Dziękuję. Nie tańczę.

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Nino
Posty: 441
Rejestracja: 14 gru 2019, 18:26
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Nino » 02 wrz 2020, 9:17

Wczoraj poszlam do garazu...przejrzec rzeczy meza. Obecnosc kowalskiej: jednoznaczna. Na dnie walizy: prezerwatywy i zapas szczoteczek do zebow, a posrod niemal calkowicie wymienionej garderoby, zaplatala sie...zenska koszulka do spania rozmiar S. Jest tez pudelko z zenskimi kosmetykami. Jakas (nieofiarowana?) bizu...W drugim sa meskie: w tym krem przeciwzmarszczkowy! Moj maz, jak juz pisalam wczesniej, zadbal bardzo o siebie.
Czy zdarzyl Wam sie taki atak smiechu i placzu jednoczesnie? Mnie to dopadlo w garazu. Pies skakal zdezorientowany.
Wczoraj mialam straszy dzien.
Dzis (to znaczy teraz, bo nie wiem, jak bedzie np.za trzy godziny: czuje sie lepiej, taka...odretwiala).

Sarah
Posty: 130
Rejestracja: 01 maja 2020, 13:46
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Sarah » 02 wrz 2020, 10:11

Nino: bardzo mi przykro. Ale jednocześnie tak mi się skojarzyło: skoro znalazłaś prezerwatywy, to przynajmniej mąż chyba nie uraczy Cię takim "prezentem" jak mój mnie :D Pisałam w swoim wątku, że w sobotę kochanka mojego sakramentalnego męża urodziła dziecko, które on prawie na pewno uzna bądź już uznał za swoje. Warto znaleźć jaśniejszą stronę sytuacji, w której się znajdujemy ;)
Nothing lasts forever
And we both know hearts can change
And it's hard to hold a candle
In the cold November rain...

s zona
Posty: 2916
Rejestracja: 31 sty 2017, 16:36
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: s zona » 02 wrz 2020, 10:36

Nino kochana, pomodle zaraz wiecej w Twoich intencjach o Boze Prowadzenie ... bo w sumie my same ... co mozemy .. z gory widac leiej, moze niekoniecznie tak ,jak my to widzimy . moze to juz jest stara sprawa , "wygaszona " .
Nwm . ale krem przeciwzmarszkowy nie zaszkodzi mezowi... ale rozumiem uklucie ..

Pogody Ducha pomimo wszystko ..
ps nie raz, jak jest zle, to potem moze byc juz tylko lepiej . moze po cos mialas sie dowiedziec, ale po co i czy warto tracic zdrowie na.. byc moze " stare sprawy "..

Awatar użytkownika
ozeasz
Posty: 2137
Rejestracja: 29 sty 2017, 19:41
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: ozeasz » 02 wrz 2020, 17:34

Nino pisze:
08 sie 2020, 7:45
A samotne zycie moze stac sie niebezpieczne. Samotnosc jest destrukcyjna. Chetnie zapoznam sie z wypowiedziami Sycharkow, ktorzy te przynajmniej kilka lat zycia w pojedynczym malzenstwie maja za soba. Czy dobrze czujecie sie w swoim zyciu? Czy jestescie radosni, spokojni?
Znalazłem Twoje słowa w innym wątku, skoro dotyczą Ciebie i Twoich rozterek odniosę się tutaj.

Ja sam, w nieformalnej separacji jestem od 2011 roku, odszedłem w listopadzie kiedy mój tata znalazł sie na OJOM-ie, odszedłem bo nie uniosłem następnej informacji o zdradzie okraszonej podglądniętym przeze mnie (niestety) smsem żony do koleżanki, w grudniu w Boże Narodzenie odszedł do domu Ojca mój tato, żona brała udział w w wigilii i została w moim domu rodzinnym, kiedy dostaliśmy z mamą telefon o śmierci, żona płakała razem z nami, przytuliła mnie, dziś inaczej widzę sytuacje sprzed lat.
Jednak do rzeczy, pytasz czy dobrze się czuję w swoim życiu, to zbyt ogólne pytanie, są momenty które niosą radość, ale i takie które niosą smutek, jestem sam (bez żony) nie z wyboru, to konsekwencja raz przysięgi której staram sie być wierny, dwa decyzji żony że nie chce być żoną, jestem bez żony, ale mam znajomych, w sycharze, w innej wspólnocie, z rodziną jest różnie, z dziećmi pełnoletnimi próbuje ciągle utrzymać i pogłębiać więź, różnie z tym bywa, bliższych znajomych też mam, nie nazwałbym tego przyjaźnią oprócz jednej z relacji.
Ogólnie kiedy nie chcę być sam to nie jestem, jednak takiej więzi jak z żoną nie mam z żadną osobą, z żadną kobietą, również nie z Bogiem, to specyficzna forma miłości.
Oczywiście dziś jestem przekonany że ta specyficzna więź ma źródło w Bogu i relacja z Nim ogromnie zmienia postać rzeczy, moje nastawienie, emocje, jednak u mnie daje się we znaki brak tej płaszczyzny życia, pracuję nad tym aby to się zmieniło, jakże inaczej niż choćby kilka lat temu.

Piszesz gdzieś tam, że tu , na forum brakuje rozmów o seksie... ja mam swoje postrzeganie tej dziedziny życia, ja od lat łącze to z wiarą, od kiedy pamiętam, mogę to nazwać dzisiaj, obcowanie z żoną (nie lubię pojęcia seks) to najwyższa forma bliskości z człowiekiem, powtarzam, dla mnie.

A z czym to wiążę, absolutnie nie z doznaniami zmysłowymi, a ze świadomością że stoję przed drugim człowiekiem "nagi" ( w szerokim zakresie tego pojęcia) i jest we mnie taka potrzeba pełnej akceptacji która się wyraża w zbliżeniu..

Jednak ta bliskość, ta akceptacja jest sumą poznania przez drugiego człowieka(żonę) mojej historii, moich doświadczeń, moich emocji, moich silnych i słabych stron, jest przeniknięciem mojej istoty na ile to jest możliwe, oczywiście to działa w drugą stronę.

Ja tak to widzę że miłość, taka prawdziwa ma warunki.. i jest od nich wprost proporcjonalna.. jednym z nich jest wolność, innym jest transparentność, jeszcze innym prawda...
Z tego wynika że im bardziej te warunki stają się rzeczywiste tym miłość staje się dojrzalsza, prawdziwsza.

Jeśli chodzi o pokój to mam, zwykle aż w nadmiarze :D , nie nie spokój a pokój, taki Boży, świadomość dziecka że Jego rodzic ma na wszystko sposób.. to jest we mnie, (oczywiście dojrzewa od czasu kiedy zaprosiłem do swego życia Jezusa a było to ok 26 lat temu) radość z najmniejszych rzeczy od płatka śniegu, przez zachód słońca, surowość skały, paletę barw w przyrodzie, doskonałość stworzeń od komórki po gwiazdy, po delektowanie się każdym kęsem, z wdzięcznością za kubki smakowe, zmysł który na to pozwala i dobroć Stwórcy który tym wszystkim obdarzył.
Jednak to nie zmienia faktu tęsknoty, bo od początku Tato zauważył że ...nie jest dobrze żeby mężczyzna był sam, że potrzebuje Ezer kengdo, bo dopiero wtedy Stwórca stwierdził, że to wszystko co stworzył było bardzo dobre...

Pozdrawiam serdecznie.
Miłości bez Krzyża nie znajdziecie , a Krzyża bez Miłości nie uniesiecie . Jan Paweł II

Nino
Posty: 441
Rejestracja: 14 gru 2019, 18:26
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Nino » 02 wrz 2020, 18:49

No właśnie, Ozeaszu, a my, wierni małżonkowie niewiernych małżonków, którzy już w innych związkach lub konfiguracjach: skazujemy się na brak bliskości z drugim człowiekiem, na brak relacji, w której dojrzewa nasze człowieczeństwo. Na samotność, której ból płonie w środku cały czas, nawet jeśli zyskujemy zdolność radowania się drobiazgami i otrzymujemy od Stwórcy boży pokój.
Jak powiedziała kiedyś MeryM: Pan Bóg chyba nie wszystkie małżeństwa chce uratować...

Dziś po południu nieoczekiwana rozmowa telefoniczna z teściową. Udało mi się powiedzieć tej prostej i nieco wyautowanej kobiecie (nie piszę tego z przekąsem i ironią), jak wygląda prawda o moim małżeństwie. Że mąż, zdradza mnie praktycznie przez całe, długie małżeństwo. Że nie pierwszy raz, w ciągu ostatnich lat, znajduję prezerwatywy w jego osobistych rzeczach (zawsze przypadkiem..). Że od 15 miesięcy nie widział się z dziećmi. Nie chce.
Że wyczerpałam wszelkie próby nakłonienia go do powrotu, do spotkania się z dziećmi. Że on nie chce, ale to nie zmienia faktu, że zafundował mnie i dzieciom morze cierpienia swoją postawą.
Potrzebowałam powiedzieć to od dawna, ponieważ zbyt długo już chroniłam wizerunek mojej rodziny i mojego małżeństwa. Nie chcę psioczyć na męża, jeśli potwierdzi się diagnoza, przed nim trudne lata ( przed nami?), ale nie byłam/nie jestem już w stanie udawać, że jest okej, gdy okej nie jest.
Że się rozstaliśmy, bo się nie rozstaliśmy. Mąż mnie porzucił.
Że omijam głęboko zawstydzona fakt, że mnie zdradza, bo przecież zdradza. I robi to raz za razem. Powracając do mnie za mymi nieszczęsnymi namowami, raniąc mnie, porzucając i zdradzając, nazywając to swoim prawem do szczęścia a zdradę: perfidnie ukrywaną zdradę: poszukiwaniem nowej partnerki życiowej.
Nie odzywam się miesiącami do wielu koleżanek, bo dławi mnie wstyd. Bo dławi mnie zazdrość, że im się udało.
A ja nie jestem ani mniej atrakcyjna, ani mniej mądra, wykształcona, dobra mama i pracownica, itd., a jednak przeszłam i przechodzę piekło tak głębokiego i perfidnego odrzucenia, że nie sposób subtelności tej przemocy wyrazić.

Jestem wyczerpana. Wyczerpana i udręczona miłością do męża, która wciąż jest w moim sercu.
Jestem udręczona świadomością tego, co przeżywają nasze dzieci. Jak zostaliśmy emocjonalnie rozwałkowani. Jak nasze uczucie miłości do tego człowieka zostało przez niego podeptane, rozjechane, wielokrotnie odrzucone, oplute.
To jest cierpienie: mniejsze i większe więcej, niż trzech osób. Cierpią moi rodzice, widząc, z czym muszę się borykać. Pewnie cierpi też i mama mojego męża i jego brat, i moje rodzeństwo...
Morze cierpienia zafundowane bliskim przez jednego, upartego grzesznika, który obwarował się w twierdzy egoizmu i pychy, i nawet w obliczu ciężkiej choroby, wzrusza ramionami. On nas już nie chce w swoim życiu. Czy zdrowym, czy chorym. Taka rzeczywistość.
Tak, przemawia przeze mnie gorycz, ale też głęboko mi go żal.
S zono, dziękuję za Twoją niestrudzoną modlitwę za nas. Wierzę, że pomogła ona przede wszystkim mnie nie rozsypać się w ostatnim roku, bo prezerwatywy na dnie walizki to nie jedyne numery w wykonaniu mojego nakręconego na seks Adonisa. Po prostu, nie o wszystkim pisałam, bo się wstydziłam..
Masz rację, Żona, może te gumki to pieśń przeszłości, a może zapas na przyszłość... Może szkoda mu było wyrzucić płyny po kowalskiej, a może zawędrują one do kolejnego, wynajętego przez męża mieszkania, w którym kowalska będzie bywać i nocować.
Słyszałam o mężczyznach, którzy odeszli od żon i mają stałe "panienki na seks". To są zwykłe dziewczyny. Często dużo młodsze, niekiedy studentki nawet, albo koleżanki z pracy.
Nie chce mi się tego rozkminiąć.
Rzeczy w garażu pozostawiłam. Pewnie jeszcze pół roku temu zrobiłabym z nich ognisko na środku działki. I może tak powinnam zrobić. Nie chce mi się. Niech sobie czekają, aż właściciel weźmie je z końcem września. W końcu sama się zgodziłam na ich tam umieszczenie.
A maż? Mąż rzeczy zostawił i....zamilkł. Niby miał zamieszkać, ale... nie zamieszkał. I niech tak już zostanie. Moje serce jest złamane, jest połamane kilka razy, ale w sumie odeszła mi ochota na wspólne bycie we wrześniu. Bardzo, bardzo mi odeszła.

MaryM
Posty: 217
Rejestracja: 18 gru 2019, 17:21
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: MaryM » 02 wrz 2020, 23:50

Nino pisze:
02 wrz 2020, 18:49

Jak powiedziała kiedyś MeryM: Pan Bóg chyba nie wszystkie małżeństwa chce uratować...
Nino, przytulam mocno w Twoim/naszym smutku.... I wciąż tak myślę. Tak toksyczne relacje, w zasadzie od początku związku, niszczą, upokarzają, deprecjonują. Nie mogłaś - podobnie jak ja- nic na to poradzić. Nic. Może odejście takich małżonków (bez względu na płeć) jest jak wentyl bezpieczeństwa. Gdzie byśmy byli, gdyby to psychiczne dręczenie, zdradzanie, trzymanie w lodówce trwało? Ja z pewnością u psychiatry. W naszym życiu zadziało się wielkie zło. Nie jestem w stanie niczym go usprawiedliwić. i nigdy nie zgodzę się ze zdaniem, że zawsze psują dwie strony. Małżonek z silnymi problemami wewnętrznymi jest w stanie odwalić prawie całą brudną robotę.
Nino pisze:
02 wrz 2020, 18:49

Jestem wyczerpana. Wyczerpana i udręczona miłością do męża, która wciąż jest w moim sercu.
Jestem udręczona świadomością tego, co przeżywają nasze dzieci. Jak zostaliśmy emocjonalnie rozwałkowani. Jak nasze uczucie miłości do tego człowieka zostało przez niego podeptane, rozjechane, wielokrotnie odrzucone, oplute.
To jest cierpienie: mniejsze i większe więcej, niż trzech osób. Cierpią moi rodzice, widząc, z czym muszę się borykać. Pewnie cierpi też i mama mojego męża i jego brat, i moje rodzeństwo...
Doskonale to rozumiem. To wysysa. Wciąż czuję ból, do którego się przyzwyczajam ale nadal boli mocno. Modlitwa łagodzi, znieczula, oswaja. Jestem wdzięczna za dar modlitwy. Niemniej mam poczucie,że Bóg zaprasza mnie do złożenia ofiary z tego cierpienia. I że ludzkiego happy endu nie będzie.

Ruta
Posty: 690
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Ruta » 03 wrz 2020, 1:07

Część dyskusji przeniosła się chyba do wątku Małgosi, choć dotyczy raczej kwestii poruszanych tutaj i nie ma związku z sytuacją Małgosi, dlatego napiszę tutaj.
Ozeaszu, napisałeś o kobiecie, która poczuła w sercu, że powinna poczekać z rozwojem duchowym na męża. Myślę, że każdy dostaje swoje własne zaproszenie w sercu i dobrze jest starać się je jak najlepiej odczytać i za nim podążać. Co dobre dla dajmy na to Marka i Agnieszki niekoniecznie dobre dla Janka i Hanulki.
Ja na przykład, gdy bardzo mocno modliłam się w intencji uzdrowienia mojego męża i naszego małżeństwa dostałam zaproszenie do pracy nad sobą. Jakbym miała wyrazić całą treść propozycji, to brzmiała: najpierw ty się napracuj, a mąż dostanie w swoim czasie odpowiednie łaski. Coś jak w tej przypowieści o robotnikach w winnicy, jedni naharują się w pocie czoła od świtu inni machną parę razy łopatą przed śmiechem, a zapłata ta sama. Jak przekładam to na słowa, jest to mocno uproszczone, oddaje jedynie podstawową treść. Przyjęłam zaproszenie z ogromnym niedowierzaniem, ale też z wewnętrzną zgodą i bez kwestionowania jego treści. Nie wiem wcale, jak się to zakończy, ufam. Dziwna ta moja droga. Ale idę od punktu do punktu. Czuję opiekę i prowadzenie, choć się gubię, zataczam pętle, czasem wątpię. Czasem próbuję na skróty, szybko okazuje się, że muszę od nowa, z mądrzejszą i bardziej szczerą intencją, dokładniej, staranniej. Każda fuszerka oznacza reklamację. Gdy w dniu, w którym dostałam swoje zaproszenie dostrzegłabym siebie dzisiaj, nie uwierzyłabym, że to ja. Zadowolona z abstynencji, bez buntu wobec męża, spokojnie czekająca i pogodna mimo samotności. Uznalabym siebie za głupią i naiwną. Teraz podobam się sobie ta nowa i spokojniejsza, pewniejsza siebie, z większą miłością. Choć czuję, że nadal mnóstwo pracy przede mną, bo tych moich pokręceń nadal we mnie dużo.

Awatar użytkownika
ozeasz
Posty: 2137
Rejestracja: 29 sty 2017, 19:41
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: ozeasz » 03 wrz 2020, 11:31

Ruta pisze:
03 wrz 2020, 1:07
Część dyskusji przeniosła się chyba do wątku Małgosi, choć dotyczy raczej kwestii poruszanych tutaj i nie ma związku z sytuacją Małgosi, dlatego napiszę tutaj.
Ozeaszu, napisałeś o kobiecie, która poczuła w sercu, że powinna poczekać z rozwojem duchowym na męża. Myślę, że każdy dostaje swoje własne zaproszenie w sercu i dobrze jest starać się je jak najlepiej odczytać i za nim podążać. Co dobre dla dajmy na to Marka i Agnieszki niekoniecznie dobre dla Janka i Hanulki.
Ja na przykład, gdy bardzo mocno modliłam się w intencji uzdrowienia mojego męża i naszego małżeństwa dostałam zaproszenie do pracy nad sobą. Jakbym miała wyrazić całą treść propozycji, to brzmiała: najpierw ty się napracuj, a mąż dostanie w swoim czasie odpowiednie łaski. Coś jak w tej przypowieści o robotnikach w winnicy, jedni naharują się w pocie czoła od świtu inni machną parę razy łopatą przed śmiechem, a zapłata ta sama. Jak przekładam to na słowa, jest to mocno uproszczone, oddaje jedynie podstawową treść. Przyjęłam zaproszenie z ogromnym niedowierzaniem, ale też z wewnętrzną zgodą i bez kwestionowania jego treści. Nie wiem wcale, jak się to zakończy, ufam. Dziwna ta moja droga. Ale idę od punktu do punktu. Czuję opiekę i prowadzenie, choć się gubię, zataczam pętle, czasem wątpię. Czasem próbuję na skróty, szybko okazuje się, że muszę od nowa, z mądrzejszą i bardziej szczerą intencją, dokładniej, staranniej. Każda fuszerka oznacza reklamację. Gdy w dniu, w którym dostałam swoje zaproszenie dostrzegłabym siebie dzisiaj, nie uwierzyłabym, że to ja. Zadowolona z abstynencji, bez buntu wobec męża, spokojnie czekająca i pogodna mimo samotności. Uznalabym siebie za głupią i naiwną. Teraz podobam się sobie ta nowa i spokojniejsza, pewniejsza siebie, z większą miłością. Choć czuję, że nadal mnóstwo pracy przede mną, bo tych moich pokręceń nadal we mnie dużo.
Ruto jeśli odebrałaś mój post jako część dyskusji to niejako moja porażka, chciałem się podzielić z Nino moim doświadczeniem, dziękuję za to że pokazujesz mi swój odbiór, bo dzięki temu moge uniknąć błędu na przyszłość.
W tym jak się wyrażam chcę m.in. zawrzeć te podstawowe zasady dialogu jak:
  • słuchanie ma pierwszeństwo przed mówieniem,
  • rozumienie przed osądzaniem,
  • dzielenie się przed dyskusją.
Widać jestem ciągle w drodze...

Nie wiem czemu z całego postu który był na temat raczej niebezpieczeństw z którymi się zetknąłem czy doświadczyłem wybrałaś właśnie tę część?
Jeśli poczułaś się w jakiś sposób zdeterminowana jej treścią, to spieszę z wyjaśnieniem że to było częściowo moje doświadczenie, a słowa kapłana na temat błogosławionej już na dzień dzisiejszy J.B.Molla mnie dotknęły.
Rozumiem że nie czujesz się adresatem, bo też post skierowany był do Nino, jeśli jednak coś poruszyło Cię w treści zrób z tym to co uważasz za stosowne.
Ja bardzo cenię sobie świętych mimo że niejako wywodzę się ze wspólnoty charyzmatycznej Odnowy w Duchu Św., Chrystocentrycznej, to moim doświadczeniem przez lata było przyswajanie sobie znaczenia Ich obecności w Kościele i to część mojej osobistej historii na drodze wiary, uczony doświadczeniem nie naśladuję drogi Świętych na zasadzie kopiuj -wklej, a szukam raczej czegoś co porusza mnie i pociąga w Ich postawie czy historii, a na co wierzę wskazuje mi Jezus i poniekąd KK.
Pozdrawiam serdecznie. :)
Miłości bez Krzyża nie znajdziecie , a Krzyża bez Miłości nie uniesiecie . Jan Paweł II

Sosna
Posty: 57
Rejestracja: 28 sie 2020, 10:29
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Sosna » 03 wrz 2020, 13:00

Nirwano gdzie mogę znaleźć wątek Sagito o którym piszesz? nie potrafię się jeszcze dobrze poruszać na forum

Awatar użytkownika
Nirwanna
Posty: 9154
Rejestracja: 11 gru 2016, 22:54
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Nirwanna » 03 wrz 2020, 15:35

To wątek ze starego forum, jest tu: http://archiwum.kryzys.org/archiwum2011 ... php?t=5884
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II

Nino
Posty: 441
Rejestracja: 14 gru 2019, 18:26
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Nino » 03 wrz 2020, 18:52

Kochani, piszę na gorąco. Jakaś ulga w tym bólu. Przed chwilą odczytałam mejla od męża: wyniki rezonansu raczej nie wskazują w kierunku choroby, której widmo pojawiło się, ale wszystko musi jeszcze zobaczyć i potwierdzić neurolog, u którego mąż podjął leczenie.
Gdy przeczytałam mejla nie dałam rady: zadzwoniłam.
Mąż jak zwykle bardzo szorstki, zbywający mnie, ale....co tam! Potworny lęk o tę kwestę na razie odpuścił, choć schorzenie jakieś jest, ale to może być od kręgosłupa. Mąż od wielu lat całe dluuugie godziny przed komputerem w pracy ( w domu było tak samo, no i komórka przyrośnięta do ręki...).
Nie omieszkałam powiedzieć mężowi, że dostał ostrzeżenie, aby zadbać o siebie, w sensie: skończyć z tą kompulsywną pracą, usłyszałam: że kredyty same się nie spłacą.
Powiedziałam, że jego opłaty nie są tak wielkie znowu, aby ryzykować własne zdrowie. Można pracować "normalniej" i spokojniej za mniejsze pieniądze, które też wystarczą.
Mnie się wydaje, że męża gniecie to, że i ja nie mam stałej, "normalnej" pracy.
Niestety, wczoraj dowiedziałam się, że przeszła mi koło nosa stabilna praca w budżetówce i to na mojej wsi!!!
Wiosną i latem coś mi mówiło, żeby zapytać tam o posadę, ale.... zwlekałam i miałam w głowie inne pomysły :(
Teraz muszę obejść się smakiem i... zarejestrować w UP :( No, ale cv wysyłam wytrwale dalej, a w przyszłym tygodniu zatrudniam się w sadzie do zrywania jabłek. Z powodu korony, moje możliwości pracy zagranicą zostały ba razie zamrożone...I w sumie też nie chcę....Tu mam dzieci, bliskich....Na ostatnim kontrakcie bardzo tęskniłam za byciem w ojczyźnie, pośród swoich ;)
Dziś na spacerze miałam też taką refleksję, że mojego męża kręcą takie zaradne, pracowite mróweczki z pracy. takie kowalskie, co to samotne wychowywanie dzieciaka potrafią pogodzić z pracą zawodową i jeszcze takie zadbane, a żona siedziała z dwójką w domu i nie mogła zdobyć stałej roboty....
Ech....
Ciężko nadal, jednak kamień z serca po tym mejlu.
Proszę o modlitwę za nas.

Ruta
Posty: 690
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Ruta » 04 wrz 2020, 0:29

ozeasz pisze:
03 wrz 2020, 11:31

Nie wiem czemu z całego postu który był na temat raczej niebezpieczeństw z którymi się zetknąłem czy doświadczyłem wybrałaś właśnie tę część?
Jeśli poczułaś się w jakiś sposób zdeterminowana jej treścią, to spieszę z wyjaśnieniem że to było częściowo moje doświadczenie, a słowa kapłana na temat błogosławionej już na dzień dzisiejszy J.B.Molla mnie dotknęły.
Rozumiem że nie czujesz się adresatem, bo też post skierowany był do Nino, jeśli jednak coś poruszyło Cię w treści zrób z tym to co uważasz za stosowne.
Pewnie, że mnie poruszyło, bo moje doświadczenie zaproszenia jest z kategorii takich, które trudno jest uznać racjonalnym umysłem. Kiedy czytam, że są i inne osoby, które takie zaproszenie otrzymały, jakoś łatwiej przyjąć tej racjonalnej części, że jest to część doświadczenia ludzkiego, a nie indywidualna halucynacja.
Jedną z moich osobistych świętych, których świadectwo mnie zawsze porusza jest Święta Faustyna. To jej zawdzięczam przyjęcie zaproszenia, mimo moich wątpliwości w realność mojego doświadczenia wewnętrznego a przede wszystkim w to, że ma ono związek z Bogiem, nie zaś ze mną samą: Jezu ufam Tobie.
Jak już napisałam, moja refleksja jest taka, że w modlitwie i otwarciu się na Boże rozwiązania możemy otrzymać wsparcie prowadzenie wskazówki oraz, że dla każdego mogą być one inne. Sądzę, że dlatego nie ma sensu krytykować czy wartościować, czyja droga jest lepsza, efektywniejsza, a czyja wcale taka nie jest. Ja na przykład wcale nie wiem czy droga którą podążam, jest w ogóle drogą naprawy mojego małżeństwa. Poczułam tylko tyle, że jeśli się nawrócę i napracuję nad tym, by uzdrowić w sobie to, co uzdrowienia wymaga, to mój mąż otrzyma łaskę nawrócenia. O wspólnym życiu nie było mowy. Jasne, że mam wciąż w sercu małą iskierkę nadziei na pojednanie i dobrą radosną bliską więź z mężem, trochę nawet jako rodzaj nagrody, za moją pracę. Jednak przyjmuję, że moje nadzieje i marzenia mogą nie mieć nic wspólnego z tym, co jest u kresu tej drogi a i nagroda może nie być przewidziana. No i okej, płynę tym statkiem dalej i naprawiam się ile mogę.
Myślę też, że zważywszy na ludzkie historie zapisane w Biblii, propozycje dla różnych osób mogą być naprawdę zaskakujące. Podziwiam wszystkich tych, którzy byli na tej ziemi przed nami i potrafili robić rzeczy, które według racjonalnego umysłu były absurdalne, narażały ich na śmieszność, odrzucenie, gdy ich wewnętrzna postawa otwierała ich na przyjęcie Bożych rozwiązań i propozycji, tak że byli gotowi po pierwsze w ogóle je odczuć, po drugie zaufać, że pochodzą od Boga i do tego jeszcze w zaufaniu je wypełniać.
Na szczęście nie mam aż tak trudno, moja droga jest całkiem racjonalna, praca nad nawróceniem i nad sobą nie jest niczym niezwykłym, nie prowokuje kpin, odrzucenia, szyderstw. Może trochę inaczej jest z postawą wierności przysiędze małżeńskiej po odejściu męża (lub żony), niemniej jednak raczej budzi to litość, niedowierzanie i współczucie niż chęć umieszczenia kogoś w zakładzie psychiatrycznym. Praca nad sobą to naprawdę nic przy budowaniu arki na suchym lądzie setki kilometrów od morza, prowadzenia setek ludzi, w tym kobiet z dziećmi i starców, prosto na pustynię, czy wezwaniu by ni z tego ni z owego płynąć nagle do obcego miasta i jeszcze coś gadać do mieszkających tam ludzi.
W sumie szaleństwem można określić także powołania kapłańskie i zakonne, które także przecież zwykle polegają na wezwaniu odczuwanym wewnętrznie. Myślę, że zaproszenie, które każdy z nas otrzymuje w momencie kryzysu, do tego, aby pozostać wiernym (czyli samotnym w tym głębokim rozumieniu, w samotności, która mocno dotyka i często rani, bo w obrębie tej więzi, której wszyscy pragniemy i za którą większość z nas byłą gotowa i płaciła ogromną cenę) jest rodzajem powołania, choć to nadal to samo powołanie małżeńskie, ale w bardzo trudnych warunkach. Trochę jak z modlitwą, czy noszeniem np. medalika czy krzyżyka, co przychodzi łatwo i radośnie, gdy mamy swój kościół, wspólnotę wiernych, kapłanów, a czym innym jest gdy za ten sam krzyż, modlitwę, medalik możemy stracić życie. Często myślę o tym, że choć pozostanie wierną mojej przysiędze wydawało mi się wielokrotnie heroizmem, to nie ma to nic wspólnego z prawdziwym heroizmem i świadectwem osób, które muszą dokonywać o wiele trudniejszych wyborów. I żaden to wyczyn po prostu postępować przyzwoicie.

Nino, powodzenia w szukaniu pracy, pomodlę się w twojej intencji. Przykro mi, że przechodzisz taką huśtawkę emocjonalną. Gdy czytam o sile twoich emocji, zawsze jestem pełna niemego podziwu, jak mogą być mocne. Myślę zawsze, że to twój szczególny dar, choć na pewno opłacony tym, że cierpienie, smutek i wszystko inne odczuwasz mocniej niż większość ludzi. Za to chciałabym zobaczyć jak tańczysz, śmiejesz się i jesteś radosna. I nie martw się, takie chwile także w twoim życiu będą, z mężem, czy bez niego.

Mam także jedną obserwację i myślałam cały dzień nad tym, jak to napisać, żebyś nie poczuła się urażona. Zauważyłam, że sytuacje w których się łamiesz i jesteś gotowa zabiegać o męża w taki sposób, po którym czujesz się odrzucona, zraniona, smutna, zdarzają się najczęściej wtedy, gdy wcześniej pijesz alkohol. Może daj sobie bana na picie czegokolwiek z procentami gdy mąż jest w pobliżu, a jeśli go nie ma chowaj przed sobą telefon, albo wpisuj męża na kontakty zakazane. Myślałam też nad tym co pisał Ozeasz, że może droga twardej miłości, izolacji, odwieszania się nie jest dla ciebie i dlatego gdy dajesz sobie luz, to tak nagle wiele z ciebie wypływa. Nie piję alkoholu wcale, ale gdybym piła, teraz już jestem na tyle w zgodzie ze sobą, że nawet w stanie upojenia nie zmieniłabym postawy wobec męża.
Ty widzę walczysz i walczysz ze sobą, próbujesz, ale może to, co próbujesz zrobić, jest przeciwne twojej naturze?
Może spróbuj trochę się wyciszyć, wejść w jakieś praktyki duchowe, post, oddać jeszcze raz całą sprawę w modlitwie, poprosić Maryję o wsparcie, pogadać z Duchem Świętym o dar mądrego rozeznania, trochę zaprzeć się siebie, całkiem to puścić, czasem wtedy przychodzą dobre rozwiązania, na pewno łatwiej jest dojrzeć swoje serce i jego prawdę. Na koniec dają ci link do konferencji o tych naszych serduszkach :) Wiem, że jesteś blisko Maryi, spróbuj więc też może głębokich rozważań różańcowych, to jeszcze inny sposób by dotrzeć do siebie, prawdy o sobie.
Zawsze zastanawia mnie, że w naszej kulturze tak podziwiane są różne praktyki duchowe, podczas gdy nasza wiara ma ich tak niezmierzoną ilość i mają one niesamowitą mistyczną głębię. Spróbuj, a może coś z tego u ciebie załapie :)))

https://www.youtube.com/watch?v=h4T7WVOUAL4

Nino
Posty: 441
Rejestracja: 14 gru 2019, 18:26
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Nino » 04 wrz 2020, 7:37

Dziekuje Ruta!

Tanczylam calkiem niedawno, na uroczystosci rodzinnej. Tanczylam cala soba i innych porywalam do zabawy, takze i mlodziez i ciotki wdowy plasaly po sali, a juz widok moich Rodzicow w tancu, szczescie na twarzy mamy, czulosc w objeciu przez tate, bede niosla pod powiekami do konca zycia. Nadmienie, ze to juz sedziwi ludzie ;)
Wezme sobie do serca Twoje sugestie. Co do bogactwa duchowego chrzescijanstwa: dokladnie tak. Skarbnica bez dna.
W sierpniu zawierzylam Maryi, po trwajacych 33 dni przygotowaniach, ale nie bylam pilna i skrupulatna, a zawierzylam - nie kryje - z intencja, zeby mnie Matka Boza przytrzymala za te dlugie kudly, bo ja jestem dzieckiem, ktore ciagle bryka, ciagle odbiega, gdzies tam na swoje pola i laki...a potem przylatuje do Mamy z bekiem...;)

Nino
Posty: 441
Rejestracja: 14 gru 2019, 18:26
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Nino » 07 wrz 2020, 9:25

Gdzies, w czyims watku, Ozeasz odniosl sie do moich slow, ze czuje sie najlepiej, gdy zapominam o mezu lub go olewam. Ozeasz zapytal, czy nie dziala w tym wypadku wyparcie.
To nie jest wyparcie.
Wciaz cierpie z powodu kompulsywnego myslenia o mezu. Kiedy moj umysl pochlaniaja inne sprawy niz maz, wtedy czuje sie duzo lepiej. Nazywam to zapominaniem o mezu.
Piszac o olewaniu, mialam na mysli to, ze tak wlasnie: radykalnie i bezpardonowo trzeba mi odcinac od wszelkich myslowych wycieczek w kierunku kowalskiej.
Natomiast nadal mam sklonnosc do wyparc np. w kwestiach umniejszania wagi tego, co jest zle w postepowaniu meza czy moim. Ze niewlasciwe jest rowniez niestawianie granic, poddawanie sie rozpaczy, wystawianie sie na zranienia, a przeciez lezy to w moich kompetencjach, aby to ponazywac, postawic tame. Twarda milosc bardziej wobec mnie samej niz malzonka, ktory sie odcial.
Potrzebowalam sporo czasu i samoobserwacji, by pojac, ze moje proby kontaktu, po ktorych na powrot czuje sie zraniona i odrzucona, sa niewlasciwe.
M.in. dlatego, ze czynilam je z pozycji emocji i uczuc, z podskorna intencja wywolania efektu, proby skruszenia zatwardzialego serca mego malzonka.
Jestem obecnie wciaz za slaba i niemajaca wiedzy, jak komunikowac sie z mezem w sposob, ktory nie narazi mnie na bol i tez nie bedzie przekroczeniem jakichs jego granic.
Tylko: czy to sa granice? Raczej zasieki, a on sam, okopany w bunkrze egoizmu i z karabinem wypluwajacym amunicje pt. Tylko sobie nic nie mysl! Podjalem decyzje....
Jednak chce siebie pochwalic. Idzie mi to z wielkim trudem, ale idzie. Tydzien za tygodniem coraz swiadomiej podejmuje decyzje w sprawie ewentualnego kontaktu i kontroluje impulsy, emocje, ktore wczesniej sprawialy, ze doprowadzalam do kontaktu z czapy. Przestaje.
Niestety, moje reakcje na sporadyczny i nieoczekiwany kontakt ze strony meza nadal pozostaja naiwnie entuzjastyczne, a ja sama zachowuje sie jak pensjonarka i - niepomna na wszystko- jestem gotowa biec w radosnych podskokach prosto do paszczy lwa.
Tak bylo, kiedy maz przyslal mejlem informacje a propos wstepnej analizy wynikow swoich badan. Zamiast odpisac i podziekowac po prostu za informacje, ktora byla dla mnie bardzo wazna oraz zyczliwie zyczyc mu zdrowia, zadzwonilam, i to pod wplywem pierwszych emocji (radosci) i cwierkalam mu do sluchawki przez kilka minut, gdy tymczasem on probowal juz te moja radosc oblodzic swoja zdawkowoscia i dawaniem do zrozumienia, iz pragnie, aby to polaczenie zakonczylo sie jak najszybciej.
Sytuacja powtorzyla sie w sobote wieczorem, kiedy to maz....zadzwonil!, aby - jak sie okazalo - dowiedziec sie, czy jest burza w mojej wsi i jak przebiega, bo przez region przetaczaja sie nawalnice.
Bylam akurat w innym wojewodztwie, wiec nie mialam pojecia, co dzieje sie w moich okolicach. Ale widok polaczenia od meza sprawil, ze odebralam natychmiast i z miejsca uraczylam go radosnym monologiem, gdzie jestem, co akurat robie i ze w ogole taka fajna, mila i ladna dziewczyna ze mnie...Bosz......porazka.
Duzo, duzo pracy jeszcze przede mna.

Paprotka
Posty: 130
Rejestracja: 02 lip 2020, 12:15
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Paprotka » 07 wrz 2020, 13:57

Dlaczego Twój mąż trzyma rzeczy kochanki w domu w którym nie mieszka ?

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 19 gości