I żyli długo i szczęśliwie, czyli czemu życie to nie bajka

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Sarah
Posty: 68
Rejestracja: 01 maja 2020, 13:46
Płeć: Kobieta

Re: I żyli długo i szczęśliwie, czyli czemu życie to nie bajka

Post autor: Sarah » 03 lip 2020, 13:28

Caliope pisze:
03 lip 2020, 13:07
Teraz to inna bajka, jest też inna mentalność, wszędzie mówią o psychologii, trzeba korzystać z dobrodziejstwa
No właśnie, trzeba korzystać 🙂 choć z tą mentalnością, jak widać, bywa różnie.
I pójdę do grobu z podniesioną głową.

(B. Dylan)

elena
Posty: 76
Rejestracja: 14 kwie 2020, 19:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: I żyli długo i szczęśliwie, czyli czemu życie to nie bajka

Post autor: elena » 03 lip 2020, 16:56

Dziękuję za Wasze wpisy, podbudowały mnie i utwierdziły w słuszności skorzystania z pomocy :)

Widać, ze jeszcze nie do końca odwiązałam się od męża, skoro wciąż liczę się z jego zdaniem i przejmuję jego słowami.
„Kocha się nie za cokolwiek, ale pomimo wszystko, kocha się za nic”. Ks. Jan Twardowski

elena
Posty: 76
Rejestracja: 14 kwie 2020, 19:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: I żyli długo i szczęśliwie, czyli czemu życie to nie bajka

Post autor: elena » 20 lip 2020, 13:03

Mąż powiedział, że musimy porozmawiać, bo już mija rok odkąd nie mieszkamy razem, żebym zabrała resztę swoich rzeczy z jego domu, żebym nie liczyła, że kiedyś będziemy razem no i cytat: "mam nadzieję, że się zgodzisz na rozwód i nie będziesz robić problemów, zachowujmy się jak dorośli ludzie". Czy ja muszę się godzić na rozwód? Jeśli wiem, że kocham męża i jestem wierna przysiędze złożonej przed Bogiem to czy moja niezgoda na rozwód oznacza, że robię komuś problemy i nie zachowuję się jak dorosła osoba?

Smutek mnie ogarnął i jakieś poczucie bezsilności...
„Kocha się nie za cokolwiek, ale pomimo wszystko, kocha się za nic”. Ks. Jan Twardowski

JolantaElżbieta
Posty: 585
Rejestracja: 14 wrz 2017, 8:03
Płeć: Kobieta

Re: I żyli długo i szczęśliwie, czyli czemu życie to nie bajka

Post autor: JolantaElżbieta » 20 lip 2020, 21:34

elena pisze:
20 lip 2020, 13:03
Mąż powiedział, że musimy porozmawiać, bo już mija rok odkąd nie mieszkamy razem, żebym zabrała resztę swoich rzeczy z jego domu, żebym nie liczyła, że kiedyś będziemy razem no i cytat: "mam nadzieję, że się zgodzisz na rozwód i nie będziesz robić problemów, zachowujmy się jak dorośli ludzie". Czy ja muszę się godzić na rozwód? Jeśli wiem, że kocham męża i jestem wierna przysiędze złożonej przed Bogiem to czy moja niezgoda na rozwód oznacza, że robię komuś problemy i nie zachowuję się jak dorosła osoba?

Smutek mnie ogarnął i jakieś poczucie bezsilności...
Cwana gapa - mój mąż też mnie tak podchodził - że ma nadzieje, że nasze stosunki będą koleżenskie, ale ja powiedziałam, że nie jestem jego koleżanką, tylko żoną. A tak na marginesie, dla nich to nalepsze rozwiązanie - no przecież żona się zgodziła bez szemrania:-) Ja jestem w porzadku!

Bławatek
Posty: 111
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: I żyli długo i szczęśliwie, czyli czemu życie to nie bajka

Post autor: Bławatek » 20 lip 2020, 22:52

Mój mąż od początku swojego odejścia mówił o rozwodzie, na co mu odpowiadałam, że ma się nie wygłupiać, bo jesteśmy wierzący i nigdy za rozwodami nie byliśmy - mojemu mężowi poglądy się zmieniły niestety. I teraz ja walczę o małżeństwo a mąż tak jak zapowiedział do rozwodu za wszelką cenę - oskarża mnie o rzeczy i czyny których nie było ( i podobno na własne życzenie mam pranie brudów 🙁 ). Też chce być moim kolegą i nie rozumie dlaczego ja taka uparta jestem i nie chcę naszego dobra.

Albo oni przechodzą jakieś szkolenie w tej materii albo to skutek uboczny, tylko nie wiadomo czego.

Tylko modlitwa, wiara i to forum dają mi siłę do walki.

Ruta
Posty: 358
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: I żyli długo i szczęśliwie, czyli czemu życie to nie bajka

Post autor: Ruta » 21 lip 2020, 1:35

Niezgoda na rozwód raczej nie ma obecnie "dobrej prasy"...
Sama przeszłam długą drogę. Z uwagi na uzależnienie męża i jego postawę wobec mnie i dziecka rozważałam przez jakiś czas rozwiązanie problemu przez rozwód. Do czasu, aż uświadomiłam sobie, że to niczego nie rozwiąże i wcale nie ma we mnie takiej intencji. Jedyne czego wtedy chciałam, to żeby mąż rozpoczął leczenie i podjął abstynencję i żeby wróciły dobre chwile i to co było dobre między nami. Czułam też, że nie dam rady już więcej wytrzymać tego, co się działo. Jak się okazało, mąż swoim zachowaniem właśnie do tego usiłował mnie sprowokować - do wystąpienia o rozwód. W sumie rozumiem, ja byłabym ta zła, on ten biedny pokrzywdzony.
Gdy postawiłam jasno sprawę, że nie biorę pod uwagę rozwodu, ale także dalszego życia z uzależnionym mężem, mąż po jakimś czasie się wyprowadził. Myślę z perspektywy czasu, że podjął dobrą decyzję, skoro zamierzał kontynuować życie w nałogu i nie zamierzał żyć w małżeństwie.

Potem mąż, widząc, że nadal nie wnoszę o rozwód, usiłował namówić mnie na polubowny rozwód i także łamał mnie tym, że wtedy się lepiej dogadamy, bedzie lepiej dla dziecka, skończą się konflikty, rozstaniemy się cywilizowanie... W czasie gdy ja rozważałam separację, mąż w końcu sam wystąpił o rozwód. I myślę, że to jest w porządku. Mąż jest wolnym człowiekiem, ma prawo wyrzec się wiary, odejść od zasad, które kiedyś były ważne i dla niego i dla mnie. Jest jednak także moje prawo, do pozostania przy moich zasadach i mojej wierze.

Moja niezgoda na rozwód, jak można się było spodziewać, spowodowała wzrost agresji ze strony mojego męża, więcej oskarżeń, ale także naciski otoczenia, że o co mi właściwie chodzi i czemu nie chcę się zgodzić i załatwić wszystkiego "normalnie". Było mi z tym bardzo trudno, miałam chwile załamania, gdy myślałam, że po co mi to wszystko, może się zgodzę i będzie po wszystkim. Trudno mi było mierzyć się z taką presją i niezrozumieniem, ale jednak się zmierzyłam. Bardzo dużo wsparcia otrzymałam wtedy tu na forum.

Mąż w związku z moją niezgodną miał sformułować pismo o rozwód z mojej winy. W chwili szczerości wyznał mi, że nie ma co mi zarzucić. Zrezygnował z adwokata, pisma nie złożył. Czekamy na drugą sprawę, która będzie pod koniec sierpnia. Mąż nadal deklaruje, że chce rozwodu. Więc pewnie jego zarzuty wobec mnie poznam na sprawie.

Choć jest to wszystko dla mnie bardzo trudne i bolesne, chciałabym po prostu mieć dobrą relację z mężem, wychowywać dzieci i cieszyć się życiem, przyjmuję to co jest i czuję jak się wykuwam, o wiele mocniejsza. Uczę się głębiej patrzeć w siebie, nie ulegać zewnętrznej presji, pozostawać w zgodzie ze sobą niezależnie od okoliczności.

Mam teraz w otoczeniu parę osób, które nie negują mojej postawy. Coraz rzadziej słyszę też "znajdź sobie kogoś i odpuść". Mam moją babcię, która modli się nie tylko za mnie, ale i za mojego męża. I mam siebie, taką z którą czuję się dobrze.

Myślę też sobie, że w kontekście sprawy sądowej nie chodzi o to, żeby walczyć za wszelką cenę i toczyć wojnę z mężem. Raczej, żeby jasno sformułować swoje stanowisko i nie godzić się na to, na co się zgodzić nie chcę.

Odchodząc od rozważań sądowych, piszecie też dziewczyny, że czujecie się stworzone do bycia w związku, że perspektywa bycia samą przez wiele lat jest przytłaczająca. Rozumiem to bardzo dobrze. Ostatnie miesiące dokładnie analizowałam i rozważałam w sobie te uczucia. Nadal czuję się stworzona do bycia w relacji, nadal obawiam się samotnego życia. Jednak po przepracowaniu tego wszystkiego w sobie, dokonuję bardziej świadomego wyboru pozostania wierną przysiędze jaką złożyłam, moje słowo jest dla mnie ważne. Mam też w sobie ufność w nauczanie Jezusa, nic czego nauczał nie jest przeciwko człowiekowi i z tą ufnością chcę pozostać.

Myślę, że gdy takie uczucia i obawy się pojawiają nie warto od nich uciekać.

Myślę też sobie, że mój mąż akurat jest w nałogach, odszedł, w tle jest także kowalska. Ale równie dobrze mógł zaginąć na morzu, zostać niewinnie uwięziony, albo walczyć w jakiejś słusznej i ważnej sprawie daleko od domu. Czy wtedy zastanawiałabym się czy dochować wierności małżeńskiej? Pewnie tak. I pewnie tak samo obawiałabym się samotności, tęskniła za obecnością męża w moim życiu, bliskością czy przytuleniem, za zapachem mojego męża, jego spojrzeniami, żartami, siłą. I o to chyba w przysiędze małżeńskiej chodzi, by ją zachować niezależnie od okoliczności. Nikt nie mówił, że będzie łatwo... A dochowanie wierności w wierze od wielu ludzi wymagało znacznie większych poświęceń, niż wierność przysiędze małżeńskiej. Nie jest więc wcale tak źle i okropnie w tych naszych skomplikowanych życiach, które wciąż mogą być radosne i szczęśliwe ;)

Bławatek
Posty: 111
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: I żyli długo i szczęśliwie, czyli czemu życie to nie bajka

Post autor: Bławatek » 21 lip 2020, 8:58

Ruto pięknie napisane.

W naszym życiu ciągle toczy się walka dobra ze złem i choć jest ciężko warto wybierać dobro, nawet gdy otoczenie nie rozumie czy nawet wyśmiewa nasze wybory i postawę.

Pozdrawiam

elena
Posty: 76
Rejestracja: 14 kwie 2020, 19:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: I żyli długo i szczęśliwie, czyli czemu życie to nie bajka

Post autor: elena » 21 lip 2020, 9:42

Dziękuję Wam za słowa, które tu padły. Wasze wsparcie ma ogromne znaczenie, pomaga i daje ukojenie w czasie gorszych dni. Jeszcze raz dziękuję, trzymajcie się ciepło dziewczyny! 🙂
„Kocha się nie za cokolwiek, ale pomimo wszystko, kocha się za nic”. Ks. Jan Twardowski

elena
Posty: 76
Rejestracja: 14 kwie 2020, 19:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: I żyli długo i szczęśliwie, czyli czemu życie to nie bajka

Post autor: elena » 31 lip 2020, 21:29

Dziś odkryłam, że mąż prawdopodobnie ma przyjaciółkę pocieszycielkę (lub może nawet kowalską). Nie mam 100% pewności, ale ze zdjęć na social media wnioskuję, że spędzają razem weekend (wraz z grupą znajomych).
Początkowo była złość, rozpacz, gniew, zazdrość i same negatywne emocje, niestety wysłałam mężowi niezbyt miłe smsy. Teraz jest smutek, pustka, tęsknota, żal i ciągle pytanie w głowie „kiedy wreszcie to się skończy, ten ból związany z rozstaniem i odrzuceniem przez męża?” Już od roku walczę o nasze małżeństwo, sama, poprzez bliskość z Bogiem, modlitwą, pracą nad sobą. Mąż wciąż stoi przy swoim, że decyzji o rozstaniu nie zmieni. Ile jeszcze wytrzymam, ile ciosów jeszcze przyjmę i kiedy będzie dobrze, stabilnie, bez huśtawek emocjonalnych. Mam wrażenie, że nasze małżeństwo zbliża się ku rozwodowi...
„Kocha się nie za cokolwiek, ale pomimo wszystko, kocha się za nic”. Ks. Jan Twardowski

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości