Wina czy odpowiedzialność - i w jakich proporcjach?

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

SiSi
Posty: 2387
Rejestracja: 06 sie 2018, 9:31
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Wina czy odpowiedzialność - i w jakich proporcjach?

Post autor: SiSi » 27 lis 2019, 19:13

Ruta pisze:
27 lis 2019, 1:37
.
Cudowna nowomowa psychologów. Ksiądz widać też psycholog, studiował może, albo i co gorsza czytał świeckie nauki. Nie widzę emotka, żeby go wstawić, ale tu mrugam... Nie żebym negowała osiągnięcia psychologii, chociaż pozostaję psychosceptyczna. Większość podobnych tez psychologicznych pada, gdy przepuścimy je przez młyny logiki. Jak wprowadzimy kryterium przyzwoitości i moralności - to padają wszystkie.

No to do dzieła. Logika. Małżonek wikła się w romans, bo w małżeństwie czegoś brakuje. Czyli gdyby w małżeństwie niczego nie brakowało, to małżonek nie wikłałby się w romans. Czyli dobre małżeństwo to takie, w którym niczego nie brakuje. Bam, bam, bam... właśnie wali się teza. Pokażcie mi małżeństwo, czy w ogóle jakąkolwiek relację między ludźmi w której niczego nie brakuje...

No to teraz przyzwoitość. Odkrywam, że w moim małżeństwie czegoś brakuje. W sumie nie muszę odkrywać, brak jest ewidentny i ogromny, bo brakuje męża. Biegnę romansować...Paaaaa...Napiszcie mężowi, że jest współwinny...

Moralność. Nie zdradzam, nie łamię danego słowa, nie oszukuję, nie ranię osób, które mnie kochają, nie obwiniam nikogo za swoje złe postępowanie. Panuję nad popędami. Dziękuję.

Jeśli umawiamy się na wierność, to jesteśmy wierni. Jeśli nie jesteśmy wierni, to jesteśmy winni niewierności. Nie sąsiadka, nie trudne dzieciństwo, nie stres w pracy, nie pies za rogiem i nie współmałżonek, ani nie domniemana dziura w małżeństwie. Nie kupujcie takich bzdur, nie biczujcie się i nie bierzcie na siebie winy za czyjeś złe postępowanie.

Jeśli ktoś nadal nie czuje się przekonany, że 100 procent winy, udziału i odpowiedzialności za zdradę ponosi zdradzający proponuję przyjrzeć się wypowiedziom zdradzających o przyczynach: samotność lub nadmierna bliskość, stres lub bezczynność, nuda lub nadmiar wrażeń, żona za gruba albo za chuda, mąż za ciapowaty albo zbyt zdecydowany, brak uwagi lub nadmiar uwagi, zbyt dominujący małżonek lub zbyt uległy. Zdradzający bierze sobie z tego bazarku to, co kupi współmałżonek - doskonale go zna i wie, za co obwinić i jak choć troszkę go w tym wszystkim unurzać.
Myślę, że szczere wypowiedzi zdradzających o motywach byłyby zupełnie inne, niż te podawane na terapiach albo w tzw. szczerych rozmowach. Mroczniejsze i przerażające. Zanim dojdzie do zdrady trzeba przejść niezłą ścieżkę i trening, czasem kręgosłup moralny jest tak silny, że trzeba go sobie złamać - znienawidzić małżonka, odwrócić znaczenie wszystkiego w co się wierzy, porzucić wiarę. Zdrada w małżeństwie to poważny upadek wewnętrzny i moralny.

Gdyby zdradzający spojrzał szczerze w siebie, w pierwszą myśl, która przywiodła go do zdrady i prześledził całą drogę jaką od tej jednej myśli przeszedł, to ruszyłby przed siebie i biegł w panice jak Iwan Bezdomny po Moskwie, ze świecą w jednym ręku i ikoną w drugiej. Wiem co mówię. Dwa razy w ciągu małżeństwa przytrafiło mi się "zakochanie" - dwa razy spokojnie w tym stanie czekałam, przyglądałam się sobie, temu co się we mnie pojawia i żadna z tych rzeczy nie miała nic wspólnego z moim mężem. A potem mijało. Gadałam też parę razy z innymi "zakochanymi' - i z tymi co się zatrzymali i z tymi co nie. Myślę, że najszczersze w tych wyznaniach jest powtarzające się wyznanie, że "pchała mnie jakaś siła". A czasem to jeszcze prostsze - dopuszczasz kogoś do siebie zbyt blisko - z głupoty, z ciekawości, nudy, z ego, gdy ten ktoś taki fajny i miły się interesuje tobą (hoho, nadal jestem atrakcyjny dla młodych kobiet) - i pojawia się zwykła ruja. To silny instynkt, ale on także nie ma nic wspólnego z postępowaniem współmałżonka. Ruja to ruja. Dojrzała osoba z przepracowaną seksualnością potrafi nad nią zapanować, wie co się dzieje i nie myli rui ze znalezieniem miłości życia. Głupi myli - a potem gdy ruja mija, budzi się na niezłych zgliszczach. Są też zdradzający kompulsywnie z nałogu - i znowu małżonek nie ma nic wspólnego z tym, bo to nie małżonek podsuwa pornografię, ulotki agencji czy witryny portali randkowych.

Więc nie, nie i nie. Zdrada nie jest produktem kryzysu czy braków w małżeństwie, tylko osobistego upadku zdradzającego.
Ruta, tak bardzo cieszę się, że to napisałaś.
Naprawdę się cieszę.
Pozdrawiam Cię serdecznie

Jozka
Posty: 66
Rejestracja: 07 wrz 2019, 10:56
Płeć: Kobieta

Re: Wina czy odpowiedzialność - i w jakich proporcjach?

Post autor: Jozka » 27 lis 2019, 19:29

Jakiś czas temu byłam strasznie rozżalona postępowaniem męża, czułam się pokrzywdzony i w zupełności przekonana o jego całkowitej winie w rozpadzie naszego małżeństwa. Byłam w takim stanie że złość przeszkadzała mi w udziale w mszy. I nagle słyszę czytanie z Pisma Świętego. Przypowieść o faryzeuszu i celniku. To były słowa dokładnie do mnie. Rozplakalam się bo Bóg w tym momencie przemówił z całą mocą do mojego serca. Od tamtej pory często gdy jestem zła na męża mówię do siebie "Boże, miej litość dla mnie grzesznika".

tata999
Posty: 1124
Rejestracja: 29 wrz 2018, 13:43
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Mężczyzna

Re: Wina czy odpowiedzialność - i w jakich proporcjach?

Post autor: tata999 » 27 lis 2019, 20:17

Kwiatkowa pisze:
27 lis 2019, 12:02

(...) mam wrażenie po Waszych wypowiedziach, że nie jesteście obiektywni jakbyście nie mogli wyjsc z roli tych pokrzywdzonych.. daje to Wam być może takie poczucie że jesteście kimś lepszym od zdradzaczy..
Jeśli tak to faktycznie „jakieś pocieszenie”
Ja z kolei uważam, że możemy/mogą/mogę wyjść z roli pokrzywdzonych właśnie dzięki temu, że stwierdzam i przyznaję fakt bycia pokrzywdzonym. To pozwala ruszyć dalej oraz uniknąć syndromu sztokholmskiego. Co więcej, jestem świadomy, że jak postąpię tak samo, to wyrządzę taką samą krzywdę bliźniemu. Uważam, że szkodliwe byłoby dać sobie wmówić (lub zbagatelizować), że nie zostało się pokrzywdzonym w sytuacji, gdy faktycznie ktoś czuje się pokrzywdzony czyjąś zdradą.

Na marginesie, zgadzam się, że nie jestem obiektywny i nikt nie jest w pełni obiektywny. Myślę jednakże, że to oczywiste stwierdzenie niewiele wnosi.

Tak chcę być lepszym człowiekiem. Uważam, że jak nie zdradzę, to postąpię lepiej niż ten, kto zdradzi. Nie jest to kwestia zdobycia jakiegoś pocieszenia, tylko budowania własnej tożsamości, bycia sobą, tego kim chcę być. To ważne, więc powtórzę. Nie chodzi o byle "jakieś pocieszenie" - chodzi o dążenie do zbawienia, o bycie kimś dla Boga i dla siebie i dla dzieci i dla rodziców i dla innych ludzi. Gdyby przyznanie, że zostało się pokrzywdzonym miało nie mieć znaczenia, to jaki sens miałoby powstrzymywać się przed popadaniem w nałogi, kłamaniem, oszukiwaniem, zdradzaniem itd.?

Ruta
Posty: 519
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Wina czy odpowiedzialność - i w jakich proporcjach?

Post autor: Ruta » 27 lis 2019, 23:57

Kwiatkowa pisze:
27 lis 2019, 12:02
Ale mimo wszystko mam wrażenie po Waszych wypowiedziach, że nie jesteście obiektywni jakbyście nie mogli wyjsc z roli tych pokrzywdzonych.. daje to Wam być może takie poczucie że jesteście kimś lepszym od zdradzaczy..
Jeśli tak to faktycznie „jakieś pocieszenie”
Obiektywna nie jestem na pewno. Od ponad trzech lat moje małżeństwo jest w ogromnym kryzysie, od ponad roku mój mąż nie tylko ze mną nie mieszka, ale często traktuje mnie źle, źle się do mnie odnosi i okazuje mi wrogość. Chwile, gdy jest neutralny, a tym bardziej tak po ludzku miły, są rzadkie. Z dużym prawdopodobieństwem jest związany z inną kobietą (nadal uważam, że nie muszę tego wiedzieć, ani o tym myśleć - to jego problem, nie mój). Próbuję to sobie wszystko jakoś poukładać, przepracować, nie dać się dalej krzywdzić, wyznaczyć granice - starając się nie ugodzić w nasze małżeństwo i równocześnie wciąż mając nadzieję na to, że do siebie wrócimy, ale też, że nasze małżeństwo będzie lepsze niż było. W centrum takich wydarzeń trudno zachować obiektywizm. Staram się jednak z całych sił dostrzec w tym bałaganie, co tak naprawdę się zdarzyło i co się zdarza, aby moje reakcje w końcu stały się odpowiedzią na to, co naprawdę się dzieje. Czy to jest droga do wyjścia z kryzysu w małżeństwie nie wiem, choć mam taką nadzieję. Na pewno jest to droga do osiągnięcia spokoju i równowagi - być może gdy już je osiągnę, a idzie mi już lepiej, znajdę inne skuteczniejsze drogi. Słaby ratownik to żaden ratownik.

Czy jestem pokrzywdzona? Tak. Mój mąż mnie skrzywdził. Dopóki wypierałam to, że jego postępowanie mnie rani, udawałam przed sobą i światem, że jest w porządku, dotąd kryzys się pogłębiał, a mój stan się pogarszał. Uznanie, że jestem krzywdzona wymagało ode mnie ogromnej pokory, bo ja z tych silnych i niepokonanych. Przyznanie, że mogę zostać zraniona, opuszczona i skrzywdzona było jednym z najtrudniejszych wyzwań duchowych przed jakimi stanęłam.
Czy jestem ofiarą? Już nie. Przyznanie, że jestem zraniona i że dzieje się mi krzywda okazały się dla mnie źródłem ogromnej siły. Bo wcześniej swoją siłę opierałam na kłamstwie, aż wyczerpałam wszystkie swoje zasoby. Udawanie, że nic się nie dzieje to nie siła, udawanie, że krzywdzący nie krzywdzi to nie siła. Zaciskanie zębów, to nie to samo co radzenie sobie z problemami. Gdy przyznałam, że jestem pokrzywdzona, przestałam być ofiarą.

Czy jestem lepsza od mojego męża? Nie jestem. Podobnie jak on niosę ze sobą swoje trudności, problemy, zranienia. Nie byłam idealną żoną, a czasem byłam żoną fatalną - z głupoty, z zaniedbania, z wygody, z egoizmu, z trudności w opanowaniu emocji. Ale bywaliśmy też oboje dobrymi małżonkami - z miłości. I do pewnego czasu oboje stawaliśmy się coraz lepszą żoną i coraz lepszym mężem - aż do dnia, gdy mój mąż uznał, że już nie chce być mężem, ani lepszym, ani gorszym.

Z drugiej strony z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że jestem od mojego męża przyzwoitsza. Trzymam się elementarnych zasad - nie zdradzam, dotrzymuję danego słowa, nie działam przeciwko założonej rodzinie i nie zwalniam się z odpowiedzialności. Gdy popełnię błąd i go sobie uświadomię, mam odwagę się z niego wycofać, przeprosić, ukorzyć się i coś z nim zrobić.
Czy to, że jestem przyzwoitsza mnie pociesza? Nie. Pocieszyłoby mnie, gdyby mój mąż któregoś dnia również postanowił być na powrót przyzwoity. Od jakiegoś czasu stara się być na powrót przyzwoitym ojcem - i tak, to mnie pociesza.

Mam też taką obserwację, że tym mniej przyzwoitym się zazdrości. Ile razy w ostatnim roku słyszałam: no tak on cię zostawił, bawi się, używa pewnie z młodszymi, moja ty biedna, wszystko zostawił na twojej głowie. Jemu dobrze, a ty cierpisz. Nawet z początku to kupowałam i czułam się zła i rozżalona - ja się mierzę sama z odpowiedzialnością za dziecko, a on dobrze się bawi. A to nieprawda. To on cierpi, nie ja. Ja mogę być z naszym dzieckiem na co dzień. Mogę być w zgodzie ze sobą, z Bogiem, z bliskimi. Nie muszę nikogo okłamywać. Nie muszę martwić się, że zarażę się chorobą weneryczną, przywołam na świat dziecko, które na starcie unieszczęśliwię, ani martwić się, że ktoś ze mną będzie chciał mieć dziecko, którego ja nie chcę, nie wciągam nikogo w chorą relację. Nie muszę zapełniać pustki gonieniem za romansem. Nałogi i pogoń za chwilowymi przyjemnościami nie odebrały mi rodziny, rozwoju zawodowego, zdolności do tworzenia bliskich relacji, relacji z Bogiem i wszystkiego tego, co stracił mój mąż. Mogę cieszyć się z dobrego wykonania mojej pracy i moich obowiązków. Lubię moją pracę i z radością wykonuję moje obowiązki - i rodzinne i zawodowe. To dużo większa i trwalsza satysfakcja, niż z upicia się, kupienia sobie nowej rzeczy czy "używania" - cokolwiek się za tym sformułowaniem kryje. Może i jestem skrzywdzona, ale tu i teraz na pewno jestem szczęśliwsza od mojego męża. Bywam samotna i tęsknię, ale on też z pewnością bywa samotny i tęskni. Za to ja rozwijam się, uczę nowych rzeczy, mam parę dobrych i głębokich relacji, żyję wśród trzeźwych osób. To znacznie lepszy sposób korzystania z życia niż "używanie". Nie obciążona walką z nałogiem męża mam czas dbać o swoje potrzeby. Już nie muszę się martwić, że gdy gdzieś pójdę z mężem, to on upije się i straci nad sobą kontrolę. On nadal gdziekolwiek idzie, to wychodzi ze sobą.

A kiedy się bawię, to mogę cieszyć się szczerze i radośnie, bo nic mnie obciąża i nie muszę przed niczym uciekać w zabawę. Zranione uczucia z czasem się goją. Pokręcone życie pozostaje pokręcone. Nie jestem lepsza, ale mam lepiej.

Ruta
Posty: 519
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Wina czy odpowiedzialność - i w jakich proporcjach?

Post autor: Ruta » 28 lis 2019, 0:55

Pustelnik pisze:
27 lis 2019, 16:38
Czyli nie chodzi (nie powinno chodzić !) o : manipulacje, pokazówki, "kazania", naciski itd itp. A o co? Wg mnie o dobry przykład dobrego życia ... .

Stety czy niestety mamy na innych wpływ, nawet nasze grzechy nie są "osobiste" a ... "społeczne".
- mylę się ?
Myślę, że mamy wpływ na innych. I myślę, że wpływałam i nadal wpływam na mojego męża, podobnie jak mogę przynajmniej potencjalnie wpłynąć na każdą inną osobę z którą się w życiu spotykam.

Tylko, że ten wpływ nie polega na tym, że jak zrobię to, to druga osoba zrobi to. A to próbują wmawiać niektórzy terapeuci twierdzący, że za zdradę odpowiadają obie strony: to co robiła jedna osoba, wpłynęło na to co zrobiła druga, ale gdyby postępowała inaczej, to ta druga też by inaczej postąpiła. Dobrzy i kochający choć nieidealni małżonkowie bywają zdradzani, a fatalni małżonkowie miewają wiernych i oddanych małżonków. To nie matematyka - jak zrobię to to i to i będę dobrą żoną, to mój mąż ode mnie nie odejdzie, nie wpadnie w nałogi, będzie kochać Boga i bliskich, a już najbardziej mnie. Zmiennych jest dużo i na większość nie mamy wpływu. A czasem nie bierzemy pod uwagę jaki wpływ możemy wywrzeć.

Któregoś dnia zostałam upomniana za sianie zgorszenia (słusznie). Prowadziłam spotkanie z młodymi osobami. Po spotkaniu wyszłam przed budynek i w drodze na przystanek odpaliłam papierosa. I zostałam upomniana - że część dziewcząt mogła uznać, że jestem jakimś tam wzorem - coś tam osiągnęłam, może spodobało im się część tego co im mówiłam - i że paląc w taki sposób, że mogą to zobaczyć, mam udział w tym, że zaczną palić, albo utwierdzą się w tym, że palenie jest okej. Zrobiło mi się głupio, nie myślałam tak ani o sobie, ani o paleniu. Od tamtej pory palę (niestety nadal) po kątach.

Z drugiej strony, wkurzają mnie twierdzenia, że jak małżonek odszedł, to już nie mamy prawa na niego wpływać i trzeba zaniechać wszelkich prób, bo nie mamy wpływu. Hola, hola. Niby więc mamy moc by przywodzić małżonków do zdrady, ale nie mamy żadnej mocy, by sprawić żeby się nad tą zdradą zastanowili? Nie zgadzam się z tym i dlatego, że to mi nie pasuje i jeszcze bardziej dlatego, że jest to twierdzenie wewnętrznie sprzeczne.

Czasem osoby z którymi zetknął mnie przypadek i z którymi spędziłam niewiele czasu wpłynęły na mnie bardziej niż osoby, które mam na stałe wokół siebie. Myślę więc, że nie za bardzo ten wpływ możemy kontrolować, więc chyba najlepiej rzeczywiście po prostu żyć dobrze, wtedy przynajmniej nikogo nie zgorszymy (lubię to słowo, choć jest przestarzałe i ma raczej słabą prasę - i w sumie jest o tym o czym piszesz - że nasze grzechy są społeczne). Czasem osoby z mojego otoczenia, które nie wpływały na mnie jakoś szczególnie, robiły lub mówiły coś co głęboko mnie poruszało i zmieniało coś we mnie, albo sposób w jaki coś widziałam. To że taki wpływ jest możliwy daje nadzieję, że kiedyś poruszymy coś w małżonku, tak aby natchnąć go/ją do zmiany, refleksji, kroku w dobrym kierunku.

Moim poważnym problemem w małżeństwie było to, że nie tylko chciałam mieć wpływ na męża, ale jeszcze bardziej chciałam męża kontrolować. Oczywiście w słusznej sprawie i w dość wąskim zakresie - żeby porzucił nałogi. On przez nie cierpiał, ja cierpiałam, dziecko cierpiało. Chciałam kontrolować z lęku, z rozpaczy, z miłości. Z niewiedzy. Zapętliliśmy się w tym oboje, on zafiksowany na nałogowych zachowaniach i unikaniu kontroli, ja na nałogowych zachowaniach i sprawowaniu kontroli.

Ale kryzys nastąpił dopiero, gdy ja od kontroli odstąpiłam. Mogę się mylić, ale teraz myślę, że mąż poczuł się niekochany. Im mniej kontrolowałam, tym on bardziej czuł się niekochany i tym bardziej próbował mnie zranić. Kolejna pętla. Dlatego wciąż uważam, że mąż podjął dobrą, odważną i męską decyzję odchodząc. Błąd popełnił tylko uznając, że najlepiej odejść na dobre. Przykro mi, że kosztowało go to jego wiarę. I wciąż mam nadzieję, że coś się w nim poruszy.

Wiedźmin

Re: Wina czy odpowiedzialność - i w jakich proporcjach?

Post autor: Wiedźmin » 28 lis 2019, 0:56

Przeczytałem z zaciekawieniem ten wydzielony wątek... :)
Ruta pisze:
27 lis 2019, 1:37
[...]
Więc nie, nie i nie. Zdrada nie jest produktem kryzysu czy braków w małżeństwie, tylko osobistego upadku zdradzającego.
Ale komu to pomoże, jak tak ten UPADEK zdradzaczowi pokażesz i nazwiesz?
Jak go tak tu określisz mocno - "zdrada jako osobisty upadek zdradzacza" - ok? Ale co dalej?

To ma na celu komuś pomóc? Wzmocnić?

Poza tym ciągi przyczynowo-skutkowe są bardzo różne... bo i ludzie są różni.
Pewnie nie bez przyczyny powstało powiedzenie "okazja czyni złodzieja".

Czasem najlepszy złodziej jak nie będzie mieć okazji, to niczego nie ukradnie... i odwrotnie.

Podobnie, nawet największy zdradzacz na świecie ;) ... jak nie będzie mieć okazji (bo np. w końcu wyląduje na bezludnej wyspie) - to nie zdradzi, bo owej okazji nie będzie.

I oczywiście, żadna to wina czy zasługa OKAZJI... na podjęte przez złodzieja działania - czy na podjęte przez zdradzacza działania - ale niewątpliwie - okazja ma WPŁYW. Oczywiście można próbować wypierać wpływ otoczenia / środowiska. Jednak ten wpływ w zdecydowanej większości przypadków jest. Ja np. lubię morsować - i choćbym nie wiem jak skupiał się i mocno siłą woli próbował wyprzeć fakt, że stoję w lodowatej wodzie - to ta woda MA NA MNIE WPŁYW. I jak postoję dłużej niż kilkanaście minut, kończy się to drgawkami... a jak jeszcze dłużej, to pewnie całkowitym wyziębieniem i śmiercią. Oczywiście, można próbować to końca sobie wmawiać, że środowisko zewnętrzne (czynniki zewnętrzne) nie mają wpływu - i sobie w tej wodzie spokojnie umrzeć, wraz ze swoją racją, ale faktów to nie zmieni, że czynniki zewnętrzne mają wpływ.

Więc tak tak i tak ;)

Małżeństwa są bardzo różne - relacje budowane w bardzo różny sposób - jednak w zdecydowanej większości, małżonkowie na siebie oddziaływują - mają na siebie wpływ - zwykle - dosyć silny.

Żeby nieco przerysować i poddać pod rozwagę.

Jest małżeństwo bezdzietne. On duży silny, ona mała drobna.
Mąż nie pracuje, pije... i leży w domu na kanapie przed telewizorem.
Żona wraca z zakupami, po ciężkim dniu pracy... próbuje coś ugotować, ale mąż - bije ją z liścia w twarz... tak... nie za mocno.
Drugiego dnia, żona wraca - i znów - z liścia w twarz... tak też, bez śladów większych.
Żona już nie próbuje nawet rozmów, bo jak próbowała, to one zawsze kończyły się podwójnym liściem w twarz.
I tak przez okrągły rok.

W końcu żona się poddaje, odchodzi od męża.

Czy równie łatwo przyszłoby Ci Ruto napisanie podobnej jak powyżej sentencji, czyli:

"Więc nie, nie i nie. Odejście z małżeństwa nie jest produktem kryzysu czy braków w małżeństwie, tylko osobistego upadku odchodzącej".

I oczywiście, że celowo wybrałem wersję... z odejściem z małżeństwa zamiast zdrady - bo nie jest moim zamiarem porównywanie zdrady do opuszczenia małżeństwa - chodzi mi o pokazanie, że mamy potężny wpływ na środowisko w którym przebywamy (podobnie, jak środowisko ma na nas)

jacek-sychar
Posty: 6482
Rejestracja: 04 sty 2017, 17:55
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Mężczyzna

Re: Wina czy odpowiedzialność - i w jakich proporcjach?

Post autor: jacek-sychar » 28 lis 2019, 9:19

Wiedźmin pisze:
28 lis 2019, 0:56
W końcu żona się poddaje, odchodzi od męża.
No i tutaj pojawia się pytanie, czy odchodzi w separację, czy do innego.

tata999
Posty: 1124
Rejestracja: 29 wrz 2018, 13:43
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Mężczyzna

Re: Wina czy odpowiedzialność - i w jakich proporcjach?

Post autor: tata999 » 28 lis 2019, 9:19

Wiedźmin pisze:
28 lis 2019, 0:56
Przeczytałem z zaciekawieniem ten wydzielony wątek... :)
Ruta pisze:
27 lis 2019, 1:37
[...]
Więc nie, nie i nie. Zdrada nie jest produktem kryzysu czy braków w małżeństwie, tylko osobistego upadku zdradzającego.
Ale komu to pomoże, jak tak ten UPADEK zdradzaczowi pokażesz i nazwiesz?
Jak go tak tu określisz mocno - "zdrada jako osobisty upadek zdradzacza" - ok? Ale co dalej?

Dalej przestań się zadręczać nieswoją zdradą. Przejdź do myślenia o czym innym, np. innych aspektach kryzysu, o relacji z Bogiem, o hobby.
Wiedźmin pisze:
28 lis 2019, 0:56
To ma na celu komuś pomóc? Wzmocnić?
Tak. Pokrzywdzonemu, który zaczyna widzieć świat, jakim jest, a w konsekwencji otwiera sobie drogę do wzrostu.
Wiedźmin pisze:
28 lis 2019, 0:56
Poza tym ciągi przyczynowo-skutkowe są bardzo różne... bo i ludzie są różni.
Pewnie nie bez przyczyny powstało powiedzenie "okazja czyni złodzieja".
Czy w związku z tym chcesz być złodziejem?

Dalsza reszta wywodu wydaje mi się odbiegać od tematu.

Małgorzata Małgosia
Posty: 297
Rejestracja: 05 wrz 2019, 14:31
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Wina czy odpowiedzialność - i w jakich proporcjach?

Post autor: Małgorzata Małgosia » 28 lis 2019, 9:37

Ruta pisze:
27 lis 2019, 23:57

Staram się jednak z całych sił dostrzec w tym bałaganie, co tak naprawdę się zdarzyło i co się zdarza, aby moje reakcje w końcu stały się odpowiedzią na to, co naprawdę się dzieje.

Czy jestem pokrzywdzona? Tak. Mój mąż mnie skrzywdził. Dopóki wypierałam to, że jego postępowanie mnie rani, udawałam przed sobą i światem, że jest w porządku, dotąd kryzys się pogłębiał, a mój stan się pogarszał. Uznanie, że jestem krzywdzona wymagało ode mnie ogromnej pokory, bo ja z tych silnych i niepokonanych. Przyznanie, że mogę zostać zraniona, opuszczona i skrzywdzona było jednym z najtrudniejszych wyzwań duchowych przed jakimi stanęłam.
Czy jestem ofiarą? Już nie. Przyznanie, że jestem zraniona i że dzieje się mi krzywda okazały się dla mnie źródłem ogromnej siły. Bo wcześniej swoją siłę opierałam na kłamstwie, aż wyczerpałam wszystkie swoje zasoby. Udawanie, że nic się nie dzieje to nie siła, udawanie, że krzywdzący nie krzywdzi to nie siła. Zaciskanie zębów, to nie to samo co radzenie sobie z problemami. Gdy przyznałam, że jestem pokrzywdzona, przestałam być ofiarą.

Czy jestem lepsza od mojego męża? Nie jestem. Podobnie jak on niosę ze sobą swoje trudności, problemy, zranienia.

Z drugiej strony z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że jestem od mojego męża przyzwoitsza. Trzymam się elementarnych zasad - nie zdradzam, dotrzymuję danego słowa, nie działam przeciwko założonej rodzinie i nie zwalniam się z odpowiedzialności. Gdy popełnię błąd i go sobie uświadomię, mam odwagę się z niego wycofać, przeprosić, ukorzyć się i coś z nim zrobić.
Ruto, po raz kolejny pomogłaś mi zobaczyć coś bardzo ważnego. Przyznanie się, że jestem krzywdzona - o to chodzi.
Dziękuję!

Znowu podpisuję się pod każdym Twoim słowem. Oprócz tego, że mój mąż nie ma widocznego nałogu (ale kto wie co tam w nim siedzi) i nie mamy dzieci, to co piszesz, do jakich wniosków dochodzisz, jak wyglądało Twoje życie, jest tak jakbyś weszła do mojej głowy i mojego serca, jakbyś była żoną mojego męża :)
Ostatnio zmieniony 28 lis 2019, 10:08 przez Lawendowa, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód: Poprawiono cytowanie
"Ty zaś powróć do Boga swojego - strzeż pilnie miłości i prawa i ufaj twojemu Bogu!" (Oz 12, 7).
Jezu ufam Tobie.

Lawendowa
Posty: 3708
Rejestracja: 30 sty 2017, 17:44
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Wina czy odpowiedzialność - i w jakich proporcjach?

Post autor: Lawendowa » 28 lis 2019, 10:12

jacek-sychar pisze:
28 lis 2019, 9:19
Wiedźmin pisze:
28 lis 2019, 0:56
W końcu żona się poddaje, odchodzi od męża.
No i tutaj pojawia się pytanie, czy odchodzi w separację, czy do innego.
Zgadzam się Jacku z Tobą, to jest sedno - odchodzi od krzywdziciela, czy do kowalskiego/kowalskiej.
"Ty tylko mnie poprowadź, Tobie powierzam mą drogę..."

Wiedźmin

Re: Wina czy odpowiedzialność - i w jakich proporcjach?

Post autor: Wiedźmin » 28 lis 2019, 10:59

Lawendowa pisze:
28 lis 2019, 10:12
jacek-sychar pisze:
28 lis 2019, 9:19
Wiedźmin pisze:
28 lis 2019, 0:56
W końcu żona się poddaje, odchodzi od męża.
No i tutaj pojawia się pytanie, czy odchodzi w separację, czy do innego.
Zgadzam się Jacku z Tobą, to jest sedno - odchodzi od krzywdziciela, czy do kowalskiego/kowalskiej.
Ale mi nie chodzi o rozróżnienie, czy ktoś:

- odejdzie i wróci do mamusi
- odejdzie i rzuci się z mostu
- odejdzie do innego / innej

... bo wówczas - cały czas skupiam się na skutku i efekcie końcowym... niedostrzegając własnego wpływu.
Tylko chodzi mi o to, czemu owej odchodzącej żonie w ogóle taki pomysł odejścia zaświtał w głowie.

Chodzi o to, aby dostrzec, że jednak miało się wpływ.
I nie chodzi mi tu, aby się samobiczować - bo ten etap pewnie większość z nas przerabiała (a ja na pewno).

Oczywiście fajnie, jeśli tak jak pisze tata999 czy Ruta... -ok - jeśli "pokrzywdzonemu" pomoże jakikolwiek sposób to, że postępowanie swego kata nazwie upadkiem osobistym - w porządku.

JolantaElżbieta
Posty: 591
Rejestracja: 14 wrz 2017, 8:03
Płeć: Kobieta

Re: Wina czy odpowiedzialność - i w jakich proporcjach?

Post autor: JolantaElżbieta » 28 lis 2019, 11:21

Lawendowa pisze:
28 lis 2019, 10:12
jacek-sychar pisze:
28 lis 2019, 9:19
Wiedźmin pisze:
28 lis 2019, 0:56
W końcu żona się poddaje, odchodzi od męża.
No i tutaj pojawia się pytanie, czy odchodzi w separację, czy do innego.
Zgadzam się Jacku z Tobą, to jest sedno - odchodzi od krzywdziciela, czy do kowalskiego/kowalskiej.
Ja ostatnio analizowałam czym mogłam skrzywdzić mojego męza i mój wniosek jest taki, że on czuł i czuje się skrzywdzony, bo ciężarem dla niego była rodzina - dlatego w swoim mniemaniu odszedł od krzywdziciela, ale to on nas krzywdził - literalnie. Bo odczucie skrzywdzenia, a bycie krzywdzonym naprawdę to dwie różne rzeczy. Można być krzywdzonym i nie odczuwać tego jako krzywdy - a można jedynie czuć się krzywdzonym, zależy od tego co w człowieku siedzi w środku - w obydwu wypadkach coś jest nie tak.

Jonasz
Posty: 1542
Rejestracja: 30 sty 2017, 10:01
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Mężczyzna

Re: Wina czy odpowiedzialność - i w jakich proporcjach?

Post autor: Jonasz » 28 lis 2019, 11:40

Wiedźmin pisze:
28 lis 2019, 10:59
Tylko chodzi mi o to, czemu owej odchodzącej żonie w ogóle taki pomysł odejścia zaświtał w głowie.
Wiedźminie myślę że warto zapytać taką żonę czy męża a najlepiej nie główkować i myśleć za nią .
Podejrzewam, ze tak jak pisałeś na sytuację kryzysową jest wiele rozwiązań.
Myślę, ze wybór zależy od jakiegoś stopnia dojrzałości człowieka, umiejętności bycia asertywnym, ochrony własnych granic.

Od pewnego czasu uwagę moją przykuł tekst z Ewangeli Św.Marka:

"Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota"

I przyznaję że ostatnie czyli głupota jawi mi się jako przyczyna pozostałych.
Głupota w sensie albo ja zaniedbałem w ogóle jakikolwiek samorozwój i stawanie się mądrym, albo też szukałem tam gdzie nie trzeba lub u kogoś kto po prostu sam jest głupi.

Być może jest tak że to co mamy w sercu, wewnątrz siebie tak naprawdę decyduje jak reagujemy (czyli jakie wybieramy rozwiązanie) i gdzie się chronimy bądź uciekamy.
Wymienione w cytacie drogi prowadzą do szkody przede wszystkim na samym sobie.
Naszej miłości zawsze czegoś brakuje. Nasza miłość ma swoje granice. Nasza miłość zależy od odpowiedzi, którą otrzymujemy od innych. My nie możemy w pełni uszczęśliwić drugiego człowieka. Tylko Bóg może wszystko.

tata999
Posty: 1124
Rejestracja: 29 wrz 2018, 13:43
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Mężczyzna

Re: Wina czy odpowiedzialność - i w jakich proporcjach?

Post autor: tata999 » 28 lis 2019, 11:53

Wiedźmin pisze:
28 lis 2019, 10:59

Tylko chodzi mi o to, czemu owej odchodzącej żonie w ogóle taki pomysł odejścia zaświtał w głowie.
A kto to może wiedzieć? Pewnie ona sama nie wie. Może się dowie, jak przepracuje swoje, odrzuci popaprania i może poprosi o wybaczenie.

Wiedźmin

Re: Wina czy odpowiedzialność - i w jakich proporcjach?

Post autor: Wiedźmin » 28 lis 2019, 12:04

tata999 pisze:
28 lis 2019, 11:53
Wiedźmin pisze:
28 lis 2019, 10:59

Tylko chodzi mi o to, czemu owej odchodzącej żonie w ogóle taki pomysł odejścia zaświtał w głowie.
A kto to może wiedzieć? Pewnie ona sama nie wie. Może się dowie, jak przepracuje swoje, odrzuci popaprania i może poprosi o wybaczenie.
tata999, OK :) :D - fajne wyparcie :D

Ale mi chodziło o tę moją konkretną krótką historię przedstawioną powyżej... i tak sobie gdybam oczywiście, ale myślę, że ów codzienny liść od męża mógł mieć jakiś wpływ... ale może masz rację, że jakby wróciła po odrzuceniu swoich popaprań i poprosiła o wybaczenie - to może by "żyli długo i szczęśliwie" :D

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 15 gości