Kilka pytań o separację

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Pavel
Posty: 3105
Rejestracja: 03 sty 2017, 21:13
Jestem: już po kryzysie
Płeć: Mężczyzna

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Pavel » 24 lis 2020, 11:24

Podobają mi się twoje przemyślenia Ruto, swoją drogą brzmią mi całkiem znajomo ;)
Gratuluję.
Takie przemyślenia były ważnym momentem w mojej pracy nad sobą.
"Bóg nie działa poza wolą człowieka i poza jego wysiłkiem.(...) Założenie, że jeśli się pomodlimy, to będzie dobrze, jest już wiarą w magię." ks. dr. Grzegorz Strzelczyk

Caliope
Posty: 626
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Caliope » 24 lis 2020, 16:53

Ruta pisze:
24 lis 2020, 10:15
Nikt nie uzależnia się celowo, ani się celowo nie współuzależnia. Nikt celowo nie komunikuje się źle z osobą którą kocha, nie krzywdzi celowo swoich bliskich, nie powoduje ich strachu, smutku czy cierpienia. Nikt celowo nie okazuje miłości w sposób, który dla bliskiej osoby wcale tej miłości nie oznacza, ani celowo nie wybucha gniewem. Coraz więcej jest wobec tego we mnie współczucia i wybaczenia. I wobec męża i wobec mnie samej.
Pięknie napisane, ja też tak uważam i czuję. To jest kwintesencja procesu wybaczenia człowiekowi który się pogubił, zachorował. Wybaczenia sobie, bo jesteśmy ludźmi i popełniamy błędy i uczymy się całe życie.

Ruta
Posty: 825
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 25 lis 2020, 14:10

Modliłam się rano długo, aż w końcu zasnęłam, i dopiero niedawno się obudziłam. Ale obudziłam się z takim spokojem w sobie, że aż czuję się z tego spokoju radosna. Przygotowuję się powoli do adwentu. Właśnie trafiłam na zapowiedź rekolekcji adwentowych dla dzieci na Teobańkologii https://www.youtube.com/watch?v=qUfebrhVA0U
Szukam jeszcze rekolekcji dla dorosłych na czas adwentu. Jeśli ktoś z was znalazł jakieś - będę wdzięczna za link.

Przez wiele ostatnich lat byłam zawsze bardzo zabiegana, zawsze coś mnie zajmowało, angażowało. Cieszę się, że w tym roku będę mogła przeżyć adwent bez gonitwy, w spokoju, przygotowując się duchowo, w bliskości z Maryją. Jesteśmy też zapisani z synkiem na warsztaty on-line robienia wieńców adwentowych, więc zrobimy sobie ładny wieniec.

Wieńce robił zawsze mój mąż, jest bardzo uzdolniony plastycznie i manualnie. Robi zawsze piękne rzeczy, wyjątkowe. Mąż przygotowywał także zawsze wszystkie ozdoby na świąteczne, do domu, na kiermasze szkolne, do paczek z prezentami dla bliskich. W naszych dobrych latach razem piekliśmy pierniczki do takich paczuszek - mieliśmy paczuszki na wysłanie dla rodziny i takie gotowe w domu dla gości. Coś we mnie przeskoczyło - teraz myślę o tych naszych dobrych chwilach z radością w sercu i wdzięcznością, ze wzruszeniem, ale bez żalu, bez złości na męża. Gdy po odejściu męża sama z synkiem robiłam ozdoby na kiermasz szkolny, był we mnie ból, niepokój i uczucie satysfakcji, ale takiej mściwej i nieładnej satysfakcji, że sobie bez męża poradziłam. Zrobiłam wtedy choinki z chusteczek ozdobnych i naprawdę były bardzo ładne, z gwiazdkami i doszytymi perełkami. Sprzedały się jako jedne z pierwszych ozdób. I zamiast się zwyczajnie cieszyć, że mi tak ładnie wyszło, że synek jest ze mnie dumny, bo się trochę martwił, że nie dam rady, to wchodziłam właśnie w takie nieprzyjemne rejony.

W zeszłym roku zaprosiłam męża na Wigilię, bo tak w sobie poczułam. Był w bardzo złym stanie, ale przyszedł trzeźwy i jak zawsze gdy mąż jest z nami i jest trzeźwy, były iskierki bliskości no i synek też się cieszył, że tata jest. Smutno mi było patrzeć na męża i jego stan, po jego wyjściu, gdy synek już zasnął długo nad swoim mężem płakałam. W tym roku gdy myślę o Wigilii i o Świętach, coraz bardziej i mocniej czuję w sobie, by męża nie zapraszać. Trochę mnie samą to dziwi. Nie mam w sobie sprzeciwu wobec obecności męża w Święta w domu, wręcz przeciwnie bardzo by mnie ucieszyło, gdyby był z nami. Ale też nie czuję potrzeby zapraszania go. Mam takie poczucie, by zostawić to mężowi, jego decyzjom i jego inicjatywie. I przyjąć zarówno to, gdy zdecyduje się spędzić część czasu z nami, jak i wtedy gdy postanowi tego nie robić (choć oczywiście tli się we mnie nadzieja, że mąż zdecyduje, że trochę czasu z nami będzie, ale tą nadzieję też w sobie akceptuję).

Nadal nie palę i nie czuję takiej potrzeby. Myślę coraz bardziej, że tak już zostanie. Coraz częściej zapominam o tym, że kiedykolwiek paliłam. Ani razu nie poczułam głodu nikotynowego, nerwowości, żadnej z tych rzeczy, które zawsze pojawiały się, gdy próbowałam przestać palić. Ustąpiły takie nawykowe myśli, które pojawiały się przy czynnościach powiązanych w moich myślach z paleniem. Piję kawę (rzadko), ale bez tęsknoty za papierosem - kiedyś to był zestaw. Za każdym razem gdy sobie uświadamiam, co się wydarzyło, to czuję się wewnętrznie oniemiała z zachwytu dla Boga i tego jak potrafi z Miłością i delikatnością działać, jeśli tylko Mu się zawierzymy.

Ruta
Posty: 825
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 26 lis 2020, 2:17

Gdyby nie to, że wiem co mi się dziś zdarzyło, nie uwierzyłabym sama sobie, że się zdarzyło. Rano zmagałam się na różne sposoby ze sobą, by oddać to co mnie dręczyło Jezusowi i by zaufać. Nie szło mi zupełnie, w końcu zdecydowałam się wesprzeć aktem księdza Dolindo Jezu ty się tym zajmij. Ten akt to dla mnie taka bomba atomowa, bo ma ogromną siłę. Dręczyła mnie sprawa dotycząca mojego synka i zgody męża, co do której nie udało nam się porozumieć. Okazało się, że sąd odrzucił mój wniosek o zabezpieczenie, czyli moją prośbę o wyrażenie zgody za mojego męża - co bardzo komplikowało życie moje i synka. Uznałam, że dalej licząc na sąd daleko nie zajdziemy, stąd mój pomysł by oddać tą trudną sytuację Jezusowi. No i próbowałam, ale moją głowę zajmowały wciąż różne scenariusze, a we mnie było mnóstwo niepokoju i zmartwienia. No i gdy mówiłam, Jezu ty się tym zajmij, poczułam, żeby poprosić dziś męża o podpisanie zgody. Zaraz włączyło mi się myślenie o tym, ile razy już daremnie prosiłam, zobaczyłam ileś tam scenariuszy odmowy, dokuczania mi, nieprzyjemnych słów i dalej ciągnęłam swoje - Jezu ty się tym zajmij. I poczułam: Już się zająłem: poproś męża o podpisanie. To nie były słowa, tylko takie... tchnienie. Chwilę potem zasnęłam.

Gdy się obudziłam - pisałam już o tym rano - czułam w sobie taki spokój i radość z tego spokoju. Mąż rzeczywiście przyszedł po południu. Gdy napisał, że będzie, postanowiłam przygotować dokumenty - choć sama o sobie myślałam jako o wariatce, której coś się uwidziało. Mój synek zapytał co to za kartki, powiedziałam tak oględnie i krótko, że to dokumenty, i że poproszę tatę by je podpisał. Gdy mąż przyszedł, synek obwieścił mu, że mama ma dokumenty do podpisania i poprosił tatę żeby je podpisał. Nie wiem, może wyglądałam na zatroskaną i dlatego synek postanowił się wstawić za mną u taty. W sumie dobrze, bo nie wiem, czy ja bym się odważyła sama zacząć. A tak nie miałam wyjścia, więc też poprosiłam męża - i stało się coś, czego się nie spodziewałam zupełnie, bo mój mąż się zgodził i podpisał potrzebne zgody.

Tak się ucieszyłam, że poszłam na mszę, podziękować. A wieczorem w domu zastałam drugą niespodziankę. Jakiś czas temu mój mąż zabrał z domu swoją obrączkę. Z jednej strony cieszyłam się, że zostawił moją, z drugiej trochę martwiłam się, i bolało mnie, że może mąż swoją obrączkę sprzeda, albo coś niemiłego z nią zrobi. I ten ból ze mną gdzieś tam był, zwłaszcza, że mi się to należało - bo wcześniej bałam się mężowi przyznać, że mam te obrączki - bo nie chciałam by je zabrał - i kłamałam mężowi na ten temat. I teraz naprawdę odjazd - wpadłam na pomysł, by posprzątać szufladę. Taką zagraconą, do której wrzucam różne rzeczy i sprzątam raz na rok, albo i rzadziej. Mam takich dwie, zaczęłam od dolnej. Kompletnie nie wiem, czemu postanowiłam tą szufladę dziś posprzątać, zwłaszcza, że miałam na wieczór w planach różaniec z księdzem Teodorem, bo mignęło mi, że dziś będzie o sile sakramentu małżeństwa. Podczas transmisji zwykle nie dają rady, puszczam sobie te rózańce później, gdy synek już śpi. I znalazłam obrączkę męża, spakowaną w woreczek, razem z karteczką, która mąż napisał mi jeszcze w czasie, gdy zaczynaliśmy się spotykać i zbliżać do siebie (nie wiedziałam, że tą karteczkę mąż zabrał także, ale widocznie tak było). Mój synek, który oczywiście przyszedł, jak zaczęłam grzebać w szufladzie, bo te szuflady ze "skarbami" zawsze go fascynują, jak zobaczył wśród gratów obrączkę taty, to powiedział - mamo to cud, w sercu taty coś się zmienia. Ja sama kiedyś zastanawiałabym się co to znaczy, co ten gest męża oznacza, co mój mąż myśli, co czuje, czy to oznacza coś dobrego, czy raczej przeciwnie, czy sobie ze mnie żartuje, czy, czy czy - dziś po prostu się cieszę. Całą sobą. I przyjmuję co jest. Nie muszę wszystkiego wiedzieć. Nie wiem jeszcze, czy podziekować mężowi, czy zostawić sytuację jak jest. Bardzo boję się zepsuć cokolwiek, spłoszyć, zatrzymać nie takim słowem, pochopnym działaniem. A sama tak delikatnie czuję, że w tym skamieniałym i obolałym sercu mojego męża coś delikatnie się zmienia, tak jakby pojawiały się na powierzchni takie ledwie widoczne ryski, takie cieniutkie kreseczki.

I to jeszcze wcale nie koniec radosnych zdarzeń. Przede mną była modlitwa do św. Józefa, którą postanowiłam sobie odmówić jako zobowiązanie (bo różaniec miał być już taki dla przyjemności :) Ta modliwa do św. Józefa to za ojców, nie mogłam jej nie odmówić po takim dniu, gdy tyle dobrego mnie spotkało. Jak już skończyłam byłam zmęczona i poźno już było, ale pomyślałam - odmówię sobie i różaniec, w końcu na niego czekałam. Odpalam jutuba, a tu ksiądz Teodor mówi, że to nasz nasz sycharowski różaniec będzie z Sycharkami. Spłakałam się przy tym różańcu, na całego ryczałam momentami i w sumie teraz też co chwilę łzy mi lecą i się uśmiecham równocześnie. Szalony dzień. Kocham księdza Teodora, taką czystą miłością, radosną. Kocham tego mojego męża bardzo i tak sercem, tak ładnie i czysto, choć zdecydowanie po małżeńsku, bo ciałem też go kocham. Kocham i w końcu tą swoją miłością nie grzeszę - bo Boga kocham bardziej od męża i siebie kocham wcale nie mniej od męża - chociaż widzę, że daleko mi do doskonałości i że mąż też jest człowiekiem, bładzącym, niedoskonałym, tak jak i ja, ale dla mnie ważnym i cennym. Długa droga przede mną, ale mój mąż nie jest już moim bożkiem, jest człowiekiem - którego kocham. I ta moja miłość coraz mniej choruje. Dziękuję ci Boże, i dziekuję Tobie Maryjo za to jak mnie pięknie prowadzisz, ile masz cierpliwości do mnie, chociaż czasem jestem jak osioł, uparta, niekumata i oporna.

Tu link do naszego sycharowskiego różańca - z całego serca polecam. Spróbuję jednak zasnąć... bo z tych emocji mi trudno...
Alicjo, Sebastianie - nie znam Was osobiście, ale dziękuję. Wspaniale się spisaliście. Na pewno jeszcze do tego różańca będę wracać - w intencji małżeństw, szczególnie tych naszych sycharkowych, i naszego - mojego i męża małżeństwa - też.
https://www.youtube.com/watch?v=ySYsTl2v838

alach
Posty: 24
Rejestracja: 24 lut 2017, 11:35
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: alach » 26 lis 2020, 19:20

Ruta pisze:
26 lis 2020, 2:17
Gdyby nie to, że wiem co mi się dziś zdarzyło, nie uwierzyłabym sama sobie, że się zdarzyło. Rano zmagałam się na różne sposoby ze sobą, by oddać to co mnie dręczyło Jezusowi i by zaufać. Nie szło mi zupełnie, w końcu zdecydowałam się wesprzeć aktem księdza Dolindo Jezu ty się tym zajmij. Ten akt to dla mnie taka bomba atomowa, bo ma ogromną siłę. Dręczyła mnie sprawa dotycząca mojego synka i zgody męża, co do której nie udało nam się porozumieć. Okazało się, że sąd odrzucił mój wniosek o zabezpieczenie, czyli moją prośbę o wyrażenie zgody za mojego męża - co bardzo komplikowało życie moje i synka. Uznałam, że dalej licząc na sąd daleko nie zajdziemy, stąd mój pomysł by oddać tą trudną sytuację Jezusowi. No i próbowałam, ale moją głowę zajmowały wciąż różne scenariusze, a we mnie było mnóstwo niepokoju i zmartwienia. No i gdy mówiłam, Jezu ty się tym zajmij, poczułam, żeby poprosić dziś męża o podpisanie zgody. Zaraz włączyło mi się myślenie o tym, ile razy już daremnie prosiłam, zobaczyłam ileś tam scenariuszy odmowy, dokuczania mi, nieprzyjemnych słów i dalej ciągnęłam swoje - Jezu ty się tym zajmij. I poczułam: Już się zająłem: poproś męża o podpisanie. To nie były słowa, tylko takie... tchnienie. Chwilę potem zasnęłam.

Gdy się obudziłam - pisałam już o tym rano - czułam w sobie taki spokój i radość z tego spokoju. Mąż rzeczywiście przyszedł po południu. Gdy napisał, że będzie, postanowiłam przygotować dokumenty - choć sama o sobie myślałam jako o wariatce, której coś się uwidziało. Mój synek zapytał co to za kartki, powiedziałam tak oględnie i krótko, że to dokumenty, i że poproszę tatę by je podpisał. Gdy mąż przyszedł, synek obwieścił mu, że mama ma dokumenty do podpisania i poprosił tatę żeby je podpisał. Nie wiem, może wyglądałam na zatroskaną i dlatego synek postanowił się wstawić za mną u taty. W sumie dobrze, bo nie wiem, czy ja bym się odważyła sama zacząć. A tak nie miałam wyjścia, więc też poprosiłam męża - i stało się coś, czego się nie spodziewałam zupełnie, bo mój mąż się zgodził i podpisał potrzebne zgody.

Tak się ucieszyłam, że poszłam na mszę, podziękować. A wieczorem w domu zastałam drugą niespodziankę. Jakiś czas temu mój mąż zabrał z domu swoją obrączkę. Z jednej strony cieszyłam się, że zostawił moją, z drugiej trochę martwiłam się, i bolało mnie, że może mąż swoją obrączkę sprzeda, albo coś niemiłego z nią zrobi. I ten ból ze mną gdzieś tam był, zwłaszcza, że mi się to należało - bo wcześniej bałam się mężowi przyznać, że mam te obrączki - bo nie chciałam by je zabrał - i kłamałam mężowi na ten temat. I teraz naprawdę odjazd - wpadłam na pomysł, by posprzątać szufladę. Taką zagraconą, do której wrzucam różne rzeczy i sprzątam raz na rok, albo i rzadziej. Mam takich dwie, zaczęłam od dolnej. Kompletnie nie wiem, czemu postanowiłam tą szufladę dziś posprzątać, zwłaszcza, że miałam na wieczór w planach różaniec z księdzem Teodorem, bo mignęło mi, że dziś będzie o sile sakramentu małżeństwa. Podczas transmisji zwykle nie dają rady, puszczam sobie te rózańce później, gdy synek już śpi. I znalazłam obrączkę męża, spakowaną w woreczek, razem z karteczką, która mąż napisał mi jeszcze w czasie, gdy zaczynaliśmy się spotykać i zbliżać do siebie (nie wiedziałam, że tą karteczkę mąż zabrał także, ale widocznie tak było). Mój synek, który oczywiście przyszedł, jak zaczęłam grzebać w szufladzie, bo te szuflady ze "skarbami" zawsze go fascynują, jak zobaczył wśród gratów obrączkę taty, to powiedział - mamo to cud, w sercu taty coś się zmienia. Ja sama kiedyś zastanawiałabym się co to znaczy, co ten gest męża oznacza, co mój mąż myśli, co czuje, czy to oznacza coś dobrego, czy raczej przeciwnie, czy sobie ze mnie żartuje, czy, czy czy - dziś po prostu się cieszę. Całą sobą. I przyjmuję co jest. Nie muszę wszystkiego wiedzieć. Nie wiem jeszcze, czy podziekować mężowi, czy zostawić sytuację jak jest. Bardzo boję się zepsuć cokolwiek, spłoszyć, zatrzymać nie takim słowem, pochopnym działaniem. A sama tak delikatnie czuję, że w tym skamieniałym i obolałym sercu mojego męża coś delikatnie się zmienia, tak jakby pojawiały się na powierzchni takie ledwie widoczne ryski, takie cieniutkie kreseczki.

I to jeszcze wcale nie koniec radosnych zdarzeń. Przede mną była modlitwa do św. Józefa, którą postanowiłam sobie odmówić jako zobowiązanie (bo różaniec miał być już taki dla przyjemności :) Ta modliwa do św. Józefa to za ojców, nie mogłam jej nie odmówić po takim dniu, gdy tyle dobrego mnie spotkało. Jak już skończyłam byłam zmęczona i poźno już było, ale pomyślałam - odmówię sobie i różaniec, w końcu na niego czekałam. Odpalam jutuba, a tu ksiądz Teodor mówi, że to nasz nasz sycharowski różaniec będzie z Sycharkami. Spłakałam się przy tym różańcu, na całego ryczałam momentami i w sumie teraz też co chwilę łzy mi lecą i się uśmiecham równocześnie. Szalony dzień. Kocham księdza Teodora, taką czystą miłością, radosną. Kocham tego mojego męża bardzo i tak sercem, tak ładnie i czysto, choć zdecydowanie po małżeńsku, bo ciałem też go kocham. Kocham i w końcu tą swoją miłością nie grzeszę - bo Boga kocham bardziej od męża i siebie kocham wcale nie mniej od męża - chociaż widzę, że daleko mi do doskonałości i że mąż też jest człowiekiem, bładzącym, niedoskonałym, tak jak i ja, ale dla mnie ważnym i cennym. Długa droga przede mną, ale mój mąż nie jest już moim bożkiem, jest człowiekiem - którego kocham. I ta moja miłość coraz mniej choruje. Dziękuję ci Boże, i dziekuję Tobie Maryjo za to jak mnie pięknie prowadzisz, ile masz cierpliwości do mnie, chociaż czasem jestem jak osioł, uparta, niekumata i oporna.

Tu link do naszego sycharowskiego różańca - z całego serca polecam. Spróbuję jednak zasnąć... bo z tych emocji mi trudno...
Alicjo, Sebastianie - nie znam Was osobiście, ale dziękuję. Wspaniale się spisaliście. Na pewno jeszcze do tego różańca będę wracać - w intencji małżeństw, szczególnie tych naszych sycharkowych, i naszego - mojego i męża małżeństwa - też.
https://www.youtube.com/watch?v=ySYsTl2v838
Szczęść Boże.
Dziękuję za słowa uznania ♥️
Trzymaj się ciepło.
Alicja

spokojna
Posty: 76
Rejestracja: 30 cze 2018, 21:00
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: spokojna » 26 lis 2020, 22:47

Ruto, a ja spłakałam się przy Twoim wpisie i dziękuję Ci , że jesteś i tak głęboko piszesz , że w serce zapada . Otulam modlitwą i wierzę , że dacie radę z mężem
Odstąp od złego i czyń dobrze , a będziesz trwał na wieki .
Ps.37.27

Ruta
Posty: 825
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 27 lis 2020, 9:22

Dziś po porannej modlitwie przyszła do mnie taka refleksja - która mocno mnie poruszyła - że wiele z nas wchodząc w małżeństwa, liczy na to, że miłość małżonka uleczy nasze zranienia. I że równie często, widząc zranienia w naszym małżonku, także próbujemy je uleczyć.

Na pewno mnie dotyczy to bardzo mocno. Tak właśnie myślałam i tak czułam i tego oczekiwałam od małżeństwa. Nie wiem na ile dotyczy to mojego męża, ale myślę, że w jakimś stopniu na pewno. Pamiętam, za to, że jeszcze w okresie naszego wczesnego narzeczeństwa, mąż powiedział mi, że gdy jest ze mną nie musi "palić zioła" i kompletnie go nie potrzebuje. Mąż ten swój brak przymusu ulokował we mnie - a ja bardzo pysznie i dumnie uznałam, że jestem taka wspaniała, że leczę w jakiś sposób mężczyznę, którego kocham.

Z tej myśli nagle pojawił mi się zupełnie inny obraz - obraz istoty małżeństwa, w odpowiedzi na moje pytania jakie sobie zadawałam. Jest prosty, choć złożony. Spróbuję to jakoś rozłożyć czy może przełożyć na słowa, bo wydaje mi się wspaniały i niesamowity. Nigdy tak małżeństwa dotąd nie postrzegałam. To jest obraz mojego i męza małżeństwa - ale też zarazem każdego małzeństwa.

Pomyliliśmy oboje z męzem odbicie na wodzie z prawdziwym obrazem. Człowiek nie leczy drugiego człowieka, bo nikt z ludzi takiej mocy nie ma. Leczy jedynie Chrystus. (Także cuda uzdrowienia dokonywane za wstawiennictwem Świętych, dokonywane są przecież nie ich, a Jego mocą. Czasem myślę, że wsparcie Świętych polega na uzupełnianiu niedostatków naszej wiary, niedostatków naszej modlitwy - osoba święta potrafi dokonać znacznie doskonalszego zawierzenia, i znacznie doskonalej się modlić).

Dlaczego więc oboje w początkach naszego narzeczeństwa i potem małżeństwa czuliśmy się tak dobrze, i czuliśmy się uzdrawiani? Myślę, że nie wszystko w tym płynęło z zakochania i tego co dzieje się wtedy z człowiekiem. Oboje poważnie traktowaliśmy i narzeczeństwo i nasze przyszłe małżeństwo. Byliśmy zdecydowani zawrzeć związek do końca życia, małżeński, święty, na dobre i na złe i w przymierzu z Bogiem. I to pragnienie bliskości z Bogiem, tak myślę, uzdrawiało nas i uzdatniało nas do małżeństwa i do tego, by stać się zdolnymi do wypełniania przysięgi, do rozwijania naszej miłości, budowania rodziny. Bóg nam sprzyjał, bo bylismy w wewnętrznej zgodzie i Nim. I dopóki budowaliśmy z Bogiem wszystko szło całkiem dobrze. Ale już wtedy pycha zaczęła nas gubić, oboje, bo zamiast podziękować Bogu za jego łaski dla nas, upatrywaliśmy źródła naszego szczęścia w sobie nawzajem. I coraz bardziej zwracaliśmy się do siebie nawzajem, po uzdrawianie, po obecność, po uzupełnianie naszych braków emocjonalnych - a coraz mniej do Boga. I każde z nas cieszyło się nie tylko tym, co w naszym mniemaniu płynęło do nas z małżonka, ale też tym, co w swojej dumie uważaliśmy za źródło w sobie. Podwójne bałwochwalstwo. Teraz widzę, że było nieuniknione, że w ten sposób rozczarujemy się sobą nawzajem, że ten stan łaski, naszej radości z wzajemnej bliskości zacznie zanikać - no a skoro źródła tego błogosławieństwa upatrywaliśmy w sobie, to oczywiste, że w sobie też zaczniemy upatrywać jego braku. Mogę teraz ze zdziwieniem tylko spojrzeć na ogrom Łaski i Błogosławieństwa jaki otrzymaliśmy na starcie - że na tak długo ich wystarczyło.

Widzę też teraz zupełnie jasno, że powinniśmy byli oboje zwracać się do Boga z podziękowaniem za to wszystko, czym nas wtedy obdarzał i za siebie nawzajem. I częściej korzystać z otrzymanych błogosławieństw i bardziej, zdecydowanie bardziej ufać.

Widzę też, patrząc w naszą historię, że samo nasze wspólne postanowienie, za każdym razem, gdy postanawialiśmy coś wspólnie przedsięwziąć, sprowadzało Łaskę na nowo - nawet gdy byliśmy już od Łaski oddaleni, gdy coraz więcej było w nas grzechu, nieczystości, nieprawości. Gdy postanawialiśmy działać wspólnie - nagle wszystko się udawało i wszystko zaczynało być na swoim miejscu. Mówiliśmy wtedy, że nasz Anioł Stróż nam sprzyja. Byliśmy zupełnie głupi, bo korzystaliśmy z tego głównie dla jakichś mało znaczących drobnych spraw, zamiast do spraw ważnych. Ale cokolwiek postanawialiśmy robić razem, szczerze i oboje - to zawsze ale zawsze działało. I znowu nasza pycha i do tego jeszcze rywalizacja nas od tej Łaski często oddalała - bo z czasem coraz częściej wpadaliśmy na pomysły robienia różnych rzeczy osobno, żeby się samemu wykazać, samej zebrać pochwały i poklaski, żeby czuć swoją niezależną wartość.

Zrozumiałam chyba właśnie potęgę i moc sakramentu małżeństwa. Kapłan na mocy sakramentu jest pośrednikiem Łaski i wyjątkowych darów, może rozgrzeszać, może błogosławić, może uzdrawiać i egzorcyzmować - może zasięgać Łaski, jest mu to dane. Małżeństwo - razem, wspólnie, a nie każde z małżonków osobno, także ma dar zasięgania Łaski. To wyjątkowe Błogosławieństwo, błogosławieństwo sprowadzania życia, budowania, tworzenia, pomnażania Łaski jest zapisane w Księdze Rodzaju - ono jest błogosławieństwem dla małżeństwa. Już rozumiem, po co małżeństwo ma być jednym ciałem i jedną duszą i dlaczego to zjednoczenie jest takie ważne.

Nigdy nie zgłębiałam mistyki małżeństwa, a trzeba było. Pamiętam moją pierwszą Komunię, którą przeżywałam bardzo mocno: oczekiwałam jakiegoś mocnego poruszenia w sobie i było mi przykro, że nic takiego nie nastąpiło, chociaż byłam bardzo przejęta i wzruszona. Pamiętam, że podziękowałam Jezusowi i powiedziałam sobie w sercu, że poczekam. I doczekałam się, choć dużo później. Podobnie było z sakramentem bieżmowania. Nie odczułam by spłynęła na mnie Łaska ani dary Ducha Świętego akurat w samym momencie bierzmowania i także czułam się trochę zawiedziona. I ta ja, pragnąca doznań mistycznych, nie zauważyłam całego ogromu Łaski, jaki spłynął na nas z sakramentem małżeństwa, uznałam to za zwyczajne, normalne, zwykłe, i te wspaniałe dary zbagatelizowałam.

Tak się zastanawiałam czasem, czemu mówi się, że zły szczególnie na małżeństwa się zapiera i że cały czas w nich walczy. No bo z kapłanami i osobami konsekrowanymi to wiadomo. Czy to chodzi by unurzać ludzi w pożądaniu, odwieść ich od wypełniania przysięgi, przestrzegania przykazań Bożych - no ale czemu akurat małżonków? Tak jak zobaczyłam to dzisiaj - chodzi o odwiedzenie małżonków od czegoś znacznie mocniejszego i wyjątkowego, świętego w zasadzie w takim samym stopniu jak święte jest kapłaństwo, choć w inny sposób. Małżonkowie się w sakramencie małżeństwa także konsekrują, uświęcają (mam nadzieję, że nie popełniam tu jakiejś strasznej herezji, używając w odniesieniu do małżonków akurat tych słów, po prostu nie bardzo znam inne, które mogłyby oddać sens tego, jak to zobaczyłam). Małżeństwo sakramentalne to Sacrum, które realizuje się zawsze, gdy tylko małżonkowie świadomie i otwarcie stają razem, jako jedność. Wtedy Łaska może przez nich płynąć i płynąć. Znów - podobnie jak z kapłanami, którzy zawsze pośredniczą w Łasce, nawet gdy sami stają się jej w jakiś sposób niegodni. Łaska może płynąć przez małżonków, nawet gdy tego kompletnie nie wiedzą, nie rozumieją i nie mają żadnej świadomości, i nawet gdy są zanurzeni w grzechach.

Ale odjazd. Nawet kawy jeszcze nie wypiłam. Mam nadzieję, że jakoś udało mi się przełożyć to na słowa w miarę zrozumiale.

Avys, dziękuję za Ojca Badeniego. Jestem pewna, że to lektura jego rozważań pomogła mi to wszystko dostrzec.

Sosna
Posty: 66
Rejestracja: 28 sie 2020, 10:29
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Sosna » 27 lis 2020, 13:35

Ruto Twoje przemyślenia są niesamowite, otwierają oczy na tak wiele aspektów życia, nie tylko małżeńskiego. Dziękuję

Ruta
Posty: 825
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 27 lis 2020, 21:57

Kochani,
bardzo Wam wszystkim dziękuję i za słowa otuchy i wsparcia i za docenienie i uznanie. To bardzo miłe i tak mi ciepło na sercu.

burza
Posty: 411
Rejestracja: 29 maja 2018, 22:23
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: burza » 27 lis 2020, 23:45

Ruto,tak mądrze piszesz : zagłębiając się w temat i wtedy wiele przemyśleń przychodzi mi do głowy nad życiem, dlaczego tak się zadziało.

Ruta
Posty: 825
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 28 lis 2020, 7:41

Jutro rozpoczyna się Nowenna przed uroczystością Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, trwająca od 29 listopada
do 7 grudnia. Celem Nowenny jest przygotowanie do dobrego przeżycia uroczystości Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny.

Modlitwa na każdy dzień
O Niepokalana, nieba i ziemi Królowo, Ucieczko grzesznych i Matko nasza najmiłościwsza. Proszę Cię, abyś mnie za rzecz i własność swoją przyjąć raczyła i uczyniła ze mną cokolwiek Ci się podoba. Obym w Twoich niepokalanych i najmiłościwszych rękach stał się użytecznym narzędziem do rozszerzenia błogiego Królestwa Najświętszego Serca Jezusowego. Gdzie bowiem Ty wejdziesz, tam łaskę nawrócenia i uświęcenia wypraszasz, przez Twoje bowiem ręce wszelkie łaski z Najsłodszego Serca Jezusowego na nas spływają.

Dozwól mi chwalić Cię, Panno Przenajświętsza.
Daj mi moc przeciw nieprzyjaciołom Twoim.

Pod linkiem poniżej znajdziecie rozważania nowennowe, pomocne w przygotowaniach. Gorąco zachęcam Was do tej Nowenny.

https://niepokalanow.pl/sanktuarium/msz ... -nowennowe

Ruta
Posty: 825
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 02 gru 2020, 9:47

Dużo myślę ostatnio o oddaniu się Bogu i co to oznacza. Mocną inspiracją jest dla mnie Nowenna, w której jestem. Ale także Słowo - to Słowo, którego wysłuchałam ostatnio dwukrotnie wspólnie z mężem (w kontekście oddania szczególnie Przypowieść o talentach), z którym zostałam i przy którym zostałam i które staram się w sobie zachować, by we mnie wzrastało.

Dziś na Mszy na Roratach zdałam sobie sprawę z tego jak marnej jakości jest to, co mam do oddania. Tak nagle to do mnie przyszło, że tak oddaję i oddaję, powierzam, zawierzam i bardzo w tym jestem gorliwa, sumienna - aby spojrzeć co ja właściwie Bogu powierzam i co oddaję. Choć kazanie było w sumie o czymś innym, to jakieś jego myśli i zdania naprawdziały mnie na taką właśnie myśl - co ja w zasadzie mam do oddania. Spojrzałam w to - i zrobiło mi się tak przykro i poczułam się wstrząśnięta taką prawdą o sobie. To tak jakbym dostała w zarząd piękny kwitnący ogród, uradzajną ziemię i moimi zaniedbaniami, moją destrukcją, moimi głupimi nieodpowiedzialnymi działaniami całe to piękno zaczęłoby się zamieniać w ugór.
Bardzo szybko jednak w ten mój wstrząs wlała się we mnie nadzieja i chęć działania - by tak zacząć żyć i tak dbać o ten ogród, by móc oddawać piękne rzeczy, dobre owoce, radość, miłość, szczęście.

Swoją drogą, jestem ostatnio szczęśliwa, choć trochę senna. Mój syn w tym roku postanowił uczestniczyć we wszystkich Roratach. Ma silny charakter, więc zapewne dotrzyma postanowienia. Miałam z początku trochę wewnętrznych oporów (codzienne wstawanie o wczesnej porze przez tyle dni, no i oczywiście epidemia), no ale "Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie". Jakoś nie potrafiłam zgasić takiego zapału w moim synku.

Trochę jest w nas smutku, a trochę ulgi, bo mój mąż od zeszłego tygodnia zamilkł i się do nas nie odzywa. Zapewne oznacza to, że się w niedługim czasie odezwie, niekoniecznie w dobrym stanie. Gdy o tym myślę, czuję jak się spinam - ale staram się cieszyć spokojem teraz, no i tak naprawdę to przecież wcale nie wiem jak będzie, chociaż nałóg jest dość przewidywalny, to i tak przyszłości nie znam. Jest we mnie też jak zawsze w takich sytuacjach trochę niepokoju o męża, ale takiego z którym teraz potrafię już żyć, funkcjonować, pracować, a nawet śmiać się. Widzę, że nasz synek też powoli się tego uczy i jest znacznie spokojniejszy, niezależnie od tego na jakim etapie swojego cyklu jest obecnie jego tata. Choć ściska mi się serce, gdy syn po mszy idzie zawsze do Maryi i klęka przed nią, wiem, że wtedy się modli o tatę, o jego wyzdrowienie i powrót do nas. Bardzo mi wtedy przykro, bo chciałabym z tego jego małego cierpiącego serduszka zabrać cały ten ból, smutek i lęk o tatę, tęskotę za tatą, za pełną rodziną - i jestem wobec tej sytuacji bezsilna. Gdy zbliżają się święta, ta tęsknota na pewno jest większa, zwłaszcza, że u nas Boże Narodzenie obchodziliśmy bardzo rodzinnie, razem, bardzo blisko i radośnie. Zwykle już od połowy grudnia nie pracowaliśmy oboje, i spędzaliśmy czas całą rodziną, na przygotowaniach i tych duchowych i materialnych, a potem na świętowaniu, aż do Święta Świętej Rodziny, które było dla nas ważne, a czasem, gdy praca na to pozwalała nawet dłużej. I gdy mojego męża z nami nie ma, to niezależnie od wszystkiego jest po nim pustka - taka, której nie da się czymś innym zapełnić, bo może ją zapełnić tylko mój mąż - więc można ją tylko po prostu przyjąć i zaakceptować, z nadzieją, że czasem zapełni się chociaż na chwilę, a być może kiedyś tak po prostu się zapełni i nie będzie już więcej pusto. Od odejścia męża z domu mijają już ponad dwa lata - i nauczyłam się bez niego funkcjonować, mamy z synkiem coraz więcej dobrych radosnych chwil, ale są takie chwile, gdy niezależnie do tego, po prostu jakoś tak jest, że jakoś tak w powietrzu wisi, że jesteśmy z synkiem opuszczeni i ten brak męża i taty jest. I boli.

Zawsze kochałam wszystkie szczególne Msze, Nabożeństwa i Misteria, ale Roraty wśród nich mają w sobie mnóstwo piękna i wdzięku - jak sama Maryja. Lubię tak iść rano w ciemności z małym światełkiem. Wczoraj prowadził nas piękny księżyc. Jeśli ktoś z was w czasie epidemii oprócz mszy on-line chodzi także czasem do Kościoła, to gorąco zachęcam by wziąć udział chociaż w jednych Roratach.

Caliope
Posty: 626
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Caliope » 02 gru 2020, 12:02

Ruto, Bóg nie patrzy czy ty zostawisz po sobie ugór, bo może ci dać kolejny ogród. On akceptuje nasze wybory ,każdy oddaje i bierze tyle ile jest w stanie udźwignąć. Ja widzę, że już kilka razy dostałam taki ogròd, to są te dobre zmiany w nas, bo nasz Bóg nam ufa i jak popsujemy, możemy znów zacząć. :)

Ruta
Posty: 825
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 02 gru 2020, 23:58

Życie potrafi zaskoczyć. Mój mąż przyszedł dziś na spotkanie z synkiem i był trzeźwy. W takim sensie, że nie był pod bezpośrednim wpływem narkotyków (oczywiście pewności nie mam nigdy, nie był jednak ani agresywny, ani nakręcony), choć nie był to raczej stan trzeźwości takiej, którą się osiąga po dłuższej abstynencji. Ja się wycofałam, mąż całkiem miło spędził czas z dzieckiem, bawili się, mąż sam z siebie zamienił ze mną parę słów całkiem przyjaznych. Pierwszy raz od bardzo dawna mój mąż zaangażował się w zabawę z synkiem - miło było to słyszeć. Obejrzał także nasz wieniec adwentowy (przypomniał, że on robił ładniejsze - to prawda, ale nasz też pochwalił, mam wrażenie, że czasem mąż szuka uznania, potwierdzenia tego, że był dla nas ważny, nie przyjmuje jednak tego, że nadal jest dla nas ważny), obejrzał też naszą zdrapkę adwentową. Czułam, że w jakiś sposób go to porusza, może budzi jakieś miłe wspomnienia z naszej dobrej i tej radosnej przeszłości, ale też wprowadza w mężu jakiś rodzaj zmieszania. Nie wiem tak naprawdę tego co oznaczała jego reakcja - poza tym, że nie było to dla męża neutralne. Wychodząc mąż powiedział, żebyśmy zostali z Bogiem i wyszedł od nas uśmiechnięty, w miłej atmosferze.
Synek od jakiegoś czasu mówi, że jego zdaniem tacie wracają uczucia, że kiedyś może i je miał, ale "tak bardzo głęboko, że się nie wydostawały". Mówi, że od jakiegoś czasu jego zdaniem tata ma wyrzuty sumienia, ale że teraz tych uczuć ma jeszcze więcej. Mały więcej czasu spędza z tatą, prowadzi też z nim korespondencję, jest bystrym obserwatorem, wiele jego obserwacji jest trafnych - więc myślę, że coś w tych jego obserwacjach jest. Ja to widzę jako takie małe ryski, ale takie, które w każdej chwili mogą z powrotem się zasklepić, jeszcze mocniej. Coś jak pierwsze rysy na pękającym lodzie - jeśli przyjdzie mróz, na powrót je zetnie.
Widzę też zmiany w sobie. Nie ma we mnie manipulacji, ani przylgnięcia do męża, uwieszenia na nim, potrzeby kontroli, przekonywania go. Pojawił się we mnie jakiś nowy rodzaj otwartości wobec męża, zarówno na jego tak, jak i na nie. W razie odmowy nie kulę się już z bólu emocjonalnego. Nie ma też we mnie manipulacji - jeśli coś mężowi proponuję, robię to dlatego, że chcę i nie ma w tym drugiego dna. Gdy czegoś nie proponuję, jest podobnie - nie ma w tym drugiego dna, po prostu w danym momencie nie mam ochoty mu niczego proponować. Daję przestrzeń. Moja terapia najwyraźniej przynosi efekty i udaje mi się funkcjonować w relacji z mężem w znacznie zdrowszy sposób i znacznie bardziej otwarcie.
Zauważyłam też jeszcze jedną zmianę, totalną nowość dla mnie, która mnie zaniepokoiła. Przez długie miesiące, a nawet lata zważywszy upyływ czasu, marzyłam o przytuleniu się do męża. Jeszcze całkiem niedawno. Dziś spojrzałam na niego i poczułam, że choć nadal męża kocham i kocham go mocno i mimo wszystkiego co się dzieje i co robi mój mąż, to obecnie nie jestem w stanie się do niego przytulić, nawet gdyby wykonał taki gest. Nie wiem, jak zareagowałabym naprawdę, gdyby mąż gest przytulenia wykonał. Nie wiem jeszcze co to oznacza we mnie. Ale mocno mnie to we mnie zaskoczyło.

Nie mam pojęcia, co można w takiej sytuacji zrobić, a czego nie robić, gdy zdaje się, że coś się zmienia, gdy jest to subtelne, poruszam się po kompletnie nieznanym lądzie. Modlę się. Staram się być delikatna, ostrożna, ale cały czas w zgodzie ze sobą. Trudne, ale nie niemożliwe.

Awatar użytkownika
Nirwanna
Posty: 9360
Rejestracja: 11 gru 2016, 22:54
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Nirwanna » 03 gru 2020, 6:31

Ruto, sądzę że czasem jest tak, że Bóg celowo i świadomie ogranicza nasze potrzeby, aby dać możliwość pogłębienia i utrwalenia naszej postawy wolności względem dawnego bożka. Warto ten nowo odzyskany teren zagospodarować "po Bożemu", być może dla każdego z nas On przygotował tu inny plan zagospodarowania przestrzennego, ale celem jest głęboko i świadomie przeżywana czystość. Mam tu na myśli nie tylko fizyczność, ale też wszystko to co w związku z fizycznością, z ciałem się dzieje w myślach i psychice.
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Caliope, Nino, Szwaczka, Whatever i 13 gości