Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Caliope
Posty: 477
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Caliope » 24 wrz 2020, 9:31

Taj sobie dzisiaj myślę o co tak naprawdę chodzi w małżeństwie. Nie chodzi o sprzątanie, pranie, gotowanie, zajmowanie dzieckiem, o moją chorobę, ogólnie o mnie. Nie wiem o co, nie rozumiem, chyba że egoizm jest przyczyną, że mąż myśli tylko o sobie i nie chce dać nikomu nic od siebie. Nawet jeśli czasem wysyła jakieś sygnały, ja boję się zbliżać, a o nas to chyba nigdy nie porozmawiam. Nie jestem nawet gotowa na ten krok, mąż nie chce ze mną spędzać czasu, a tak niewiele brakuje.

Nino
Posty: 433
Rejestracja: 14 gru 2019, 18:26
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Nino » 24 wrz 2020, 15:26

Caliope, ze mną mąż też nie chce spędzać czasu, a tak niewiele brakuje...
Cały swój czas składa na ołtarzu bożka, któremu od lat bije głębokie hołdy: praca zawodowa.
Co do sygnałów....Dokładnie o 15.00, otrzymałam od męża...mmsa typu selfie!! Serce mi stanęło. Jego twarz (którą tak kocham...), a na niej nawet bardzo, bardzo lekki uśmiech... Po sekundzie przyszła wiadomość, że właśnie sprawdza swoje ciemne okulary, ale nie czuje się w nich dobrze... Faktycznie, miał je na nosie. I co to jest??? Sygnał?
Skończyło się krótką wymianą zdań, którą zresztą on zakończył.
Kompletnie nie wiem, jak reagować na tego człowieka.

Paprotka
Posty: 129
Rejestracja: 02 lip 2020, 12:15
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Paprotka » 27 wrz 2020, 20:51

Nino pisze:
24 wrz 2020, 15:26
Caliope, ze mną mąż też nie chce spędzać czasu, a tak niewiele brakuje...
Cały swój czas składa na ołtarzu bożka, któremu od lat bije głębokie hołdy: praca zawodowa.
Co do sygnałów....Dokładnie o 15.00, otrzymałam od męża...mmsa typu selfie!! Serce mi stanęło. Jego twarz (którą tak kocham...), a na niej nawet bardzo, bardzo lekki uśmiech... Po sekundzie przyszła wiadomość, że właśnie sprawdza swoje ciemne okulary, ale nie czuje się w nich dobrze... Faktycznie, miał je na nosie. I co to jest??? Sygnał?
Skończyło się krótką wymianą zdań, którą zresztą on zakończył.
Kompletnie nie wiem, jak reagować na tego człowieka.
Dziwne to faktycznie. Aczkolwiek nie doszukiwalabym się w tym pozytywów.

Caliope ja tez się wielokrotnie zastanawiałam o co chodzi w małżeństwie. Myśle ,ze trzeba mieć wiele szczęście ,bo często ślub jest zawierany w bardzo młodym wieku. Brakuje miłości, przyjaźni, wspólnych zainteresowań. Niektórzy uważają ,ze tak wypada. Kobiety oczekują pewnych kroków nawet jak same widza ,ze jest coś nie tak albo ,ze mężczyzna np dużo pije. Temat rzeka ;)

Ruta
Posty: 672
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Ruta » 28 wrz 2020, 0:42

A ja sobie myślę, że w katolickim małżeństwie chodzi o wypełnianie przysięgi małżeńskiej ;) To wystarczy, by było dobrze. Myślę też, że trzeba uważać, by nie wpaść w myślenie świeckie i świeckie oczekiwania - wszystkie te motylki, skowronki, świeczki, takie czy inne satysfakcje, czy co tam jeszcze. Nie chodzi o to, żeby tego sobie odmawiać i do tego nie dążyć. Ja to widzę tak, że jeśli trzymamy się przysięgi, to są i motylki i skowronki i satysfakcje i wszystko inne też. To efekty wypełniania przysięgi. Im sumienniej wypełniam przysięgę, tym więcej szczęścia w moim małżeństwie. To działało i potrafiliśmy (zanim nastąpił ogromny kryzys, cięzkie dragi i kowalskie) stać się w sobie nieprzytomnie zakochani nawet i w ósmym i w dziewiątym roku małżeństwa. Świeccy mają na takie radości trzy lata, a pięć to już jako maks. Potem "chemia wygasa". W zasadzie nawet po odejściu męża, gdy tylko na krótką chwilę oboje się jakoś wewnętrznie w tej samej chwili nawet lekko ku przysiędze skłoniliśmy - to znów zaczynało działać. Moc sakramentu jest niesamowita.

Gdy mój mąż odszedł i byłam rozbita i pogubiona, wiedziałam tylko czego nie chcę - a nie chciałam łamać mojej przysięgi. Teraz wiem znacznie więcej, wiem czego chcę - chcę wypełniać moją przysięgę. Wiem, to głupie, ale gdy stopniowo do takiej postawy wracałam, na powrót przybywało we mnie radości i tej radości jest we mnie coraz więcej.
O ile jednak wypełnianie przysięgi w małżeństwie w którym małżonek także ma chęć ją wypełniać jest i tak trudne i wiąże się z wieloma dylematami - o tyle gdy małżonek na razie sobie poszedł, poziom trudu wzrasta.
Na początek deklaracje - czy chcę wtrwać. Chcę. Czy chcę z miłością i po katolicku wychować potomstwo. Chcę. Tu jest z górki - kwestia woli, tego co w sercu i co w rozumie. A potem ślubowanie.
Wierność jest chyba najprostsza od strony teoretycznej, nie ma żadnych dylematów, wiadomo o co chodzi, choć z praktyką z różnych powodów bywa trudniej. Miłość jest chyba najbardziej skomplikowana od strony teoretycznej, a najprostsza od strony praktycznej. No i uczciwość - chyba najtrudniejsza w obu tych wymiarach. Co oznacza uczciwość wobec małżonka, który odszedł i na razie nie chce wypełniać przysięgi? Tu mam najwięcej dylematów, niepewności.

Caliope
Posty: 477
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Caliope » 28 wrz 2020, 8:37

Paprotko, wiek nie ma znaczenia, doświadczenie jednej że stron też nie. Ja wyszłam za mąż po raz drugi po 30tce , miałam już spory ogląd, ale mój mąż nie. Największy wpływ na całe życie ma rodzina pierwotna, jakie były relację między rodzicami, dziadkami, takie wzorce dostajemy. Ja dostałam przede wszystkim takie że nie ma mężczyzny, męża, trzeba radzić sobie samemu. Nigdy za bardzo nie oczekiwałam, dawałam za to od siebie bardzo dużo, co zaowocowało kopem w twarz. Teraz wyszłam na prostą i liczy się to czego ja chcę i potrzebuję, ale pomijam w tym męża, bo jego to nie obchodzi. A ja na siłę nie zamierzam mówić mu co czuję i oczekiwać od niego tego co powinnam, prosić o pomoc.
Ja wypełniam sakrament, nawet go sobie odświerzylam w zeszły piątek na ślubie w rodzinie. Przede wszystkim myślałam o tym co będzie u młodych za kilka lat ,czy oni popelnią tyle błędów, czy też będzie pełno kryzysów.

Caliope
Posty: 477
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Caliope » 29 wrz 2020, 8:31

Właśnie mąż zrezygnował z psychologa, będzie znów wyżywaó się na mnie i synu, bo nie radzi sobie z emocjami. Ja będę musiała to stosować, ale ile wytrzymam to nie wiem. Może separacją będzie najlepszym rozwiązaniem, bo z takim człowiekiem nie da się funkcjonować. Czuję się po raz kolejny oszukana, będę znów żyć w napięciu, chyba już nie chcę dawać rady stawiać temu czoła. Jestem na totalnej granicy, chcę zadbać tylko i siebie i syna i teraz będzie tylko gorzej, a myślałam że to jest dobra droga

Paprotka
Posty: 129
Rejestracja: 02 lip 2020, 12:15
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Paprotka » 29 wrz 2020, 9:05

Ruto skąd ten pomysł ,ze związki świeckie tak wygladaja ? No nie jest tak.
Caliope młodzi ludzie często nie wiedza co chcą tolerować a co nie. Co nie oznacza ,ze 30 latek to wie. Ludzie nie zawsze biorą tez ślub z miłości myląc zauroczenie lub odpowiedzialność.

Paprotka
Posty: 129
Rejestracja: 02 lip 2020, 12:15
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Paprotka » 29 wrz 2020, 11:16

Caliope pisze:
29 wrz 2020, 8:31
Właśnie mąż zrezygnował z psychologa, będzie znów wyżywaó się na mnie i synu, bo nie radzi sobie z emocjami. Ja będę musiała to stosować, ale ile wytrzymam to nie wiem. Może separacją będzie najlepszym rozwiązaniem, bo z takim człowiekiem nie da się funkcjonować. Czuję się po raz kolejny oszukana, będę znów żyć w napięciu, chyba już nie chcę dawać rady stawiać temu czoła. Jestem na totalnej granicy, chcę zadbać tylko i siebie i syna i teraz będzie tylko gorzej, a myślałam że to jest dobra droga
Caliope Separacja jest wyjściem. Zadawałas pytania o małżeństwo ,czy o to dlaczego mąż wziął ślub. Odpowiedz wprost bywa bardzo prozaiczna. Zaburzone osoby myślą i funkcjonują inaczej niż ktoś kto mieści się w normie. Nie widzi problemu w swoim zachowaniu. Jeśli nie miałaś wcześniej z taki osobami cokolwiek wspólnego to mogłaś zostać „oszukana”. Wiele osób nie może z takich związków uciec niezależnie od tego ,czy to związek sakramentalny ,czy nie.

Bławatek
Posty: 257
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Bławatek » 29 wrz 2020, 11:40

Caliope nie trać nadziei, tyle ostatnio przeszłaś, dawałaś radę w trudnych momentach więc teraz też dasz radę. Wspominałaś, że mąż ma dużo egoizmu w swoim działaniu, więc może ty teraz też w swoje działanie włącz zdrowy egoizm, który będzie cię i syna chronił. Mąż będzie miał zły dzień i się w domu wyżywał to odseparuj się na kilka godzin od niego w innym pokoju z dzieckiem i zajmij się wspólną zabawą ( choć wiem z doświadczenia, że emocje będą w tobie buzować). Albo wyjdź na spacer dotlenisz się i miło z synem możesz czas wykorzystać. W którejś konferencji która ostatnio słuchałam usłyszałam, że o ile świadomie nie działamy krzywdząc innych to warto trochę egoizmu we własne życie wdrożyć. Tu też się kłania stawianie granic (których ja się ciągle uczę w stosunku do męża ale też innych ludzi) - staraj się powiedzieć mężowi, że takie jego słowa czy zachowanie cię ranią i się na to nie zgadzasz.

Nie da się zadowolić wszystkich - ale siebie możesz próbować. Mi terapeutka mówiła, że jak mam dość to mam prawo odpuścić i zająć się w danym momencie czymś czego potrzebuję i co przyczyni się do mojego dobrego samopoczucia i rozwoju.

Mi jest może łatwiej bo mój egoistyczny mąż się wyprowadził i mam więcej spokoju w domu, ale niestety teraz więcej widzę u syna zachowań takich jak u jego ojca i jestem przerażona, że od jednej osoby "się uwolniłam" a druga czyli teraz syn mnie testuje na ile może sobie pozwolić, ile dla niego zrobię, podporządkuję się mu. Teraz muszę niektóre zachowania syna z niego wyplenić.

Bławatek
Posty: 257
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Bławatek » 29 wrz 2020, 13:15

Caliope dopiszę jeszcze parę słów

Już Ci chyba kiedyś wspominałam, że nasze historie są w wielu miejscach podobne. Ty podobnie jak ja mimo tego zranienia przez męża ciągle go kochasz i chcesz zrozumieć dlaczego on taki jest, dlaczego tak Cię rani. Tak jak ja. Cokolwiek czytam, słucham to analizuję pod kątem mnie, męża i naszego małżeństwa.

Paprotka napisała Ci, że zaburzone osoby inaczej postrzegają wiele spraw, a my nie mamy na to wpływu. Ja u mojego męża widzę zarówno egoistyczne podejście, osobowość Piotrusia Pana, manipulacje i wiele innych. Ja też nie jestem bez wad i negatywnych cech charakteru czy zachowań. Tylko, że ja to widzę i nad tym pracuję a mój mąż nigdy nie miał takiej potrzeby.

Wiem jak boli serce gdy sobie uświadamiam, że ktoś na kogo tyle czekałam, ktoś kogo świadomie na męża wybrałam i z kim miałam spędzić szczęśliwą starość, wszystko zniszczył/odrzucił/nie chce naprawiać. Ale nie chcę niszczyć siebie, chcę żyć - bo mam dla kogo: dla siebie, dla syna, być może kiedyś dla męża (jeżeli zawróci z drogi którą obrał, a której ja nie akceptuję). I choć pewnie nieraz popłaczę w domu lub na forum to wiem, że z Bogiem czeka mnie lepsze jutro (niekoniecznie takie o którym ja marzę czy snuję swoje plany).

Caliope
Posty: 477
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Caliope » 29 wrz 2020, 13:32

Paprotka pisze:
29 wrz 2020, 9:05
Ruto skąd ten pomysł ,ze związki świeckie tak wygladaja ? No nie jest tak.
Caliope młodzi ludzie często nie wiedza co chcą tolerować a co nie. Co nie oznacza ,ze 30 latek to wie. Ludzie nie zawsze biorą tez ślub z miłości myląc zauroczenie lub odpowiedzialność.
Ja byłam po terapii, więc wiedziałam czego chcę, wtedy, ale wzorców nie miałam dobrych. Teraz jestem na kompletnie innym etapie życia,bazuję na sobie, swoim rozwoju, ale dalej nie jestem gotowa na mówienie co czuję i czego chcę, tylko czasem się odblokowywuję przez sms. Właśnie wdrażam zdrowy egoizm, jak przed ślubem, ale jest ciężko kiedy 8 lat było się tylko dla innych. Czasem nie wiem co mam ze sobą zrobić, bo brakuje mi czułości, bliskości, spaceru z mężem a jestem sama.

Ruta
Posty: 672
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Ruta » 29 wrz 2020, 19:56

Caliope pisze:
29 wrz 2020, 13:32
Paprotka pisze:
29 wrz 2020, 9:05
Ruto skąd ten pomysł ,ze związki świeckie tak wygladaja ? No nie jest tak.
Caliope młodzi ludzie często nie wiedza co chcą tolerować a co nie. Co nie oznacza ,ze 30 latek to wie. Ludzie nie zawsze biorą tez ślub z miłości myląc zauroczenie lub odpowiedzialność.
Ja byłam po terapii, więc wiedziałam czego chcę, wtedy, ale wzorców nie miałam dobrych. Teraz jestem na kompletnie innym etapie życia,bazuję na sobie, swoim rozwoju, ale dalej nie jestem gotowa na mówienie co czuję i czego chcę, tylko czasem się odblokowywuję przez sms. Właśnie wdrażam zdrowy egoizm, jak przed ślubem, ale jest ciężko kiedy 8 lat było się tylko dla innych. Czasem nie wiem co mam ze sobą zrobić, bo brakuje mi czułości, bliskości, spaceru z mężem a jestem sama.
Caliope, ja też wiedziałam czego chcę, i podobnie jak ty zawarłam małżeństwo w okolicach 30. Bliskie jest mi to co napisałaś, o braku dobrych wzorców, o tym, że mężczyzny nie ma i trzeba sobie radzić samemu. Podobnie jak ty, nie oczekiwałam od męża zbyt wiele, za to od siebie dawałam zbyt dużo. Już samo to było u zarania mojego małżeństwa przepisem na kryzys. Gdy do tego dołożyć problemy mojego męża i inne problemy - to był przepis na katastrofę. Więc w moim przypadku cała wiedza czego chcę, nie miała szansy przełożyć się na dojrzałą małżeńską miłość. Myślę, że z moim mężem było podobnie. Mąż nie dał rady, na razie odpadł. Ja jestem, czekam, trzymam się Boga... ale mam gorsze dni i takie zupełnie fatalne, gdy myślę sobie, a raczej sobie krzyczę - no ja już nie dam rady - ale nie mówię "Boże pomóż"... Zwykle jest tak wtedy, gdy się zacinam i walczę "po swojemu", albo znów wpadam w to o czym piszesz..."trzeba sobie radzić"... Pokora nadal nie jest moją mocną stroną...

To o czym piszesz, ten stan w którym nie wiesz co ze sobą zrobić, gdy pojawia się brak i poczucie osamotnienia, też jest mi dobrze znany. Nie tylko z czasu gdy mąż się wyprowadził, ale także z tych gorszych okresów, gdy jeszcze żyliśmy razem. Kiedyś starałam się od razu taki stan "zapchać". Czasem mądrzej, czasem bardzo głupio: aktywnością, zaangażowaniem w różne sprawy, przez jakiś czas alkoholem. Na różnych konferencjach, które oglądałam i w różnych mądrych książkach pojawiał się opis takiego stanu poprzez metaforę pustyni. Z zachętą, aby na tej pustyni pobyć, nie uciekać przed tym brakiem, który się wtedy pojawia. Próbuję. I szukam jak najwięcej o tej pustyni - jak sobie z nią radzić i czemu ona właściwie ma służyć.

Bardzo powoli czytam książkę "Uzależnienie i łaska" Geralda G. Maya (konsultacja teologiczna: Ksiądz Marek Dziewiecki). Jest dla mnie trudna, bo mocno mnie dotyka. Trafiłam na nią szukając świadectw uzdrowień z nałogów, drogi do wyjścia z uzależnienia, odpowiedzi na to co dzieje się z moim mężem i jak mogę mu pomóc. Jednak jest to książka dla mnie. O moim uzależnieniu od męża, od papierosów i innych uzależnieniach, które w sobie noszę. Prawie połowa tej książki w zasadzie jest o pustyni. Znalazłam taki cytat: "Pustynia dostarcza nam doświadczeń powodujących cierpienie duchowe (...), kiedy umysł i ciało odczuwają stratę fałszywego poczucia bezpieczeństwa, przez co zmuszone są do odkrywania tajemniczego terenu, na którym spotyka się ludzka siła i Boża łaska.". Myślę, że odnosi się to także do przywiązania do męża lub innych osób w naszym życiu (zresztą sam autor takie przywiązania określa jako potencjalne lub realne uzależnienia).

Na ile rozumiem pustynię na dziś, to nasza wewnętrzna przestrzeń w której możemy doświadczyć oczyszczenia, uwolnienia z naszych fałszywych przekonań, zbyt silnych przywiązań, które przysłaniają nam Boga, dokonać porzucenia naszych bożków i w takim stanie wyjść na przeciw Łasce. Autor pisze, że w tej przestrzeni "toczymy śmiertelną walkę i oddajemy się pełnej wiary nadziei"- często równocześnie. Na pustynię możemy wstąpić dobrowolnie lub możemy się na niej znaleźć z powodu "okoliczności życia". Doświadczenie pustyni obejmuje najpierw realny ból utraty, tęsknoty, potem żal. A potem zaczyna się prawdziwa jazda...

Ja na razie krążę po obrzeżach tej pustyni, czasem wchodzę na chwilę i zaraz uciekam, czasem na niej jestem, a i tak udaję przed sobą, że jestem gdzie indziej. Boję się zarówno doświadczenia bólu, tęsknoty jak i utraty. Gdy czuję, że tęsknię za mężem, nadal to uczucie "zapycham" lub od niego uciekam. Wkurza mnie ten mój lęk - gdzie jestem ta ja nieustraszona?

Paprotka
Posty: 129
Rejestracja: 02 lip 2020, 12:15
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Paprotka » 29 wrz 2020, 20:55

Caliope pisze:
29 wrz 2020, 13:32
Paprotka pisze:
29 wrz 2020, 9:05
Ruto skąd ten pomysł ,ze związki świeckie tak wygladaja ? No nie jest tak.
Caliope młodzi ludzie często nie wiedza co chcą tolerować a co nie. Co nie oznacza ,ze 30 latek to wie. Ludzie nie zawsze biorą tez ślub z miłości myląc zauroczenie lub odpowiedzialność.
Ja byłam po terapii, więc wiedziałam czego chcę, wtedy, ale wzorców nie miałam dobrych. Teraz jestem na kompletnie innym etapie życia,bazuję na sobie, swoim rozwoju, ale dalej nie jestem gotowa na mówienie co czuję i czego chcę, tylko czasem się odblokowywuję przez sms. Właśnie wdrażam zdrowy egoizm, jak przed ślubem, ale jest ciężko kiedy 8 lat było się tylko dla innych. Czasem nie wiem co mam ze sobą zrobić, bo brakuje mi czułości, bliskości, spaceru z mężem a jestem sama.
Osoby z zaburzeniami osobowości rzadko trafiają dobrowolnie na terapie i je kontynuują.
My możemy nad sobą pracować ale to nie oznacza ,ze ta osoba się zmieni lub tez zacznie.
Kiedyś córka mojej koleżanki spotykała się z takim mężczyzna. Doprowadził ja do załamania nerwowego. Po czasie okazało się ,ze miał żonę, która do tej bory broni męża przed „złem „ świata a on manipuluje kolejnymi kobietami. Co tydzień tez bywa w kościele, obchodzi święta.

My z mężem znaliśmy się 1,5 roku od poznania do ślubu. Mieliśmy możliwość zamieszkania przed ślubem razem ale ja nie chciałam podobnie jak nasi rodzice. Nasz związek prawdziwie zaczął się po ślubie i był to wielki niewypał. Mieliśmy potencjalnie wszystko łącznie z głęboka relacja z Bogiem ale brakowało potencjału, przyjaźni, miłości. Myśle ,ze mąż czuł się zmuszony do ślubu. Fascynacja była ale ona minęła po ślubie.
Mnie już wtedy przeszkadzały koleżanki męża. Jego wyjazdy ale nie to było ważne przez nasza 1,5 roczna znajomość z czego przez rok planowaliśmy ślub i wspólne życie.
To nie są tylko „świeckie” sprawy. Z jakiegoś powodu kolegujemy się z dana osoba a inna nie nawet we wspólnotach. Nie uważam ,żeby to była czyjaś zła wola.

Caliope
Posty: 477
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Caliope » 29 wrz 2020, 22:06

Ruto, właśnie na tej pustyni doświadczam tej samotności, ale nie próbuję jej zapełnić. Tą samotność spędzam z Bogiem, a on wie czego ja pragnę od ludzkiej strony.Tęsknię za dobrem przyszłości, nie przeszłością, ale ciężko żyć z dnia na dzień, trzyma mnie najbardziej moje prawo jazdy. Dziś dostałam listę zaleceń z przedszkola co robić z dzieckiem i zapłakałam, bo ostatnie kilka lat ciągle tak pracowałam, że zapomniałam o sobie samej. Przekroczyłam wszystkie swoje granice by sprostać wszystkiemu, a wiem że wcale nie muszę, bo ktoś może mi pomóc.

Bławatek
Posty: 257
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Bławatek » 29 wrz 2020, 22:49

Ja też mam dosyć robienia wszystkiego i zapominania o sobie. Dziś miałam "starcie" z synem, bo przecież nauka jest głupia a angielski to już wogole. I sobie pomyślałam 'ja się dwoję i troję aby wszystko ogarnąć, a tatuś sobie żyje z dala od tego wszystkiego' i zaraz przyszła refleksja - nie muszę wszystkiego ogarniać, syn nie ma zdolności językowych (nawet w polskim ma problemy) i nie zrobię z niego geniusza, najważniejsze abyśmy ogarnęli podstawy lub przynajmniej minimum.

Jeśli nie mogę mieć tego co bym chciała to mam zamiar cieszyć się tym co mi się uda, co życie da. I mam postanowienie - już nie będę siłaczką, będę mówić że nie umiem wszystkiego, że nie ogarniam i nawet nie muszę wszystkiego ogarniać - inni robią połowę tego co ja i super się mają.

Caliope dasz radę ze wszystkim.
Życzę powodzenia z prawem jazdy - ja musiałam zrobić do pracy i nigdy to nie było moje marzenie, ale prawo jazdy i samochód dają wolność i niezależność. Teraz to doceniam, ale póki co nie mam czym jeździć.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: AgaB i 17 gości