Kilka pytań o separację

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Avys
Posty: 81
Rejestracja: 21 cze 2020, 8:31
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Avys » 10 paź 2020, 23:35

Posłuchałam tego o Marii i Marcie. Ja na szczęście słuchałam wcześniej, że obie postawy są potrzebne i nie miałam „traumy” z Martą. Ale ten komentarz faktycznie jest taki z Ducha Świętego, trafia prosto do serca. Dzięki za ten link!

Ruta
Posty: 710
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 11 paź 2020, 2:28

Dzisiejsze, a właściwie wczorajsze czytanie było dla mnie - znacie na pewno takie momenty, gdy Słowo jest dla Was, o tym co boli, nad czym się zastanawiacie, co przeżywacie.

(Łk 11,27-28): Gdy On to mówił, jakaś kobieta z tłumu głośno zawołała do Niego: «Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś». Lecz On rzekł: «Owszem, ale przecież błogosławieni ci, którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je».

Gdy przeczytałam te słowa, w pierwszej chwili pomyślałam rozczarowana: "No nie... nie znowu". To dlatego, że pierwszym odruchu pomyślałam, że Maryja, która z takim poświęceniem przyjęła Jezusa, zasługiwała na więcej niż to "Owszem". Poszukałam komentarza, uznając, że Słowo dziś dotyka mojej rany, moich przekonań - i że go nie rozumiem, skoro czuję się bardziej dotknięta. A przecież dopiero co zaczęłam to w sobie układać. I znalazłam przepiękny komentarz:

"Dzisiaj słyszymy najpiękniejszą pochwałę jaką Jezus mógł dać własnej matce: «błogosławieni ci, którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je» (Łk 11,28). W tej odpowiedzi Jezus nie odrzuca pochwały tej prostej kobiety, ale przyjmuje ją i posuwa się dalej, wyjaśniając, że Najświętsza Maryja jest błogosławiona —ale przede wszystkim— przez fakt bycia dobrą i wierną w wypełnianiu Słowa Bożego."

http://evangeli.net/ewangelia/

To uzupełniło moje wczorajsze rozmyślania o tym, jak pogodzić w sobie Martę i Marię. Zrozumieć, że samo skupienie się na obowiązkach, sumiennym ich wypełnianiu, jest ważne - ale nie wystarczające. I że jest to coś, co łatwo nam odebrać. Teraz lepiej rozumiem co znaczy: "(..) Martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona." (Łk 10,38-42) - i czym jest to, czego nie da się nas pozbawić.


W wieczornej Nowennie uświadomiłam sobie coś jeszcze: że nie chodzi o to, by stawać się taką samą jak Maryja, w znaczeniu identyczną jak Ona, ale by iść za nią, wzorować się na jej otwarciu na Słowo, na Jego wolę w Jej życiu.

Myślałam też o tym ,co to znaczy się zmieniać - i w kogo. Wcześniej myślałam, że chodzi trochę o to, by stać się kimś innym niż się jest, zmienić w sobie jakieś cechy, jakoś siebie przebudować, coś zburzyć, coś postawić. Znaleźć jakiś wzór i próbować się do niego upodobnić, skoro ze mną nie wszystko w porządku.

Zaczynam widzieć to inaczej. Mam w sobie ileś tam zranień, które noszę i które jakby mnie zniekształcają i pomniejszają. Nie znam dobrze samej siebie i nie wiem kim jestem. Często postępuję niewłaściwie. Czasem świadomie, czasem z niewiedzy, czasem kierując się zranieniami i chęcią uniknięcia kolejnych zranień. Ale "zmiana" wcale nie oznacza, że ja mam siebie tak radykalnie zmieniać, by stać się kimś innym niż jestem - ale by otworzyć się na uzdrowienie, poznać siebie, rozwinąć się, nawrócić, zmienić swoje postępowanie, otworzyć na Jego wolę.

Myślałam też sobie w tym kontekście o Samsonie. Wybaczcie, ale długo myśłałam sobie o nim, że był strasznym głupkiem, trochę bliżej zwierzątka działającego na popędach, niż rozumie, a do tego nie umiał uczyć się na swoich błędach, nawet gdy drogo go kosztowały. Myślałam też, że Bóg w jaimś sensie wykorzystał go i porzucił. Gdy jako dziecko przeczytałam w Biblii dla dzieci, że Pan Samsona opuścił, było mi bardzo przykro i czułam się Bogiem zawiedziona.
Teraz myślę inaczej: to był taki silny chłopak, osadzony w sobie, w swoim ciele, z silnym popędem, kochliwy, skłonny do zabawy - co w sumie u młodego chłopaka nie jest niczym dziwnym. No i nigdy nie został opuszczony. To Samson się odwrócił.
Miał w sobie nie głupotę, ale prostotę, ciekawość, takie dziecięctwo Boże - a to pozwalało na to, by Pan mógł przez niego działać, bo przez tą prostotę on był na to działanie otwarty. Idzie Samson, widzi lwa, to go rozdziera i idzie dalej, nawet nikomu o tym nie wspomina (próżny chłopak pewnie by się tym chlubił), potem idzie sobie tą padlinę lwa obejrzeć, jest miód w padlinie, to go je. Widzi dziewczynę, która mu się podoba, to chce ją za żonę. Wkurza się, na żonę, to sobie idzie, ale wraca z koźlęciem dla niej, jakby nigdy nic. Jak jest zły, to łapie co ma pod ręką, lisy, oślą szczękę, miejską bramę. Nawet nie jest zdziwiony tym, co mu się przytrafia.

Natomiast nie wyciąga lekcji z doświadczenia - po raz drugi nie potrafi się oprzeć naprzykrzaniu kobiety - które już raz doprowadziło do katastrofy, i wtedy Pan go upuszcza. Samson wiedział co się stanie, gdy powie prawdę i wiedział, że dojdzie wtedy do złamania obowiązującego go ślubu naziratu - więc to w zasadzie Samson odwraca się w tym momencie od Pana - dla kobiety, o której już wie, że go niszczy (witaj Samsonie w klubie dla współuzależnionych). Ale gdy z centrum swojego opuszczenia, cięzkiego doświadczenia i cierpienia Samson się nawraca i nawołuje Pana, On od razu jest przy nim.

Myślę sobie, że wielu z nas widząc takiego młodego Samsona, miałoby ochotę go ponawracać, poukładać, pougrzeczniać, trochę utemperować. Umówmy się, chłopak jest trudny. Szczęście, że chociaż obowiązuje go abstynencja :) Ale Samson jest po prostu sobą - i jako on sam, z tymi cechami jakie ma, i tym jakim jest, choć trudny i skłonny do ulegania popędom, jest w porządku w oczach Boga.

I tak sobie myślę: każdy z nas jest stworzony zgodnie z zamysłem Stwórcy, jesteśmy okej, z naszymi indywidualnymi cechami. Możemy z nich korzystać dobrze lub źle. Ale poprawiać Stwórcy nie trzeba. Myślę też sobie z radością, że to oznacza, że w sumie ja też jestem w porządku - tylko jeszcze nie wiem jaka jestem, czy też - kim jestem. Ani do końca nie wiem, jak się o tym przekonać. Nie mam na to pomysłu. Żadnego.

Avys
Posty: 81
Rejestracja: 21 cze 2020, 8:31
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Avys » 11 paź 2020, 9:36

Ruta, co do fragmentu o „szczęśliwym łonie”- ja też się wkurzałam jak tego słuchałam, że jak Jezus może swoją Matkę tak pomijać...W uzupełnieniu do tego co Ty napisałaś poniżej komentarz Rysia - dla mnie osobiście to słowa nie z kartki ale z Ducha Św:

„Wcale nierzadko mówi się o tym wydarzeniu (ni to żartem, ale chyba jednak serio), że się „Panu Jezusowi nie chwali”! Że jakby chciał zademonstrować jakiś niespodziewany zupełnie dystans do Maryi; jakby wziąć w nawias Jej wielkość i intymność łączącej ich relacji; jakby pomniejszyć Jej szczęście płynące z Jej wyjątkowości.

Nie. Nic takiego. Jezus nie zamierza w żaden sposób bagatelizować szczęścia swojej Matki. Mówi natomiast, że takie samo szczęście Bóg przygotował każdemu z nas. I że łono każdego z nas może być błogosławione.

Staje się takim wówczas, gdy człowiek zatrzymuje w nim Słowo Boże. Gdy go „strzeże” (w ten sposób tłumaczy św. Hieronim: „beati, qui audiunt verbum Dei et ­custodiunt”). Słowo trzeba ustrzec – tak jak kobieta ochrania poczęte w sobie życie. W końcu Słowo się z nas rodzi – wtedy, gdy wprowadzamy je w życie – tzn. gdy staje się czynem.

W tym fragmencie Jezus mówi wszakże o szczęściu (błogosławieństwie), którego doświadczamy, gdy jesteśmy brzemienni Słowem – kiedy nie odbiło się ono od naszych uszu jak od ściany; ani nie przeleciało przez nas (wpuszczone jednym uchem, drugim – wypuszczone).

Nie. Nie przeleciało. Zatrzymaliśmy je w naszym wnętrzu: w łonie. Właśnie w łonie, a nie w „sercu”.

Skoro „w łonie”, to znaczy, że czeka nas radość doświadczenia jego wzrostu. Będziemy wyczuwać jego życie w nas. Co więcej, dość długi czas nasze szczęście pozostanie naszą intymną tajemnicą – ukrytą przed ludzkimi oczami; dopiero po dłuższym czasie stanie się ona widoczna i znana innym. Aż poczujemy, że wypełnia nas wręcz całkowicie.

W zrozumieniu tego szczęścia liczy się także precyzyjnie zapisany przez św. Łukasza kontekst Jezusowej wypowiedzi. Pierwsze zdanie przytoczonej na wstępie perykopy brzmi dosłownie następująco: „Stało się jednak, gdy te (rzeczy) powiedział, iż jakaś kobieta...”. Jakie rzeczy? O czym Jezus mówi wcześniej?

Wcześniej (zob. Łk 11, 24-26) Pan opowiada o człowieku, który – po wyrzuceniu zeń złego ducha – pozostał pusty w swoim wnętrzu – jak mieszkanie wymiecione i posprzątane, przez nikogo niezajęte. Jego stan staje się po chwili gorszy niż uprzedni, ponieważ zły duch nie tylko sam wraca, skąd wyszedł, ale jeszcze „przyprowadza ze sobą siedmiu innych – gorszych niż on”.

Jezus mówi: Uważajcie. Nie zostawiajcie waszych wnętrz pustymi. Niech się staną jak łono, w którym przyjmujecie Słowo Boga. Z nim we wnętrzu będziecie nie tylko bezpieczni, ale i... szczęśliwi.”

Pozdrawiam Cię bardzo i podziwiam, że masz taką wytrwałość w modlitwie i że to przynosi takie dobre owoce.

Ruta
Posty: 710
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 14 paź 2020, 0:22

Avys pisze:
11 paź 2020, 9:36
Ruta, co do fragmentu o „szczęśliwym łonie”- ja też się wkurzałam jak tego słuchałam, że jak Jezus może swoją Matkę tak pomijać...W uzupełnieniu do tego co Ty napisałaś poniżej komentarz Rysia - dla mnie osobiście to słowa nie z kartki ale z Ducha Św:

„Wcale nierzadko mówi się o tym wydarzeniu (ni to żartem, ale chyba jednak serio), że się „Panu Jezusowi nie chwali”! Że jakby chciał zademonstrować jakiś niespodziewany zupełnie dystans do Maryi; jakby wziąć w nawias Jej wielkość i intymność łączącej ich relacji; jakby pomniejszyć Jej szczęście płynące z Jej wyjątkowości.

Nie. Nic takiego. Jezus nie zamierza w żaden sposób bagatelizować szczęścia swojej Matki. Mówi natomiast, że takie samo szczęście Bóg przygotował każdemu z nas. I że łono każdego z nas może być błogosławione (...).

Avys, dziękuję za komentarz. Chodzę sobie z nim i myślę. Miło wiedzieć, że nie tylko ja się czasem wkurzam na Słowo, jakoś tak lżej na duszy, dziekuję, że się tym ze mną podzieliłaś. Od jakiegoś czasu wiem, że to dla mnie sygnał, by właśnie z tym wkurzającym mnie fragmentem zostać, doczytać, przemyśleć, że skoro mam taką żywą reakcję, to dotyka to we mnie czegoś ważnego.

Czemu mi tak zależy, by kobieta, macierzyństwo, wszystkie te "kobiece prace" były docenione? Myślę, że wiele rzeczy się we mnie na to składa. Pierwsza jest taka, że moja mama przez parę lat, gdy byłyśmy małe, była taką żoną, której wartość przewyższała perły. Kochała mojego ojca, była mu oddana, gotowa prowadzić dom, zajmować się dziećmi. Mój tata tego nie doceniał, miał romanse, moja mama bardzo to przeżywała, wtedy było źle z nią, z nami. Próbowała dostosowywać się do ojca, nie być kurą domową, zgadzała się na rózne jego pomysły, to także nie pomagało, bo on przy niej i tak nie został, a on aporaniła sie jeszcze bardziej. W końcu mój tata porzucił moją mamę, związał się z inną kobietą, potem znów wracał, odchodził. Mimo, że nigdy mimo obietnic się z nią nie ożenił (było nawet tak, że nie przyszedł na ślub, zniknął i pojawił się jakby nigdy nic po jakimś czasie), mama przy nim była. Nawet gdy tata stał się destrukcyjny dla nas i dla niej, mama żyła tym, by on z nami został, bardzo cierpiąc i nie chroniąc się w żaden sposób. Była wobec niego zupełnie bezbronna. W pewnym momencie mama powiedziała dość i nie wrócili już do związku, bo było bardzo żle ze mną i moim rodzeństwem, ale i tak mama zawsze przy nim trwała, także gdy nie byli już razem wspierała go w kryzysach, których miał mnóstwo - i mój ojciec miał w niej zawsze i nadal ma ogromne oparcie. Wiele lat uważałam, że to złe, że moja mama się z nikim nie wiąże, że nie szuka swojego szczęścia. Złe dla niej. Teraz tak nie myślę. Podziwiam ją.
Gdy byłam starsza, choć nadal mała i źle się działo, moja mama była bardzo zraniona, w te wszystkie prace kobiece, opiekę nad młodszym rodzeństwem wchodziłam ja (najstarsza córka). Potem już tak zostało, bo gdy tata nas porzucił mama ciężko pracowała, więc wiele spraw domowych spadło na mnie. W mojej głowie ułożyło się to wszystko tak, że bycie dobrą żoną, taką jak z biblijnego poematu o dzielniej niewieście, jest ważne, że to sposób, by mężczyzna docenił kobietę. I że jedyne co poszło nie tak, to właśnie to, że mój tata nie docenił tego w mojej mamie. Dlatego w moim własnym małżeństwie bardzo się starałam. Z drugiej strony, pamiętając zależność mamy, to w jak ciężkiej sytuacji zostawała, gdy ojciec kolejny raz odchodził i jak ciężko nam było, dbałam o to, by mieć swoje sprawy, by nie być zależna finansowo, by mąz nie był moim całym światem. Co nie zmienia faktu, że i tak był, mimo tych moich własnych spraw i jakiegoś tam obszaru niezależności. No i stałam się zalezna emocjonalnie.

Czego nie dostrzegłam? Myślę, że ważnego fragmentu poematu: "chwalić należy niewiastę, co boi się Pana". Ani troska o męża, o dom, o dzieci, ani pracowitość nie mają znaczenia, gdy tego brakuje. A gdy Pan jest na pierwszym miejscu - mąż nie ma jak kobiety skrzywdzić - bo ona nie zgodzi się na nic, co nie jest dobre, ani nie wpadnie w zależność emocjonalną. Bez tej Bożej bojaźni, mąż szybko staje się bożkiem, a kobieta sługą. Próba bycia niezależną, jako pomysł na nie popadnięcie w zależność wcale się nie sprawdza. To pułapka w którą wpada wiele kobiet, potem czytamy odkrywcze artykuły, że kobiety wykształcone, dobrze zarabiające, niezależne od mężów finansowo, także wpadają we współuzależnienie i doświadczają przemocy od swoich mężów.

Oba fragmnety Pisma, które tak mnie poruszyły, były dokładnie o tym, że wszystkie prace, poświęcenie kobiety, jej troska, mają ogromną wartość, ale Słowo, wiara, życie w zgodzie z zamysłem Bożym jest tym, co przydaje temu rzeczywistej, prawdziwej wartości, co sprawia, że kobieta nie musi już patrzeć na mężczyznę, czy on widzi, czy docenia, bo one dodają wartości jej, niezależnie od jej pracy. Ten poemat to pięknie uzupełnia.

To drugi aspekt, który widzę - spojrzenie i ocena mężczyzny. Ja tego docenienia domagałam się wewnętrznie nawet od Jezusa i czułam się Nim rozczarowana, gdy takiego zachwytu w Nim i Jego Słowach nie dostrzegłam. Po paru dniach ze Słowem rozumiem więcej. Jezus ceni mnie i inne kobiety, zancznie bardziej niż ja sama cenię - i widzi wartość tam, gdzie ona naprawdę jest, nie w tym, ile posiłków przygotuję, jakby nie były smaczne i czy mam czysto i ładnie w domu.

Widzę też, że zbudowałam sobie obronną, bezpieczną i fałszywą tożsamość "dobrej żony". Nie chodzi o to, że moja praca nie miała sensu, że się nie starałam. Wręcz przeciwnie, starałam się ze wszystkich sił, i całą moją energię wkładałam w to, by być dobrą żoną, matką, by mierzyć się z trudami, by nie bać się "śniegu dla domu". Jako dobra najstarsza córka, próbowałam w ten sposób łagodzić swój lęk i brak poczucia bezpieczeństwa (jak były przygotowane posiłki, było sprzątnięte, dzieci miały odrobione lekcje i były dopilnowane, dawało to namiastkę bezpieczeństwa, choć wcale nie było bezpiecznie). Potem tak samo zachowywałam się w małżeństwie, dbałam o dom, o to by było w nim dobrze, radośnie, ciepło, dostatnio, by każdy czuł się zaopiekowany, doceniony, by dostał pomoc, wparcie, by dzielić się z innymi, potrzebującymi- i to mi się udawało. Tylko, że maskowałam tym to, że wcale nie było bezpiecznie.

Czuję się teraz, wiem, że głupio to zabrzmi, ale jakbym zdjęła ubranie. I poznali, że są nadzy... Bo ja się z tą rolą żony, Marty, dzielnej niewiasty, matki (nie w senise relacji z dzieckiem , ale zadań, pracy jaką w związku z tym się wykonuje) ogromnie utożsamiłam. A to nie jest tożsamość. To jest zbiór zadań do wykonania, można je wykonać lepiej, gorzej, można cieszyć się z dobrze wykonanej pracy, cieszyć się z uznania, jeśli je otrzymamy - ale nie da się tym być. Trochę też czuję się tak, jakbym była slimakiem, któremu zabrano skorupkę, nie mam gdzie się schować. Bo taka tożsamość była dobrym schronieniem. Pozostaje nadal pytanie kim jestem? I ile jeszcze takich warstw mam na sobie, ile bezpiecznych skorupek?

Zauważyłam, że bardzo mało piszę o mężu. Mamy w sumie wciąż mało kontaktu. Mąż rzadko przychodzi do syna, jeśli już to na bardzo krótko. Nawet gdy nie jest w bardzo złym stanie i zostaje chwilę dłużej, unikamy się. Piszemy jednak do siebie co parę dni mniej więcej smsy, dotyczą dziecka, nie nas. Po mojej stronie są długie, po męża stronie krótkie. Ale jest w tym coś, co jest wymianą emocjonalną, nie wojną, nie wrogością, czuję, że po drugiej stronie trafiam czasem na mojego męża, i czuję, że mąż po drugiej stronie widzi mnie - ten stan się utrzymuje. To duży postęp. Dziwi mnie także samą, jak bardzo otwarta się zrobiłam, jak potrafię się odsłonić, napisać co sądzę, co czuję, myślę - nie czując przy tym, że wystawiam sie na atak. Bardzo rzadko byłam szczera w taki sposób nawet sama ze sobą, w sumie częściej zdarzało mi się to wobec męża, niż wobec samej siebie, ale nie było to regułą, raczej wyjątkiem, głównie w takich dobrych czasach, gdy czułam troskę i uwagę męża i jego akceptację.
Martwię się o męża jak zawsze, modlę się za niego, ale jakoś ostatnio więcej modliłam się za nasze małżeństwo, za to, abyśmy się naprawili, poskładali każde siebie i dostali szansę na odbudowę relacji. Dziś pomodlę się więcej za męża. Rozmawiałam też sobie z Bogiem, też się otworzyłam i wyjaśniłam Mu, że gorąco pragnę, żeby mąż się nawrócił, żeby uwolnił się od nałogów, że chcę jego zbawienia, nie chcę by cierpiał (nawet jeśli uważa, że od cierpienia ucieka w używki, romanse, kupowanie sobie rzeczy i że to oznacza szczęscie) - ale, że ja chcę tego mojego męża dla siebie. Jego nawrócenia także chcę dla siebie, bo wierzę, że nawrócenie oznacza powrót mojego męża do małżeństwa, do rodziny, do ojcostwa. Pragnę dobra mojego męża, ale chcę też męża dla siebie i go potrzebuję. Nie mówię Bogu, że ma zrobić cud, choć jeśli cud miałby być potrzebny, to i o ten cud proszę, jednak dopuszczam, że mogą być powody, dla których obecnie takie rozwiązanie nie jest możliwe, i to przyjmuję. Ale po ludzku tego właśnie pragnę - i to Bogu oddaję.

Avys
Posty: 81
Rejestracja: 21 cze 2020, 8:31
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Avys » 14 paź 2020, 9:07

Ruta pisze:
14 paź 2020, 0:22

Od jakiegoś czasu wiem, że to dla mnie sygnał, by właśnie z tym wkurzającym mnie fragmentem zostać, doczytać, przemyśleć, że skoro mam taką żywą reakcję, to dotyka to we mnie czegoś ważnego.

Czemu mi tak zależy, by kobieta, macierzyństwo, wszystkie te "kobiece prace" były docenione? Myślę, że wiele rzeczy się we mnie na to składa. Pierwsza jest taka, że moja mama przez parę lat, gdy byłyśmy małe, była taką żoną, której wartość przewyższała perły. Kochała mojego ojca, była mu oddana, gotowa prowadzić dom, zajmować się dziećmi. Mój tata tego nie doceniał, miał romanse...
Myślę, że ta druga część zdania może być prawdziwa, ale ta pierwsza nie. Twoja Mama nie była żoną...Tak myślę, że gdyby spotkała Jezusa przy studni to On wprost by jej powiedział, że „ten z którym jesteś nie jest Twoim mężem”. Zakładam, że Twojej Mamy nikt nie zmusił na samym początku żeby związała się z Twoim Tatą. Czyli na samym początku ich związku nie ustawiła Boga na pierwszym miejscu i nie zaprosiła Go do związku. To nie tylko Twój Tata miał się z Nią ożenić ale też Ona miała za Niego wyjść. Nie postawiła twardych wymagań Jezusa i trwała w związku cudzołożnym. „Nie bała się Pana” tylko robiła to co się wydawało według Niej najlepsze.


Przepraszam, że tak wprost o tym piszę. Mam nadzieję, że to Cię nie urazi. Przede mną rodzice ukrywali, że nie mieli ślubu kościelnego i że moja Mama była kowalską która pomogła mojemu Tacie rozbić jego pierwsze sakramentalne małżeństwo po 10 latach jego trwania. Do tej pory ciężko mi myśleć o mojej Mamie jako nie żonie mojego Taty...Mój Tata później przez całe życie zdradzał moją Mamę notorycznie za jej plecami a ona nie chciała tego widzieć. Dom od początku zbudowany na piachu więc ciężko nawet mieć pretensje do „nie męża” za to.
Ruta pisze:
14 paź 2020, 0:22

Zauważyłam, że bardzo mało piszę o mężu. Mamy w sumie wciąż mało kontaktu. Mąż rzadko przychodzi do syna, jeśli już to na bardzo krótko. Nawet gdy nie jest w bardzo złym stanie i zostaje chwilę dłużej, unikamy się. Piszemy jednak do siebie co parę dni mniej więcej smsy, dotyczą dziecka, nie nas. Po mojej stronie są długie, po męża stronie krótkie. Ale jest w tym coś, co jest wymianą emocjonalną, nie wojną, nie wrogością, czuję, że po drugiej stronie trafiam czasem na mojego męża, i czuję, że mąż po drugiej stronie widzi mnie - ten stan się utrzymuje. To duży postęp. Dziwi mnie także samą, jak bardzo otwarta się zrobiłam, jak potrafię się odsłonić, napisać co sądzę, co czuję, myślę - nie czując przy tym, że wystawiam sie na atak. Bardzo rzadko byłam szczera w taki sposób nawet sama ze sobą, w sumie częściej zdarzało mi się to wobec męża, niż wobec samej siebie, ale nie było to regułą, raczej wyjątkiem, głównie w takich dobrych czasach, gdy czułam troskę i uwagę męża i jego akceptację.
Martwię się o męża jak zawsze, modlę się za niego, ale jakoś ostatnio więcej modliłam się za nasze małżeństwo, za to, abyśmy się naprawili, poskładali każde siebie i dostali szansę na odbudowę relacji. Dziś pomodlę się więcej za męża. Rozmawiałam też sobie z Bogiem, też się otworzyłam i wyjaśniłam Mu, że gorąco pragnę, żeby mąż się nawrócił, żeby uwolnił się od nałogów, że chcę jego zbawienia, nie chcę by cierpiał (nawet jeśli uważa, że od cierpienia ucieka w używki, romanse, kupowanie sobie rzeczy i że to oznacza szczęscie) - ale, że ja chcę tego mojego męża dla siebie. Jego nawrócenia także chcę dla siebie, bo wierzę, że nawrócenie oznacza powrót mojego męża do małżeństwa, do rodziny, do ojcostwa. Pragnę dobra mojego męża, ale chcę też męża dla siebie i go potrzebuję. Nie mówię Bogu, że ma zrobić cud, choć jeśli cud miałby być potrzebny, to i o ten cud proszę, jednak dopuszczam, że mogą być powody, dla których obecnie takie rozwiązanie nie jest możliwe, i to przyjmuję. Ale po ludzku tego właśnie pragnę - i to Bogu oddaję.
Myślę, że to Twoje pragnienie dobra, zerwania z uzależnieniami i zbawienia Twojego Męża również dla siebie jest całkowicie naturalne bo jesteście JEDNYM CIAŁEM więc gdybyś tak nie czuła to zaprzeczałoby istocie małżeństwa. W Biblii są takie fragmenty, że żona może dostąpić zbawienia poprzez męża i na odwrót- ja to odczytuję, że właśnie poprzez to bycie jednym ciałem.

Ruta
Posty: 710
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 14 paź 2020, 23:36

Avys pisze:
14 paź 2020, 9:07
Myślę, że ta druga część zdania może być prawdziwa, ale ta pierwsza nie. Twoja Mama nie była żoną... Tak myślę, że gdyby spotkała Jezusa przy studni to On wprost by jej powiedział, że „ten z którym jesteś nie jest Twoim mężem”. Zakładam, że Twojej Mamy nikt nie zmusił na samym początku żeby związała się z Twoim Tatą. Czyli na samym początku ich związku nie ustawiła Boga na pierwszym miejscu i nie zaprosiła Go do związku. To nie tylko Twój Tata miał się z Nią ożenić ale też Ona miała za Niego wyjść. Nie postawiła twardych wymagań Jezusa i trwała w związku cudzołożnym. „Nie bała się Pana” tylko robiła to co się wydawało według Niej najlepsze.

Przepraszam, że tak wprost o tym piszę. Mam nadzieję, że to Cię nie urazi. Przede mną rodzice ukrywali, że nie mieli ślubu kościelnego i że moja Mama była kowalską która pomogła mojemu Tacie rozbić jego pierwsze sakramentalne małżeństwo po 10 latach jego trwania. Do tej pory ciężko mi myśleć o mojej Mamie jako nie żonie mojego Taty...Mój Tata później przez całe życie zdradzał moją Mamę notorycznie za jej plecami a ona nie chciała tego widzieć. Dom od początku zbudowany na piachu więc ciężko nawet mieć pretensje do „nie męża” za to.

Myślę, że to Twoje pragnienie dobra, zerwania z uzależnieniami i zbawienia Twojego Męża również dla siebie jest całkowicie naturalne bo jesteście JEDNYM CIAŁEM więc gdybyś tak nie czuła to zaprzeczałoby istocie małżeństwa. W Biblii są takie fragmenty, że żona może dostąpić zbawienia poprzez męża i na odwrót- ja to odczytuję, że właśnie poprzez to bycie jednym ciałem.
Choć to wydaje się oczywiste, że moja mama nie była i nie jest żoną, zawsze myślałam i myślę o mamie, jako o żonie mojego taty, natomiast o ojcu nigdy nie myślałam jako o jej mężu. Nie czuję się urażona, dziekuję, że napisałaś wprost. Gdy to napisałaś, choć to takie oczywiste, poczułam się... zaskoczona. Obraz rzeczywistości jaki w sobie noszę bywa z tą rzeczywistością niespójny.

Urealniając obraz: moja mama chciała zostać żoną, starała się też nią być, mimo, że nią nie została... zapewne skoro mój ojciec zwiał sprzed ołtarza, to jej to obiecywał i utrzymywał przez jakiś czas w przekonaniu, że też tego chce... nie wiem... coś tam musiało się między nimi dziać w tej materii, niewiele wiem o tym wydarzeniu, oprócz tego, że mój tata nie przyszedł na ślub z moją mamą. Wiem od dalszych członków rodziny, że to była starannie przygotowywana uroczystość, że mama miała piękną i nietypową suknię, że wszystko było wyjątkowe, że zaproszono gości. W sumie nie wiem nawet, czy miał to być ślub kościelny czy cywilny...

Gdy byłam starsza pamiętam jakieś rozmowy na ten temat ze mną, bo w szkole zaczęły mnie o to pytać nauczycielki, w sensie czy moi rodzice mają ślub - rodzice mieli inne nazwiska i to wzbudziło ich czujność. Wtedy to był rodzaj sensacji, nie pamiętam innych dzieci, których rodzice żyli razem, ale nie byli małżeństwem - z rzadka bywali po rozwodzie. Konkubinat nie był chyba zbyt powszechny. Ja wtedy chyba nie do końca rozumiałam o co z tym ślubem chodzi, więc zapytałam o to mamę, zapewne co mam odpowiadać. O ile pamiętam w odpowiedzi słyszałam, że nie wszystkie osoby, które chca być razem muszą mieć ślub i że jak ludzie się kochają to nie muszą mieć ślubu. Moja mama broniła więc przede mną tego, co mówił jej mój tata, a może sama w to uwierzyła? Tego też nie wiem. Na pewno aż do końca podstawówki pamiętam różne sytuacje, w których nauczycielki zwracały na to uwagę w taki sposób, by dać mi do zrozumienia, że coś jest nie w porządku ze mną i moim pochodzeniem. Ponieważ bardziej wierzyłam mamie, to czułam się zraniona, ale nie wierzyłam, że ze mną jest coś nie tak. Wierzyłam, że one myślą "po staremu" że ślub jest konieczny, bo tak słyszałam w domu. No ale wtedy wierzyłam mamie we wszystkim - nasza rodzina nie była nawet na piachu, tylko do połowy zanurzona w bagnie, a ja wierzyłam, że wszystko jest w porządku, bo tak mówiła mama.

Moje myślenie zmieniło się, gdy zostałam nastolatką, zaczęłam myśleś sama i sama doszłam do wniosku, że ślub jest potrzebny i jeśli się zakłada rodzinę, to znakiem tego jest zawarcie małżeństwa, że pomysł "nowoczesności" się nie sprawdza i że jest w tym "nowoczesnym" podejściu jakieś oszustwo. Uznałam wtedy, że to niechęć meżczyzny do zobowiązania - że sądzi, że dopóki nie jest mężem, to ma swobodę - i głupota kobiety, która daje to sobie wmówić, że to wyraz miłości i zaufania. Szczerze mówiąc nadal myślę podobnie i widzę, że tak jest w wiekszości konkubinatów, choć sa kobiety, które boją się zostać żonami - i to one nie chcą ślubu.
Natomiast z drugiej strony bardzo sobie ten ślub wyidealizowałam, w sensie, że jak ludzie biorą ślub, to znaczy, że chcą mieć rodzinę, starać się dla siebie i dzieci, być razem - i że jak jest ślub, to wszystko się uda. Oraz, że jak mężczyzna chce ślubu, to znaczy, że ma dobre zamiary, jest godny zaufania, nic nie ukrywa. Choć obawiałam się mężczyzn, którzy chcą "żony", w sensie służącej, obsułgi i opierki - więc zakładałam widać, że niektórzy mogą mieć nie do końca czyste motywacje. Choć z drugiej strony odrzuciłam dwie i pół propozycje małżeństwa, uznając, że mężczyźni je składający nie są dla mnie, a nie że chcą mnie przerobić na nieolnicę. Po prostu nie widziałam się u ich boku. Przy mężu nie miałam najmniejszych wątpliwości - wiedziałam, że będzie moim mężem, gdy tylko go zobaczyłam. Trudno nawet powiedzieć, że się zakochałam, miałam mocne poczucie, że oto mój przyszły mąż i widziałam, że nasze spotkanie poruszyło mojego męża tak samo mocno, oboje byliśmy tym zaskoczeni.


Czy staliśmy się jednym ciałem? Tak. Byliśmy ze sobą blisko, nasza więź była bliska, ciepła, mimo całej destrukcji związanej z nałogami, współuzależnieniem, naszymi problemami i zranieniami. Dlatego odejście męża tak mnie boli (gdy powoli ten ból do siebie dopuszczam) - choć zapewne wielu porzuconych małżonków myśli podobnie - to niemożliwe, nie my. Wiele kobiet pisze, że mąż nie pomagał przy dzieciach, nie angażował się w dom. U nas tak nie było - mąż był zaangażowanym ojcem, potrafił jako rodzic wszystko to, co potrafiłam ja, podobnie jeśli chodzi o prace domowe. Wiele rzeczy robiliśmy wspólnie i lubiliśmy nasze życie, właśnie to takie codzienne. Oczywiście w ciągach mąż zawalał wszystko i stawał się destrukcyjny. Myślę, też, że gdyby nie pojawiła się kowalska w najgłebszym momencie naszego kryzysu, gdy między mną a męzem toczyła się próba sił dotycząca abstynencji od alkoholu, narkotyków i pornografii i odbudowie nas jako małżeńśtwa, terapii i tego jak dalej ma wyglądać nasze małżeństwo - to mielibyśmy szansę tamten kryzys pokonać. Myślę, że pojawiła się okazja, mąż zwiał. tak było łatwiej. Nie neguję, zapewne się także zakochał, zapewne w grę weszło pożądanie i wszystkie te rzeczy, które wiążą się ze zdradą, a nawet z tym, gdy inną osobę dopuści się blisko, szczególnie, gdy jest to osoba wydatnie zainteresowana relacją i w przeciwieństwie do żony, mówiąca, że jest się okej, wspaniałym, tylko niedocenionym.
Wiem, jak takie zakochania wyglądają, bo sama kiedyś dopuściłam zbyt blisko innego mężczyznę już będąc w małżeństwie. A zanim weszłam w małżeństwo, przez parę dni spotykałam się z fascynującym mężczną, w którym zaczęłam się zakochiwać i czuć wszystkie te rzeczy - na szczęscie dowiedziałam się, że ma żonę (pamiętam, jak czułam się dotknięta, zraniona i wykorzystana, pomyślałam wtedy, "witaj w świecie obrzydliwych dorosłych", wcześniej najgorszym zagrożeniem z jakim się spotykałam byli chłopcy udający wiele, żeby nawiązać relację seksualną). Tylko w obu tych przypadkach, ponieważ nie było to własciwe iść za tymi emocjami, uczuciami, hormonami, po prostu poczekałam aż mi przejdzie, odcierpiałam swoje... i przeszło.

Z mężem też te swoje emocje muszę odcierpieć, bo trzmam je w sobie i nie daję im odejść. Tylko na razie wypuszczam je jak kwanty, porcjami. Odkryłam, że to nie tylko kwestia lęku przed emocjami, z tym mam coraz mniejszy problem i coraz mniej się ich boję, ale także mojej zranionej dumy. Jeszcze nie do końca to w sobie rozumiem, ale to dostrzegam. Odejście męża uraziło moją dumę, no proszę - a nawet nie przypuszczałam, że cos takiego mam.

Avys
Posty: 81
Rejestracja: 21 cze 2020, 8:31
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Avys » 15 paź 2020, 9:13

Ruta, wiele w tym co napisałaś trafnych spostrzeżeń i wielu rzeczach miałam podobnie.

A mogłabyś o ile chcesz oczywiście rozwinąć ten temat urażonej dumy? Kurcze ja w sobie też takie coś odkryłam i chciałam chyba to przed sobą ukryć. To był bardzo ważny powód (oprócz tych mam nadzieję dobrych powodów) dlaczego tak bardzo nie chciałam rozwodu. Nie chciałam być rozwódką cywilną też właśnie z powodu wizerunku, że źle mi to wyglądało że MNIE zostawia mąż....

Ruta
Posty: 710
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 16 paź 2020, 0:59

Avys pisze:
15 paź 2020, 9:13
Ruta, wiele w tym co napisałaś trafnych spostrzeżeń i wielu rzeczach miałam podobnie.

A mogłabyś o ile chcesz oczywiście rozwinąć ten temat urażonej dumy? Kurcze ja w sobie też takie coś odkryłam i chciałam chyba to przed sobą ukryć. To był bardzo ważny powód (oprócz tych mam nadzieję dobrych powodów) dlaczego tak bardzo nie chciałam rozwodu. Nie chciałam być rozwódką cywilną też właśnie z powodu wizerunku, że źle mi to wyglądało że MNIE zostawia mąż....
Myślę o tej mojej urażonej dumie...
Nauczyłam się bardzo głęboko skrywać w sobie moje zranienia, trudne sprawy z przeszłości, moją niepewność z tym związaną, poczucie bycia gorszą, także wstyd. Na zewnątrz zbudowałam sobie inny wizerunek i dobrze się w tym wizerunku poruszam. To nie było celowe, nie wiązało się z ego, raczej był to mechanizm obronny. Nie mogłam funkcjonować z głębi siebie, bo wtedy nie byłabym w stanie funkcjonować. Ten mój wizerunek nie jest nieprawdziwy, jest po prostu niekompletny. Spychając trudne bolesne rzeczy, ucząc się pokazywać jako silniejsza niż jestem, unikam współczucia, bo mam wrażenie, że współczucie mogłoby mnie bardzo mocno dotknąć. Myślę, że doświadczając współczucia mogłabym się rozsypać. To byłoby tak, jakby ktoś potwierdził, że to co przeszłam jako dziewczynka, potem jako młoda kobieta było trudne - i że było realne. Że mocno mnie poraniło. Że wpłynęło na to jaka jestem - na to, że jestem gorsza, że w wielu sprawach jest ze mną wszystko dobrze, ale są takie w których jest bardzo źle. Mam też wrażenie, że decyzja męża to wszystko we mnie wewnętrznie odsłania. Że starałam się ze wszystkich sił nadrobić te swoje braki, zasłużyć na miłość - i mi się to nie udało.

To "unikam współczucia" jest chyba właśnie tym momentem w którym działa we mnie duma - nie chcę być widziana jako osoba, która może zostać zraniona. Bo to znaczyłoby, że jestem słaba - i że można mnie zranić. Jest też takie zacięcie - nie pokażę, że to co robisz mnie rani, bo to da ci nade mną przewagę i władzę nade mną. Nie chcę zależeć, bo zależność rani.

Łatwiej zasłonić mi się wiarą w nierozerwalność małżeństwa - wierzę w nią, ale używam jej jako tarczy. Powierzyłam mężowi siebie, swoją przyszłość, moje marzenia - w pełnym zaufaniu, że składając sobie przysięgę oboje jej dotrzymamy, mimo trudności jakie się na naszej drodze pojawią. Ale robię sobie z rozczarowania złamaniem przez męża przysięgi tarczę przed bólem. Łatwiej mi mówić, że pozostaję wierna przysiędze małżeńskiej z powodu moich przekonań (co jest prawdą), niż, że dzieje się tak również z powodu moich uczuć do męża (co także jest prawdą, tylko taką, którą trudno mi przyznać), że chciałabym mieć szansę naprawić to, co ja źle zrobiłam, ale też doświadczyć zadośćuczynienia ze strony męża.
Gdy postanowiłam szczerze przedstawić Bogu swoje pragnienie powrotu mężą, jego nawrócenia, zmiany - czułam się tak, jakby było nie w porządku, że chcę tego także dla siebie.

Gdybym miała powiedzieć, co chciałabym usłyszeć od męża... pogubiłem się, ty także nie byłaś w porządku, ale nie dlatego odszedłem, że coś z tobą nie tak.

Wiem, że wiele rzeczy jest ze mną nie tak. Ale mój mąż był pierwszym człowiekiem, któremu zaufałam na tyle, by mu te swoje "nie tak" pokazać, znacznie więcej, niż kiedykolwiek komukolwiek innemu. Nie udało mi się do końca odsłonić, odważyć się pokazać w całości - ale jest we mnie lęk, że już to co odsłoniłam, wystarczyło, by ode mnie uciec.

Myślę też, że tak jak utożsamiłam się z Martą w sobie, tak utożsamiłam się też w sobie z tym moim poranieniem (może to ta część, która jest we mnie Łazarzem). I że obie tożsamości są fałszywe.

renta11
Posty: 552
Rejestracja: 05 lut 2017, 19:20
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: renta11 » 16 paź 2020, 21:25

Ruta pisze:
14 paź 2020, 23:36

Po prostu nie widziałam się u ich boku. Przy mężu nie miałam najmniejszych wątpliwości - wiedziałam, że będzie moim mężem, gdy tylko go zobaczyłam. Trudno nawet powiedzieć, że się zakochałam, miałam mocne poczucie, że oto mój przyszły mąż i widziałam, że nasze spotkanie poruszyło mojego męża tak samo mocno, oboje byliśmy tym zaskoczeni.
Taaa. Najbardziej lubimy te piosenki, ktore najlepiej znamy. Takie mocne poruszenie znaczy najczesciej ze zobaczylas u niego nie to, co na scenie, ale to co za kurtyna.Czyli zobaczylas czlowieka, z ktorym zatanczysz podobny taniec jak twoi rodzice tanczyli.Przymus powtarzania zachowan z dziecinstwa. No i tanczylas, na szczescie w odroznieniu od swojej mamy, taniec ten potrafilas przerwac.
św. Augustyn
"W zasadach jedność, w szczegółach wolność, we wszystkim miłosierdzie".

Ruta
Posty: 710
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 18 paź 2020, 0:06

renta11 pisze:
16 paź 2020, 21:25
Ruta pisze:
14 paź 2020, 23:36

Po prostu nie widziałam się u ich boku. Przy mężu nie miałam najmniejszych wątpliwości - wiedziałam, że będzie moim mężem, gdy tylko go zobaczyłam. Trudno nawet powiedzieć, że się zakochałam, miałam mocne poczucie, że oto mój przyszły mąż i widziałam, że nasze spotkanie poruszyło mojego męża tak samo mocno, oboje byliśmy tym zaskoczeni.
Taaa. Najbardziej lubimy te piosenki, ktore najlepiej znamy. Takie mocne poruszenie znaczy najczesciej ze zobaczylas u niego nie to, co na scenie, ale to co za kurtyna.Czyli zobaczylas czlowieka, z ktorym zatanczysz podobny taniec jak twoi rodzice tanczyli.Przymus powtarzania zachowan z dziecinstwa. No i tanczylas, na szczescie w odroznieniu od swojej mamy, taniec ten potrafilas przerwac.
Trudno mi powiedzieć co zobaczyłam. Wszystko rozegrało się poniżej sekundy. Weszłam do mieszkania znajomych, zobaczyłam nieznanego mi mężczyznę i poczułam, że patrzę na mojego przyszłego męża. To mnie mocno poruszyło - spojrzałam drugi raz i zobaczyłam takie samo poruszenie w tym nieznanym mi mężczyźnie. Potem nas sobie przedstawiono. Czułam się... zaskoczona, zdziwiona, zmieszana. Potem wrażenie, świadomość, uczucie, czy cokolwiek to było ustąpiło.
Po tym pierwszym spotkaniu nie widzieliśmy sie prawie rok, ale przez ten rok myślałam o tym spotkaniu, i tym co poczułam. Raczej czułam się przestraszona, niż zadowolona - na tamtym etapie życia kompletnie nie widziałam siebie jako żony, nie planowałam małżeństwa.

Natomiast myślę, że męża wybrałam dobrze. Dobrze dla mnie. Przy tzw. dobrym mężu raczej nie doszłabym do punktu w którym jestem teraz. Może żyłabym sobie spokojnie, spełniała dobre uczynki, modliła się - a w środku byłabym dalej niepoukładana i pokaleczona. Przeżyłam w końcu do spotkania męża 30 lat, z czego ostatnich 10 właśnie w takim pozornym błogim spokoju. W pozornym spokoju i pozornej wierze. Gdyby nie moje trudne małżeństwo, nigdy nie sięgnęłabym do swoich głębi. Możliwe też, że w związku z dobrym poukładanym człowiekiem byłabym bardzo destrukcyjna. Nie byłby w stanie mnie zrozumieć, ja jego też nie. Więc może wcale nie byłoby spokojnie. Może byłoby strasznie.

Możliwe, że to właśnie przyciągneło mnie w moim mężu - jego niepoukładanie. I bardzo możliwe, że to samo niepoukładanie we mnie przyciągnęło mojego męża. Poranieni ludzi przyciągają poranionych ludzi. Może rozpoznaliśmy w sobie i to nas poruszyło. Nie wiem.

Ksiądz Pawlukiewicz powiedział kiedyś, że jak jesteśmy niepoukładani, to dostajemy trudnego małżonka, szefa, trudną relację. Że to szansa dla nas by się poukładać, skonfrontować ze sobą. Moje małżeństwo wywaliło mi wszystko do góry nogami. Ja zanim poznałam męża, swój kryzys i swoje niepoukładanie próbowałam zatrzeć, zaklepać, zepchąć w głąb siebie i nawet nieźle mi szło. W małżeństwie próbowałam podobnie, mąż także. Ale nie udało się schować niczego.

Myślę, że gdybyśmy trzymali się Boga przez całe małżeństwo tak jak w pierwszych latach, albo nawet zdecydowanie bardziej, z Jego pomocą powoli wyszlibyśmy z naszych trudności i zranień. Nie było w nas wystarczająco ufności ani wobec siebie nawzajem, ani wobec Boga. Za to mnóstwo własnych pomysłów, pychy, prób ukrywania się, maskowania swoich problemów przez każde z nas i udawania, że ich nie ma. No i tak zapracowaliśmy na kryzys w postaci ciężkiego uzależnienia męża od amfetaminy. Krysys, który niewiele nas nauczył - znów próbowaliśmy się po nim prześlizgnąć, zmieniając niewiele. Choć wtedy wydawało mi się, że sięgamy na wyżyny w postaci terapii męża i wspólnej terapii. No to oberwaliśmy mocniej. Zasłużenie.

Nie potrafię powiedzieć, czy nasze małżeństwo da się scalić. Po ludzku na to się nie zanosi. Mąż żyje z wciąż starannie skrywaną kochanką i starannie skrywanym nałogiem, czy raczej nałogami. Ufam Bogu, idę za propozycją, którą otrzymałam - naprawiam siebie. Pracuję ciężko, tym razem staram się niczego nie ukrywać przed sobą, niczego nie zakopywać. To bywa trudne, czasem jestem przerażona ogromem pracy, tym co w sobie odkrywam. Teraz, gdy potrafię bardziej szczerze spojrzeć na siebie, mam wrażenie, że jestem bardziej u początku drogi, niż wtedy gdy zaczęłam. Nie pytam, ufam. Czasem, gdy tęsknię za mężem i tym co było między nami dobre, proszę. Ale godzę się na każdą możliwość, także na tą, wobec której na początku się buntowałam i której najbardziej się bałam - że pozostanę sama, bez mojego męża już na zawsze. To była moja wewnętrzna obawa od zawsze, samotność i życie bez relacji z mężczną, celibat. Konfrontację z tym i z każdym innym lękiem, mam w pakiecie naprawczym chyba jako gratis. Szkoła zaufania. No to się konfrontuję. Nie żeby mi jakoś fantastycznie szło. No ale się nie poddaję.

Jesteśmy z mężem oboje tak poranieni i pokręceni, że niezależnie od tego, co będzie w przyszłości, nie ma dla nas łatwej drogi. Nie będzie mi łatwo ani samej, ani z mężem. Mężowi też nie. Na to także się godzę. Ufam. Oddaję to Bogu. Z Nim każda droga będzie dobra. To wiem na pewno. Nawet jeśli będzie trudna.

Teraz akurat jest trudno. Mąż przyszedł na jedno spotkanie w tym tygodniu z synkiem. Niestety był w bardzo złym stanie i nie zamierzał jak wcześniej zajrzeć na chwilę i wyjść. Jest dalej w ciągu i jest już z nim źle, źle wygląda, znowu bardzo schudł. Zamierzał zabrać dziecko samochodem, gdy się sprzeciwiłam zaczął być agresywny, zdecydowałam się wyprosić go z mieszkania. Stwierdził, że jest trzeźwy, zaproponowałam test, nie zgodził się, upierał się przy swoim, że wychodzi z dzieckiem. Powiedziałam, że wezwę policję - wtedy wyszedł w ciągu paru sekund - wulgarnie i głośno mnie wyzywając. Kolejne kontakty miał mieć w ten weekened i dziś i jutro. Po różnych kombinacjach męża, jak tu przyjść po dziecko omijając mnie i kontrolę trzeźwości, oskarżeniach, że utrudniam mu kontatkty, on ma prawo, smsowych przepychankach, straszeniu mnie karami, odebraniem mi dziecka i przejęciem opieki, wylewaniem na mnie różnych żali, oskarżaniem mnie, że gram dzieckiem i mszczę się na mężu za to, że mnie zostawił, bo nie dociera do mnie, że już ze mną nie jest, i pouczaniu, że mam dorosnąć, mąż zdecydował się kontakty odwołać. Podziękowałam mu za to.

Sobie także jestem wdzięczna. Udało mi się nie dać zastraszyć, ochronić siebie i synka przed przemocą, ale bez agresji, bez wciągania się w konflikt, eskalowania emocji (choć rano byłam tak zdenerwowana i przejęta, że aż drżały mi dłonie i cała się trzęsłam, musiałam schowac się przed synkiem i wyciszyć, żeby mnie nie widział w takim stanie). Udało mi się to wszystko zrobić z szacunkiem do męża. Zwykle musiałam się powstrzymywać od napisania mu czegoś nieprzyjemnego i nie zawsze mi się to udawało - tym razem nawet nie czułam takiej potrzeby. Udało mi się ograniczyć w korespondencji do faktów i konkretnych postulatów.

Synek był dziś rano nerwowy przez to wszystko, ale udało mi sie z nim porozmawiać, otworzył się, powiedział, że od ostatniej wizyty taty boi się, że tata znowu zacznie się awanturować, a on nie chce z nim nigdzie jeździć i woli się na razie nie spotykać. I że mu wstyd, że ktoś mógł usłyszeć jak tata wychodząc mnie wyzywa. Uspokoił się trochę, gdy powiedziałam mu, że tata odwołał spotkania w najbliższych dniach, a tym co będzie w przyszłym tygodniu będziemy się martwić w przyszłym tygodniu, ale zrobię wszystko, żeby było spokojnie. Reszta dnia upłynęła nam całkiem miło.

Jeśli mąż dalej będzie w ciągu, a na to się zapowiada, czeka nas eskalacja, znam już te cykle niemal na pamięć. Pod koniec ciągu mąż zwykle wpada w coś w rodzaju psychozy. Wtedy jest najtrudniej, bo nie działają na niego żadne racjonalne arumenty, strach przed policją - teraz jeszcze tak. Zbieram siły do obrony.

W ostatnich dwóch tygodniach objawiły się też tak zwane "latające małpy" - osoby podsyłane przez męża, po rozmowach z nim próbujące mnie przekonać, że postępuję nieracjonalnie. Że powinnam "dać już mężowi spokój". Jak się okazuje to danie spokoju ma polegać na tym, że mam ułożyć sobie życie - w domyśle znaleźć sobie kogoś i zacząć spotykać się z ludźmi - w domyśle zacząć pić alkohol. Zabawne, że moja szeroko pojęta abstynencja od randek i alkoholu jest odbierana jako forma "nie dawania mężowi spokoju". Faktycznie wyrafinowana forma nękania i gnębienia. Normalnie byłabym wściekła, i czułabym trochę satysfakcji, że moja postawa jednak w jakiś sposób nie jest dla męża obojętna, ale gdy mąż jest dłużej w ciągu jest mi go tylko żal. I się o niego martwię.

Ruta
Posty: 710
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 18 paź 2020, 12:21

Bardzo źle dziś spałam i obudziłam się z lękiem. Boję się następnej wizyty męża, jego agresji, wyzywania, nieprzewidywalności. Wiem, że dam radę, ale czuję sie ogromnie zmęczona tym, że chociaż jesteśmy odizolowani od męża, nadal żyjemy w cyklach jego uzależnienia i nadal jesteśmy narażeni na przemoc, gdy mąż w ciągu traci nad sobą kontrolę.

Rozbiło mnie to. Bo nie tylko mąż zatacza pętle, ja także razem z nim. Moje pętle są coraz mniejsze - ale wciąż są. Na każdej takiej pętli robię niewielki postęp - zaczynałam od wydawania dziecka odurzonemu mężowi, ataków paniki, stale odczuwanego lęku i napięcia.

Myślę, że zrobiłąm błąd, za dobrą monetę biorąc to, że mąż w początku ciągu przychodził na chwilę i sam się wycofywał, bez upominania, bez agresji. Bezpodstawnie przyjęlam, że tak już będzie - ignorując to co wiem o funkcjonowaniu a raczej dezorganizacji myślenia i zachowania w ciągu. No to mam teraz to, na co się zgodziałam.

Nie chcę się usprawiedliwiać - ale moje myślenie było takie, że nie mam pewności, że mąz na pewno jest odurzony, ani żadnych dowodów. Już widzę, gdzie robię błąd - ja mam mieć pewność, że mąż jest trzeżwy. Każdy inny stan powinien oznaczać, że męża izoluję. Tu wciąż trzyma mnie orzeczenie sądowe o kontaktach, nie uwzględniające naszego problemu - no i to oznacza, że muszą podjąc kolejną próbę jego zmiany i przekonania sądu, że uzależnienie męża jest realnym problemem.

Już wiem, że moje uczucia są uzasadnione. Nie są wymyślone. Słusznie obawiam się nadchodzącej wizyty mężczyzny, który jest w szczycie ciągu i pogłębiającym się obłędzie, skłonny w takim stanie do stosowania przemocy. Słusznie też obawiam się, że nasze dziecko będzie narażone na obserwowanie tej przemocy. Wiem już, że w praktyce nie mogę liczyć ani na szybki przyjazd policji, ani na to, że w razie przyjazdu na pewno otrzymam pomoc i wsparcie. Nie mam też osoby, która mogłaby z nami być w dniu kontaktu.

Patrzę w ten mój strach. Jest silny. Paraliżujący. Ale wcale nie wzywa mnie do poddania się - tylko do działania. Nie mogę bać się mojego strachu. Zastanawiam się, co mogę zrobić, przez moją głowę przebiegają różne scenariusze.

Na razie wymyśliłam tyle, że dzień przed kontaktem napiszę do męża, żeby sam odwołał kontakt, jeśli nie jest w stanie go zrealizować, bo gdy przyjdzie odurzony, wezwę policję. I okej, to czasem działa. Ale muszę mieć też plan na sytuację, gdy to nie zadziała. Na pewno nie mogę wpuścić męża do domu, nie chcę się bać tak jak podczas jego ostatniej wizyty, ani być wyzywana - ani wyzywana w obecności syna. Zastanawiam się, czy syn powinien być w tym czasie w ogóle w domu i czy bardziej będzie się bać o mnie, gdy będzie całkiem poza domem, czy gdy zostanie w domu, a ja wyjdę na zewnątrz do męża.

W poniedziałek mam sesję z moją terapeutką. Będę z nią rozmawiać o tym, co do tego czasu wymyślę. Mam też czas na modlitwę, spokojne ułożenie tego w sobie, przygotowanie się. Zaczynam lubić mój strach - gdy się nie boję samego strachu jest dobrym przewodnikiem, kieruje uporczywie moje myślenie w jednym kierunku, nie odpuszcza. Nie pozwala skupić się na niczym innym. Przez to, że jest taki nieustępliwy, że jest we mnie całkiem, w myślach, w ciele, w sercu, że zaburza mój sen, mobilizuje mnie, mówi o poważnym zagrożeniu. Mój strach mówi mi - zbliża się trudna sytuacja, i musimy się na niej skupić, rozwiązać ją, przygotować się. Mówi mi: nie uciekaj przede mną, bo ja nie odpuszczę i będę wtedy sygnalizować mocniej, aż zwrócisz uwagę na mnie i na to co ci mówię o twojej sytuacji i o tym o czym wiemy, że się zbliża. Nie da mi schować głowy w piasek i powiedzieć, jakoś to będzie. To nie strachu mam się bać.

Ruta
Posty: 710
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 19 paź 2020, 22:42

I po strachu. Przygotowałam się wewnętrznie na kolejną wizytę męża. Mąż nie wejdzie do domu - bo potem może być znowu trudno go wyprosić, a w międzyczasie się nasłucham i ja i syn. Zdecydowałam też, że nie będę nigdzie dziecka zaprowadzać - wtedy będzie denerwować się bardziej, bo nie będzie wiedzieć przez jakiś czas co się dzieje. Opuszczanie domu w strachu przed tym w jakim stanie przyjdzie tata też synowi nie posłuży. Dom powinien być bezpiecznym miejscem.

Zacznę od wysłania mężowi smsa przypominającego, aby nie pojawiał się, jeśli jest pod wpływem jakiejkolwiek substancji, bo wtedy wezwę policję. Jeśli pojawi się mimo to, zejdę do niego na zewnątrz. Jeśli wejdzie do budynku i będzie pukać do drzwi, poproszę, by zszedł na dół i dopiero, gdy będzie na zewnątrz do niego zejdę, by ocenić w jakim jest stanie. Jeśli będzie odurzony po prostu bez dyskusji powiem, że kontakt nie może się odbyć i wrócę do domu. W razie agresji wezwę policję.
Jeśli okaże się, że mąż jest trzeżwy będzie kolejny problem, bo syn po ostatnim zachowaniu męża znów zadeklarował, że nie będzie nigdzie z tatą wychodził, może spotkać się z nim w domu. Mąż z kolei będzie zapewne nalegał, aby dziecko zabrać. Będę musiała po prostu przekazać mu decyzję syna i dać mężowi podjąć decyzję - czy rezygnuje z kontaktu, czy realizuje go tak, by syn czuł się bezpiecznie. Trochę martwi mnie, że mąz zapewne znów mnie zwyzywa publicznie, nie pierwszy raz. Zapewne z powodu takich incydentów nie mamy najlepszej opinii - mężowi to obojętne, bo tu nie mieszka. Za jego zachowanie wstydzi się potem dziecko i ja.

Gdy opracowałam szczegółowy plan w różnych wariantach, poczułam się pewniej i mniej sie boję. Boję się teraz w zasadzie jedynie momentu konfrontacji - jednak na zewnątrz w miejscu publicznym będę bezpieczniejsza, niż w domu, gdzie nie ma nikogo poza mną i dzieckiem. Syn umie wezwać policję - to ostateczność, na wypadek, gdybym z jakiegos powodu ja nie mogła tego zrobić.

Będę musiała wziąć w najbliższym czasie dwa dni urlopu, aby na spokojnie raz jeszcze napisać do sądu z prośbą o zmianę kontaktów. Nie możemy tak żyć od ciągu męża do ciągu, od strachu do strachu. Chcę także złożyć zawiadomienie do prokuratury o niealimentacji - mąż zalega już bardzo dużo i nadal nie zamierza płacić. Jest pewien, że komornik nic mu nie zrobi, bo pracuje na czarno. No i zapewne istotnie sprawa u komornika zakończy się umorzeniem.

Zdecydowałam także, że będę przebieg spotkania nagrywać. Nigdy dotąd tego nie robiłam, źle mi z tą myślą. Jednak nie mając dowodów na to, jak mąż się zachowuje, nie ruszę do przodu.

Nie wiem jeszcze, czy uprzedzać męża, że nagrywam spotkanie. Myślę, że tak. Po pierwsze jest szansa, że będzie wtedy spokojniejszy i nie będzie agresywny i wszystko przebiegnie spokojniej. Wolę nie być narażona na agresję i stres, niż dobywac w taki sposób dowody. Po drugie nie będę się czuła tak źle z tym, że w ogóle decyduję się nagrywać.



Pozostaje mi modlić się zarówno o Bożą pomoc przy spotkaniu, jak i za męża - aby się opamiętał i rzestał terroryzować mnie i dziecko. Oraz o światło Ducha Świętego, dla osób, które będą rozpoznawac pisma, które złożę.

Ruta
Posty: 710
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 20 paź 2020, 23:16

Zdecydowałam się nie nagrywać męża. Nie mogę. Myślałam dużo o tym, to podła metoda. Mąż parokrotnie mnie nagrywał i czułam się z tym okropnie. Rozumiem kobiety, które doświadczają przemocy, są bite, osaczone i wiedzą, że nikt im nie uwierzy - to co innego. I to będzie jedyny moment, kiedy zdecyduję się włączyć nagrywanie - jeśli mój mąż będzie wobec mnie agresywny. Jutro muszę się nauczyć jak to się robi na wszelki wypadek - choć mam ogromny opór w tym.

Oczywiście mam też cichą nadzieję, że mąż przyjdzie trzeźwy. Choć się nie zapowiada, raczej jest w szczycie ciągu, choć nie widziałam go od zeszłego tygodnia, więc gdzieś tam trochę nadziei mam. Albo, że nie przyjdzie - choć już potwierdził, że będzie, a ton jakim pisze, oględnie mówiąc nie jest przyjemny. Ale mam ten swój mizerny plan, więc mniej się boję. Zaraz zaczynam moją modlitwę o wsparcie dla nas w tej trudnej sytuacji i o Boże jej rozwiązanie - i o to, bym przede wszystkim ja była w stanie działać nie w oparciu o mój plan, choć wydaje mi się w miarę dobry, ale przede wszystkim w zgodzie z Jego wolą i z dobrych pobudek.

Proszę o modlitwę w intencji mojej rodziny i jutrzejszej wizyty mojego męża u nas po południu i słówko za nami do Świętej Rodziny.

Ruta
Posty: 710
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 21 paź 2020, 23:11

Wiem, widzę. To kolejny cykl związany z ciągiem mojego męża, który opisuję i w zasadzie piszę znowu to samo - boję się, układam plany, opanowuję strach, modlę się, przygotowuję do konfrontacji. Ale są postępy - i to ogromne. Mój mąż do ostatniej chwili pisał, że będzie, po czym się wycofał. Z każdym cyklem odrabiam kolejną lekcję i radzę sobie i jak widać, coraz lepiej stawiam granice. A mój mąz coraz lepiej uczy się ich nie przekraczać. Oboje robimy postępy można powiedzieć.

Choć daleko mi do uwolnienia się - mąż i jego postępowanie wciąż mają wpływ na mój stan emocjonalny, na to jak śpię, jem i czym się zajmuję (teraz lepiej to widzę, bo lepiej rozumiem siebie i swoje emocje i lepiej je w sobie dostrzegam).

Wiem, mogę wydawać się mozolona, powolna, wkurzająca - sama najchętniej dałabym sobie kopniaka. To jednak tak nie działa, trzeba mi widać starannie odrobić każdą lekcję. Wyobraziłam sobie siebie za jakiś czas, gdy mąż wpadnie na pomysł - zajrzę do dziecka odurzony - i we mnie już nie wzbudzi to lęku. I jestem już w stanie sobie taką siebie wyobrazić.

Na razie cieszę się dzisiejszym małym sukcesem - i zbieram siły na kolejne dni. Bo na razie jednak się boję. Choć mniej. I nie strachu. Jak już to minie i się wyciszę, wyrównam, będę musiała się przyjrzeć, czego się w takim razie boję - pewnie wiem, tylko "nie wiem". Coś tam znów przed sobą skrywam.

Czuję sie już trochę wyczerpana. Mam takie myśli, niech ten ciąg męża juz sie skończy, żebyśmy mogli wszyscy zaczerpnąc oddechu. Odkryłam też, że nie martwię sie o męża. Wiem, że każdy ciąg jest zawsze ryzkowny, że może skończyć się źle. Ale chyba pierwszy raz nie mam myśli by temu jakoś zapobiegac, ratować męża, ochronić. I nie czuję się z tego powodu (tak bardzo) winna, choć myśli w stylu - ty będziesz taka obojętna - a jemu coś się stanie - mam. Ale w końcu widzę, że nie ma żadnego związku między tym, czy jestem obojętna czy zamartwiona niemal na śmierć, a tym, co może przydarzyć się mojemu męzowi. Kocham go nadal - czuję troskę, jest mi przykro i boli mnie to co się z nim dzieje - ale chyba po raz pierwszy godzę się z tym, czego nie mogę zmienić - i z tym że nie mam na tą sytuacje wpływu.

Modlę się za męża, choć jak zawsze w takich stanach, gdy emocjonalnie już lekko nie daję rady i idzie to w objawy wyczerpania fizycznego, idzie mi to opornie - i czasem walczę o każde słowo. Ale walczę.

Dziękuję tym, którzy szepnęli za mną parę słów modlitwy. Modlitwa jest wspaniałą tarczą.

Małgorzata Małgosia
Posty: 302
Rejestracja: 05 wrz 2019, 14:31
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Małgorzata Małgosia » 22 paź 2020, 8:18

Ruto, ja w tamtym roku nagrałam niektóre rozmowy z mężem. W sumie nie wiem dlaczego, chyba byłam w wielkiej panice, bałam się go, chciałam mieć w razie czegoś argument dla policji....
Ale nie wykorzystałam nigdy tych nagrań, natomiast są dla mnie smutnym wspomnieniem tego co się wydarzyło w tamtym traumatycznym momencie.
Teraz chyba trzymam je po to, żeby nie udawać przed sobą (jak to zawsze robiłam), że nie było tak źle. Było.
Ale masz rację, nagrywanie jest po prostu nie fair.
"Ty zaś powróć do Boga swojego - strzeż pilnie miłości i prawa i ufaj twojemu Bogu!" (Oz 12, 7).
Jezu ufam Tobie.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: sajmon123 i 20 gości