Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Sosna
Posty: 57
Rejestracja: 28 sie 2020, 10:29
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Sosna » 06 paź 2020, 14:20

Caliope u mnie też jest podobnie, teraz mąż mnie obwinia za wszystko, że krzywo na niego patrzą, że zwierzyłam się przyjaciółce, rodzinie. Jest mną rozczarowany! Po dwóch latach zdrady jest mną rozczarowany. To przerzucanie winy jest okropne. Nie przyłożę ręki do jego wyprowadzki ale już marzę żeby się ta udręka skończyła. Jestem z Tobą, jesteśmy silne z pomocą Boga damy radę!

Caliope
Posty: 499
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Caliope » 06 paź 2020, 18:32

Sosno, masz podobnie jak ja, widzę cechy mojego męża w twoim. Właśnie dzisiaj po raz kolejny postawiłam ostre granice, napisałam że nie chcę żeby tak się zachowywał i nie chcę z nim rozmawiać. Mąż uspokoił się i rozmawia ze mną jakby nie było tej krzywdzącej rozmowy. Nie rozumiem co się tu u mnie dziś dzieje.

Caliope
Posty: 499
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Caliope » 08 paź 2020, 8:43

Właśnie zdałam sobie sprawę, że mój mąż był cały czas bożkiem, bo pracował i nie bił. Zostawiłam go w spokoju już po ślubie, nie oczekując i nie wymagając żadnych prac nad związkiem i domem. Problemy z personelem szpitalnym, widok syna na granicy śmierci oraz 3 tygodnie rozłąki z nim zrobiły swoje, każdemu by padło na głowę .Słuchałam osób które podpowiadały mi złe rozwiązania, a w tym kryzysie jeszcze pogłębiłam swoje odsunięcie i jego robienie co sobie chce. On po prostu nie potrafi być mężem i ojcem, ja muszę mu powiedzieć co ma zrobić. Jego brak szacunku do mnie nie maleje wtedy kiedy siedzę cicho. Zaczęłam naprawdę myśleć czego ja od niego chcę i zrobię wszystko by to dostać, a nie zostawiać go samopas. Ja dopiero teraz mówię mu że go nie ma, że myśli tylko o sobie, nie chce pomóc, mieć empatii, zrozumienia, nigdy mu tego nie powiedziałam. Zawsze czekałam na ten jeden dzień w tygodniu ,by kilka godzin spędzić z nim i z synem czas, a on odebrał to jako zabluszczowanie. Bo czekałam na ten ochłap, nigdzie nie chodziłam sama, czy to źle być taką żoną? Siłę na tą przeprawę mam, ale chęci brakuje jak widzę jego niewiedzę, próby manipulacji, z tym walczę najbardziej.

Bławatek
Posty: 267
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Bławatek » 08 paź 2020, 9:35

Caliope pisze:
08 paź 2020, 8:43
Właśnie zdałam sobie sprawę, że mój mąż był cały czas bożkiem, bo pracował i nie bił. Zostawiłam go w spokoju już po ślubie, nie oczekując i nie wymagając żadnych prac nad związkiem i domem.
....On po prostu nie potrafi być mężem i ojcem, ja muszę mu powiedzieć co ma zrobić. Jego brak szacunku do mnie nie maleje wtedy kiedy siedzę cicho. Zaczęłam naprawdę myśleć czego ja od niego chcę i zrobię wszystko by to dostać, a nie zostawiać go samopas. Ja dopiero teraz mówię mu że go nie ma, że myśli tylko o sobie, nie chce pomóc, mieć empatii, zrozumienia, nigdy mu tego nie powiedziałam. Zawsze czekałam na ten jeden dzień w tygodniu ,by kilka godzin spędzić z nim i z synem czas, a on odebrał to jako zabluszczowanie. Bo czekałam na ten ochłap, nigdzie nie chodziłam sama, czy to źle być taką żoną? Siłę na tą przeprawę mam, ale chęci brakuje jak widzę jego niewiedzę, próby manipulacji, z tym walczę najbardziej.
Caliope i ja tak miałam. Mój mąż nie umiał być ani mężem ani ojcem. Tylko, że ja ciągle wymagałam, zwracałam uwagę, prosiłam, dawałam przykłady innych. Też starałam się być oddana żona - do tego stopnia, że zapomniałam o sobie. Ostatnio mąż docenił jak ładnie zrobiłam pokój dziecku (gruntowny remont - łącznie ze zrywaniem podłóg, ale mąż ani podczas remontu nie zaproponował swojej pomocy, ani teraz nie zaproponował, że coś może dokupić), ale wypomniał mi, że nie zmodernizowalam ogrzewania, na co mu odpowiedziałam, że po pierwsze nie mam na to pieniędzy, po drugie nie mam czasu i głowy do takich inwestycji, a po trzecie nie ma mi tego kto zrobić. Na moje zapytanie dlaczego on przez tyle lat nie podjął się takiego zadania (zawsze ja sama malowałam, tapetowalam itp) usłyszałam, że przecież ja go nie chciałam nigdy zameldować. A prawda jest taka, że on z powodu samochodów nigdy się nie chciał z mieszkania rodziców wymeldować bo by musiał dużo dokumentów zmieniać. Nie, ja się mylę, on się chciał meldować tylko ja mu nie pozwoliłam. I znów sobie uświadomiłam, że z takim manipulantem, egoistą i narcyzem ja nigdy nie zbuduje prawdziwego małżeństwa. Nie da się. Bo on nigdy nie będzie chciał się zmienić, nie będzie widział swoich błędów i win. A ja drugi raz takiego życia małżeńskiego nie chcę.

Najśmieszniejsze jest to, że teściowie zdziwieni że ich syn mi nigdy nie pomagał, że ciągle go nie było (ważniejsze było jego hobby,) i mają zarzut do mnie, że nie wymagałam od niego. Ja wymagałam, ale chęci żadnych po stronie męża nie było. Trudno wymagać od faceta ponad 40-letniego zmiany nawyków wyniesionych z domu.

Teraz muszę tak syna wychować aby on był lepszym mężem w przyszłości i abym ja od potencjalnej synowej usłyszała "dziękuję za taką wspaniałego męża"

Nino
Posty: 451
Rejestracja: 14 gru 2019, 18:26
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Nino » 08 paź 2020, 10:01

Caliope, czytam Ciebie i...zapala sie czerwone swiatlo w mojej glowie.
Dopiero teraz zdalas sobie sprawe, ze maz byl bozkiem?
Ja zdalam sobie sprawe wczesniej, m.in. dzieki temu forum, niestety, przyznaje, ze maz wciaz nim pozostaje...Moje odwieszanie sie trwa. Z mniejszym i wiekszym nasileniem, niekiedy: zaniechane. I mysle, ze nie polega ono na tym, aby siedziec cicho. Mysle, ze to proces, w ktorym tak naprawde maz nie ma nic do gadania. Czy jest wspierajacy, czy nie jest. Czy dostrzega nasze starania i zmiany, czy je ignoruje lub jest na nie kompletnie slepy..
To proces niezalezny od meza. Jedyna Osoba, na ktorej mozemy sie oprzec w tej "drodze przez meke" jest Bog.
Co rozumiesz przez stawianie "ostrych granic"?
Mam tez odczucie, ze wyrazenie "po raz kolejny" znamionuje jakas trudnosc...
Co to znaczy, ze zrobisz wszystko, aby dostac, to czego chcesz od meza? Wyczuwam tu sluszny gniew na jego zachowania, ale czy to dobra droga? Nie gniew, nie twoja emocja, a to, w jaki sposob chcesz ja skanalizowac.
Sama mam tendencje do robienia "wszystkiego co w mojej mocy, aby...".
I lapie sie na tym, ze u mnie sa to niekiedy dzialania zastepcze. Pod plaszczem ofiarnosci i poswiecenia sie innym czy jakiejs waznej sprawie, oraz walki do ostatniego tchu o cos, kryje sie moj oportunizm, aby zrobic wszystko co w mojej mocy...ale dla siebie! Praca nad soba, nad moimi ograniczeniami, wadami, ale tez odblokowaniem wewnetrznej sily, kreatywnosci, sprawczosci, odkopaniem talentow...Do tego nie potrzebuje meza, ale na pewno potrzebuje Boga! Bez Boga ni do proga...jak mawiala moja babcia.
Kiedys czytalam ksiazke "Pokochaj siebie" czy jakos tak.
Tam byly wymienione zachowania i mechanizmy, ktore stoja tej milosci do siebie na przeszkodzie.
Jednym z nich bylo wynajdowanie roznych zboznych celow i aktow poswiecenia sie innym, byleby tak naprawde solidnie i uczciwie nie zajac sie soba. I pisze to akurat w odniesieniu do siebie, niz Ciebie, poniewaz widze, ile ciezkiej pracy, w tym, terapeutycznej, wykonalas i odbieram Ciebie, jako osobe zmagajaca sie i nie poddajaca sie. Wytrwala i silna.
Mam tez nieodparte wrazenie, ze w Twoim malzenstwie bardzo mocno szwankuje po prostu komunikacja.

Gaea
Posty: 61
Rejestracja: 28 sty 2020, 9:17
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Gaea » 08 paź 2020, 10:16

Caliope ja po ślubie wymagałam, prosiłam by spędzał czas z nami, interesował się i też kończyło się to porażka. Wlókł się za nami niezadowolony, obrażony, wiecej z tego było nerwów i mojego płaczu niż pożytku. Od kilku miesięcy się odsunęłam, dałam mu spokój i przynajmniej on jest zadowolony, a ja uczę się innego życia. Jest za to spokój, stłumione emocje ale bez krzyków, kłótni. Ostatnio jak zaplanowalam sobie wyjazd z dziećmi to meza jakby tknęło i coś rzucił, że "będziesz sama" to powiedziałam, że nie nie sama tylko z dziećmi.
Fakt, nie jest łatwo, nie tak wyobrażałam sobie małżeństwo i życie na codzien, do tego obecnie nie pracuje, pogoda jest kiepska, bez prochów bym chyba do reszty zwariowała.

Akacja
Posty: 81
Rejestracja: 18 gru 2019, 4:31
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Akacja » 08 paź 2020, 11:14

Hej,

Wczoraj i dzisiaj miałam okropne dni, dzieci niewdzięczne i okrótne się zrobiły wobec mnie, dzisiaj też chodzę jak w strzępkach po tylu łzach na znieczulicę moich dzieci, które po przyjściu z przedszkola robią się agresywne (przedszkole katolickie) :(
Jednak teraz taka stłamszona stoję w łazience i słyszę słowa "ogarnij się" a ja dalej nie chcę, ale znów "zrób to dla Jezusa" od razu pomyślałam sobie dość! To tyle za mnie cierpiał Jezus a ja Mu jeszcze smutków dokładam?
Więc wzięłam się za siebie, odrzuciłam smutek (który powstaje na skutek myślenia o sobie) tak pisał ten święty 15 latek który 10 października ma być kanonizowany,

i doznałam wielkiej radości bo przestałam myśleć o sobie tylko o moim umiłowanym Chrystusie ( jakbym wiedziała jak to bym zdrobniła Jego imię :D ) tak wielką odczułam rozkosz kochania Go i Jego czułość... Biorę się do służenia Mu pa ;)

Caliope
Posty: 499
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Caliope » 08 paź 2020, 12:49

Nino pisze:
08 paź 2020, 10:01
Caliope, czytam Ciebie i...zapala sie czerwone swiatlo w mojej glowie.
Dopiero teraz zdalas sobie sprawe, ze maz byl bozkiem?
Ja zdalam sobie sprawe wczesniej, m.in. dzieki temu forum, niestety, przyznaje, ze maz wciaz nim pozostaje...Moje odwieszanie sie trwa. Z mniejszym i wiekszym nasileniem, niekiedy: zaniechane. I mysle, ze nie polega ono na tym, aby siedziec cicho. Mysle, ze to proces, w ktorym tak naprawde maz nie ma nic do gadania. Czy jest wspierajacy, czy nie jest. Czy dostrzega nasze starania i zmiany, czy je ignoruje lub jest na nie kompletnie slepy..
To proces niezalezny od meza. Jedyna Osoba, na ktorej mozemy sie oprzec w tej "drodze przez meke" jest Bog.
Co rozumiesz przez stawianie "ostrych granic"?
Mam tez odczucie, ze wyrazenie "po raz kolejny" znamionuje jakas trudnosc...
Co to znaczy, ze zrobisz wszystko, aby dostac, to czego chcesz od meza? Wyczuwam tu sluszny gniew na jego zachowania, ale czy to dobra droga? Nie gniew, nie twoja emocja, a to, w jaki sposob chcesz ja skanalizowac.
Sama mam tendencje do robienia "wszystkiego co w mojej mocy, aby...".
I lapie sie na tym, ze u mnie sa to niekiedy dzialania zastepcze. Pod plaszczem ofiarnosci i poswiecenia sie innym czy jakiejs waznej sprawie, oraz walki do ostatniego tchu o cos, kryje sie moj oportunizm, aby zrobic wszystko co w mojej mocy...ale dla siebie! Praca nad soba, nad moimi ograniczeniami, wadami, ale tez odblokowaniem wewnetrznej sily, kreatywnosci, sprawczosci, odkopaniem talentow...Do tego nie potrzebuje meza, ale na pewno potrzebuje Boga! Bez Boga ni do proga...jak mawiala moja babcia.
Kiedys czytalam ksiazke "Pokochaj siebie" czy jakos tak.
Tam byly wymienione zachowania i mechanizmy, ktore stoja tej milosci do siebie na przeszkodzie.
Jednym z nich bylo wynajdowanie roznych zboznych celow i aktow poswiecenia sie innym, byleby tak naprawde solidnie i uczciwie nie zajac sie soba. I pisze to akurat w odniesieniu do siebie, niz Ciebie, poniewaz widze, ile ciezkiej pracy, w tym, terapeutycznej, wykonalas i odbieram Ciebie, jako osobe zmagajaca sie i nie poddajaca sie. Wytrwala i silna.
Mam tez nieodparte wrazenie, ze w Twoim malzenstwie bardzo mocno szwankuje po prostu komunikacja.
Nino, wiedzalam wcześniej, ale przez pismo i gardło mi to nie chciało przejść.
Ostre granice, czyli mówi mi o rozwodzie, po raz kolejny, a ja ucinam mu po prostu jego monolog i mówię żeby mną nie manipulował, aż zaniemówił.
Dostać od męża, to nie coś niewiadomo czego, a pomoc, przede wszystkim, mówić mu że potrzebuję tego od niego, nie dla syna, a dla mnie. Ja nie czuję gniewu, denerwuję się tylko tym co zauważam, codziennie mam coraz to nowe spostrzeżenia co do mojego życia.Faktem jest, że po ślubie komunikacja od razy padła, ja nie miałam sił na walkę w depresji, po zdaniu od niego, że nikt mi nie pomoże, mam się zająć swoim dzieckiem, tylko ja. Potem on tylko kontrolował, nawet mi nie przewijał syna nigdy, ani nie proponował żebym odpoczęła, nawet później nigdy nie było okazji by zjeść we troje obiad, bo jego nie było. On nie potrafi że mną być, choć przed ślubem 2 lata się starał, może to było kłamstwo?. Teraz komunikacja polega na obwinianiu mnie i mówieniu że ja jego obwiniam, jechaniu po mnie. Napisałam mu że nie będę z nim rozmawiać, a mam w zamyśle pisanie emaili, o mnie. On nie wie, nie pamięta??? tego ,że żeby być mężem trzeba być z żoną, nie w pracy lub zajmując się swoim tyłkiem, a dałam mu niestety na to przyzwolenie. Najcięższa praca przede mną, próby normalnej komunikacji, wolałabym suszyć mu od początku głowę, że ma gdzieś, kłócić się o to, potrafiłam to przed ślubem. Sama jako osoba miałam całe życie problemy właśnie, przepraszałam że żyję, terapia to zmieniła na kilka lat i od początku to samo. Dopiero teraz znów jestem JA, nie inni, moje rzeczy i potrzeby są
też ważne i mam prawo mówić czego chcę dla mnie.

Akacja
Posty: 81
Rejestracja: 18 gru 2019, 4:31
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Akacja » 08 paź 2020, 12:50

Beatyfikowany :)

Św. Teresa odkryła sekret życia:
Kochać i służyć ;)
Większość świętych umierało w wielkich męczarniach ale mieli radość bo oddawali to cierpienie za innych Jezusowi i Maryi :)

Akacja
Posty: 81
Rejestracja: 18 gru 2019, 4:31
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Akacja » 08 paź 2020, 13:56

:(
- Ja, ja, ja. A Jezus mówi zapomnij o sobie, zacznij kochać najczystszą miłością bezinteresowną..
- Ale po co, dlaczego, dla kogo?
- Aby ofiarować to Maryi dla Jezusa, tak po prostu kochać ludzi nawet jak są okropni, po to aby ucieszyć Jezusa, aby dać mu kwiaty, pocieszyć Go.

Smutek to wzrok zwrócony na samego siebie, szczęściem jest wzrok skierowany ku Bogu ;)

Paprotka
Posty: 130
Rejestracja: 02 lip 2020, 12:15
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Paprotka » 08 paź 2020, 21:37

Caliope pisze:
08 paź 2020, 12:49
Nino pisze:
08 paź 2020, 10:01
Caliope, czytam Ciebie i...zapala sie czerwone swiatlo w mojej glowie.
Dopiero teraz zdalas sobie sprawe, ze maz byl bozkiem?
Ja zdalam sobie sprawe wczesniej, m.in. dzieki temu forum, niestety, przyznaje, ze maz wciaz nim pozostaje...Moje odwieszanie sie trwa. Z mniejszym i wiekszym nasileniem, niekiedy: zaniechane. I mysle, ze nie polega ono na tym, aby siedziec cicho. Mysle, ze to proces, w ktorym tak naprawde maz nie ma nic do gadania. Czy jest wspierajacy, czy nie jest. Czy dostrzega nasze starania i zmiany, czy je ignoruje lub jest na nie kompletnie slepy..
To proces niezalezny od meza. Jedyna Osoba, na ktorej mozemy sie oprzec w tej "drodze przez meke" jest Bog.
Co rozumiesz przez stawianie "ostrych granic"?
Mam tez odczucie, ze wyrazenie "po raz kolejny" znamionuje jakas trudnosc...
Co to znaczy, ze zrobisz wszystko, aby dostac, to czego chcesz od meza? Wyczuwam tu sluszny gniew na jego zachowania, ale czy to dobra droga? Nie gniew, nie twoja emocja, a to, w jaki sposob chcesz ja skanalizowac.
Sama mam tendencje do robienia "wszystkiego co w mojej mocy, aby...".
I lapie sie na tym, ze u mnie sa to niekiedy dzialania zastepcze. Pod plaszczem ofiarnosci i poswiecenia sie innym czy jakiejs waznej sprawie, oraz walki do ostatniego tchu o cos, kryje sie moj oportunizm, aby zrobic wszystko co w mojej mocy...ale dla siebie! Praca nad soba, nad moimi ograniczeniami, wadami, ale tez odblokowaniem wewnetrznej sily, kreatywnosci, sprawczosci, odkopaniem talentow...Do tego nie potrzebuje meza, ale na pewno potrzebuje Boga! Bez Boga ni do proga...jak mawiala moja babcia.
Kiedys czytalam ksiazke "Pokochaj siebie" czy jakos tak.
Tam byly wymienione zachowania i mechanizmy, ktore stoja tej milosci do siebie na przeszkodzie.
Jednym z nich bylo wynajdowanie roznych zboznych celow i aktow poswiecenia sie innym, byleby tak naprawde solidnie i uczciwie nie zajac sie soba. I pisze to akurat w odniesieniu do siebie, niz Ciebie, poniewaz widze, ile ciezkiej pracy, w tym, terapeutycznej, wykonalas i odbieram Ciebie, jako osobe zmagajaca sie i nie poddajaca sie. Wytrwala i silna.
Mam tez nieodparte wrazenie, ze w Twoim malzenstwie bardzo mocno szwankuje po prostu komunikacja.
Nino, wiedzalam wcześniej, ale przez pismo i gardło mi to nie chciało przejść.
Ostre granice, czyli mówi mi o rozwodzie, po raz kolejny, a ja ucinam mu po prostu jego monolog i mówię żeby mną nie manipulował, aż zaniemówił.
Dostać od męża, to nie coś niewiadomo czego, a pomoc, przede wszystkim, mówić mu że potrzebuję tego od niego, nie dla syna, a dla mnie. Ja nie czuję gniewu, denerwuję się tylko tym co zauważam, codziennie mam coraz to nowe spostrzeżenia co do mojego życia.Faktem jest, że po ślubie komunikacja od razy padła, ja nie miałam sił na walkę w depresji, po zdaniu od niego, że nikt mi nie pomoże, mam się zająć swoim dzieckiem, tylko ja. Potem on tylko kontrolował, nawet mi nie przewijał syna nigdy, ani nie proponował żebym odpoczęła, nawet później nigdy nie było okazji by zjeść we troje obiad, bo jego nie było. On nie potrafi że mną być, choć przed ślubem 2 lata się starał, może to było kłamstwo?. Teraz komunikacja polega na obwinianiu mnie i mówieniu że ja jego obwiniam, jechaniu po mnie. Napisałam mu że nie będę z nim rozmawiać, a mam w zamyśle pisanie emaili, o mnie. On nie wie, nie pamięta??? tego ,że żeby być mężem trzeba być z żoną, nie w pracy lub zajmując się swoim tyłkiem, a dałam mu niestety na to przyzwolenie. Najcięższa praca przede mną, próby normalnej komunikacji, wolałabym suszyć mu od początku głowę, że ma gdzieś, kłócić się o to, potrafiłam to przed ślubem. Sama jako osoba miałam całe życie problemy właśnie, przepraszałam że żyję, terapia to zmieniła na kilka lat i od początku to samo. Dopiero teraz znów jestem JA, nie inni, moje rzeczy i potrzeby są
też ważne i mam prawo mówić czego chcę dla mnie.
Uważasz ,ze „susząc głowę” mężowi co chwile on byłby inny ? Nie odszedł ?

Caliope
Posty: 499
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Caliope » 09 paź 2020, 0:01

Tak Paprotko, bo to do niego dociera, taka forma. Gdybym w ten sposób nie uświadomiła mu że ma się zająć synem, nic bym nie wskórała. Nie interesuje mnie czy by odszedł czy nie, przecież droga wolna. Nie klócilam się nigdy, jak on podnosił głos, robiłam co chciał, zawsze ulegałam . W domu rodzinnym miałam piekło, znecanie psychiczne, fizyczne, ciągle krzyki i wyzwiska. Nie walcząc o siebie w ten sposób wchodzę w rolę ofiary ktòrą można zmanipulować ,zastraszyć i nie szanować. Boleśnie się o tym nie raz przekonałam, muszę być silna i czasem krzyknąć, a nie żyć jak taka biedaczka co się popłacze z nerwów.
Zauważam że większość z żon na tym forum jednak się klóciła właśnie co chwilę, miała swoje zdanie, wymagała od męża, mówiła czego chce, ale nie ja. I jedno i drugie prowadzi do destrukcji.
Akacjo, Bóg jest ze mną, dzięki niemu odkryłam ponownie swoje ja ,a on kocha bezinteresownie .To nie czas by kochać w taki sposób ludzi którzy mnie skrzywdzili, nie chcę teraz o tym myśleć. Bòg ma dla mnie inną drogę, bo przebaczyłam, ale nie zapomnę.

Ruta
Posty: 710
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Ruta » 09 paź 2020, 23:55

Caliope pisze:
09 paź 2020, 0:01
Zauważam że większość z żon na tym forum jednak się klóciła właśnie co chwilę, miała swoje zdanie, wymagała od męża, mówiła czego chce, ale nie ja. I jedno i drugie prowadzi do destrukcji.
Akacjo, Bóg jest ze mną, dzięki niemu odkryłam ponownie swoje ja ,a on kocha bezinteresownie .To nie czas by kochać w taki sposób ludzi którzy mnie skrzywdzili, nie chcę teraz o tym myśleć. Bòg ma dla mnie inną drogę, bo przebaczyłam, ale nie zapomnę.
Myślę podobnie jak ty Caliope - kłótnie prowadzą do destrukcji, zgoda - taka dla spokoju, żeby nie było kłótni, także prowadzi do destrukcji. Uznałam kiedyś, że nawet kompromisy są "zgniłe" - bo co to znaczy np. spotkajmy się w pół drogi? Ja chcę w góry, mąż nad morze - lądujemy więc na wakacjach na jakimś uroczym przemysłowym terenie?
Nie ma innej drogi, niż komunikacja - i tu jest problem, zwykle w tej komunikacji jesteśmy słabi. Mamy też wiele fałszywych przekonań, np. że sprzeciw, niezgoda prowadzą automatycznie do kłotni. Albo, że wyrażenie swoich potrzeb to egoizm. Że nie wolno wyrażac złości. Ze zdumieniem natomiast przekonuję się, że poprawa komunikacji po jednej stronie, wpływa także na drugą stronę. Sądziłam, że są osoby z którymi się po prostu "nie da".

Nie pamiętam, czy już polecałam ci Porozumienie bez przemocy? Tytuł może brzmieć słabo. Mało tego w środku też nienajlepiej ;) Książka ułożona jest jak typowy amerykański poradnik. Nie znoszę amerykańskich wydawców, którzy wprowadzili takie standardy (rabelka, wykres, pytania kontrolne i podsumowania, omawianie co było i co będzie omówione tylko w skrócie). Do tego nie zgadzam się z niektórymi założeniami wyjściowymi, dotyczącymi koncepcji człowieka, nie są one sformułowane wprost, ale tak między wierszami. A jednak - mimo tych wad - uznaję tą książkę za jedną z najbardziej pomocnych i wartościowych książek jakie w ostatnim roku przeczytałam. Bo treść jest genialna. Są to konkretne praktyczne porady jak komunikować się lepiej, jak lepiej i przystępniej wyrażac swoje potrzeby, aby rozmówca był w stanie komunikat przyjąć. Są też wskazówki pomagające mierzyć się z wrogością, czy frustracją rozmówcy. I te rady działają :) Naprawdę jestem pod wrażeniem, jak skutecznie.

Co do miłości do ludzi, którzy krzywdzili... Moje doświadczenie jest taki: wiele lat sądziłam, że poza wybaczeniem, nie jestem w stanie zaoferować moim rodzicom nic więcej. Bardzo bolały mnie książki w których pisano, że bez naprawienia relacji w rodzinie pochodzenia człowiek nigdy nie dojdzie do siebie. Wydawało mi się to okrutne wobec osób, które jako dzieci doświadczyły przemocy. Nie wyobrażałam sobie takiego głebokiego pojednania, czy bliskości emocjonalnej z moją mamą, a tym bardziej z ojcem. Wydawało mi się, że osoby, które tak robią w podobnych sytuacjach, są nawiedzonymi masochistami.

To jest proces. I nie warto go przyśpieszać, pospieszanie się, zmuszanie tylko rani - czasem taki proces wymaga lat. To tu, to tam, pracowały we mnie czasem nawet pojedyncze zasłyszane zdania. I tak latami. Myślę, że dużo mi dało wzmocnienie siebie - nie jestem już małą dziewczynką, nie można mnie tak łatwo skrzywdzić, choć nadal można mnie zranić. Ale teraz już umiem powiedzieć - to mi nie odpowiada, przekracxasz moją granicę. Potem trudno było mi znaleźć odpowiednie słowa, tu z pomocą przyszła mi Nowenna Pompejańska, podczas której nie tylko poczułam w sobie gotowość do pojednania z mamą, ale dostałam też prosto do mojego serca potrzebne słowa, takie które trafiły do serca mojej mamy. Z tatą obecnie rozmawiam, czasem nawet bardziej osobiście, i przygotowuję się do kolejnego etapu. Zadłam sobie sprawę, że nie tylko kocham moich rodziców, ale kochałam ich także w przeszłości - to dlatego było mi tak trudno, bo krzywdziły mnie osoby, które kochałam i którym ufałam.

Natomiast są dwie osoby, którym wybaczyłam skrzywdzenie mnie w dzieciństwie i to tylko w formie aktu woli ( i nie chodzi o zranione ego, ale o poważną, namacalną obiektywną krzywdę), ale nic więcej na razie nie umiałabym zrobić. Na szczęście od lat z żadną z tych osób nie mam kontaktu. Ale wiem już że nie muszę niczego przyśpieszać...

Caliope
Posty: 499
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Caliope » 10 paź 2020, 10:44

Czytałam tę książkę, gdybym miała chęć i poczucie że mam z kim rozmawiać, komunikacja byłaby lepsza. Nie lubię słuchać męża, w formie jaką mi teraz oferuje.
Nawet nie mam za dużo osób które mogłabym kochać ogólnie, więc nie ma za dużego pola do popisu.
Muszę napisać email do męża, o mnie, taki porządny, bo nigdy tak naprawdę nie byłam ważna jak przeszło mu zakochanie. Nie miałam sił na walkę o tą ważność, może jednak nie słuchał za bardzo nauk, nie miał obok wzorców do naśladowania. Ja też nie, weszliśmy poranieni, a ja sama nie zrobię za dużo, a teraz to obawiam się że nic jeśli nie ma chęci zamian u mojego męża.

Paprotka
Posty: 130
Rejestracja: 02 lip 2020, 12:15
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Paprotka » 10 paź 2020, 12:24

Caliope pytanie ,czy mówimy o komunikacji ,czy o szarpaninie. My kobiety jesteśmy "uczone" ,że naszą :powinnością" jest prowadzenie domu a dobry mąż to taki ,który pomaga. Teraz podejście młodszego pokolenia jest inne na szczęście. Cokolwiek byś nie zrobiła nie masz wpływu na to ,czy ktoś będzie Cie kochał ,czy nie. Jakbyś chciała zmusić kogoś żebyś była dla niego ważna?
Komunikacja może zniwelować konflikt jeśli dana osoba nie ma zaburzeń ale może się okazać jak u mnie ,że dojdzie do rozstania, czy będzie inna kobieta ,czy nie.
Piszę to ,bo bardzo siebie obwiniasz. Poza tym druga osoba nie jest po to ,żeby leczyć nasze rany tylko terapeuta. Możemy być tak zwichrowani ,że nawet największe zakochanie się skończy.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 14 gości