz szczęśliwa , że Twój mąż zostanie uzdrowiony i powróci do Ciebie i syna......

Avys
Posty: 93
Rejestracja: 21 cze 2020, 8:31
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Avys » 17 lis 2020, 15:07

Ruta, bardzo bardzo bardzo poruszyło mnie wszystko, absolutnie każdy nowy akapit który poruszyłaś. Bardzo się wzruszyłam czytając to.
Podpisuję się pod tym wszystkim obiema rękami i nogami. To jest jak odkrywanie Królestwa Bożego tu już na ziemi. Patrzysz na swoje życie, świat, kłopoty, problemy oczami dziecka Bożego. Jest w Tobie przede wszystkim miłość, pokój w sercu i ufność Bogu przy jednocześnie byciu 100% nogami na ziemi, nie uciekasz od życia. Twoja sytuacja po ludzku jest bardzo ciężka i nie jedna tylko by się skarżyła i była zrozpaczona. Ale nie Ty :-) wiem, że to dzięki Bogu :-) Chwała Jemu za to wszystko co się dzieje w Twoim życiu. To jest niesamowite.
Przeczytam jeszcze te czytania ze Mszy, które słuchaliście razem dwa razy....
Pozdrawiam Cię bardzo!

Avys
Posty: 93
Rejestracja: 21 cze 2020, 8:31
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Avys » 18 lis 2020, 9:05

Ruta,
Przeczytałam te czytania z niedzieli. Ja w niedziele zwróciłam tylko uwagę na przypowieść o talentach a tamto mi umknęło całkowicie...teraz to przeczytałam i miałam wrażenie, że czytam o Was i waszym Synu. Niesamowite jest to, że wysłuchaliście tego RAZEM i to 2 razy. W sytuacji, gdzie tak ciężko o kontakt na trzeźwo, bez kłótni..Rozumiem raz bo „niby przypadek” ;-) ale Bóg chyba chciał dać do zrozumienia, że to absolutnie nie przypadek i to jest żywe słowo dla Waszego małżeństwa które On błogosławi i odradza na nowo do miłości wiecznej lecząc wszystko co chore- tylko tak jak napisał ostatnio Pawel- nie zrobi tego bez zgody i współpracy Was obojga.

Ruta, dziękuję Ci za Twoje świadectwo i przykład. Szczególnie świadectwo Twojego wysiłku i pracy -
„ Niewiastę dzielną któż znajdzie? Jej wartość przewyższa perły.”
Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie!

Ruta
Posty: 996
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 19 lis 2020, 11:11

Avys pisze:
18 lis 2020, 9:05
Ruta,
Przeczytałam te czytania z niedzieli. Ja w niedziele zwróciłam tylko uwagę na przypowieść o talentach a tamto mi umknęło całkowicie...teraz to przeczytałam i miałam wrażenie, że czytam o Was i waszym Synu. Niesamowite jest to, że wysłuchaliście tego RAZEM i to 2 razy. W sytuacji, gdzie tak ciężko o kontakt na trzeźwo, bez kłótni..Rozumiem raz bo „niby przypadek” ;-) ale Bóg chyba chciał dać do zrozumienia, że to absolutnie nie przypadek i to jest żywe słowo dla Waszego małżeństwa które On błogosławi i odradza na nowo do miłości wiecznej lecząc wszystko co chore- tylko tak jak napisał ostatnio Pawel- nie zrobi tego bez zgody i współpracy Was obojga.

Ruta, dziękuję Ci za Twoje świadectwo i przykład. Szczególnie świadectwo Twojego wysiłku i pracy -
„ Niewiastę dzielną któż znajdzie? Jej wartość przewyższa perły.”
Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie!
Avys, dziękuję. Rozpłakałam się.

Tak sobie czasem myślę, że modlimy się o cuda dla nas każdego dnia i równocześnie czasem kompletnie nie widzimy, że one się dla nas każdego dnia dzieją. To, że dostaliśmy z mężem takie Słowo, i że wysłuchaliśmy go dwukrotnie i dwukrotnie razem, w sytuacji, gdy tak rzadko spędzamy razem czas, gdy tak rzadko jesteśmy wspólnie na mszy - jest cudem. Ścieżka, która nas zaprowadziła na tą konkretną mszę to szereg przypadków, zmian terminów i planów. Jeszcze na parę dni przed sobotą, niezależnie od nas został zmieniony termin samej mszy - z mszy o 17 na mszę o 18. Mogę tylko radośnie i w zdumieniu podziękować.

Wiesz, napisałam, że mój mąż był zaskoczony, ale ja też i to jak. Bo gdy słuchałam słowa w sobotę, to po cichu we mnie też pojawiło się pytanie co się dzieje - przez chwilę zastanawiałam się, czy księża z naszej parafii, w trosce o nas, i o nasze małżeństwo nie podmienili czytań.

Ja sobie to Słowo zapisałam i do niego wracam. Dla mnie niesie przede wszystkim pociechę i zachętę, by być tą dzielną niewiastą. No i czuwać i być trzeźwą :) Niech ktoś powie, że Bóg nie ma poczucia humoru.

Ruta
Posty: 996
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 19 lis 2020, 11:43

Klara* pisze:
17 lis 2020, 13:17
Ruta bardzo Ci gratuluję i zazdroszczę jednocześnie uwolnienia się z nałogu. Uzdrowienie Twojego Ciała i umysłu jest niewątpliwie dziełem samego Boga. Też wiele razy próbowałam. Nawet ostatnio w październiku udało się wytrwać bez papierosa 25 dni i znowu przyszedł słaby dzień, kryzys w małżeństwie też mi nie pomaga i znowu wróciłam do nałogu. Liczyłam każdy dzień, to była walka - straszne uczucie, ale Ty to doskonale znasz i wiesz co mam na myśli.
Kiedy czytam Twoje przemyślenia (chyba we wszystkich wątkach) - choć czasem jest trudno , bo są bardzo długie, dochodzę do wniosku, że otrzymałaś wielką łaskę przemiany siebie. Jesteś bardzo wartościowym człowiekiem i myślę, że podobasz się Bogu. Czytając Ciebie doszłam do wniosku, że do walki z nałogiem podchodzę ze złej strony , podobnie jest z ratowaniem małżeństwa . Chyba muszę więcej nad tym popracować i w odpowiedni sposób. Ty przeszłaś daleką drogę, ciężką pracą osiągnęłaś to co teraz masz. Wiesz czego chcesz, wiesz co czujesz. U mnie jest wprost przeciwnie . Ciężki czas dla mnie. Szukam tu pomocy już od kilku lat. Może kiedyś napiszę swoja historię. Pomodlę się za Twoje małżeństwo i wiesz co myślę ? Myślę, że będziesz szczęśliwa , że Twój mąż zostanie uzdrowiony i powróci do Ciebie i syna......
Klaro, dziekuję Ci za miłe i ciepłe słowa. Pomodlę się w Twojej intencji, uwolnienia Cię z nałogu. Nadal nie palę i nie liczę dni. Chyba już mi tak zostanie :)

Co do moich długich postów - myślę czasem, że ostatnim etapem mojego zdrowienia będzie pisanie krótkich postów na Sycharze.

Tak trochę ze wstrzymanym oddechem obserwuję zmianę jaka od paru dni zachodzi w moim mężu. Wiele żon milczących mężów zrozumie - bo mój mąż zaczyna mówić. To nie tak, że mój mąż dotąd nie mówił - potrafi mówić bardzo interesująco, głęboko, szczególnie o swojej pasji, czasem także o tym co myśli. Jego spostrzeżenia o sytuacjach, o ludziach są zawsze trafne, ale nawet gdy są ostre, są też takie no nie wiem czułe, w moim mężu zawsze było dużo współczucia i miłości do ludzi, także do ich wad i jakaś taka zdolność do prześwietlania obłudy, hipokryzji. Dla mnie dostrzeżenie jakiejś prawdy, to najczęściej efekt jakiś walk wewnętrznych, rozpraw wewnętrznych i intelektualnych zmagań - mój mąż zwykle po prostu patrzy i widzi. Zawsze mnie to zadziwiało w nim. Dlatego ja całym sercem i całą sobą wierzę, że mój mąż zostanie uzdrowiony z nałogów i uwikłań i dostanie pomoc w nawróceniu. Widzę mojego męża, jego serce, jego poranienia, także te pochodzące ode mnie, ale widzę też w moim mężu dobro. Wiem, że Bóg widzi to w nim jeszcze wyraźniej niż ja.

Ale o swoich potrzebach i zranieniach mój mąż nie mówił nigdy. A teraz mówi. Boję się nawet oddychać, by jakimś nieostrożnym, głupim czy pochopnym słowem, nie zranić go, gdy się otwiera.

Klara*
Posty: 25
Rejestracja: 19 wrz 2018, 8:58
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Klara* » 19 lis 2020, 12:07

No to teraz ja się poryczałam...... z jaką miłością i czułością piszesz o swoim mężu
Może właśnie teraz nadszedł ten czas uzdrowienia , skoro mąż zaczyna się otwierać i mówić tym co kryje się na dnie jego duszy.

Ps. Pisz Ruto, pisz !!!! Twoje przemyślenia są głębokie i wartościowe. Zresztą my kobiety tam mamy , lubimy mówić .

somnium
Posty: 122
Rejestracja: 12 lip 2019, 19:40
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: somnium » 19 lis 2020, 14:14

Klara* pisze:
19 lis 2020, 12:07

Ps. Pisz Ruto, pisz !!!! Twoje przemyślenia są głębokie i wartościowe.
Uważam dokładnie tak samo. :D :!:
W Twoich postach jest ogromna głębia.
A że są długie - nie szkodzi - skoro są cenne, prawdziwe i szczere.
Powodzenia. Zapewne całe forum Tobie kibicuje, a nie jedna osoba zapewne wesprze jeszcze modlitwą. :)
----
Nie ma chyba co liczyć dni niepalenia czy niej abstynencji. Bo wtedy o tym myślimy i możemy niepotrzebnie się nakręcić.
Ostatnio zmieniony 19 lis 2020, 16:02 przez Pavel, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód: Poprawiono cytowanie

Ruta
Posty: 996
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 19 lis 2020, 23:26

Kochani, dziękuję. Jest mi dziś bardzo przykro i smutno, bo mój mąż przyszedł dziś odurzony. Początkowo tego nie zauważyłam, ale niestety bardzo szybko przestał nad sobą panować. Zauważyłam co się dzieje i jeszcze zanim zdążyłam coś powiedzieć, mąż zauważył, że ja zauważyłam jego stan i zaczął być agresywny, skończyło się wyzywaniem mnie, no i opuszczeniem mieszkania przez męża, a potem serią przykrych raniących mnie sms-ów. Miałam cichą nadzieję, że jeszcze trochę skorzystamy z synkiem z trzeźwości męża, że jeszcze trochę czasu spędzimy razem, zanim nałóg znów męża pochłonie i zabierze. I że trochę jeszcze odpoczniemy, zanim wszystko zacznie się od nowa.

Z drugiej strony wiem, że i tak dostaliśmy bardzo dużo, wiem, że wiele osób, których bliscy są uzależnieni nie ma nawet takich krótkich wspólnych chwil, że nawet w okresach trzeźwości osoby uzależnionej trwa wojna i wszystko przesłaniają silne bardzo nieprzyjemne emocje. Cieszę się, że u nas tak nie ma, że udaje mi się kierować miłością do męża, nawet gdy jest trudno. Cieszę się, bo wiem, że to także dzięki temu zdarzają się nam te chwile, które spędzamy razem i te, kiedy na chwilę odzyskujemy choć trochę bliskości. Cieszę się, że mogliśmy się z męzem przeprosić, porozmawiać. Przykro mi, bo chciałam powiedzieć mojemu mężowi znacznie więcej. Miałam nadzieję na jeszcze parę dni, parę godzin. Każdą piękną dobrą chwilę i każde dobre słowo chowam w moim sercu. Jestem wdzięczna za każdą z tych chwil, za słowa i za naszą wspólną modlitwę. Mam nadzieję, że jeszcze takie dobre chwile dla nas przyjdą i jakoś przejdziemy przez kolejny ciąg.

Odpłakałam już swoje podczas różańca z księdzem Teodorem. Gdy jest mi tak smutno, trudno modlić się samej, dobrze, że są on-linowe grupy modlitewne, to ogromne wsparcie. Mimo lęku o męża, czuję się pocieszona, choć boję się bardzo o niego. Ciągi trwają coraz dłużej, a przerwy są coraz krótsze. Łamie mi to serce. Jeszcze wczoraj ja miałam swojego męża, a synek tatę, przynajmniej jakąś jego część. Choć to namiastka tego jaki mój mąż był, to i tak daje nam obojgu mnóstwo radości. Myślę, że trochę tego ciepła przyjmuje wtedy także mój mąż, nawet przez tą skorupę jego nałogu. Mam nadzieję, że dociera wtedy do niego choć trochę mojej i synka miłości. Dziś jednak znów jest agresywny mężczyzna, zimny, twardy, raniący, odurzony. Wiem, że w środku jest mój mąż, przestraszony, poraniony, cierpiący. I wiem, że nie mogę mu pomóc. To boli.

Słucham sobie teraz kolejno utworów z Teobańkologii, trochę płaczę nad mężem, a trochę się za niego modlę, gdy boli te śpiweane modlitwy przychodzą mi łatwiej. Prowadzący na mojej grupie, doświadczony terapeuta często powtarza, że z osobami uzależnionymi jest trochę tak, że im gorzej tym lepiej, że zejście niżej to dla nich duże ryzyko, ale też szansa. Po roku terapii wiem, że nie mam wpływu na to, co dzieje się z moim mężem i nie ma żadnego sposobu, bym mogła go teraz ochronić - choć najbardziej tego właśnie bym chciała. Mogę tylko ofiarować mój ból w modlitwie za męża.

fannyprice
Posty: 939
Rejestracja: 16 kwie 2019, 10:39
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: fannyprice » 20 lis 2020, 0:22

Bardzo mi przykro Ruto. Podziwiam, że mimo trudnych emocji, masz takie rozsądne rozeznanie tej sytuacji i jeszcze potrafisz wzbudzić w sobie postawę wdzięczności. Mi także pomagają wszelkie modlitewne wydarzenia on-line, a jest tego teraz mnóstwo. To wielkie dobro, z którego warto korzystać, zwłaszcza w trudnych chwilach. Przytulam i pomodlę się o siłę dla Ciebie.
"można nawet zabłądzić lecz po drugiej stronie
nasze drogi pocięte schodzą się z powrotem"

Avys
Posty: 93
Rejestracja: 21 cze 2020, 8:31
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Avys » 20 lis 2020, 10:52

Ruta, bardzo Ci współczuję, ja też myślałam, że trzeźwość Twojego Męża potrwa dłużej :-(
To jest niesamowite, że masz w sercu tyle pokoju i miłości żeby pomimo sytuacji, tak pięknie pisać o Mężu!
Największą nadzieję, dają mi te słowa co napisałaś:

„...że im gorzej tym lepiej, że zejście niżej to dla nich duże ryzyko, ale też szansa.”

Mam wrażenie, że w tym jest dużo prawdy i że za jakiś czas okaże się, że bez tego „gorzej” nie byłoby nigdy lepiej. Tak jak św. Augustyn musiał dotknąć dna w rozpustnym życiu czy zajmowaniu się horoskopami, czy byciu w sekcie, aby przejrzeć na oczy, że to wszystko czym żył to marność i ułuda to się potem odbił wysoko ku Niebu z ogromną wdzięcznością, bo widział z czego Bóg go wyzwolił.

Klara*
Posty: 25
Rejestracja: 19 wrz 2018, 8:58
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Klara* » 20 lis 2020, 11:53

Jak ja dobrze znam to uczucie ....

Już jest dobrze , słońce pojawia się na moim niebie, zapominam o tym co było złe pojawia się nadzieja i mówię sobie: teraz się uda, już będzie dobrze, będzie miłość, nie będzie strachu , będzie uśmiech i radość i....
bummmmmm dostaje obuchem w łeb !!!!

Znowu to samo .....

Ile razy jeszcze mam się podnosić???

Ile razy jeszcze dam radę przeżyć te złe dni, te straszne uczucia, które mną targają ???
Czy kolejny raz będę umiała spojrzeć z miłością i wybaczyć, podnieść się, próbować n-ty raz ???

Ruta polecam Cię w moich modlitwach od kilku dni , Ciebie i Twojego męża.
Może zły atakuje ze zdwojoną siłą , bo chyba dużo forumowiczów modli się za Was i mąż upadł ...znowu .....

Przytulam

Ruta
Posty: 996
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 21 lis 2020, 12:28

Dziękuję wam z całego serca za wsparcie i za modlitwę.

Modlę się za mojego mężą. Moje współuzależnienie, gdy mój mąż kończy swoją trzeźwość wraca z pełną mocą. Pojawia się we mnie mnóstwo impulsów, by "coś" do męża napisać, by "coś" mu wytłumaczyć, by "coś" zrobić, by go ratować. A bezsilność rozbija mnie na kawałki. Mój trening z terapii i to co sobie wypracowałam sprawia, że łatwiej mi to wszystko opanować w warstwie działania - by nie wchodzić w te "cosie" (napisałam dwa smsy, takie bez sensu trochę, nawiązujące do tego co ostatnio mąż mówił, ale już wiem, że się wyciszłam i nie napiszę ani jednego więcej). Jednak wewnętrznie nadal się z tymi "cosiami" mierzę. Trochę mi pomaga metoda na Marylkę (Marylko dziękuję). Zadaję sobie pytania. No dobrze - napiszesz mężowi, że... czy to spowoduje, że on przestanie się odurzać, czy go przed czymś to uchroni? Nie. A tobie ulży w niepokoju? Nie. Czy to, że dowiesz się, jak on się czuje od kogoś znajomego, coś zmieni? Nie. No i takimi pytaniami te swoje cosie trochę rozbrajam.

Wiem już dobrze, że najrozsądniejsze jest w takiej sytuacji zostawić męża samemu sobie, by sam się mierzył z tym co sobie robi. I że nic co zrobię nie ma szansy mu pomóc. Wiedza jednak nie rozwiązuje poziomu emocji. Odkąd pozwalam swoim emocjom być, te moje impulsy, by męża ratować są znów silniejsze - bo nie tłumione, więc jestem w sumie tak jakby z powrotem na początku radzenia sobie z tym aspektem współuzależnienia.

Wspieram się Ewangelią, którą nazwałam sobie Ewangelią dla współuzależnionych - to Przypowieść o 10 pannach. "Nie damy wam oliwy, bo i dla nas zabraknie". To jedna z tych Przypowieści, które gdy usłyszałam je po raz pierwszy, wywarły na mnie ogromne wrażenie. Byłam z siostrą w Kościele, to był mój obowiązek, bo siostra przygotowywała się do Komunii świętej, a ja miałam pilnować, by ją do Kościoła zaciągać. Bardzo koncentrowałam się na Słowie wtedy (to zasługa siostry zakonnej, która w tamtym czasie prowadziła moją katechezę), pamiętam, że w kółko szturchałam tą moją siostrę, bo ciągle próbowała coś do mnie mówić, a ja chciałam słuchać. Gdy okazało się, że pannom nieroztropnym zabrakło oliwy, byłam pewna, że mądre się podzielą, bo przecież trzeba się dzielić, być dobrym dla innych. Byłam w ogromnym szoku, że stało się inaczej - więc czekałam, że w dalszej części te mądre panny zostaną ukarane za swój egoizm. Dlatego kompletnie nie zrozumiałam zakończenia przypowieści. Pan młody wydał mi się po prostu okrutny, a ci którzy bawili się na weselu (widziałam w ich wyobraźni bardzo dobrze), wiedząc, że za bramą zostały jeszcze panny, również.
(Swoją drogą, przy każdym takim wspomnieniu z dzieciństwa uświadamiam sobie, jak to co słyszałam w domu rodzinnym wpływało mocno na moje przekonania, na to jak postrzegam świat - i jak przygotowało mnie do współuzależnienia. O ile jednak to naturalne, że dziecko czy młody człowiek uznaje za prawdziwe to co słyszy w domu rodzinnym, a wszystko co jest niezgodne z tym uznaje za nieprawdziwe i złe, to wiele takich fałszywych przekonań z mojego domu, przetrwało we mnie już jako w dorosłej kobiecie. Dobrze, że jest Słowo, które pomaga takie kłamstwa odnaleźć i rozbroić).

Teraz lepiej rozumiem tą Przypowieść, tak przynajmniej sądzę. Myślę, że są rzeczy, którymi nie da się podzielić - nie mogę za męża się wyspowiadać, nie mogę za niego się nawrócić, nie mogę za niego podjąć decyzji o zaprzestaniu odurzania się. A wszelkie próby przelania mu takiej "oliwy" będą daremne - osłabią tylko mnie, a mojemu mężowi w niczym nie pomogą. Myślę też, że dolewanie tej oliwy, czyli wspieranie tych, którzy sami muszą się zmierzyć ze swoim problemem, jest działaniem na ich szkodę. Może i na naszych plecach wejdą na wesele i razem będziemy się bawić. Ale nie nauczą się roztropności i zamkną się kiedyś przed nimi inne bramy. Słowo robraja więc również moje "cosie" i chęć biegnięcia do męża z oliwą. Musi iść i ją sobie kupić. Trudna jest ta twarda miłość, ale coraz lepiej ją rozumiem. Uczę się czuwać z mężem wspólnie - ale oliwy mu nie dolewać.

Dostałam wypowiedzenie z pracy, na dobrych warunkach. Mam czas, by znaleźć nową pracę, bez zamartwiania się. Głupio zabrzmi, ale gdy dostałam wypowiedzenie, poszłam do Kościoła podziękować. Od jakiegoś czasu czułam, że zbyt kurczowo trzymam się tej pracy, bo zapewnia mi bezpieczeństwo finansowe, bo obawiam się, że sobie nie poradzę, że nie znajdę innej pracy, która pomoże mi utrzymać się w mojej sytuacji - gdy jestem jedyną opiekunką dziecka z trudnościami zdrowotnymi, gdy w zasadzie z uwagi na epidemię mogę teraz pracować głównie z domu i moja mobilność jest bardzo ograniczona. Ale czułam też, że z tego powodu wymaga się ode mnie kompromisów, których nie chcę i że moja sytuacja, o której moi przełożeni wiedzieli, była wykorzystywana, do tego, by moją decyzyjność łamać i pchać mnie w stronę takich kompromisów. Bardzo zabolało mnie, gdy wbrew mnie i mimo mojego sprzeciwu moja praca została przez przełożonych zmieniona w sposób na który nie chciałam się zgodzić. Wtedy pomyślałam, że ja nie chcę tak pracować, że zupełnie inaczej rozumiem sens swojej pracy, niż moi przełożeni. Cieszę się, że znalazłam odwagę się nie zgodzić - ale cieszę się też, że już nie muszę się nie zgadzać. Było to bardzo obciążające. Mam nadzieję, że znajdę pracę, w której będę mogła korzystać z moich zdolności. Cieszę się też - bo udało mi się coś bardzo dobrego - w rozmowie kończącej współpracę, do której nie miałam szansy się przygotować, bo zostałam nią zaskoczona (nie sądziłam, że nastąpi aż tak szybko), udało mi się mimo to odważnie powiedzieć to, co leżało mi na sercu, bez agresji i przemocy, ale też podziękować szczerze za to, czego się nauczyłam, docenić wkład moich przełożonych w mój rozwój, omówić też konflikt jaki powstał - i go zakończyć. W takich krytycznych w jakimś sensie momentach widzę, ile dojrzałości zyskałam w ostatnich latach, szczególnie w ostatnim roku.

Dziekuję forumowiczom, którzy dali mi kiedyś dużo do myślenia w tym względzie - Joli i Nałogowi i Nirwannie. To było w sytuacji, gdy stchórzyłam i nie udało mi się powiedzieć co myślę - gdy w ubiegłoroczne Święto Świętej Rodziny zabrakło w mojej parafii intencji dla małżonków trwających w wierności. Jola napisała, że w identycznej sytuacji poszła do proboszcza się upomnieć, Nałóg, zachęcił by "walić do proboszcza", Nirwanna napisała, że warto. Ja wtedy nazwałam to sobie "patrzę, czuję, reaguję". Że gdy dzieje się coś, co czuję, że wymaga mojej reakcji, to ja mogę zareagować spokojnie, nikogo nie raniąc, ale w zgodzie ze sobą i dopominając się o swoje. Dużo o tym myślalam. Obserwowałam siebie w takich sytuacjach, zostałam z tym i ta moja praca w sobie naprawdę dała dobry, fajny i całkiem niezły w smaku owoc, podczas tej ostatniej trudnej rozmowy.

Wszystko co się dzieje w moim życiu, choć trudne i bolesne, paradoksalnie upewnia mnie, że mój mąż jest dla mnie najlepszym, a raczej póki co po prostu najwłaściwszym mężem, jakiego mogłam mieć - dla trudnych i pokręconych ludzi (myślę tu o sobie, nie o mężu), trudne wyzwania.

Dobrze mi też z moją obrączką na palcu. Z początku było mi trochę dziwnie, nieswojo, niezręcznie. Teraz jest dobrze, choć pewnie będe musiała się jeszcze przez jakiś czas tłumaczyć. Ale tłumaczyłam się już w ostatnim roku z niezgody na rozwód, z przyjmowania męża w domu, z abstynencji, to i z obrączki się "wytłumaczę" :)

Ruta
Posty: 996
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 24 lis 2020, 10:15

Wiele tu na forum piszemy o udziale w kryzysie małżonków porzuconych, zdradzonych, współuzależnionych. Im dłużej w to patrzę, tym bardziej jestem przekonana o swoim znacznym udziale w kryzysie w naszym małżeństwie, choć jest ten mój udział w zupełnie innych miejscach, niż z początku sądziłam. Największym moim udziałem było odejście od wiary, szukanie swoich rozwiązań, podejmowanie decyzji i rozwiązań sprzecznych z wiarą - i nie ma znacznia czy inicjatywa była moja czy męża - moja zgoda obciąża mnie tak samo, jakby były to moje pomysły - więc tu obciąża mnie także wina. Jednak w pozostałych aspektach kryzysu tej winy widzę coraz mniej - zarówno w sobie, jak i w moim mężu. Nikt nie uzależnia się celowo, ani się celowo nie współuzależnia. Nikt celowo nie komunikuje się źle z osobą którą kocha, nie krzywdzi celowo swoich bliskich, nie powoduje ich strachu, smutku czy cierpienia. Nikt celowo nie okazuje miłości w sposób, który dla bliskiej osoby wcale tej miłości nie oznacza, ani celowo nie wybucha gniewem. Coraz więcej jest wobec tego we mnie współczucia i wybaczenia. I wobec męża i wobec mnie samej.

Dostrzegłam jednak zupełnie inną rzecz. W sobie. Pychę. I myślę, że może ona dotyczyć wielu z nas - tych porzuconych i zranionych przez współmałżonków. Gdy wysłuchaliśmy z mężem Słowa, poczułam się zdziwiona, ale też poruszona, że Ono tak bardzo dotyczy naszej sytuacji. Poczułam też cień satysfakcji, bo odebrałam Słowo także jako napomnienie skierowane do mojego męża, ale już nie jako napomnienie skierowane do mnie. No bo ja przecież jestem ta porzucona, skrzywdzona, ta która nad sobą pracuje, która się stara, została na straży, trwa w wierności - przykro mi to o sobie pisać, ale po prostu czułam się od mojego męża lepsza. I dopiero wczoraj do mnie dotarło, ile w tym jest mojej pychy i że nie tylko czuję się od mojego męża lepsza, bo uważam, że postępuję lepiej, ale też, że go go w tym wszystkim bardzo ostro osądzam. Mimo mojej miłości do niego, mimo tego co wiem o nim i mimo tego czego o nim nie wiem.

Są takie momenty w życiu, gdy nagle dostrzegamy coś w zupełnie innym świetle i to nowe światło zmienia całkowicie nasze myślenie. No i to dla mnie był właśnie taki moment - gdy zdałam sobie sprawę, że ja także zasługuję na napomnienie, a nie tylko na pocieszenie - a mój mąż tak samo jak ja zasługuje na to, by Słowo go pocieszyło, a nie by wzbudzało w nim poczucie winy. By niosło w jego sercu nadzieję i otuchę. Zobaczyłam też w sobie tą moją pychę i jest mi zwyczajnie głupio, nieswojo. Bardzo głupio i bardzo nieswojo - czuję się zawstydzona. Pozostaje mi schylić kornie głowę i zacząć pracować nad tym, by wyrzucić ze swojego myślenia wszelki osąd, szczególnie wobec mojego męża i każdą myśl, każde uczucie, które rodzi we mnie poczucie bycia lepszą od kogokolwiek, nie tylko od mojego męża. No i uważnie wsłuchać się ponownie w to Słowo, którego wysłuchaliśmy razem, spojrzeć w siebie i odszukać napomnienia skierowanego do mnie - i pociechy dla mojego męża. No i zacząć szukać w sobie pokory i zacząć ją w sobie budować i rozwijać w miejsce pychy.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 19 gości