Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Caliope
Posty: 626
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Caliope » 31 paź 2020, 22:20

Paprotko, te skutki uboczne są w ulotce każdego takiego leku, muszę poczekać, aż organizm się przyzwyczai. Bardzo to ciężkie, bo nie wiadomo jak zareaguję na zmianę dawek hormonów. Dziś już jest lepiej, choć wróciły takie zwolnienia myślowe, ale to jest dobra dla mnie droga by cieszyć się życiem i jakoś przejść późniejszą menopauzę.

Bławatku tobie też dziękuję za słowa otuchy, bardzo mi to pomaga :). Przeczekałam, nic nie powiedziałam i to chyba był dla mnie taki mały prezent, bo był dziś wyjazd na wycieczkę we troje :)

Paprotka
Posty: 136
Rejestracja: 02 lip 2020, 12:15
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Paprotka » 01 lis 2020, 14:36

Caliope pisze:
31 paź 2020, 22:20
Paprotko, te skutki uboczne są w ulotce każdego takiego leku, muszę poczekać, aż organizm się przyzwyczai. Bardzo to ciężkie, bo nie wiadomo jak zareaguję na zmianę dawek hormonów. Dziś już jest lepiej, choć wróciły takie zwolnienia myślowe, ale to jest dobra dla mnie droga by cieszyć się życiem i jakoś przejść późniejszą menopauzę.

Bławatku tobie też dziękuję za słowa otuchy, bardzo mi to pomaga :). Przeczekałam, nic nie powiedziałam i to chyba był dla mnie taki mały prezent, bo był dziś wyjazd na wycieczkę we troje :)
Pomyślałam ,ze to chodzi i leki psychiatryczne a tu lepiej zgłaszać natychmiast takie sytuacje.
Czy już lepiej Się czujesz ? :)

Caliope
Posty: 626
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Caliope » 01 lis 2020, 20:57

Na szczęście lepiej, ale naprawdę to jest bardzo męczące i to nie jest na psychotropy, bo one jeszcze bardziej szkodzą na gospodarkę hormonalną. Najbardziej frustruje, że większość z ludzi których znam nie wierzy mi, że to hormony działają tak na organizm, a najmniej wierzy mój mąż oczywiście. Jak jestem w moim dobrym stanie, zaopiekowana, pewna swojej wartości i wiedząca czego chcę, idę do przodu. Zły nastrój z myślami mocno destrukcyjnymi ciągnie w dół, wraca użalanie, roszczeniowość, pesymizm, taka bezradność, aż do chęci rozerwania siebie na strzępy, bo trzymam i trzymałam to zawsze w sobie, byłam cicho. Teraz ta cisza chroni mnie przed złym. A po przeczekaniu mam w sobie spokój, poczucie jedności z Bogiem, radość :)

Caliope
Posty: 626
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Caliope » 07 lis 2020, 20:45

Musiałam zmienić leki, za dużo skutków ubocznych. Dostałam nowe i w końcu poczułam się lepiej. Wróciła radość życia, spokój, niczym się nie przejmuję za bardzo. Coś pięknego myśleć, że bez względu na każdą okoliczność moja pogoda ducha będzie trwać. Po lekarzu poszłam pomodlić się do mojej parafii, by podziękować Bogu za wszystko co mam.

Caliope
Posty: 626
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Caliope » 24 lis 2020, 9:57

Dziś miałam egzamin na prawo jazdy i go niestety oblałam. Za duży stres, dziś cały dzień będę płakała by wyrzucić ten żal. Ale się nie poddam, w przyszły poniedziałek mam kolejny. Bardziej przeżywam swoją porażkę niż mój kryzys małżeński, bo on jest, ale jakoś zrobiło się tak normalniej ,jak wcześniej, ale z moimi zmianami.

Bławatek
Posty: 313
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Bławatek » 24 lis 2020, 14:14

Caliope przykro mi bo wiem jak Ci zależało, ale następnym razem poradzisz sobie lepiej.

Ja zdałam za 3 razem. Pierwszy raz oblałam bo jako pierwsza wyjeżdżałam z garażu (hali) i przed wyjazdem nie zapaliłam świateł (zaczynało się już ściemniać) - bo przecież tam było jasno jak za dnia, a wtedy jeszcze nie trzeba było jeździć na światłach w ciągu dnia. I do dzisiaj się śmieje z tego jak egzaminator mnie pytał kilkukrotnie czy jestem gotowa do jazdy, a ja sprawdzałam fotel, lusterka, kontrolki a o światłach nie pomyślałam. Za to dziś pamiętam o nich zawsze 😀.

Pavel
Posty: 3105
Rejestracja: 03 sty 2017, 21:13
Jestem: już po kryzysie
Płeć: Mężczyzna

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Pavel » 24 lis 2020, 16:46

Ja na B i C zdałem za 3 razem, CE za drugim.
Nie lubię testów, nerwy mnie zżerały, dodać trzeba że prawka robiłem chyba w szczycie procederów korupcyjnych. Egzaminatorzy polowali i używali podłych metod by oblać kursanta.
Na motor tylko zdałem za 1 razem, a ten egzamin był chyba w moim wykonaniu najgorszy.

Co jednak najważniejsze - oblany egzamin niczego nie determinuje i nie za dużo oznacza. I tak umiejętności masz, jak 99,9% osób w takiej sytuacji, kiepskie.
Dopiero po odebraniu prawka uczymy się tak naprawdę jeździć.
Także głowa do góry, nie tym razem, to kolejnym :) W końcu na pewno ci się uda!


Swoją drogą mam poważne obawy, czy po dwóch dekadach zdałbym teraz bez problemu. Pewne nawyki, no i....to co ja uważam za płynną jazdę na egzaminie na bank byłoby wymuszaniem pierwszeństwa lub stwarzaniem zagrożenia 😂
"Bóg nie działa poza wolą człowieka i poza jego wysiłkiem.(...) Założenie, że jeśli się pomodlimy, to będzie dobrze, jest już wiarą w magię." ks. dr. Grzegorz Strzelczyk

Caliope
Posty: 626
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Caliope » 24 lis 2020, 17:50

Dziękuję wam za wsparcie :) nie poddam się, to moje marzenie od zawsze, fajnie jest coś dla siebie spełnić jak jest możliwość :) A za którymś razem się uda, bo potrafię, a stres nie jest dobrym doradcą, bo nawet spokojnie nie da się pomodlić .

Caliope
Posty: 626
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Caliope » 30 lis 2020, 12:59

Podejście drugie na prawo jazdy, niestety porażka. Pomimo modlitwy i próby wyciszenia stres był jeszcze większy niż ostatnim razem i nawet nie zaczęłam. Nie wiem czy dam radę , najgorzej że uwiesiłam się tego i czuję się bezużyteczna i niepotrzebna mojej rodzinie i sobie samej. Nie jest dobrze że coś czego nie da się bez problemu osiągnąć jest tak ważne, a potem przy porażce występuje straszna trauma. Chyba zrobiłam sobie z tego bożka, bo oddałam małżeństwo Bogu, a sobie nic nie zostawiłam.

Ruta
Posty: 825
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Ruta » 30 lis 2020, 16:01

Spokojnie, porażki też są nam potrzebne. Wiele osób zdaje dopiero za którymś razem - gdy na czymś na zależy, stresujemy się jeszcze mocniej i często z samego tego stresu odnosimy porażkę.
Nałóg kiedyś napisał, że suma nałogów jest stała. I oddając jeden zamieniamy go często na drugi. Ściągając z tronu męża umieszczamy na nim coś innego. Cała zabawa polega na tym, żeby zdemontować tron. Wyjść poza to błędne koło uzależnień i przywiązań. No i tu świetnie się sprawdza oddanie Bogu absolutnie wszystkiego i oddawanie chwały tylko Jemu.
Daleko mi do takiego pięknego stanu, ale mogę cię zapewnić, że już pierwsze poczynione kroki przynoszą radość, niesamowite poczucie wolności i taką wewnętrzną siłę.
Ja tak walczyłam z tym moim paleniem, a im bardziej próbowałam i mi zależało, tym było gorzej. Aż w końcu to oddałam, z całym moim poczuciem beznadziejności, słabości, stresem - no całą moją nędzą po prostu. Pomógł mi bardzo akt zawierzenia Jezu Ty się tym zajmij i moja bardzo osobista, ale też szczera rozmowa z Bogiem o tym, co tam we mnie siedzi i z czym sobie nie radzę. Do dziś nie wyszłąm jeszcze z szoku, że to wystarczyło - nie palę nadal, nadal nie mam chęci zapalenia ani potrzeby szukania sobie innego nałogu.

Niby prawo jazdy to zupełnie inna sprawa niż nałóg - tu chęć uwolnienia się z czegoś destrukcyjnego, a tu chęc zrobienia czegoś bardzo konstruktywnego. Na ale oba przypadki łączy to, że bardzo ale to bardzo tego chcemy. Może więc zawierzenie Tego Bogu wcale nie jest takim złym pomysłem? Ja przy swojej racjonalności, która mi coraz bardziej pęka w posadach, za każdym razem podejmuję się takich działań "na próbę", na próbę zaczynałam Nowennę, na próbę zawierzałam - choć uczciwie angażuję się całą sobą i uczciwie oddaję swoje poczucie porażki i beznadziei. (Mam nadzieję, że dojdę kiedyś do punktu, gdy będę w stanie oddawać Bogu różne rzeczy jeszcze zanim parę razy boleśnie zderzę się ze ścianą, i że nabiorę tyle pokory, by od razu od startu mówić, okej, jestem beznadziejna, wiem o tym, że sama swoją mocą to ja za wiele nie zdziałam, pomóż Boże, wesprzyj mnie). Zapewniem Cię, że za każdym razem mogę tylko uklęknąć i trwać w podziwie, jaka jest potęga wiary i jakie owoce przynosi - nawet tak lichej wiary, jak moja. Więc uczciwie mogę Ci napisać - zawierzenie na pewno nie zaszkodzi, a może bardzo pomóc.

Daj znać, kiedy dokładnie następny termin - chętnie wesprę Cię modlitwą - live i w czasie rzeczywistym.

Caliope
Posty: 626
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Caliope » 30 lis 2020, 18:54

Dziękuję Ruto, właśnie nie wiem czy mogę Bogu oddać to wszystko, czy to nie za wiele. A może jednak powinnam, a wtedy zejdzie mi trochę z tych barków. Jak się chce coś za bardzo, to ciężki jest upadek, a szczegòlnie jak jest jakiś plan na wolność.

Ruta
Posty: 825
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Ruta » 01 gru 2020, 22:23

Caliope, ja patrzę na to tak: oddać = zwrócić właścicielowi. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że właścicielem tego świata, mnie i wszystkim moich spraw i w ogóle wszystkiego, nawet takich rzeczy i spraw o których nie wiem i nie przeczuwam nawet ich istnienia, jest Bóg. Doświadczam Jego dobra i Miłości, wiem, wierzę, że Jest absolutną Doskonałością i Miłością - więc cokolwiek Mu oddaję, oddaję to w pełnym zaufaniu i w pełnym przekonaniu, że cokolwiek to jest, On zajmie się tym lepiej, nieskończenie lepiej niż ja.

Na pewno moje doświadczenia z zawierzeniem pokazują że warto - i że efekty mogą znacznie przerosnąć oczekiwania. Choć niestety takie zawierzenie w moim przypadku to na razie rzadkość i umiem go dokonać tylko, gdy czuję się całkiem bezsilna i naprawdę o tą ścianę z którą się zderzam mocno się poobijam, gdy już ledwo oddycham.

Pamiętam też o tym, że Bóg oddał nam samego siebie w pełnym zawierzeniu, absolutnie i do końca. Mam takie poczucie, że taki akt absulutnej i pełnej Miłości, gdy o nim myślę, wzywa mnie do wzajemności, i że to idealny stan, gdy to zawierzenie i oddanie stanie się wzajemne. W takim ujęciu tym, co mam oddać w pierwszym rzędzie jestem ja sama.

Wcale w tym oddawaniu nie jestem dobra niestety, wiele próbuję zachować dla siebie - z różnych powodów, pycha, chęć sprawdzenia się, poradzenia sobie, moje ego, przywiązania różnego rodzaju, brak zaufania, albo chęć by było po mojemu, a jak oddam, no to stracę kontrolę i będzie może inaczej, niż ja bym chciała... Więc staram się na razie oddać te przekonania moje, i tą pychę, i te przywiązania i te moje pomysły jak powinno być, także.

To trochę tak, jak w tych przypowieściach o Królestwie Bożym. Pan, czy właściciel domu udaje się w podróż - i daje sługom różne rzeczy na przechowanie(talenty, miny). Popularnym motywem rozważań jest to, co my z tymi rzeczami nam powierzonymi mamy zrobić. Myślę jednak, że równie ważne jest, żeby mieć świadomość, że mamy je oddać. I że tak naprawdę nic nie jest nasze, ani majątek, ani osoby, które kochamy, ani nasze zasługi. Cokolwiek mamy, mamy to dlatego, że to otrzymaliśmy i wszystko to powinniśmy z czasem oddać.

No i pytanie, jak i kiedy oddawać, czy to będzie za dużo, za mało, na czas, czy nie na czas. Myślę, że to trzeba tak bardzo indywidualnie rozeznać. Mi wyszło, że najlepiej jak oddam i zawierzę wszystko - no ale w moim przypadku, to wynika z mojej bezsilności, gdy patrzę na siebie, wszystkie moje pokręcenia, trudności, marności, przywiązania i na to jak słabo mi dotąd szło kierowanie moim życiem. Pierwszym dobrym krokiem było zawierzenie się Maryi, ja to zrobiłam z desperacji, gdy moje małżeństwo się rozpadało, ja się rozpadałam, mój mąż się rozpadał i cały ten mój świat, który próbowałam mozolnie budowac i sklejać w oparciu o swoje siły też się rozpadał. Taka ta nasza Matka wspaniała, że przyjmuje z Miłością każdego, kto się do Niej zwróci. Jak ktoś budował z Bogiem, zapewne jest w zupełnie innej sytuacji - i tak sobie myślę, że możliwe, że to oznacza, że taki człowiek od samego początku Jemu wszystko zawierzył. Ale tego nie wiem, bo nigdy w takiej sytuacji nie byłam.

Inaczej też teraz widzę modlitwę Ojcze nasz. Kiedyś sądziłam, że to zbiór próśb, teraz widzę w Niej zbiór zawierzeń. Takich właśnie pełnych zawierzeń, w których nie polegamy na sobie nawet na tyle, by sądzić, że zapewnimy sobie chleb codzienny, nie mówiąc już o ochronie siebie przed złem, przed pokusami. O własnych siłach nie podołamy. Nie sądzę, że ten mój obraz jest właściwy dla każdego - raczej jest właściwy dla mnie w miejscu w którym obecnie się znajduję.


Myślę też że to ważne, by to zawierzenie nie oznaczało bierności, a gotowość do działania. Kiedyś była taka zabawa, że na kancie stołu kładło się łyżkę i jak sie dobrze ją wyważyło i ustawiło, to ona była na tyle dobrze ustawiona, że dało się na niej położyć nawet drugą łyżkę. Tak z tym zwierzeniem chyba jest - że trzeba tu mnóstwo rzeczy odpowiednio wyważyć, zbalansować, wyczuć...

Caliope
Posty: 626
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Caliope » 08 gru 2020, 11:13

Niedługo mija rok od słów, że mąż mnie nie kocha. Znów męża irytuje moja osoba, znów słyszę, że nie ma pieniędzy, jak rok temu. Jest różnica w tym, że już nie pozwolę się źle traktować, bo jestem na innym etapie niż wcześniej. Konkluzja jest jedna, nie chodzi o małżeństwo, o to czy ja jestem zdrowa, chora czy gruba, a o pieniądze. Moje zmiany nie wniosły nic do relacji z mężem oprócz mojego zdania, nic nie poprawiły, jest jak jest. Przytyłam, zaczęłam chodzić nieumalowana i dobrze mi z tym, a nigdy nie wyszłam z domu bez makijażu. Liczą się pieniądze, to jest bożek mojego męża i jego własny tyłek i nie wiem czy to się kiedykolwiek zmieni, bo mi się z każdym dniem bardziej odechciewa nawet myśleć o zbliżaniu się jeśli jest niemiły i muszę odpierać jego ataki o plamy które zostawia syn na kanapie, cokolwiek co mu nie pasuje. Jeszcze mam problemy z matką, bo robi podobnie do męża, a granice muszę stawiać tak grube, że potem cały dzień jestem zmęczona. Bardzo lubię się schować w samotności, odciąć, żyć we własnym świecie, wracam do tego jak byłam mała. Chowałam się pod rozkładany stół lub do szafy przed kłótniami rodziców, jak ojciec cały czas pił i przed widokiem jego, leżącego i nieprzytomnego w przedpokoju.

Ruta
Posty: 825
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Ruta » 08 gru 2020, 16:46

Caliope pisze:
08 gru 2020, 11:13
Niedługo mija rok od słów, że mąż mnie nie kocha. Znów męża irytuje moja osoba, znów słyszę, że nie ma pieniędzy, jak rok temu. Jest różnica w tym, że już nie pozwolę się źle traktować, bo jestem na innym etapie niż wcześniej. Konkluzja jest jedna, nie chodzi o małżeństwo, o to czy ja jestem zdrowa, chora czy gruba, a o pieniądze. Moje zmiany nie wniosły nic do relacji z mężem oprócz mojego zdania, nic nie poprawiły, jest jak jest. Przytyłam, zaczęłam chodzić nieumalowana i dobrze mi z tym, a nigdy nie wyszłam z domu bez makijażu. Liczą się pieniądze, to jest bożek mojego męża i jego własny tyłek i nie wiem czy to się kiedykolwiek zmieni, bo mi się z każdym dniem bardziej odechciewa nawet myśleć o zbliżaniu się jeśli jest niemiły i muszę odpierać jego ataki o plamy które zostawia syn na kanapie, cokolwiek co mu nie pasuje. Jeszcze mam problemy z matką, bo robi podobnie do męża, a granice muszę stawiać tak grube, że potem cały dzień jestem zmęczona. Bardzo lubię się schować w samotności, odciąć, żyć we własnym świecie, wracam do tego jak byłam mała. Chowałam się pod rozkładany stół lub do szafy przed kłótniami rodziców, jak ojciec cały czas pił i przed widokiem jego, leżącego i nieprzytomnego w przedpokoju.
Caliope, myślę, że takie wewnętrzne poczucie godności to ogromny krok - nie pozwolę się źle traktować. Myślę, że warto to poczucie oprzeć na Bogu, jak najmocniej, żeby je uprawomocnić, umocnić, żeby mogło sobie rosnąć w tobie. Ładnie już nie raz pisały tu dziewczyny na forum: jesteś córką Króla, to pięknie tą godność i wartość wyraża.
Bliskie mi jest to co piszesz o stawianiu granic. Ja również się w pewnym momencie zorientowałam, że mam problem ze stawianiem granic nie tylko mężowi oraz, że w relacji z moją mamą bywam z tego powodu komletnie wyczerpana. Nie martw się, to z czasem idzie lepiej, płynniej - nie trzeba zawracać, ten projekt się z czasem rozwija, utrwala. Im więcej będziesz wpuszczać w siebie takiej Bożej pewności i godności (z której płynie to nie pozwolę się źle traktować), tym łatwiej i mniejszym kosztem będzie ci to przychodzić.

Ja także nie miałam łatwego startu w mojej rodzinie, i w dorosłym życiu mnie to mocno więziło, mimo podejmowanych na różnych etapach terapii, którymi miałam zamiar jakoś to domknąć i zostawić za sobą - i zawsze wybijało. Myślę sobie, że to takie pętle, po których się poruszamy, z których warto wyjść, wydostać się, by nie reagować na trudności z pozycji przestraszonego dziecka.

To często przejawia się w odtwarzaniu zachowań, reagowaniu podobnie jak w dzieciństwie. U mnie to były głównie nagłe wybuchy emocji, rzadziej paniki, z którymi sobie nie radziłam i które przypisywałam aktualnym zdarzeniom, żeby były "racjonalne". Reagowanie z pozycji przestraszonego dziecka w dorosłym życiu nie jest konstruktywne. To jest trochę o poczuciu niemocy, o tym, że to nasze przestraszone dziecko jeszcze nie dorosło. To nie jest dokładnie tak, jak się czasem obrazuje, że w kimś dorosłym jest dziecko. Jesteśmy raczej dość spójni, nawet gdy nie jesteśmy. Po prostu część osobowości, część nas samych jest niedojrzała, przestraszona, nie umie się mierzyć z rzeczywistością, bo nadal tkwi w przekonaniach i utrwalonych reakcjach, które pochodzą z czasu dzieciństwa. One w dzieciństwie były prawdziwe i funkcjonalne - nie udźwignę tego, muszę się chronić wycofując, uciekając, chroniąc się - pod stołem, w szafie, w swoim świecie. Czy jak w moim przypadku - nie wytrzymam, to co we mnie się dzieje, to co czuję zaraz mnie zniszczy, choć nawet tego nie rozumiem - muszę natychmiast przestać czuć - lub natychmiast to wykrzyczeć, wyrzucić.

To są reakcje z których rodzi się współuzależnienie - czyli przystosowanie do trudnych sytuacji w sposób, który okazuje się destrukcyjny i niekonstruktywny dla osoby która się przystosowuje, ale też dla jej otoczenia. Wtedy właśnie krąży się w takich pętlach, zahamowany jest rozwój, a pętla z czasem staje się rodzajem piekła, trudnych narastających emocji, poczucia niemocy, bezradności, rozpaczy. Stąd często także płynie nieumiejętność stawiania granic - jako dzieci nie mamy na to szans w opresyjnym środowisku, nasz rozwój zostaje zaburzony, albo zatrzymany, bo warunkiem przeżycia jest często nie stawianie granic, dostosowanie się do dorosłych, którzy na różne sposoby te granice łamią - a ewentualne protesty płynące z naturalnego instynktu ochrony siebie są tłumione, tak, że nabywamy przekonania, że stawianie granic, czy mówienie o własnych potrzebach, wiąże się z jeszcze większą represją. To często w tych podstawowych układach rodzinnych jest mocno utrwalone - i widoczne, gdy rodzice nadal przekraczają granice swoich dorosłych dzieci, a dzieci tych granic nie stawiają - a gdy stawiają, to napotykają ogromne represje. Emocjonalne, finansowe, różne.

U mnie droga wyjścia w relacji z mamą okazała się bardzo nieoczywista i dziwna. Ale za to jakoś tam kluczowa dla zmiany mojego reagowania i umiejętności stawiania granic w pozostałych relacjach. Ja na pewnym etapie życia uznałam, że jedyną formą ochrony mnie samej przed mamą jest odcięcie się od niej i unikanie kontaktów. Choć gdzieś wewnętrzenie sądziłam, że mi brakuje relacji z mamą. Teraz myślę, że po prostu czułam, że tam mam tą swoją "pętlę", z którą powinnam się zmierzyć. Natchnienie jak z tego wybrnąć dostałam w Nowennie, choć pierwsza myśl pojawiła się podczas warsztatu z Siostrą Pudełko (tylko wtedy kompletnie nie zrozumiałam o czym Siostra mówi i wydwało mi się, że może Siostra nie wie, jak duże rany moga być w rodzinach). Koniec końców jak się to wszystko we mnie przemieliło, zadzwoniłam do mamy, znalazłam słowa, by jej podziękować, by się odsłonić i pokazać jej, że jestem w zasadzie wobec niej nadal bezbronna, że ją kocham, ale też, że jej nie odrzucam. Ani słowa pretensji, żalu - nawet o to nie zawadziłam. Dojrzewanie do tego, by podziękować (mnóstwo było buntu we mnie, no bo jak i dlaczego mam dziękować osobie, która mnie krzywdziła i która nadal jest wobec mnie destrukcyjna) to był proces, to mi przychodziło właśnie w Nowennie, jakbym zaczęła patrzeć na moją mamę poza moim gniewem, poza zranieniami. Popłakałyśmy się wtedy obie i moja mama mi podziękowała (odjazd). To nas na jakiś czas zbliżyło, spędziłyśmy razem trochę czasu. I jakoś tak te granice wtedy stawiało mi się łatwiej i łatwiej, bo bardzo wprost, a moja mama jakoś ten mój "opór" przyjmowała. Jak w takich zastarzałych układach rodzinnych - po stronie mojej mamy wszystko zaczęło wracać do "normy", czyli w nie tak znowu długim czasie mama wróciła do "swoich" zachowań. Ale we mnie już była zmiana - więc nic na stare tory nie wróciło. Obecnie nie jesteśmy blisko. Ale ja nie boję się już telefonu mamy, granice stawiam gdy tylko czuję że trzeba, jasno, zrozumiale, nie ma już sytuacji, gdy jedna rozmowa z mamą doprowadza mnie do szału, rozpaczy czy jeszcze innego interesującego stanu. Zaakceptowałam mamę jaka jest - a jest toksyczna i destrukcyjna, nawet jeśli nie chce taka być. Choć piłka jest nadal w grze - ostatnio moja mama żali się, że nie umie się ze mną porozumieć. To miłe, bo oznacza, że jej też brakuje relacji ze mną. Nie robię z tym nic. Mama jest dorosła, ma szansę wyciągnąć swoje wnioski. Nie unikam jej, po prostu pilnuję granic.

Aczkolwiek nie mam na przykład ochoty na konfrontację z moją mamą w kwestii noszenia przeze mnie obrączki czy na przykład tego, że chodzę na roraty z synkiem codziennie, bo synek tak postanowił. Ale tu też jest we mnie zasadnicza zmiana, choć na pozór jej nie ma. Kiedyś skrywałam różne rzeczy przed moją mamą, by uniknąć destrukcji, osądu, awantury lub prób wpływania na mnie ze strony mamy. To reakcja nastolatki, jak na nastolatkę całkiem dojrzała - bo jest etapem nauki ochrony granic. Jako kobieta, która zaczyna dojrzewać (lepiej późno niż wcale) dziś świadomie decyduję o tym, czym się z moją mamą chcę podzielić, a czym nie. Jestem dorosła - nie musze się kryć, ja o sobie decyduję i to zupełnie naturalne, że dużo rzeczy zachowuję dla siebie. Granice między dorosłymi dziećmi a rodzicami są naturalne i jak najbardziej na miejscu. Ale umiem też już się "bronić". Niedawno moja mama zaatakowała mnie, że mój mąż widuje się z synkiem u nas w domu, i że ona nie zna żadnego takiego przypadku, że inne kobiety to jak ich dzieci mają kontakty z ojcami, to jednak kobiety od mężów się izolują i ojciec musi odbierać dziecko spod drzwi i pod drzwi odstawić. I że dlaczego ja tak robię, że się w ten sposób nie szanuję, że mój mąż powinien odczuć że źle robi i powinnam go kompletnie izolować, i jak to jest, że mąż traktuje mnie źle, a potem ja do niego wychodzę z sercem i go przyjmuję. Kiedyś uznałabym to za przejaw ingerencji i nacisku. Teraz tego nie analizowałam w ten sposób, poszłam w odpowiedzi bardziej w kierunku, że nie jestem innymi kobietami, robię to co uważam za słuszne i nie widzę żadnego powodu, by traktować męża bez szacunku tylko dlatego, że on mi nie okazuje szacunku a już na pewno nie zamierzam tak robić w obecności dziecka, i że uważam, że dla dziecka jest znacznie lepiej, gdy ma okazję niezależnie od sytuacji widzieć rodziców, którzy odnoszą się do siebie z szacunkiem. Że dziecko nie jest paczką, którą będę wystawiać za dzwi i skądś odbierać, syn ma prawo do decyzji jak i gdzie chce widywać ojca i gdzie się czuje z nim bezpiecznie - a moim zadaniem jako mamy, jest dziecka decyzje szanować, jeśłi tylko są rozsądne i zdrowe. No i że moja relacja z moim mężem to moja relacja i wolę by nie była komentowana, bo jest to dla mnie wrażliwy temat. I już.

Napisałam tak długo i szczegółowo by pokazać mój proces w stawianiu granic w relacji z mamą - zapewne w przypadku każdej pary mama i córka jest on inny, ale myślę, że zawsze jest to proces. I myślę, że ta relacja jest ważna i warto dążyć do tego by ją uzdrowić - nie na zewnątrz, nie uzdrawiając mamę (moja się w zasadzie nie zmieniła), ale jakby naprawiając tą relację wewnątrz siebie, przechodząc w niej od pozycji dziecka czy nastolatki do pozycji kobiety. Nie poradziłabym sobie z tym nawet przy najmądrzejszych terapeutach, lekturach, bez wsparcia najlepszej Matki. Mnóstwo z tego procesu we mnie odbyło się w modlitwie, w rozważaniach. Także sama budowa relacji z Maryją była dla mnie taką szkołą zdrowej relacji. Możliwe że w tym procesie potrzebujemy dojrzałej osoby po drugiej stronie, by sami dojrzeć. Trudno doskonalić zdolność do relacji nie będąc w relacji. No i trudno uczyć się zdrowej relacji bazując na relacjach trudnych, na swój sposób pokrzywionych, zawikłanych.
Maryja jest osobą, Bóg jest osobą, Jezus jest osobą - i z nimi możemy budować relacje. Zawsze to czułam, ale nigdy tak świadomie nie weszłam w budowę relacji - dla mnie to były bardzo odległe Osoby. Tymczasem rozwój tych relacji to wspaniała terapia i droga do własnego zdrowienia.
Śp. Ksiądz Grzywocz o tym mówił podczas Sycharowskiej konferencji - że nie da się naczytać w krzakach mądrych książek o relacjach i potem wyskoczyć z nich już jako mistrz kompetencji relacyjnych. Fajnie też wspomniał o trudnej relacji z mamą, tak z pamięci swobodnie zacytuję: "Jakie ty sobie te firanki kupiłaś, takie niebieskie, no co to jest?!" (mamusia). "No to jest patologia. To jest patologia w sensie ścisłym." (ksiądz). :lol:

Przytulam mocno - pomodlę się dziś w twojej intencji.

Jak nie widziałaś tej konferencji, obejrzyj. Tu link do pierwszej części, uspokojenie, wyciszenie i poprawa humoru gwarantowana i do tego porcja solidnej zdrowej wiedzy o relacjach i wielu innych ważnych sprawach:

https://www.youtube.com/watch?v=AXTvGy8QXqI

Caliope
Posty: 626
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Czy warto mieć nadzieję? czy to koniec.

Post autor: Caliope » 09 gru 2020, 11:47

Dziękuję Ruto, u mnie jest tak, że im bardziej jestem silna, moja mama tym bardziej atakuje, ostatnio, że nie napisałam ,że mam w domu ziemniaki, albo po co ja scielę łóżko jak można pościel przykryć.Ze swoimi synowymi ma lepszy kontakt, im pomaga i nie gada jak mnie.Nigdy nie prosilam o pomoc przy synu, bo zawsze bracia mieli pierwszeństwo.Terapeutka nawet powiedziała, że mi współczuje, bo trzeba tyle siły by postawić granice. Mężowi też stawiam, mówię co myślę, w końcu nie kontroluję siebie i nie oceniam, polubiłam z nim rozmawiać, bo się nie boję, że coś źle powiem i wyjdę na głupka.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Caliope, Szwaczka, Whatever i 16 gości