Mąż odchodzi - nie daję już rady psychicznie

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Wyrzucona
Posty: 98
Rejestracja: 20 mar 2020, 12:13
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odchodzi - nie daję już rady psychicznie

Post autor: Wyrzucona » 15 kwie 2020, 10:05

Dziękuję Wam za odpowiedzi. To ważne dla mnie jak ktoś postronny to widzi. Tzn już nawet nie sam fakt że mąż mnie nie chce ale jak ze mną postępuję. Wydawało mi się że to kobiety bardziej cierpią po rozstaniach ale jak widać mężczyźni to też bardzo przeżywają ale cierpi chyba wyłącznie ta porzucona strona. Okropne jest to poczucie wszechogarniającej bezradności, przecież człowiek ma tak szczere intencje.Od czasu kiedy mąż wyłuszczył te swoje zarzuty wobec mnie na pismie do czasu aż oznajmił mi że chce rozwodu minęło niecałe 2 tyg. W tym czasie nie da się nic zmienić a ja tak bardzo chciałabym z nim być że byłabym w stanie zmienić się całkiem pod niego. Mój mąż całkiem zerwał kontakty i nie pomaga mi w niczym. Stwierdził że nie jest moim ratownikiem i nie będzie mnie holował przez życie. A brakuje mi męskiej ręki ,za niedługo się przeprowadzam i muszę prosić o pomoc obcych ludzi bo tata 80 lat nie da rady mi pomóc .Jak to się dzieję że pomimo tego jak mąż zachowuje się wobec mnie ja nadal go kocham. To poczucie winy za swój udział w rozpadzie związku jest okropne. Na pewno największą moją wina było to że nie troszczyłam się i nie pielęgnowałam naszego związku. Zabrakło chwil celabracji i takich małych gestów które można było zrobić żeby pielęgnować uczucie. Zostawiłam nasz związek by toczył się sam, wkradła się proza życia, nuda i tak to się skończyło. Cały czas jednak myślę o tym na ile nasz kryzys jest spowodowany tym że mąż kogoś ma a na ile możliwym jego kryzysem wartości wewnętrznych, tzw kryzysem męskim. Tak bardzo chciałabym to wiedzieć co się stało z tym mężczyzną, gentlemanem, człowiekiem honoru o wysokiej kulturze osobistej. Boli to że on mnie uważa za taką niedołęgę . Tak bardzo chciałabym pokazać mu że się myli ale nawet nie mam jak bo przecież skoro go nie widzę.
Nie wytrzymałam i napisałam do męża czy miałby ochotę spotkać się w tym tyg ale na razie milczy.
Dziękuję Wam że jesteście

Wiedźmin

Re: Mąż odchodzi - nie daję już rady psychicznie

Post autor: Wiedźmin » 15 kwie 2020, 10:33

Wyrzucona pisze:
15 kwie 2020, 10:05
[...] W tym czasie nie da się nic zmienić a ja tak bardzo chciałabym z nim być że byłabym w stanie zmienić się całkiem pod niego. [...]
Słuchaj. A co jeśli włożysz w tę zmianę np. 5 lat swojego życia...
... a mąż wciąż nie będzie zainteresowany?


Ja myślę, że warto zainwestować czas i energię w zmianę samej siebie.
Tak, abyś była szczęśliwa sama ze sobą... niezależnie od tego, czy ktoś spojrzy na Ciebie łaskawym okiem czy nie.
To będzie inwestycja "na lata" - docelowa inwestycja... bo nie kierowana "na zewnątrz" ... tylko "do środka" :)

Ukasz

Re: Mąż odchodzi - nie daję już rady psychicznie

Post autor: Ukasz » 15 kwie 2020, 12:12

Mnie najbardziej uderzyło to samo:
Wyrzucona pisze:
15 kwie 2020, 10:05
ja tak bardzo chciałabym z nim być że byłabym w stanie zmienić się całkiem pod niego.
Ja na to patrzę tak: jeżeli zmieniłbym się całkiem pod moją żonę, to przestałbym być sobą. Byłbym jej lalką, manekinem, zabawką. Pokazałbym jej, że jestem nikim, że sam sobą nie reprezentuję nic, że można mnie formować jak plastelinę. Zastanawiałem się wiele razy, w jakich punktach powinienem ustąpić i dostosować moje zachowanie do jej oczekiwań, a w jakich powiedzieć stop, taki jestem, to moja tożsamość. Do tej drugiej sfery należy np. moja wiara. Żona od lat traktowała ją z rosnącą niechęcią. Tylko czy zaczęłaby mnie szanować i kochać, jeśli bym zrezygnował z Boga, żeby ją zadowolić?
Staram się zmieniać przede wszystkim pod Boga, żeby Jemu się podobać, i pod siebie, żeby dobrze się czuć ze samym sobą, a dopiero na trzecim miejscu, pod warunkiem zgodności z dwoma pierwszymi, pod żonę. To dla mnie też potrzebne, ale tylko w takiej hierarchii.
Wyrzucona pisze:
15 kwie 2020, 10:05
za niedługo się przeprowadzam i muszę prosić o pomoc obcych ludzi
Przeprowadzasz się wskutek decyzji męża. On jest wciąż Twoim mężem, również prawnie. Ja w podobnych sytuacjach (tzn. odpowiadających jej możliwościom i moim ograniczeniom), po prostu proszę moją żonę o pomoc. Uważam, że mam do tego prawo i sam się tego prawa nie pozbawiam.
Wyrzucona pisze:
15 kwie 2020, 10:05
Tak bardzo chciałabym to wiedzieć co się stało z tym mężczyzną, gentlemanem, człowiekiem honoru o wysokiej kulturze osobistej.
Ja też chciałbym wiedzieć, co się stało z moją żoną. Ta ciekawość wydaje mi się dobra pod warunkiem, że towarzyszy jej:
- cierpliwość - nie muszę wiedzieć już teraz i to wszystkiego,
- pokora - trochę się dowiem, ale po tej stronie życia na pewno nie wszystkiego, drugi człowiek pozostanie tajemnicą i to jest piękne,
- rozsądek - raczej poszerzanie własnej wiedzy, własną ścieżką, a nie przez próbę śledzenia małżonka dosłownie i w przenośni,
i pewnie jeszcze parę innych, które teraz mi nie przychodzą do głowy.
Wyrzucona pisze:
15 kwie 2020, 10:05
Na pewno największą moją wina było to że nie troszczyłam się i nie pielęgnowałam naszego związku. Zabrakło chwil celabracji i takich małych gestów które można było zrobić żeby pielęgnować uczucie.
Z tego, co pisałeś wcześniej wyłaniał się dokładnie przeciwny obraz:
Wyrzucona pisze:
08 kwie 2020, 12:26
Zgadzaliśmy się nieomal zawsze co do wszystkiego , mówiliśmy sobie czułe słówka, zawsze trzymaliśmy się za rączkę, zawsze spędzaliśmy czas razem nie nudząc się ze sobą, w trudnych chwilach zawsze byłam przy mężu i wspierałam go , byłam w pełni szczęśliwa.
Weź pod uwagę to, że w obecnym stanie emocji Twoje spojrzenie może być zaburzone i przypisujesz sobie winę, której nie ma.
Często czytam takie proste jak cep argumenty, że skoro druga strona odeszła, to widać miała powód, że wina za kryzys jest zawsze po połowie, a jakby porzucony kochał gorąco i mądrze to by go to nie spotkało. Bóg kocha mnie gorąco i mądrze, a ja Mu odpowiadam letnio i głupio, co i raz zadając Mu rany.
Patrzę więc na woje błędy niejako w oderwaniu od tego, że moja żona odeszła. To jest dla mnie dobre, że je rozpoznaję, to pomaga wzrastać, korygować je. Chcę zdać sobie sprawę z wyrządzonych krzywd, przeprosić za nie, podjąć zadośćuczynienie. Jednak związek między moimi potknięciami a jej reakcją jest już czymś, co wydaje mi się mało uchwytnym i też nie do końca potrzebnym do poznania. Byłoby to wygodne narzędzie manipulacji: wiedzieć, że jak coś zrobię albo nie, to będzie taki a taki skutek. Tyle, że to tak nie działa, a manipulacja nie służy miłości.
Wyrzucona pisze:
15 kwie 2020, 10:05
Tak bardzo chciałabym pokazać mu że się myli ale nawet nie mam jak bo przecież skoro go nie widzę.
Gdy napisałem to na forum o tym, że się wyprowadziłem, zadano mi pytanie: jak żona będzie mogła się przekonać, że się zmieniłeś, jeśli zdołasz się zmienić? Po namyśle odpowiedziałem tak: moją odpowiedzialnością jest praca nad sobą, a pokazywanie tego żonie oddaję już Bogu. Niedługo potem mieszkaliśmy znów razem.

Wyrzucona
Posty: 98
Rejestracja: 20 mar 2020, 12:13
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odchodzi - nie daję już rady psychicznie

Post autor: Wyrzucona » 17 kwie 2020, 11:26

Zdecydowałam się napisać do męża i zaproponować kawę. Ciekawa jestem bardzo tego spotkania. Wiem że z jego strony to raczej spełnienie mojej prośby niż rzeczywista chęć spotkania. Zupełnie nie wiem o czym z nim rozmawiać. Cały czas czekam z nadzieją że może on kiedyś zatęskni tak się jednak nie dzieje.
Wszyscy piszą że powinnam się zająć sobą , żyć tak żebym ja sama ze sobą była szczęśliwa tylko co zrobić gdy moim celem jest rodzina, gdy nie lubię i nie nadaję się do życia w samotności?
Moja rodzina też twierdzi że mąż już do mnie nie wróci że łudzę się tylko niepotrzebnie i nie powinnam się z nim spotykać., że powinnam poszukać sobie innego mężczyzny. Tylko ja tak nie potrafię, dla mnie on zawsze będzie moim mężem i nie potrafiłabym już raczej zbudować innej relacji. Właśnie to przeraża mnie najbardziej, perspektywa samotności.

Ukasz

Re: Mąż odchodzi - nie daję już rady psychicznie

Post autor: Ukasz » 17 kwie 2020, 22:41

Pisałaś, że potrzebujesz pomocy przy przeprowadzce. I z moich doświadczeń i z tych poznawanych tu na forum wynika, że na takim etapie dobrze przebiegają właściwie tylko rozmowy na konkretne tematy, które w ogóle nie dotykają relacji.

Bardzo się broniłem przed myślą, że mógłbym być szczęśliwy bez mojej żony. Teraz patrzę na to tak, że w ogóle określenie bycia szczęśliwym lub nieszczęśliwym to takie fałszujące prawdę uogólnienie. Bardziej się sprawdza we wchodzeniu w jakąś rolę, szczególnie w rolę ofiary (wtedy muszę koniecznie być nieszczęśliwym), ale czasem też pychy (wtedy moja rzekoma doskonałość każe mi być zawsze szczęśliwym), niż w przeżywaniu samego siebie w sposób otwarty i prawdziwy. Tęsknota niesie mi ból, samotność ciąży. To jednak nie wypełnia całego mojego życia. Już sama miłość do żony, choć teraz nieodwzajemniana, przynosi wiele radości, a życie poza tym jest bogate. Nauczyłem się nie wmawiać sobie, że zawsze muszę być taki lub taki. Chcę przeżywać ból i radość świadomie i w pełni. Jedno i drugie może być piękne i mnie budować.
Wyrzucona pisze:
17 kwie 2020, 11:26
Właśnie to przeraża mnie najbardziej, perspektywa samotności.
Zobacz swój lęki pozwól mu wybrzmieć, ale nie pozwól, żeby nad Tobą panował.

Monti
Posty: 716
Rejestracja: 21 mar 2018, 18:14
Płeć: Mężczyzna

Re: Mąż odchodzi - nie daję już rady psychicznie

Post autor: Monti » 17 kwie 2020, 22:43

Wyrzucona pisze:
17 kwie 2020, 11:26
Zdecydowałam się napisać do męża i zaproponować kawę. Ciekawa jestem bardzo tego spotkania. Wiem że z jego strony to raczej spełnienie mojej prośby niż rzeczywista chęć spotkania. Zupełnie nie wiem o czym z nim rozmawiać. Cały czas czekam z nadzieją że może on kiedyś zatęskni tak się jednak nie dzieje.
Wszyscy piszą że powinnam się zająć sobą , żyć tak żebym ja sama ze sobą była szczęśliwa tylko co zrobić gdy moim celem jest rodzina, gdy nie lubię i nie nadaję się do życia w samotności?
Witaj,
to dobrze, że się spotkacie, ale nie nastawiaj się może za bardzo, że to coś zmieni. Nie dlatego, że uważam, że to się nie stanie (bo tego nie wiem), tylko po to, żeby się ewentualnie nie rozczarować. Ja już kilka czy kilkanaście razy miałem wrażenie, że widzę u swojej żony takie jaskółki "dobrej zmiany", ale żaden przełom nie nastąpił. Nie martw się tym, co masz mówić. Możesz powierzyć tę rozmowę Bogu, a na spotkanie pójść na nie uśmiechnięta i ładnie ubrana. Niech mąż zobaczy, co traci.
Trudno nauczyć się być szczęśliwym samemu ze sobą, kiedy jest się powołanym do życia w małżeństwie, bo jest to w pewnym sensie dla nas nienaturalne (ale nie jest to niemożliwe, wiele świadectw znajdziesz tu na forum). Jeszcze trudniej, gdy z małżonka uczyniło się bożka (a tak było pewnie i w moim, i w Twoim przypadku). To wszystko jest proces i trzeba dać czasowi czas. Na razie Twoja rana jest świeża, musisz przejść żałobę po tym związku, który - nawet jeśli się odrodzi - nigdy nie będzie już taki sam.

tata999
Posty: 1124
Rejestracja: 29 wrz 2018, 13:43
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Mężczyzna

Re: Mąż odchodzi - nie daję już rady psychicznie

Post autor: tata999 » 18 kwie 2020, 7:21

Monti pisze:
17 kwie 2020, 22:43
Niech mąż zobaczy, co traci.
Przeciwnie. Niech nie będzie oczekiwania, że mąż zobaczy, co traci. Niech nie będzie intencją odwet na mężu. Niech cel/rezultat nie będzie uzależniony od niego. Niech to spotkanie będzie dobre niezależnie od męża reakcji lub jej braku. Tak samo, jak kawa, która niech smakuje niezależnie od tego, czy mąż ją pochwali. Jeśli nie będzie smakować, nie dlatego, że mąż nie pochwalił.

Awatar użytkownika
Nirwanna
Posty: 9148
Rejestracja: 11 gru 2016, 22:54
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odchodzi - nie daję już rady psychicznie

Post autor: Nirwanna » 18 kwie 2020, 9:32

Wyrzucona pisze:
17 kwie 2020, 11:26
Właśnie to przeraża mnie najbardziej, perspektywa samotności.
Wyrzucona, mam świadomość, że Twoja rana jest jeszcze bardzo świeża, i ten lęk przed samotnością jest jak najbardziej teraz naturalny.
Jednak Bóg nie stworzył samotności po to, by raniła, tylko po to, by prowadziła do czegoś dobrego, m.in. do głębszej więzi, do więzi dużo lepszej jakości. Słusznie Monti pisze, że jeśli Twój związek się odrodzi, już nigdy nie będzie taki sam. I nie powinien, bo byłoby to powrotem do stanu, jaki doprowadził do kryzysu. Dlatego warto twórczo przeżyć etap samotności, aby budować swoje lepsze "ja" na przyszłość, a przez to - lepsze więzi w przyszłości.
Polecam nagranie ks. Grzywocza, warto do niego wracać co jakiś czas.
http://kskrzysztofgrzywocz.pl/pl/publik ... samotnosci
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II

Wyrzucona
Posty: 98
Rejestracja: 20 mar 2020, 12:13
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odchodzi - nie daję już rady psychicznie

Post autor: Wyrzucona » 18 kwie 2020, 19:33

Idąc za Waszą radą poprosiłam męża o pomoc w kilku pracach przy mojej przeprowadzce i to był strzał w 10. Niby nic a jednak sama nie wpadłabym na to żeby w obecnym stanie go o to prosić a tak, przynajmniej nie musiałam płacić obcym za usługi. Mąż zgodził się pomóc bo pewnie chciał podreperować swój wizerunek.
Co do spotkania to w sumie bez większych zmian. Udało mi się jednak dowiedzieć czy ma chwile zwątpienia i przyznał że tak, choć zaraz dodał że za każdym razem gdy zaczyna wątpić czy podjął słuszną decyzję czyta te kilkanaście stron o moich wadach. Przyznał nawet że musiał to pismo przeczytać już kilkakrotnie w ostatnim czasie. Nadal jednak nie udaje nam się porozumieć, zupełnie jakbyśmy mówili w obcych językach. Jak wspominałam w tekście są zarówno rzeczy z którymi się zgadzam jak i te, z którymi się całkiem nie zgadzam i tu zaczyna się problem. Oj skomplikowane to. To pismo i tak wpędziło mnie w poczucie wartości grubo poniżej zero . Nikt inny nie ocenił mnie tak żle i tak surowo. Mąż nadal nie widzi swojego udziału w porażce naszego związku jego zdaniem moja wina 100 % . Czasem mam wrażenie że zapatrzył się w siebie jak narcyz.
Przestałam już żebrać go o szansę , teraz żebrzę u Boga tej łaski ocalenia tego związku. Przeraża mnie jednak wizja życia u boku wyedukowanego psychologa z drugiej strony ja go nadal kocham i tak bardzo chcę żeby wrócił że byłabym w stanie przeczytać te wszystkie książki żeby mi to pomogło.
Mąż powiedział mi dzisiaj że gdybyśmy mieli czegoś jeszcze próbować to jedynie po rozwodzie bo on chce mieć czystą kartę. Jeśli potem poczuje ochotę żeby mnie zaprosić na kawę i będzie się nam dobrze rozmawiało to zobaczymy. Jeśli nie to nic na siłę. Nie wiem jednak czy te słowa są prawdziwe czy nie mówi tak tylko po to żeby nie robić mu problemów przy rozwodzie. Obawiam się że raczej to drugie bo ciągle powtarza żebym w sądzie nie robiła problemów.

Monti
Posty: 716
Rejestracja: 21 mar 2018, 18:14
Płeć: Mężczyzna

Re: Mąż odchodzi - nie daję już rady psychicznie

Post autor: Monti » 18 kwie 2020, 21:47

Wyrzucona pisze:
18 kwie 2020, 19:33
Idąc za Waszą radą poprosiłam męża o pomoc w kilku pracach przy mojej przeprowadzce i to był strzał w 10. Niby nic a jednak sama nie wpadłabym na to żeby w obecnym stanie go o to prosić a tak, przynajmniej nie musiałam płacić obcym za usługi. Mąż zgodził się pomóc bo pewnie chciał podreperować swój wizerunek.
Co do spotkania to w sumie bez większych zmian. Udało mi się jednak dowiedzieć czy ma chwile zwątpienia i przyznał że tak, choć zaraz dodał że za każdym razem gdy zaczyna wątpić czy podjął słuszną decyzję czyta te kilkanaście stron o moich wadach. Przyznał nawet że musiał to pismo przeczytać już kilkakrotnie w ostatnim czasie. Nadal jednak nie udaje nam się porozumieć, zupełnie jakbyśmy mówili w obcych językach. Jak wspominałam w tekście są zarówno rzeczy z którymi się zgadzam jak i te, z którymi się całkiem nie zgadzam i tu zaczyna się problem. Oj skomplikowane to. To pismo i tak wpędziło mnie w poczucie wartości grubo poniżej zero . Nikt inny nie ocenił mnie tak żle i tak surowo. Mąż nadal nie widzi swojego udziału w porażce naszego związku jego zdaniem moja wina 100 % . Czasem mam wrażenie że zapatrzył się w siebie jak narcyz.
Przestałam już żebrać go o szansę , teraz żebrzę u Boga tej łaski ocalenia tego związku. Przeraża mnie jednak wizja życia u boku wyedukowanego psychologa z drugiej strony ja go nadal kocham i tak bardzo chcę żeby wrócił że byłabym w stanie przeczytać te wszystkie książki żeby mi to pomogło.
Mąż powiedział mi dzisiaj że gdybyśmy mieli czegoś jeszcze próbować to jedynie po rozwodzie bo on chce mieć czystą kartę. Jeśli potem poczuje ochotę żeby mnie zaprosić na kawę i będzie się nam dobrze rozmawiało to zobaczymy. Jeśli nie to nic na siłę. Nie wiem jednak czy te słowa są prawdziwe czy nie mówi tak tylko po to żeby nie robić mu problemów przy rozwodzie. Obawiam się że raczej to drugie bo ciągle powtarza żebym w sądzie nie robiła problemów.
Uważaj na tę jego pseudopsychologię. Doświadczyłem czegoś podobnego. Dla mnie to próba manipulowania drugą osobą w celu skłonienia do korzystnych dla siebie działań (np. uzyskania zgody na rozwód), względnie próba usprawiedliwienia przed sobą odejścia, które wcześniej być może kłóciło się z jego systemem wartości. Znamienne jest to, że uznał terapeutkę za niedouczoną, a sam dokonał analizy Waszego związku, w której 100% winy ponosisz Ty.
To jest niestety częsta sytuacja w naszym gronie - osób uwieszonych ma partnerze, które za wszelką cenę chcą ocalić małżeństwo. Druga strona to wyczuwa i jeszcze się rozzuchwala. Zobacz na propozycję, którą otrzymałaś. Załóżmy, że zgodzisz się na rozwód, mąż będzie miał wolną rękę, poużywa sobie życia, a jak uzna, że jednak z Tobą było lepiej, to łaskawie zgodzi się wrócić, a Ty się powinnaś cieszyć, że uznał Cię godną wspólnego życia. Pomijam fakt, że wcześniej wyrzucił Cię z domu jak stary mebel.
Nie chodzi mi o to, że masz się od niego odwrócić, bo ciągle jesteś jego żoną i wiąże Cię przysięga, poza tym wciąż go kochasz. Ale trzeba zastanowić się, gdzie kończy się miłosierdzie względem "marnotrawnego" małżonka, a zaczyna się zgoda na przedmiotowe traktowanie (czyli brak miłości względem siebie).
To dotyczy nie tylko Ciebie, ale także mnie samego i wielu osób na tym forum.

tata999
Posty: 1124
Rejestracja: 29 wrz 2018, 13:43
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Mężczyzna

Re: Mąż odchodzi - nie daję już rady psychicznie

Post autor: tata999 » 18 kwie 2020, 22:46

Monti pisze:
18 kwie 2020, 21:47

To jest niestety częsta sytuacja w naszym gronie - osób uwieszonych ma partnerze, które za wszelką cenę chcą ocalić małżeństwo. Druga strona to wyczuwa i jeszcze się rozzuchwala. Zobacz na propozycję, którą otrzymałaś. Załóżmy, że zgodzisz się na rozwód, mąż będzie miał wolną rękę, poużywa sobie życia, a jak uzna, że jednak z Tobą było lepiej, to łaskawie zgodzi się wrócić, a Ty się powinnaś cieszyć, że uznał Cię godną wspólnego życia. Pomijam fakt, że wcześniej wyrzucił Cię z domu jak stary mebel.
Nie bardzo rozumiem przestrogę i rozgoryczenie. Owe "rozzuchwalanie" i gotowość (może nawet oczekiwanie) na "łaskawy powrót" i cieszenie się z niego, to przecież katolickie podejście. Co innego pozostaje wiernej żonie, tu: Wyrzuconej?

Ukasz

Re: Mąż odchodzi - nie daję już rady psychicznie

Post autor: Ukasz » 18 kwie 2020, 23:33

Dla mnie katolickie podejście nie polega na zgodzie na "łaskawy powrót", tylko na powrót autentyczny, połączony z przemianą osoby, która porzuciła, z jej pracą nad sobą, stanięciem w prawdzie, podjęciem zadośćuczynienia.
A propozycja, żeby kochająca żona zgodziła się na rozwód, to wtedy mąż być może zgodzi się na coś, np. na pójście na kawę, w ogóle nie brzmi poważnie.
Rozwód otwiera drogę do zawarcia nowego związku cywilnego. Jeżeli on koniecznie chce mieć nowy początek, to do tego służy separacja: to jest jeden z celów istnienia tej formy prawnej. Nie namawiam na nią, tylko zdecydowanie odradzam zgodę na rozwód.

Monti
Posty: 716
Rejestracja: 21 mar 2018, 18:14
Płeć: Mężczyzna

Re: Mąż odchodzi - nie daję już rady psychicznie

Post autor: Monti » 19 kwie 2020, 8:35

tata999 pisze:
18 kwie 2020, 22:46
Monti pisze:
18 kwie 2020, 21:47

To jest niestety częsta sytuacja w naszym gronie - osób uwieszonych ma partnerze, które za wszelką cenę chcą ocalić małżeństwo. Druga strona to wyczuwa i jeszcze się rozzuchwala. Zobacz na propozycję, którą otrzymałaś. Załóżmy, że zgodzisz się na rozwód, mąż będzie miał wolną rękę, poużywa sobie życia, a jak uzna, że jednak z Tobą było lepiej, to łaskawie zgodzi się wrócić, a Ty się powinnaś cieszyć, że uznał Cię godną wspólnego życia. Pomijam fakt, że wcześniej wyrzucił Cię z domu jak stary mebel.
Nie bardzo rozumiem przestrogę i rozgoryczenie. Owe "rozzuchwalanie" i gotowość (może nawet oczekiwanie) na "łaskawy powrót" i cieszenie się z niego, to przecież katolickie podejście. Co innego pozostaje wiernej żonie, tu: Wyrzuconej?
Utarło się, że to katolickie podejście, ale nie wiem, czy to nie jest kolejny mit dotyczący naszej wiary. Powrót do siebie małżonków bez przepracowania kryzysu prawie na pewno oznacza powtórkę z rozrywki i kolejną traumę. A autentyczna przemiana drugiej osoby niestety zdarza się dość rzadko. Moja żona jeszcze przed naszym rozstaniem oczekiwała ode mnie (w pewnym uproszczeniu), żebym wyrzekł się rodziny pierwotnej, przyjaciół czy swojej wiary. Innymi słowy - żebym przestał być sobą. Długo miałem takie podejście jak większość świeżaków na forum, że zrobię wszystko, żeby uratować to małżeństwo. W końcu uznałem, że to bez sensu, bo Panu Bogu chyba nie o to chodzi, żebym się spinał, żeby utrzymać tę i tak fikcyjną już wtedy jedność małżeńską. Bardzo uwalniające było dla mnie to, co napisała chyba Renta11 (a co na tym forum brzmi jak herezja), że małżeństwo naprawdę nie jest najważniejszą sprawą na świecie. Czasem życie z toksyczną osobą sprawia, że nie żyjemy w pełni, że tylko egzystujemy w napięciu, żeby nie rozdrażnić współmałżonka.
Trochę podobnie jest u Wyrzuconej. Mąż przedstawił jej szereg zarzutów i czuje się usprawiedliwiony w swojej decyzji. Nie chce zaakceptować jej taką, jak jest. Nie chce podjąć wspólnej pracy. Widzi tylko drzazgę w oku małżonki. Ma jakieś wyobrażenie małżonki i widocznie czuje się rozczarowany. Jak nie zmieni swojego podejścia,to będzie się ciągle rozczarowywał, bo żadna kobieta go nie zadowoli. A nawet, jeśli wyrazi zgodę na powrót Wyrzuconej i nie zmieni swojego podejścia, to czy ten związek będzie dawał im szczęście?
Oczywiście, trzeba pracować nad sobą, bo każdy z nas ma w tym zakresie sporo do roboty. Ale nie o to chodzi, żeby próbować na siłę sprostać czyimś oczekiwaniom. Czasem bardziej można wzrastać, żyjąc samemu i powierzając Bogu to, czego nie potrafimy zmienić.

kocimiętka
Posty: 67
Rejestracja: 24 mar 2019, 19:37
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odchodzi - nie daję już rady psychicznie

Post autor: kocimiętka » 19 kwie 2020, 10:46

Monti pisze:
19 kwie 2020, 8:35
tata999 pisze:
18 kwie 2020, 22:46
Monti pisze:
18 kwie 2020, 21:47

To jest niestety częsta sytuacja w naszym gronie - osób uwieszonych ma partnerze, które za wszelką cenę chcą ocalić małżeństwo. Druga strona to wyczuwa i jeszcze się rozzuchwala. Zobacz na propozycję, którą otrzymałaś. Załóżmy, że zgodzisz się na rozwód, mąż będzie miał wolną rękę, poużywa sobie życia, a jak uzna, że jednak z Tobą było lepiej, to łaskawie zgodzi się wrócić, a Ty się powinnaś cieszyć, że uznał Cię godną wspólnego życia. Pomijam fakt, że wcześniej wyrzucił Cię z domu jak stary mebel.
Nie bardzo rozumiem przestrogę i rozgoryczenie. Owe "rozzuchwalanie" i gotowość (może nawet oczekiwanie) na "łaskawy powrót" i cieszenie się z niego, to przecież katolickie podejście. Co innego pozostaje wiernej żonie, tu: Wyrzuconej?
Utarło się, że to katolickie podejście, ale nie wiem, czy to nie jest kolejny mit dotyczący naszej wiary. Powrót do siebie małżonków bez przepracowania kryzysu prawie na pewno oznacza powtórkę z rozrywki i kolejną traumę. A autentyczna przemiana drugiej osoby niestety zdarza się dość rzadko. Moja żona jeszcze przed naszym rozstaniem oczekiwała ode mnie (w pewnym uproszczeniu), żebym wyrzekł się rodziny pierwotnej, przyjaciół czy swojej wiary. Innymi słowy - żebym przestał być sobą. Długo miałem takie podejście jak większość świeżaków na forum, że zrobię wszystko, żeby uratować to małżeństwo. W końcu uznałem, że to bez sensu, bo Panu Bogu chyba nie o to chodzi, żebym się spinał, żeby utrzymać tę i tak fikcyjną już wtedy jedność małżeńską. Bardzo uwalniające było dla mnie to, co napisała chyba Renta11 (a co na tym forum brzmi jak herezja), że małżeństwo naprawdę nie jest najważniejszą sprawą na świecie. Czasem życie z toksyczną osobą sprawia, że nie żyjemy w pełni, że tylko egzystujemy w napięciu, żeby nie rozdrażnić współmałżonka.
Trochę podobnie jest u Wyrzuconej. Mąż przedstawił jej szereg zarzutów i czuje się usprawiedliwiony w swojej decyzji. Nie chce zaakceptować jej taką, jak jest. Nie chce podjąć wspólnej pracy. Widzi tylko drzazgę w oku małżonki. Ma jakieś wyobrażenie małżonki i widocznie czuje się rozczarowany. Jak nie zmieni swojego podejścia,to będzie się ciągle rozczarowywał, bo żadna kobieta go nie zadowoli. A nawet, jeśli wyrazi zgodę na powrót Wyrzuconej i nie zmieni swojego podejścia, to czy ten związek będzie dawał im szczęście?
Oczywiście, trzeba pracować nad sobą, bo każdy z nas ma w tym zakresie sporo do roboty. Ale nie o to chodzi, żeby próbować na siłę sprostać czyimś oczekiwaniom. Czasem bardziej można wzrastać, żyjąc samemu i powierzając Bogu to, czego nie potrafimy zmienić.
Zgadzam się z tym co napisał Monti. Dodatkowo wklejam link do genialnej, mojej zdaniem konferencji, ks. Dziewieckiego, który opisuje na podstawie przypowieści o Synu Marnotrawnym czym jest przebaczenie a czym prawdziwe pojednanie-bo przebaczenie i pojednanie to dwie różne historie. Ks. Dziewiecki opisuje też jak wg tej przypowieści powinien zachować się powracający na drogę sakramentalnego małżeństwa małżonek.

https://youtu.be/yLTz7pj1ny0

Wyrzucona
Posty: 98
Rejestracja: 20 mar 2020, 12:13
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odchodzi - nie daję już rady psychicznie

Post autor: Wyrzucona » 19 kwie 2020, 12:05

Wiem że to co mąż mi proponuje jest po prostu nie fair. Chce się rozwieść a potem wyszaleć, zobaczyć jak ułożyłam sobie życie i ewentualnie jak mu czymś zaimponuję to może coś zaproponuje. W każdej chwili będzie jednak mógł znowu mnie wyrzucić ze swojego życia bez żadnych zobowiązań. Ale to też wie z filmików w necie, bo jak powiedział żeby wyremontować kawalerkę trzeba najpierw wyrzucić z niej wszystkie meble a potem zacząć remont. Czuję jednak wewnętrznie że on mnie już skreślił bo nie jestem „warta” jego miłości. Jestem toksyczna . A ja mówię mu że wyciągam to moje małe toksyczne serduszko na dłoni i może jest toksyczne ale kocha szczerze i chce żeby nam i jemu było dobrze. Mimo to on jest głuchy na moje prośby. Ostatnio rozmawiałam z osobą mi bliską, która powiedziała że urzeka ją moja lojalność i oddanie wobec męża, tylko co z tego gdy on tego nie widzi. Jak on mnie będzie traktował w takim luźnym związku bez zobowiązań. Czy powinnam się godzić na coś takiego? Czy człowieka powinno się kochać tylko wtedy gdy „fajnie sobie radzi w życiu”. Wiem że jego guru to teraz psychologia relacji np. kanał ‘ocal siebie’ lub Jarosław Gibas . Mam wrażenie że on się totalnie zatracił mówi o tym że musi odkryć siebie na nowo, zastanowić się czego chce w życiu, co sprawia mu przyjemność. Boli tez ta jego pewność siebie że z tą wiedzą zbuduje sobie udany ZDROWY związek, bo nasz był zgnity i zepsuty. A ja pośrodku tego, z racji że go kocham, chciałabym odzyskać jego dawną osobowość. Ja naprawdę chcę mu dać szczęście, chcę przy nim być i chcę się starać jeśli coś mu w moim zachowaniu nie odpowiada. Czasem budzi się w nim sumienie właśnie wtedy gdy zabija je czytając to co napisał .Nie dopuszcza do siebie myśli że przecież byliśmy szczęśliwi. Że pytałam go czy jest mu ze mną dobrze. Zawsze odpowiadał że tak, że dobrze się dogadujemy, że nie potrzebujemy nic zmieniać. Tak to jego słowa do czasu aż rok temu zaczął oglądać te filmy i uświadomił sobie że wszystkie możliwe ‘ fuckupy’ są w naszym związku.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 15 gości