Dziękuję. Nie tańczę.

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Triste
Posty: 379
Rejestracja: 11 kwie 2019, 9:14
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Triste » 06 lip 2020, 20:50

Nino nawet nie wiesz jak ja bardzo Cię rozumiem.
Tak, umierasz. Przeżywasz żałobę po swoim małżeństwie. Bo cóż w tej chwili mamy ? Nicość.
Umierasz po to aby narodzić się na nowo :-* silniejsza i mocniejsza !

Avys
Posty: 81
Rejestracja: 21 cze 2020, 8:31
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Avys » 07 lip 2020, 9:58

Dziewczyny, płaczę razem z Wami. Czasem myślę, że mi jest łatwiej bo nie muszę już nosić tego znaku zapytania czy Mąż wróci a w tym samym czasie żyć tak jakby Go nie było, tak jakby umarł. Tak żyłam przez 4 lata. I powiem Wam, że każde Jego spotkanie (niestety zamieszkał z kochanką obok mojego bloku) było jak nóż w serce. Teraz jak wiem, że nie wróci to przynajmniej nie dostaję nowych ran. I powiem Wam, że to czy mąż umarł czy odszedł jest bardzo podobne. Myślę nawet, że odejście może być trudniejsze niż śmierć. Obie formy opuszczenia bardzo nas ranią, ale w odejściu z kowalską jest wolna wola małżonka i to jest coś przeciw miłości i to rani chyba bez porównania bardziej niż niezamierzona śmierć. Z drugiej strony Wy możecie mieć nadzieję na powrót małżonka....ech, jakie to jest ciężkie. Bez Boga nie da się przez to przejść. Ja czasem myślę, że Jezus męczył się „tylko” dwa dni a my przeżywamy mękę nawet ileś lat. A wiecie Jezus chyba z każdym z nas to przeżywa, powiedział, że jest z nami aż do skończenia świata- jak zauważy się Jego obecność i cierpienie to wtedy to nasze cierpienie nie jest aż tak straszne.

Keira

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Keira » 07 lip 2020, 19:41

Nino pisze:
06 lip 2020, 18:38
T
Jednak każdy przypadek jest inny. Skoro czuję, że mogę powalczyć w jakimś obszarze, robię to, ale to też może przypominać testowanie różnych sposobów i obserwowanie, czy coś z tego wyniknie?


Za cud uważam również to, że moje małżeństwo wciąż trwa, ale nie mogę udawać/nie dopuszczać do siebie, że w pewnym istotnym sensie to rozpadło się całkowicie...
Zauważasz to, a jednak podrygujesz.

Wiesz, myślę, że jest taki moment ratowania małżeństwa, gdzie to "ratowanie" przybiera kształt patologii. Obserwuję już któryś taki przypadek na forum.

Ze smutkiem, czasem zdziwieniem widzę, jak ludzie TRACĄ chwile, miesiące, lata na modły do małżonka postawionego na ołtarzu. Małżonka, który depcze Sakrament, depcze ich samych, depcze przeszłość, przyszłość, dzieci, ich uczucia.

Miejsce na ołtarzu jest tylko dla Boga. Kiedy jest tam ktoś (lub coś, choćby i najszlachetniejsza wartość, np. małżeństwo), to nic nie ułoży się najlepiej.

Bóg nie stworzył Cię do służenia innemu człowiekowi za wycieraczkę, pogotowie seksualne, przedmiot, którego można używać, bez dawania od siebie miłości, wierności, oddania, przyjaźni.

Tak, na forum jest taka atmosfera, która wspiera postawy ratujących i to wspaniale. Ale trzeba pamiętać, że chory, zmęczony nie uratuje innego. Musi sam wyzdrowieć - choćby po to, by spojrzeć z boku na swoją sytuację, na sytuację całej rodziny, dzieci, tego, jaki obraz rodziny, ojca, matki jest im właśnie wdrukowany, jaki model rodziny właśnie przejmują na zawsze i będą powielać w swoim życiu. Samo małżeństwo nie może uświęcać środków, jakimi się je ratuje, zresztą Katechizm KRK tego zabrania: cel nie uświęca środków.

Twoje małżeństwo - jak sama zauważyłaś - rozpadło się. Bo na czym polega małżeństwo? Co to znaczy być żoną, mężem? Czym jest miłość małżeńska? Ratujesz cielesną relację, która jest okupiona Twoim upokorzeniem, ale jesteś zbyt "chora", by to widzieć, jak bardzo jest to dla kobiety, żony upadlające. Śmiem twierdzić, że Twoje marzenia o szczęśliwej zgodnej rodzinie nigdy się nie ziszczą, z jednego prostego powodu - mąż Cię nie szanuje. Ty nie szanujesz siebie. A bez szacunku nie ma mowy o zdrowej, wartościowej relacji. Jest używanie człowieka przez człowieka. Robi to tysiące ludzi i nie potrzebuje do tego Sakramentu, jako przykrywki do działań - powiedzmy to szczerze - patologicznych i totalnie niszczących ducha i godność Twoją, jako kobiety, człowieka, żony.

Warto może przystanąć chwilę i zrozumieć, że DJ dawno przestał grać. Jest cisza, nie ma dźwięków, więc nie ma do czego tańczyć wspólnego tańca z mężem. Być może jest to czas na Twój samotny taniec ze sobą, z Bogiem, z dziećmi.

Oczywiście wybór należy do Ciebie, jednak jeśli widzisz, że pomimo Twoich "starań", nic się nie zmienia, a Ty czujesz, jakbyś wewnętrznie umierała, to zastanów się, czy nie potrzebujesz po prostu pomocy, by to zobaczyć, dostrzec i przeciwdziałać.

Bardzo lubiłam na starym forum czytać użytkowniczkę o imieniu Sagita. Ona kiedyś opisała sytuację, w której tygodniami uprawiała taki taniec z mężem. Jednak pewnego dnia poszła do prawnika, uzyskała różne informacje, które formalnie mają kształtować jej dalsze życie małżeńskie (kroki prawne, mediator, ustalenia widzeń z dziećmi, alimenty i wszystko to, czego prawo wymaga od ojca, męża). I kiedy mąż chciał znowu zacząć stosować swoje metody (a te metody będą w użyciu dopóty, dopóki będzie mu to pasowało, niektórzy tak żyją latami, bo tak im jest wygodniej, więc po co coś zmieniać? Obowiązków brak, seks jest, uległa i czekająca żona jest, możliwość posiadania kochanek jest - żyć nie umierać, po co coś zmieniać?), to Sagita poprosiła go o spokojną rozmowę, a potem położyła przed nim notatki od prawnika i powiedziała krótko, że zamierza to wszystko wcielić życie, dosyć tańca. Ona nie chce byle kogo za męża. Ona chce za męża cedr Libanu, a nie ciapciaka, który w dojrzałym wieku nie wie, jak żyć. I że męża decyzja - czy wraca do domu i buduje rodzinę na normalnych, zdrowych zasadach, albo się wyprowadza i żyją osobno, respektując ustalone prawnie sprawy. Oczywiście, że bała się tego, że mąż powie: no to sajonara. Ale nie wolno się tego bać. Ona dojrzała do tego, by wybrać życie godne, z szacunkiem do siebie, nawet za cenę braku męża, którego i tak de facto już nie miała w życiu.

Dobrą i wierną żoną można być na odległość.
Ba! Czasami ulegając grzesznym mężom, przyczyniamy się do danego stanu rzeczy, jesteśmy współwinni. Nie wolno tak.

Dla Boga jesteś najukochańszym dzieckiem i masz żyć tak, aby zachować godność Dziecka Bożego.

Można żyć inaczej i umierać po kawałku. Decyzja należy do Ciebie.

Avys
Posty: 81
Rejestracja: 21 cze 2020, 8:31
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Avys » 07 lip 2020, 21:28

Keira, to co napisałaś to jest dla mnie definicja Córki Króla - którą jest każda z nas, każda ma takie powołanie. Bardzo chciałabym umieć wcielić w życie te wszystkie rzeczy o których piszesz. To jest moje marzenie, żeby codziennie być Córką Króla z pełną świadomością i zrozumieniem tego. Dużo dużo mi jeszcze do tego brakuje. W takiej postawie jest wolność, odwaga, siła, delikatność i czułość. A króluje tam miłość cierpliwa która polega na dawaniu i braniu! Ty o tym piszesz jak z własnego doświadczenia przebytej drogi. Zazdroszczę Ci. Dziękuję Ci za ten wpis. Skopiowałam sobie to do notatnika :-)

Keira

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Keira » 08 lip 2020, 10:12

Avys pisze:
07 lip 2020, 21:28
Keira, to co napisałaś to jest dla mnie definicja Córki Króla - którą jest każda z nas, każda ma takie powołanie. Bardzo chciałabym umieć wcielić w życie te wszystkie rzeczy o których piszesz. To jest moje marzenie, żeby codziennie być Córką Króla z pełną świadomością i zrozumieniem tego. Dużo dużo mi jeszcze do tego brakuje. W takiej postawie jest wolność, odwaga, siła, delikatność i czułość. A króluje tam miłość cierpliwa która polega na dawaniu i braniu! Ty o tym piszesz jak z własnego doświadczenia przebytej drogi. Zazdroszczę Ci. Dziękuję Ci za ten wpis. Skopiowałam sobie to do notatnika :-)
:oops: :oops: :oops:

Avys, dziękuję Ci za Twoje słowa. Tak, dzielę się czymś, co wynikło na bazie mojego doświadczenia, ale nie wiedziałam, że to „słychać” w tym, co piszę.

Córką Króla jest KAŻDA z nas, dlatego należy robić wszystko, by prowadzić życie królewskiej córy, a nie żebraczki spod muru. Kochać mądrze.
Czasami myślimy, że nasze działania są ratunkiem, podczas gdy mogą one pogłębiać kryzys, utrwalając chore, niszczące status quo. Zresztą – tak sobie myślę, że jeśli coś robimy, aby coś uzyskać od innej osoby (np. przekonanie jej do nas, określone zachowania), to jest to pewien rodzaj manipulacji. To ludzkie, wiadomo. Każdy czegoś chce. I wielu ludzi to robi, nawet w całkiem dobrej wierze. Ja też nie byłam wolna od zachowań, które z pozoru tylko były „naprawianiem”, w rezultacie pogłębiały kryzys.

W końcu zadałam sobie pytanie: kobieto, kochasz tego męża i robisz wszystko, by chciał z tobą być. Schodzisz mu z drogi, nie podejmujesz trudnych rozmów (bo on nie chce), tolerujesz jego milczenie, jaskinie, mroki (bo ma do tego prawo), próbujesz się zmieniać (bo zarzucił ci A, B, C i chcesz być taka, jaką on chce, by zasłużyć na miłość), starasz się być lepsza dla niego itd. byle tylko uzyskać cel – przekonać go do siebie.
Ale chwilka! Czy nie powinno to też działać w drugą stronę?
Czy on też nie powinien akceptować twoje wady, czy nie powinien się starać, byś ciągle go podziwiała? On ma tyle wad, złych zachowań, krzywdzi cię i rani, a jednak go kochasz. Czy nie zasługujesz na to, by mąż miał dokładnie tak samo wyrozumiałe i kochające podejście do ciebie? Czy rozumiesz więc, że NIC CO ZROBISZ nie zmieni jego uczuć trwale i prawdziwie, bo to nie od ciebie zależy? To zależy od jego wewnętrznej przemiany, dojrzałości i zrozumienia, że ludzie nie są wokół nas po to, by realizować nasze potrzeby. Spotykamy się na swojej drodze, by dzielić się tym, co mamy najlepsze, razem budować nową jakość, wartość, spełniać się, stawać się lepszym. Jeśli jedna strona nie potrafi tak tworzyć relacji, to zaczyna się sytuacja toksyczna – dla obu stron.

Mój mąż nie odszedł do nikogo konkretnego, ale zapowiedział, że będzie szukał. W pewnym momencie pomyślałam, że ta nowa kobieta nie będzie musiała się tak starać, jak ja. Nie będzie musiała tańczyć przed nim na linie, to on będzie ją zdobywał, stroszył piórka. I wtedy do mnie dotarło, że moje „tańce” nie mają kompletnie żadnego sensu. Jeśli by miały efekt, to chwilowy, a mi na chwilowych zmianach nie zależy.

Mogę zaakceptować dwa modele życia – albo małżeńskie z mężem, który dojrzewa do relacji duchowej, do miłości takiej, jaką wymyślił dla nas Bóg – albo małżeńskie, ale samotne, gdzie mogę tę miłość do męża objawiać podczas modlitwy, błogosławienia go w myślach i swojej wierności i postawie żony (noszę obrączkę i nazywam siebie mężatką sakramentalną). Wszystkie inne modele mnie nie interesują. Nie interesuje mnie wyczekiwanie, przekonywanie, służalczość, dostępność bez żadnych wymagań lub z wymaganiami pozornymi, akceptacja zła, toksyczności, notorycznie przesuwane granice.

W moim domu łóżko jest dosunięte do ściany z jednej strony, bo śpię sama. W szafach nie ma miejsca na rzeczy męża. On wie, że może wrócić, tylko pod warunkiem życia wg zasad Boskich, a nie ludzkich. Jeśli będzie chciał wrócić – to stworzenie wspólnego miejsca do życia – będzie najmniejszym problemem. I powiem, że kiedy po roku od rozwodu przyjechał do mieszkania po jakieś jeszcze swoje rzeczy i załatwienie spraw formalnych, to był zaskoczony tym, jak bardzo fizycznie nie ma miejsca dla niego w tym mieszkaniu. Ale też wyczułam, że nie-obojętnie przyjął fakt, że nie ma też miejsca na innego mężczyznę. Chciałam, żeby wiedział, że zachowuję się jak sakramentalna żona, jestem wierna i otwarta na powrót, ale ten powrót nie będzie taki prosty, bo będzie wymagał od niego wielu zmian, przede wszystkim w jego myśleniu i rozumieniu. Możliwe, że nigdy nie dojrzeje do tych zmian. Ale TO JA nie widzę innej możliwości wspólnego życia.

I nie mogę czekać na ten powrót z założonymi rękami. Żyję tu i teraz i planuję szczegółowo jedynie najbliższe 24 godziny (wiele fajnych metod pracy nad sobą można znaleźć w programach dla uzależnionych, polecam). Dzięki takiej postawie radzę sobie całkiem dobrze, czuję spokój i nie mam poczucia, że marnuję czas, jaki mi został dany. A to, co będzie – to i tak jest poza mną. Ja mogę robić tylko swoje.

Żeby nie było tak idealnie – nadal mam masę rzeczy do przerobienia, ale nie są one związane z mężem czy z byciem żoną. Po prostu przy okazji kryzysu odkryłam, że mam wiele do poprawy, że powinnam pozbyć się kiepskich i szkodliwych nawyków, zastąpić je dobrymi – żeby wieść po prostu lepsze, bogatsze i szczęśliwsze życie. Z mężem fizycznie u boku lub bez.

spokojna
Posty: 69
Rejestracja: 30 cze 2018, 21:00
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: spokojna » 08 lip 2020, 11:49

Keira, bardzo Ci dziękuję za ten wpis . J wprawdzie nie mam rozwodu i nie zamierzam, ale cała reszta pasuje. Bardzo, ale to bardzo przemawia do mnie i identyfikuję się z nim. Bóg Ci zapłać. Pozdrawiam i pogody ducha.
Odstąp od złego i czyń dobrze , a będziesz trwał na wieki .
Ps.37.27

elena
Posty: 84
Rejestracja: 14 kwie 2020, 19:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: elena » 08 lip 2020, 13:25

Ja również dziękuję za wpis Keiry :) był mi dziś potrzebny, potrzebowałam przeczytać właśnie takie słowa.

PS zawsze jak wchodzę na forum to udaje mi się odnaleźć "coś", co w danej chwili jest mi niezbędne do lepszego przeżywania dnia :)
„Kocha się nie za cokolwiek, ale pomimo wszystko, kocha się za nic”. Ks. Jan Twardowski

Bławatek
Posty: 267
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Bławatek » 08 lip 2020, 15:45

Keiro, ja jestem na początku drogi kryzysu w którym mąż dąży do rozwodu. Wiele z tego co napisałaś jest w mojemu sercu i myślach. Mam już dość dostosowywania się do zachcianek i pomysłów męża. Jeżeli kiedyś uda mi się porozumieć z mężem to nie chcę wracać do tego co było. Pracuję nad swoimi wadami i wiem ile mąż pracy powinien też zrobić. Wiadomo lepiej gdybyśmy to robili razem w tym samym czasie. Tym bardziej, że świadomie zawieraliśmy małżeństwo sakramentalne. Wszystko w rękach Boga.

Nino
Posty: 451
Rejestracja: 14 gru 2019, 18:26
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Nino » 10 sie 2020, 22:07

Drodzy,
jak wielu z Was tutaj, korzystam ze swojego wątku, aby dać upust temu, co dzieje się we mnie i u mnie, z nadzieją, że jak to zwerbalizuję: uporządkuję myśli i poczuję ulgę, a od Was, otrzymam być może, jakiś cenny ogląd.
Przez miesiąc nie było mnie w Polsce. Pracowałam zagranicą. W tym czasie, raz po raz, kontaktowałam się z mężem. Odbierał telefony, ale nasze rozmowy były o niczym. To raczej było moje krygowanie się, aby podtrzymać kontakt. Mimo to cieszyłam się, że "doszliśmy do etapu", iż odbiera. Zbagatelizowałam fakt, że nie zareagował na bardzo ważną, ale i radosną informację, dotyczącą naszego syna. Że zachował się po raz kolejny bardzo niefajnie (oględnie mówiąc). Po kilku dniach znowu zadzwoniłam i gdy mąż odebrał, toczyliśmy przez chwilę tę dziwną rozmowę, w której ja się bardzo starałam, a on zbywał mnie raczej.
Jak każdy uzależniony, lubię wyznaczać sobie takie progi, od których ma być już DOŚĆ, nie zrobię tego więcej. Nie będę do niego wydzwaniać. Takim kolejnym progiem był początek sierpnia, który też był początkiem mojej morderczej (bo autokarem), podróży do Polski. Mąż wiedział, że wracam. Wcześniej zapytałam, czy nie odebrałby mnie z dworca i zawiózł do domu. Wcześniej nie odmawiał. Tym razem odmówił.
Wróciłam. Na dworcu poryczałam się. Na szczęście maseczka przysłaniała mi całą twarz. Umęczona wielogodzinną podróżą, z mieszaniną emocji w sercu: że jestem znowu w Polsce, że w sumie bardzo tęskniłam, że potrzebuję wyjść z roli, jaką pełnię, gdy pracuję zagranicą i znowu pobyć sobą i ze sobą, z czasem i przestrzenią na to.
Z dworca odebrała mnie córka. Spędziłam u niej trochę czasu. Dobrego czasu. Potem wróciłam do domu i czułam się szczęśliwa, że wróciłam. Po kilku dniach od mojego powrotu zadzwonił do mnie mąż, zapytać, czy już dojechałam. Rozmowa byłam miła. Pogadaliśmy trochę o naszym domku i działce. Mąż sugerował, co powinno być zrobione, ale dawał do zrozumienia, że on nie chce w żaden sposób brać w tym udziału. Przełknęłam żabę. Pożegnaliśmy się miło, życząc sobie wzajemnie dobrego dnia.
Dzień później zadzwonił ponownie. Tym razem uprzejma rozmowa zakończyła się po minucie. Mąż oczekuje ode mnie, abym na powrót podjęła się spłaty za działkę. Od jego odejścia mamy taki podział, że mąż spłaca ratę za domek, ja ratę za działkę. Z powodu wybuchu pandemii i utraty pracy przeze mnie wiosną, mąż przez trzy miesiące opłacał za mnie moją ratę, ale teraz uznał, że skoro podjęłam pracę, mogę powrócić do swoich zobowiązań.
Próbowałam powiedzieć mu, że to raptem mały zastrzyk gotówki po zaledwie miesiącu pracy. Że pozwoli mi on złapać oddech, ale potrzeb finansowych i zobowiązań wciąż mam więcej, niż dochodu. Tymczasem mój mąż od maja świetnie zarabia. Dostał podwyżkę w pracy, a od pewnego czasu ma również auto służbowe do dyspozycji. Można powiedzieć, że mu się powodzi.
Mąż wybuchł, że nie będzie spłacać rzeczy, z których nie korzysta. Wzięłam oddech i spokojnie odrzekłam, że domek i działka są również jego i może wrócić. Usłyszałam jeszcze, że całe życie słyszał wypominanie, iż nie potrafi zarobić na rodzinę. Odrzekłam mu, że rozumiem, i przypomniałam, że przeprosiłam go za wszystkie złe słowa, które ode mnie usłyszał. Dodałam, że doceniam jego obecne wsparcie finansowe, i jest ono też dowodem na to, że potrafi o nas zadbać finansowo.
Ale choćbym posypywała się przed nim popiołem w worku pokutnym, on i tak swoje wie oraz ma już (myślę, że od dawna), plan na siebie, który w ostatnim roku, po RADYKALNYM odcięciu się od rodziny, udaje mu się wreszcie realizować. A jest to życie dla siebie samego.
Przerwało nam rozmowę. Nie oddzwaniałam już. Dzień później otrzymałam od męża mejla, że powstrzyma się z "alimentami" na dzieci ( to taka umowna kwota, którą ustaliliśmy parę lat temu, przy ówczesnym tąpnięciu ), dopóki nie opłacę raty za działkę.
Bardzo zabolało mnie, że zagrał dziećmi. Że nie porozmawiał ze mną, jak z człowiekiem. Byłam roztrzęsiona. Tamtego nieszczęsnego dnia wydzwaniałam do niego. Byłam bojowo nastawiona. Chciałam, aby wreszcie spotkał się ze mną. Abyśmy wreszcie ustalili nasze sprawy. Tylko: jakie sprawy? On sprawę postawił jasno, już dawno. Do mnie nie chce wrócić. Z rozwodem na razie nie występuje. Z dziećmi nie chce mieć kontaktu. Pasuje mu podział, że płacimy za domek i działkę po połowie i tego chce się trzymać.
Ochłonęłam na tyle, że przestałam raić o poważnych rozmowach z mężem przy okrągłym stole. Kiedy w piątek wieczorem udało się nam chwilę porozmawiać (odebrał łaskawie...), zaproponowałam mu po prostu spotkanie. Nie chciał, ociągał się. Stanęło na tym, że zdzwonimy się w niedzielę. W niedzielę okazało się, że jednak nie....
Boże, dopóki nie dzwoniłam do niego, było ok. Ale jego mejl w piątek rano rozstroił mnie i, niestety, na własne życzenie, stanęłam ponownie w tej nieszczęsnej koleince dawnego, toksycznego i wyniszczającego mnie schematu, gdy wydzwaniam do niego z żebraniem o kontakt i wyjaśnienia.
Wczoraj czułam się po prostu STRASZNIE. Ból wewnętrzny uderzył z ogromną siłą. Na kazaniu w kościele ksiądz mówił, by w trudnych chwilach prosić po prostu: Boże, ratuj!. I prosiłam.
Ale wcześniej próbowałam znieczulić się na różne sposoby. Wypiłam dwa drinki po obiedzie, wypaliłam wyżebranego od sąsiadki papierosa, byłam na długim spacerze z kijami...Szczęście od Boga, że gdy zadzwoniła wieczorem córka, udało mi się z nią normalnie porozmawiać. Zapytana o to, jak spędziłam dzień, przypomniałam sobie jego jasne punkty i opowiedziałam o nich. Skupiłam się też na tym, co córka ma mi do powiedzenia. Ze swojego życia. Okazało się, że spędziła wczoraj urocze popołudnie ze swoim bratem. Serce mi mocniej zabiło. Tak reaguję na myśl o moim synu. Bardzo, bardzo go kocham. Podpytałam, jak spędzili czas. Cieszyłam się, że fajnie. Delikatnie zapytałam, jak widzi "stan ducha" swojego brata. Wiem od niego, że próbował spotkać się z tatą, ale nic z tego nie wyszło.
Córka odpowiedziała, że jest okej, ale że on (syn) czuje żal do nas obojga... Że przez tyle lat nie potrafiliśmy uporać się z naszymi emocjonalnymi problemami, które generowały też problemy finansowe. Jest zawiedziony brakiem naszej dojrzałości, a przy tym bardzo nas kocha...
Nawet nie wiecie, kochani, jak rozliczą Was kiedyś z Waszych zachowań, Wasze dorosłe dzieci. I to są bolesne rozliczenia. Syn kocha mnie i wie, że i ja kocham go, jednak czuje też żal, że byłam "lekkoduchem", że nie ogarniałam, i że nie potrafię zrobić "porządku" z tatą.
To jest bolesne, słyszeć słowa krytyki od ukochanego dziecka. Mój syn nie wypowiada ich w sposób raniący. Pamiętam nasz długi, wielkanocny spacer po polach. Po godzinie wspólnego marszu, syn nieoczekiwanie otworzył się i zaczął temat taty. Była wtedy nasza rozmowa. Długa, pełna moich łez, i jego zaszklonych oczu. Przeprosiłam syna za swoje zaniedbania, za błędy, za nieodpowiedzialne zachowania, za krzyk w kłótniach z tatą i niekontrolowane słowa.
Stałam, taka mała obecnie, przy moim dorodnym, młodym mężczyźnie: synu i musiałam zmierzyć się z jego żalem, z jego złością i bólem, i musiałam to wszystko wziąć na klatę.
Niewiele mówiłam. Po prostu, że jest mi bardzo przykro, i że przepraszam. Że dziś rozumiem, jak było to dla niego bolesne, a z mojej strony: egoistyczne. Że jestem obecnie kompletnie bezradna wobec zachowań ojca, że nie potrafię ani powstrzymać tego rozpadu, ani zerwać z ojcem. Próbowałam powstrzymać łzy, ale one same cisnęły się do oczu.
Za męża też mi się oberwało.
Potem syn mnie przytulił. Jest tak wysoki, że mogę kłaść głowę na jego piersi ;) Mówił: "Już dobrze, mamuś...".Słyszałam bicie jego serca i przetoczyła się przeze mnie fala....
Nie jestem w stanie dłużej o tym pisać.
Wracając do tu i teraz. Po niedzieli znieczulania się i "narkotyzowania się" na przemian (wykonałam jeszcze ze dwa, trzy nieodebrane telefony), skuliłam się w końcu na łóżku i dosłownie serce pękało mi z żalu. Byłam pewna, że przede mną koszmarna noc, zakończona nad ranem potężną migreną. Przypomniało mi się poranne kazanie i dosłownie zapiszczałam, bo nawet nie byłam w stanie powiedzieć normalnie: Boże, ratuj!. I... uspokoiłam się. Nie potrafię tego opisać, jak tylko tymi słowami: jak ręką odjął. Obróciłam się na drugi bok. Czułam, jak oddech uspokaja się, staje się miarowy. Ustąpiła galopada myśli. Lekkość w głowie, taka przyjemna pustka. Patrzyłam w okno, na zarys drzewa, które kocham i które ma nawet swoje imię, i poczułam się utulona przez Ojca.
I teraz przypominają mi się słowa Ukasza, który pisał o podobnych doznaniach i to: jak to źle zostało przyjęte na Forum. Że to religijna egzaltacja.
Ale ja to poczułam dokładnie tak, jak opisuję.
Dziś zbieram się do kupy. Oczywiście, ponownie z solennym postanowieniem niedzwonienia do męża. To się szybko nie zakończy, ten proces. Wkrótce zaczynam kroczyć ;)
Nie wiem jeszcze co z tą ratą za działkę. Może spróbuję poprosić męża, aby w tym miesiącu jeszcze ją opłacił i ustalimy, co dalej? A może ją opłacę, póki mam trochę środków, a o dalsze pieniądze i zobowiązania zacznę martwić się, jak już znowu będę miała zero na koncie?
Dużo spraw do ogarnięcia przede mną. Wojny z mężem nie chcę. Ale też nie chcę sama siebie wytrącać z kruchej równowagi, gdy do niego dzwonię. Boże, daj mi siłę, abym potrafiła się powstrzymać.
Przyszła mi taka pocieszająca myśl do głowy, że jednak robię postępy. Nie używam już manipulacji w próbach kontaktu. Jeszcze pół roku temu potrafiłam wysłać głupiego esemesa, aby tylko mąż oddzwonił. Skończyło się jakoś z początkiem marca ;)
Miałam też fazę wysyłania sympatycznych fotek. Zarzuciłam.
Ze zdziwieniem konstatuję również, że potrafiłam wsiąść w auto i jechać do niego niezapowiedziana do pracy "na rozmowę". Ło, matko! O seksie nie wspomnę....
Uff, trochę mi lżej. Dziękuję, kochani, że jesteście.
Nino
Ps. Jest wieczór. Zaprawiam śliwki, byłam na biegu. Przede mną ostatnie dni przygotowania do zawierzenia Maryi...Walka wewnętrzna. Link dostałam nieoczekiwanie w połowie lipca. Weszłam w to. Tam, gdzie w lipcu pracowałam, byłam codziennie na adoracji w małym, wiejskim kościółku.
Ale w Polsce inne życie! Pojawiają się "adoratorzy"...
Ps, nr 2. Jak byłam na biegu, zadzwonił mąż (nie wzięłam telefonu ze sobą). Zaraz potem przysłał sms z zapytaniem, czy zapłaciłam ratę za działkę. Odpisałam, że jeszcze nie i zapytałam, czy możemy porozmawiać. Po chwili jednak rozmyśliłam się i wysłałam informację, że napiszę mejla i życzyłam mu miłego wieczoru.
I tak nasza konwersacja schodzi na poziom mejlowy. Tak, jak mąż tego pragnął od dawna.
Dobrej nocy.

Nino
Posty: 451
Rejestracja: 14 gru 2019, 18:26
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Nino » 17 sie 2020, 8:37

Po tygodniu ciszy, dzis rano zadzwonil maz. Zapytal, czy rejestruje sie jako osoba bezrobotna i poprosil, abym nie zglaszala go - jak dotychczas - do ubezpieczenia zdrowotnego (maz pracuje/pracowal? na smieciowce).
Przyjelam do wiadomosci, po czym napisalam do niego mejla z prosba, ze jesli ma taka mozliwosc, to czy moglby zglosic do ubezpieczenia rowniez mnie i dzieci, poniewaz to rejestrowanie sie jako osoba bezrobotna jest dla mnie uciazliwe i robie to ze wzgledu na ubezpieczenie, poniewaz i tak nie mam prawa do zasilku.
I tak obserwuje teraz swoje emocje i czuje sie bardzo zle. Przeciez to kolejny krok meza w kierunka zerwania ze mna wszelkich polaczen, a ja wyskakuje ze swoja prosba, narazajac sie poraz kolejny na odmowe.
Popelnilam blad.

tata999
Posty: 1124
Rejestracja: 29 wrz 2018, 13:43
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Mężczyzna

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: tata999 » 17 sie 2020, 10:10

Nino pisze:
17 sie 2020, 8:37

Przeciez to kolejny krok meza w kierunka zerwania ze mna wszelkich polaczen(...)
Myślę, że to tylko formalizm, techniczna sprawa. Czy nie najważniejsze są te "połączenia", które są między Wami dwojgiem bez pośrednictwa żadnej instytucji? Inaczej można by rekomendować tworzenie, jak najwięcej formularzy, żeby połączeń było niezliczenie dużo.

Bławatek
Posty: 267
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Bławatek » 17 sie 2020, 12:03

Nino, wiem jak to boli, gdy traci się poszczególne sfery łączące nas ze współmałżonkiem. Mój mąż doladowywał telefon syna ze swojego konta, ale jak odszedł to zapomniał o wszystkich rachunkach - musiałam sama wszystkiego dopilnować. Gdy mąż nawet nie zapytał czy mi wystarcza pieniędzy na zapłatę jego polisy na życie to mu oddalam po paru miesiącach jego kwitki do comiesięcznego płacenia (tak się kiedyś zdarzyło, że była szansa wpisać dodatkowo męża do ubezpieczenia grupowego w mojej pracy więc i tak dalej opłacam drugą polisę - chyba na moją zgubę, bo mąż do sądu napisał, że czycham na jego śmierć i wypłatę odszkodowania 🤯 - a kiedyś zgodnie stwierdziliśmy, że będziemy opłacać obie polisy). Rachunek za telefon męża zawsze przychodził na mój adres mailowy i mąż aby się ode mnie odciąć załatwił sobie, faktury na swój mail, a zawsze to było dla niego uciążliwe. Też mnie zabolało. Natomiast swoich samochodów z podwórka nie zabrał - nie mam czasu doglądać ich, szczególnie podczas burzy lub zabaw syna z kolegami i boję się co będzie jak się w jakimś samochodzie coś zewnętrznie uszkodzi. I boli też, że czasami jak syn na swoim telefonie nie widzi, że tata dzwoni to mąż nie łączy się ze mną, później jest tak, że my oddzwaniamy, a mąż nie odbiera, on po jakimś czasie dzwoni, my nie słyszymy i tak w kółko. Smutne to, bo ja się coraz bardziej oddalam przez to wszystko.

I później tych połączeń nieformalnych, nieurzędowych niestety jest coraz mniej. Bo nawet do syna mąż woli wpaść w takich godzinach aby mnie nie spotkać🙁

Nino, nie mamy wpływu na drugiego człowieka. Ta myśl często pozwala mi się nie załamywać, choć lepiej by było jakby jednak móc mieć wpływ na kogoś głównie po to, aby ktoś nie podążał drogą ku 'zagładzie'.

A kiedyś pracowałam w UP więc wiem, że często nie ma tam fajnych ofert pracy, ale przynajmniej możesz mieć ubezpieczenie.

Nino
Posty: 451
Rejestracja: 14 gru 2019, 18:26
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Nino » 18 sie 2020, 9:32

Tata, studzisz mnie...i dobrze. Ta sytuacja pokazala, ze maz porzadkuje swoje sprawy. Kiedys ja sie tym przejmowalam.
Musze sie Wam do czegos przyznac. W pewnym sensie maz mi...zaimponowal. Uwazalam go za d...e w porach. Wkurzalam sie, ze to ja sie zamartwiam o tyle spraw, rachunki, oplaty, a on tylko sobie pracuje bez umiaru i ma w pracy swoj swiat....
Przez ostatnie 15 miesiecy maz pokazal jak....potrafi o siebie zadbac. Zrobil to ogromnym kosztem, odcinajac sie od nas zupelnie, ale...Utrzymal prace, ogarnia swoje sprawy, lekarzy (kiedys trzeba bylo prosic go miesiacami, aby poszedl do lekarza), robi oplaty (latami tego nie robil, nie obchodzilo go to, a slowo ubezpieczenie bylo fikcja). Zadbal o swoj ubior, o kondycje (bywalo, ze ubieral sie jak lump, byl chudy, bo przez przesiadywanie w pracy do wieczora jadl nieregularnie, nie mozna bylo ulozyc jakiegos harmonogramu dnia przez jego wieczne zapracowanie, chroniczny brak czasu).
W pracy poznawal kowalskie, wiec do domu, do zony z pretensjami tez nie chcialo mu sie wracac. A jak byl to przemeczony, sfrustrowany, nieogarniajacy, zmuszony do ciaglego ukrywania swoich romansikow, bedacy myslami gdzie indziej.
Teraz jest SAM. Zyje jak chce. Robi, co chce. Spotyka sie z kim chce. Dba o siebie. Dobrze wyglada, dobrze zarabia. Byc moze keyje sie za tym kowalska, byc moze nie: ale nie mam zludzen, ze nie ma zadnej kobiety. Ze zyje w celibacie.
Wciaz odmawiam egzorcyzm malzenski i tak: jak mu blogoslawie i dobeze zycze, tak w tym zycze mu samych niepowodzen i bolesnych porazek.
Moj maz w pewnym sensie....zyskal w moich oczach! Ironia losu.
Czesto piszecie, ze trzymacie sie listy Zerty. A ja Wam powiem, ze dla mnie lepszy jest List Kasi. Reguralnie go sobie odswiezam.

Nino
Posty: 451
Rejestracja: 14 gru 2019, 18:26
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Nino » 01 wrz 2020, 8:48

Witajcie,

Jeszcze w sierpniu maz poinformowal mnie, ze chce przechowac swoje rzeczy w garazu. Opuszcza mieszkanie, w ktorym dotad przebywal i od pazdziernika bedzie wynajmowal nowe lokum w miescie, w ktorym obecnie pracuje. W niedziele, w zwiazku z przewozem rzeczy, spedzilismy ze soba troche czasu. Kiedy maz jest blisko. budza sie we mnie stare schematy zachowan. Uwieszam sie czlowieka, ktory mnie nie chce.
Po poludniu, gdy polozyl sie na kanapie i zasnal, zapalilam swiece, wlaczylam muzyke i wypilam piwo. Alkohol uspil na chwile moje leki i gdy maz sie obudzil, zapytalam wprost: czy jest chory? Kilka lat temu u meza pojawil sie pewien symptom. Pojawila sie tez we mnie mysl, ze to moze byc jaskolka pewnej choroby. Maz przekonywal, ze nie. Smial sie, ze to od roweru. Ze to nic groznego. Ze to tez efekt pracy, jaka wykonuje. Nie szedl do lekarza. Jego zycie ostatnich lat to kompulsywna,
doprowadzajaca do wyczerpania praca, kowalskie i porzucanie mnie.
W niedziele odpowiedzial, ze tak. Przy kolejnej wizycie lekarskiej, bedzie miec potwierdzenie.
Brak emocji, raczej dawanie mi do zrozumienia, ze nie chce o tym rozmawiac. Na potwierdzenie, ze mowi prawde, podeslal mi zdjecie ulotki leku, ktory przyjmuje. Na ulotce jest wymieniona nazwa choroby. Zapytalam, po co zrobil to zdjecie, komu chcial je wyslac: odpowiedzial, ze synowi.
Zaproponowalam (niestety, byl w tym rowniez ow moj ton proszalny), aby maz zamieszkal we wrzesniu w domu.
Maz niechetny tej propozycji, ociagajacy sie. Sklonny sie zgodzic, ale dlatego, ze nie mam pracy i jestem bez srodkow do zycia. Zapowiedzial, ze moze mi pomoc, ale to juz ostatni miesiac.
Kiedys Sarah zazartowala, ze maz wroci do mnie, jak bedzie np. chory i bedzie potrzebowac pomocy.
Moj maz - rowniez w obliczu choroby - nie ma zamiaru do mnie wracac. Chce dalej zyc, jak zyje. Uwaza, ze Boga nie ma i ze w sumie dobrze, iz perspektywa jego zycia skrocila sie. Na moja sugestie, aby rozejrzal sie za praca, gdzie bedzie miec normalna umowe, ubezpieczenie..itd, ktora nie bedzie go tak wyczerpywala, odrzekl: "nie bedziesz ukladac mi mojego zycia" i zalecil, abym lepiej zajela sie swoimi problemami.

MaryM
Posty: 217
Rejestracja: 18 gru 2019, 17:21
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: MaryM » 01 wrz 2020, 13:06

Nino, takie doświadczenie jest frustrujace. Podświadomie czekamy na zmianę warunków, które sprawią, że mąż poczuje tęsknotę za nami a my wtedy będziemy gotowe na jego mądre kochanie. Tymczasem warunki się zmieniają a goście z doktoratem w dziedzinie odwieszenia wciąż chcą tańczyć solo... ale wiem, ze żadna z nas nie chciałaby powrotu z wygody lub strachu. Manili mi się, ze załatwiam jakieś sprawy z mężem i jest taki czuły i pytający o ważne dla mnie sprawy. Nigdy taki nie był. A we mnie jest tęsknota za takim nim. Od 20 lat. I wiem, ze już nie ma powrotu jego w obecnym stanie bo będzie znowu wyniszczające dla mnie. Nawet gdyby chciał, ja się nie odważę życ na huśtawce...

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: sajmon123, vertigo i 14 gości