I żyli długo i szczęśliwie, czyli czemu życie to nie bajka

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Pavel
Posty: 3015
Rejestracja: 03 sty 2017, 21:13
Jestem: już po kryzysie
Płeć: Mężczyzna

Re: I żyli długo i szczęśliwie, czyli czemu życie to nie bajka

Post autor: Pavel » 21 sie 2020, 20:18

Lustro,
Nie wiem czy piszesz to na podstawie wiedzy fachowej czy też własnego doświadczenia.
Ja byłem takim dzieckiem. Jednostkowe odczuwanie, ale zupełnie nie pokrywa się z tym co piszesz.
Po pierwsze, takie spotkania, dobre okresy w czasach wielkich wojen między rodzicami cieszyły, dawały nadzieję. Ja słowa twego dziecka eleno odczytuję tak: „ja bym chciał, by tak jak tego dnia było już zawsze”. I to jest Ok, a smutne, że na chwilę obecną tak nie jest. I wg mnie to Ok, że to go smuci.
Jako dziecko faktycznie ze względu na głębokie kryzysy między rodzicami mocno cierpiało przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa, stabilizacji.
Nie pamiętam natomiast (pamięć mam niezłą), bym czuł się „w zawieszeniu”, a już z pewnością nie mogę nawet zestawić tego z „zawieszeniem” jakie odczuwałem w trakcie własnego kryzysu małżeńskiego.
Uważam, że odbieranie nadziei na pojednanie rodziców nie pomogłoby mi w żaden sposób.

Na podstawie osobistych doświadczeń oraz wiedzy którą nabyłem już w trakcie kryzysu z pełnym przekonaniem twierdzę, że najgorsze było słowo „rozwód”, wizja rozpadu rodziny.
Kłopoty, awantury, emocjonalny rollercoaster to jednak w moim odczuciu przy tym było coś „do zniesienia”.

To, że rodzice mimo bycia antyprzykładem tego jak powinno wyglądać małżeństwo finalnie się nie rozwiedli, było natomiast bardzo istotne w odniesieniu do mojej postawy w kryzysie.
Postawy: nie poddawaj się, nadzieja umiera ostatnia, z każdego bagna jest szansa wybrnąć.

A do „kolejnej, ostatniej szansy”, w efekcie - pojednania, dochodziło na ostatnich sprawach rozwodowych.
Dlatego, zanim do rozwodu faktycznie nie dojdzie, nie uważam by warto w to dzieci wtajemniczać w postaci zbędnych szczegółów.
Zwłaszcza wtedy nie warto mówić o rozstaniu/rozwodzie, gdy się tego nie chce i do niego nie dąży (a wręcz odwrotnie), nie warto moim zdaniem mówić słów które powiedziała terapeutka, a tak jest z tego co wyczytuję z eleną.

Eleno,
Doskonale cię rozumiem i nie ma za co :)
. Pamiętam gdy w trakcie kryzysu sam potrzebowałem potwierdzenia, że to jednak nie ja zwariowałem, że nie jestem wielbłądem. Mi pomogła w tym między innymi terapeutka, za drugim razem „wylosowało” mi bardzo dobrą.
Pamiętam również, jak mój pierwszy psychoterapeuta na naszym ostatnim spotkaniu (bo po nim postanowiłem z jego wątpliwej jakości usług zrezygnować) tak bardzo nie potrafił zrozumieć, że nie noszę urazy/nienawiści do rodziców za trudne dzieciństwo, że aż zaczął wulgarnie podnosić głos. Nie docierało do niego, że można wybaczyć.
Dla mnie tego typu rady które wtedy usłyszałaś, dawane wprost, zwłaszcza zważywszy na to, że zaznaczyłaś swoje stanowisko i wartości jakimi się kierujesz, są oznaką braku profesjonalizmu oraz szacunku do ciebie.
A także pogubienia.
"Bóg nie działa poza wolą człowieka i poza jego wysiłkiem.(...) Założenie, że jeśli się pomodlimy, to będzie dobrze, jest już wiarą w magię." ks. dr. Grzegorz Strzelczyk

lustro
Posty: 1201
Rejestracja: 02 sie 2017, 22:37
Jestem: szczęśliwą żoną
Płeć: Kobieta

Re: I żyli długo i szczęśliwie, czyli czemu życie to nie bajka

Post autor: lustro » 21 sie 2020, 20:56

Elena
Cieszę się, ze mnie dobrze zrozumiałaś.
Dziękuję. Naprawdę.
Obawialam sie, ze poczujesz sie zaatakowana i opacznie odbierzesz, co napisalam.
Widze, ze jest w Tobie wiele rozwagi i wrazliwosci.

Nie bylam dzieckiem w takiej sytuacji, ale rodzicem.
I pomimo, ze bylam wtedy tym odchodzacym rodzicem, staralam się bardzo moje dzieci chronic. Kiedy pytaly, mowilam im prawde.
Nie uzywalam słów ostatecznych, staralam sie im wyjasnic sytuacje.
Ale tez staralam sie chronic je przed iluzją i zametem. Nie ograniczalam w zaden sposob kontaktów z tatą, ale nie tworzylam na ich potrzebę obrazka szczęśliwej rodzinki.

Patrzac z perspektywy czasu myślę, ze udalo sie nam (mnie i mezowi) zaoszczędzić dzieciom wiele trudnych przezyc. I to napewno pomoglo wrocic wszystkim do wspolnego zycia, kiedy przyszedl ten czas.


Pavel

Ok, może masz rację.
Może dla dziecka lepiej zyc w zludzeniach i iluzji.
Moze lepiej, zeby mialo sinusoidę uczuć... Wzloty i doly.
Może.
Tym niemniej pozostane przy swoim zdaniu. Uwazam, ze rodzice powinni dzieci chronic i nie oklamywac. A tworzenie iluzji po to, zeby potem zaliczyc dolek i wprawianie w zamęt, dla nikogo dobre nie jest.

Zrozumiales mnie dość mocno opacznie.
Nie zachecalam do mówienia o rozwodzie i ze rodzice nigdy juz razem nie beda. Przeczytaj ten fragment mojej wypowiedzi jeszcze raz.

Mimo to najwazniejsze jest, ze Elena dobrze zrozumiala.

Pavel
Posty: 3015
Rejestracja: 03 sty 2017, 21:13
Jestem: już po kryzysie
Płeć: Mężczyzna

Re: I żyli długo i szczęśliwie, czyli czemu życie to nie bajka

Post autor: Pavel » 21 sie 2020, 21:35

Lustro,
Może to wynika z różnic komunikacyjnych między mężczyzną a kobietą.
Bo ja z tego co napisałaś wyczytałem to co wyczytałem ;)
lustro pisze: Tym niemniej pozostane przy swoim zdaniu. Uwazam, ze rodzice powinni dzieci chronic i nie oklamywac. A tworzenie iluzji po to, zeby potem zaliczyc dolek i wprawianie w zamęt, dla nikogo dobre nie jest.
Ale ja również uważam, że dzieci należy chronić i nie okłamywać. Można jednak to robić na wiele sposobów.
Nie oznacza, a przynajmniej oznaczać nie musi to również tworzenia iluzji i złudzeń. Po prostu nie wiemy co będzie. Ty w kryzysie jednak nie zakładałaś takiego zakończenia, moja żona...delikatnie to ujmując, również.

Także fakty dokonane warto opisywać i tłumaczyć, dopasowując to do wieku dziecka.
Ale gdybologia i czarnowidztwo - już nie.
Nie uważam z kolei, że wspólne spędzenie dnia to tworzenie iluzji aby w założeniu później zaliczyć dołek. To byłoby faktycznie nierozsądne.

Pamiętam taki dzień, miałem wtedy z 4-5 lat.
Przypadkowy spacer w kryzysie, wspólny, zakończył się pojednaniem rodziców. W dużej części przez moje i braci słowa podobne do tych o których pisała elena.
Na jakieś pięć lat co prawda tylko, bo nieprzepracowany kryzys wybuchł w wielką siłą ponownie.
lustro pisze: Nie zachecalam do mówienia o rozwodzie i ze rodzice nigdy juz razem nie beda. Przeczytaj ten fragment mojej wypowiedzi jeszcze raz.
Ale ja ci tego nie przypisuję ;)
"Bóg nie działa poza wolą człowieka i poza jego wysiłkiem.(...) Założenie, że jeśli się pomodlimy, to będzie dobrze, jest już wiarą w magię." ks. dr. Grzegorz Strzelczyk

renta11
Posty: 552
Rejestracja: 05 lut 2017, 19:20
Płeć: Kobieta

Re: I żyli długo i szczęśliwie, czyli czemu życie to nie bajka

Post autor: renta11 » 22 sie 2020, 7:47

To są bardzo trudne sytuacje. Zawsze uważałam, że należy mówić prawdę, a w ostatecznej sytuacji (z powodu wieku i zdolności poznawczych dziecka) być jak najbliżej prawdy. I mówić mniej, niż więcej. A dziecko i tak widzi i czuje to rozdarcie rodziców, smutek, tęsknotę, ból. I ono i tak wie,
św. Augustyn
"W zasadach jedność, w szczegółach wolność, we wszystkim miłosierdzie".

lustro
Posty: 1201
Rejestracja: 02 sie 2017, 22:37
Jestem: szczęśliwą żoną
Płeć: Kobieta

Re: I żyli długo i szczęśliwie, czyli czemu życie to nie bajka

Post autor: lustro » 22 sie 2020, 8:05

Pavel pisze:
21 sie 2020, 21:35
Lustro,
Może to wynika z różnic komunikacyjnych między mężczyzną a kobietą.
Bo ja z tego co napisałaś wyczytałem to co wyczytałem ;)
Pewnie tak, bo ja z Twoich słów tez wyczytalam to, co wyczytalam.
Pavel pisze:
21 sie 2020, 21:35
lustro pisze:
21 sie 2020, 21:35
Nie zachecalam do mówienia o rozwodzie i ze rodzice nigdy juz razem nie beda. Przeczytaj ten fragment mojej wypowiedzi jeszcze raz.
Ale ja ci tego nie przypisuję ;)
A ja to tak odebralam.


Pavel pisze:
21 sie 2020, 21:35
Na jakieś pięć lat co prawda tylko, bo nieprzepracowany kryzys wybuchł w wielką siłą ponownie.
Czytajac to naszla mnie taka myśl - a moze nie dlatego, ze nieprzepracowany. Tylko, ze pojednanie bylo tylko pozorne, niejako wymuszone przez warunki, w tym dzieci?

I jeszcze taka myśl - przepracowanie kryzysu wcale nie musi byc jednoznaczne ze zgoda, wzajemnym zrozumieniem i powrotem do siebie.
Myślę, ze przepracowanie to zobaczenie, zrozumienie, co dziala nie tak i dlaczego. Czy da sie to naprawic. Czy jest mozliwosc zmiany na tyle, zeby mozna razem żyć w zgodzie i milosci.
I czasem moze sie okazac, ze tego nie da sie zrobic.



I tak na koniec.
Ja uwazam, inni moga to widzec inaczej, ze poczucie stabilizacji i bezpieczenstwa swiata dziecka, buduja dorośli.
Jeśli zachowuja sie w sposob racjonalny, przewidywalny, to to porzadkuje dzieciom swiat.
Jeżeli rodzice nie potrafia btc razem, to w sposob dla dziecka zrozumialy, mu to komunikują. W słowach, ale tez w gestach i czynach.
Jezeli nie mieszkaja razem i nie ma na dzis mozliwosci, by byli zgodną rodziną, to nie stwarzaja pozorow dzieciom, ze jest inaczej.
Wtedy dziecko wie, ze tak jest.
I choc to przykre, ze nie jezdza razem na wakacje, nie chodza do kina i nie jedzą wspolnie obiadow, to po prostu tak jest. I to wprowadza pewien porzadek i spokój w swiat dziecka.
Uczy tez, ze rodzice sa wiarygodni, bo robia tak jak mówią.
Jak mowia, ze na dzis nie moga byc razem, to tak jest. I tak robią.
A jak mowia, ze od dziś jestesmy znowu razem, to tez tak jest. I tak robią.
I jest wiadomo w co wierzyc i czego sie trzymać.

A kiedy mowia, ze nie jestesmy razem i nie są, ale czasem stwarzaja pozory, ze jestesmy....To w co wierzyc?
I czy prawdą bedzie, kiedy rodzice kiedys powiedza - od dzis jestesmy znowu razem?
A moze to tez pozory?

elena
Posty: 84
Rejestracja: 14 kwie 2020, 19:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: I żyli długo i szczęśliwie, czyli czemu życie to nie bajka

Post autor: elena » 22 sie 2020, 9:37

Kochani dziękuję Wam za wasze opinie i spostrzeżenia. Jestem obecnie w kryzysie trwającym od roku, jeszcze nieodwieszona emocjonalnie od męża, czasem płaczę, przychodzą chwile zwątpienia, zniechęcenia, dlatego nie potrafię na pewne sprawy spojrzeć obiektywnie bez zbędnych emocji.

Słowa Pavla dały mi ukojenie i spokój wewnętrzny, potwierdzenie tego, co ja czuję.
Za to słowa lustro otworzyły mi oczy na pewne kwestie.
Jeszcze raz dziękuję.
„Kocha się nie za cokolwiek, ale pomimo wszystko, kocha się za nic”. Ks. Jan Twardowski

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: rose i 16 gości