1,5 roku kryzysu

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Ukasz

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: Ukasz » 21 maja 2020, 23:28

fannyprice pisze:
21 maja 2020, 13:15
Nie chcę być koleżanką, a żoną. I to mężowi zakomunikowałam, że jeśli chce relacji ze mną (a nie tylko informacji o zdrowiu i ciąży), to możemy je mieć jedynie małżeńskie. Skutek jest taki, że przestał się w ogóle odzywać.
fannyprice pisze:
21 maja 2020, 22:47
Dzisiaj mąż niezapowiedzianie wpadł i stwierdził że chce wrócić i nawet dziś zostać. Przepraszał za to, że sie tak źle zachowywał, że mnie nie wspierał, że nazywał mnie nienormalną.
Gdy poprzednio postawiłaś granicę, przyniosło to dobry efekt, choć na początku wyglądało źle. Teraz to nie musi się powtórzyć, ale jednak daje pewną nadzieję.
Nie wiem, czy teraz warto robić jakiś ruch - np. podziękować mu za tę próbę powrotu, za przeprosiny - czy nie.
Z drugiej strony może trochę się pospieszyłaś z tą rozmową, jak to ma być. To trudny temat, a jego dobre chęci są jak widać dość kruche. Może warto mu było dać trochę czasu na okrzepnięcie - nie wiem, głośno myślę...

fannyprice
Posty: 59
Rejestracja: 16 kwie 2019, 10:39
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: fannyprice » 22 maja 2020, 8:17

Ukasz pisze:
21 maja 2020, 23:28
Gdy poprzednio postawiłaś granicę, przyniosło to dobry efekt, choć na początku wyglądało źle. Teraz to nie musi się powtórzyć, ale jednak daje pewną nadzieję.
Nie wiem, czy teraz warto robić jakiś ruch - np. podziękować mu za tę próbę powrotu, za przeprosiny - czy nie.
Z drugiej strony może trochę się pospieszyłaś z tą rozmową, jak to ma być. To trudny temat, a jego dobre chęci są jak widać dość kruche. Może warto mu było dać trochę czasu na okrzepnięcie - nie wiem, głośno myślę...
Gdybym wychodziła z inicjatywą i sama takie tematy ruszała to pewnie bym się zgodziła, że to za wcześnie i po co naciskać. Mam wrażenie, że mąż tak zaczął bo od razu chciał postawić swoje warunki, wygodne dla niego, a gdy sie sprzeciwiłam to znów wybuchł. Jakoś nie widzę sensu doceniania przeprosin skoro po kilkunastu minutach od nich znów mnie zwyzywał. W dodatku, w rozmowie okazało się że okłamał mnie w ważnej sprawie... Mówił że nie wie dlaczego ale przeprasza więc sprawa zamknięta i mam do tego nie wracać. Czuję się po prostu jak jakaś zabawka, którą sie bawi kiedy mu wygodnie... Za niedługo na świecie pojawi się nasze dziecko, ale to nic nie znaczy, dalej trwa zabawa :(
Gdy wczoraj mówiłam, że ta rozmowa jest już dla mnie stresująca, a nie mogę się denerwować i czy moglibyśmy na razie ją zostawić, to wtedy zaczął krzyczeć że to mnie nie zależy na jego powrocie, następnie wyzywał. No jak to wytłumaczyć?
"można nawet zabłądzić lecz po drugiej stronie
nasze drogi pocięte schodzą się z powrotem"

Bławatek
Posty: 263
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: Bławatek » 22 maja 2020, 9:06

Wielu ludzi tłumaczy takie zachowania tym, że ktoś jest w amoku.

Ja ciągle szukam odpowiedzi na pytanie jak traktować osobę taką jaką sa nasi mężowie, miedzy innymi na tym forum. A ponieważ u mojego męża zauważam syndrom Piotrusia Pana, podejście egoistyczne, nawet Borderline by mi u niego pasowało, a do tego widzę, że nieraz mną manipuluje, to wszędzie czytam, że z osobami które maja takie cechy ciężko żyć i większość zaleceń była - odejdź. Co dla mnie jako katoliczki dla której wiara i małżeństwo są ważne było nie do przyjęcia.

Tu na tym forum też ciągle czytam w wielu wątkach rady - odetnij się, odwieś się, zacznij myśleć o sobie, zadbaj o swój rozwój. I jest to trudne. Bo kocham męża i traktuję go teraz tak jakby był chory na dziwną chorobę, która zmieniła jego zachowanie i myślenie, więc jako dobra kochająca żona chcę mu pomóc wyzdrowieć. Ale tak jak tu mówią, można zmienić tylko siebie, drugiej osoby się nie da - ona musi sama tego chcieć. Pisałam w moim wątku, że mąż zaczął pomieszkiwać w mieszkaniu, do którego mieliśmy sie kiedyś wyprowadzić i powoli remontowaliśmy, a ponieważ w pierwszą noc było mu tam zimno to przyszedł na drugi dzień "załamany" jaki to on jest biedny, poprosił o koc bo mu tam zimno, ja dałam mu jego kołdrę. Później zapytał, czy może mógłby jedną noc u nas przenocować. Mnie wmurowało w ziemię, bo nie powiedział przepraszam, może źle wszystko robię, spróbujmy powoli naprawiać wszystko - nie, usłyszałam "jest mi źle, więc mnie przenocujcie". Ze względu na syna się nie zgodziłam - bo jak mam mu potem tłumaczyć , że jak tacie będzie źle, będzie miał doła życiowego to u nas będzie, a jak będzie chciał wolności to nas znów opuści. Mój mąż już w grudniu przeprowadził ze mną rozmowę jak to mu źle w naszym małżeństwie, wypunktował wszystkie punkty o których zawsze ja mówiłam a on nimi nie był nigdy zainteresowany, a nagle to jego pomysły i zdania. Starałam się, byłam bardzo miła, czuła, on też robił parę rzeczy których nigdy nie robił - np wynosił śmieci - tak, pierwszy raz po 9 latach małżeństwa wynosił śmieci. A i tak się okazało, że nie da rady ze mną żyć, bo nie spełniam się jako żona (chyba jako wyobrażenie żony). Przypuszczam, że głównie dlatego, że po 2 miesiącach jego chodzenia 3 razy w tyg na siłownię, a w pozostałe dni - jego ucieczki do jego jaskini - tj garazu (twój mąż chce mieć mieszkanie, mój ma garaż jako odskocznie od problemów i niedobrej żony), i gdy ja powiedziałam w końcu, że jestem przeładowana obowiązkami, nauką z synem i też chcę kilka dni wolnych w miesiacu to mój mąż się spakował i wyniósl, bo nie chciał nic dla mnie zrobic tj. dać mi trochę czasu dla siebie.

Od tygodnia mój kuzyn pomaga mi remontować pomieszczenie gospodarcze - mój mąż zawsze twierdził, że sie nie da - wiecej miłych słów przez te kilka dni mówił mi kuzyn niż mój mąż przez ostatnie 2 lata. Pewnych ludzi się juz nie zmieni. Całe 9 lat małżeństwa miałam męża w domu, ale tak jakbym zawsze była sama w codzienności, opiece nad dzieckiem, pracach domowych. Nieraz płakałam z tego powodu. Dalej kocham męża, nie chcę go krzywdzić, ale tez sama nie chcę pozwalać dawać się krzywdzić. Powoli dojrzewam do tego, że będę czekać nie czekajac na jego powrót - jak tu większość radzi. Ja się zmienię, ale jeżeli mój mąż nie będzie chciał zmian i kompromisów to raczej nie uda nam się stworzyć zdrowego związku. W zeszłym tygodniu mówiłam mężowi, że takich małżeństw w kryzysie jak nasze jest bardzo duzo i nawet jest w sąsiednim mieście grupa. On nie był zainteresowany, ale ja jak najbardziej moge iść (czyli pomyślał "tak, idź i się zmień bo to u ciebie jest problem" - przecież non stop u niego to słyszałam).

Ciągłe stresy powodują, że znów zaczyna boleć mnie żołądek więc nawet nie chcę myśleć jak na Ciebie ta cała sytuacja wpływa.

Może tak jak Ukasz napisał - wszystko u Was dzieje się jeszcze za wcześnie (a jego wątek przeczytałam więc widze, że wiele przeszedł - i to w długim czasie). Sama widzisz - mąż zaczął rozmowę i chęć powrotu, ale być może było to jeszcze pod wpływem chwili, a nie po dobrym zastanowieniu się. Wiele decyzji wymaga nie tylko odwagi, ale też rozsądku i przemyślenia, czasami rady mądrych ludzi.

Pewnie mnie też za niedługo będzie czekać taka rozmowa i trzaskanie drzwiami przez mojego męża, bo ja dalej nie chcę sie zmienić tak jak on uważa za słuszne. Najbardziej obawiam sie tego wesela w jego rodzinie, które nas za niedługo czeka - wiadro melisy bedę musiała wypic.

Życzę Ci siły i spokoju. Musimy odkryć Boży plan względem nas. Na pewno Bóg nas tym wszystkim nie krzywdzi - to działanie Złego. Więc nie pozwalajmy się krzywdzić.

fannyprice
Posty: 59
Rejestracja: 16 kwie 2019, 10:39
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: fannyprice » 02 cze 2020, 21:05

Sytuacja u mnie po raz kolejny się zmieniła. Od kilku dni mąż mieszka znów ze mną. Choć mieszka to duże słowo, raczej przebywa, bo większość dni spędza w dodatkowych pracach. Podjął decyzję by wrócić i spróbować mieszkać znów razem. Na tę chwilę, oprócz tego że się nie kłócimy - bo zgodnie z tym, że nie da się kłócić w pojedynkę, to gdy robi się gorąco, po prostu wychodzę, zabieram się za robienie czegoś, nie widzę różnicy w zachowaniu męża. Za to mam wrażenie, że on jest zaskoczony, że przestałam się narzucać, nadskakiwać, że mam swoje zajęcia i sprawy (więcej niż wcześniej). Widzę, że się miota, nie może odnaleźć w tym, że nie jestem na każde skinienie i znalazłam sobie inne zajęcia niż on. Byliśmy znów na terapii, powiedziałam, że to mój warunek by w ogóle znów razem mieszkać. Staram się poza terapią nie rozpoczynać z mężem trudnych rozmów dotyczących naszego kryzysu. Dbam o siebie, modlę się, szykuję wyprawkę dla maleństwa. Pomoc męża jest żadna, ale widząc jego obecny tryb życia, czyli praca-gry w telefonie-jedzenie-gry-spanie-praca, nawet mnie to nie rusza. Bliskości między nami nie ma, jedynie grzecznościowe rozmowy przy obiedzie, i to tyle. Dzisiaj pomyślałam, że gdy męża w domu nie było, to chyba czułam się po prostu swobodniej i lżej psychicznie, było mi łatwiej. I dziwnie mi z tymi myślami, bo z jednej strony tęskniłam za nim, a z drugiej, widzę że stał się mi jakiś obcy. Czasami zaczyna marudzić i narzekać jak źle mu się tu mieszka, ale nie podejmuję tego wątku, pytam czy mogę coś dla niego w tej kwestii zrobić, mówi że nic, że "musi sobie ponarzekać", więc zostawiam to. Obawiam się, że gdybym weszła w rozmowę, to może po jakimś moim słowie się spakować i zniknąć. Czuję się trochę jak na polu minowym, chociaż wiem już, że nawet gdy znów się wyprowadzi to będzie to jego decyzja, a dla mnie nie będzie to żaden koniec świata. Nie jestem w zupełności pewna czy zgodzenie się na powrót męża było dobrą decyzją, nie podjęłam jej w jednej chwili i rozpisałam sobie za i przeciw, postanowiłam zaryzykować, głównie dlatego, że mamy w drodze maleństwo i nie było u nas zdrady. Chyba tylko czas pokaże, czy była to dobra decyzja. Chcę jednak podkreślić, że to forum i lektura polecanych tu książek, słuchanie materiałów i historie, które tu czytam, są dla mnie ogromnym wsparciem i umocnieniem. Nie sądziłam, że w tak krótkim czasie odkąd korzystam z tych dobrodziejstw, moje myślenie może się tak zmienić.
"można nawet zabłądzić lecz po drugiej stronie
nasze drogi pocięte schodzą się z powrotem"

Caliope
Posty: 487
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: Caliope » 02 cze 2020, 22:22

Super to czytać fannyprice, że mąż wrócił. Zachowuje się bardzo podobnie do mojego, u nas też nie było zdrady. Mój to jeszcze ucieka z domu, nic nie mowi i robi różne rzeczy, kosztem moim i syna, nie istniejemy dla niego, ale radzimy sobie lepiej niż kiedykolwiek. Ja też swojego nie zatrzymam jak będzie chciał odejść, droga wolna.

Bławatek
Posty: 263
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: Bławatek » 03 cze 2020, 7:00

Fannyprice, miło słyszeć że u Ciebie spokój i światełko w tunelu się pojawia - może twój mąż doceni w końcu żonę i małżeństwo. Dobrze że dbasz o swoje samopoczucie i dobro maleństwa. Masz trochę przewagi nad mężem - Ty znalazłaś sposób na odnalezienie się w trudniej sytuacji a twój mąż jeszcze tkwi w zawieszeniu. Może dajesz mu swoim zachowaniem świadectwo miłości - tej prawdziwej a nie egoistycznej.
Dbaj o siebie i maleństwo 🙂

fannyprice
Posty: 59
Rejestracja: 16 kwie 2019, 10:39
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: fannyprice » 04 cze 2020, 1:13

Bławatek pisze:
03 cze 2020, 7:00
Fannyprice, miło słyszeć że u Ciebie spokój i światełko w tunelu się pojawia - może twój mąż doceni w końcu żonę i małżeństwo.
Nie ma światełka... Dzisiaj usłyszałam że tak serio to żałuje że się ze mną ożenił, drugi raz nie popełniłby tego błędu. A tymczasem jest na mnie skazany i musi ze mną być choć wcale nie chce. I nie było to w złości czy gniewie, tak na spokojnie. Podobno zmieniłam sie na gorsze bo kiedyś to jeszcze chciałam rozmawiać, a dziś kończę rozmowy i wychodzę. Odbiera to jako przejaw tego że mi już nie zależy.
Czuję się okropnie, odarta z wszelkich złudzeń że gdzieś jeszcze jakieś uczucie między nami jest. I oszukana, bo myślałam że skoro wrócił to może jest nadzieja dla nas, a tu tak wprost, że małżeństwo ze mną to błąd i że musi teraz z tym żyć choć wolałby inaczej. Bardzo mnie to dotknęło :(
"można nawet zabłądzić lecz po drugiej stronie
nasze drogi pocięte schodzą się z powrotem"

Minu
Posty: 78
Rejestracja: 14 wrz 2019, 17:21
Płeć: Kobieta

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: Minu » 04 cze 2020, 7:26

Fannyprice, wspieram Cię z całych sił. Doskonałe wiem,co przeżywasz. Mój mąż też niby wrócił do domu po to aby naprawić nasze relacje ale w rzeczywistości wyszło na to,że wrócił po to aby ostatecznie przygotować się do rozwodu...Nie mówię,że i u Ciebie tak będzie...mam ogromną nadzieję,że bedzie dobrze. Ale prawda jest taka,że to dwie osoby muszą chcieć naprawiać...inaczej naprawdę się nie da:( To wymaga ogromnej dyscypliny, pracy nad sobą i związkiem ...Ale najważniejsze są chęci...Gdy tych chęci nie ma z drugiej strony to choćby waliło się głową w mur, prosilo ,blagalo....to nic to nie da.... Musisz się troszeczkę zdystansować do tej sytuacji. Nie jest to łatwe ale możliwe. Unikaj trudnych rozmów, nie prowokoj kłótni....bądź miła ale stanowcza. Zadbaj o siebie. Jeśli mąż będzie chciał,to te zmiany zauważy...jeśli nie,to i tak będziesz miała poczucie, że zrobiłaś już bardzo wiele. Głowa wysoko,pierś do przodu! Modlitwa! Wszystko da się przeżyć:),pamiętaj!

Pavel
Posty: 3015
Rejestracja: 03 sty 2017, 21:13
Jestem: już po kryzysie
Płeć: Mężczyzna

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: Pavel » 04 cze 2020, 8:21

Światełko, a nawet więcej jednak i wg mnie świeci. Bo on, na swój sposób, pokazuje chęci.

Czytając twój opis relacji z mężem i sposób jego funkcjonowania przypomina mi się w pewnych obszarach pewna osoba - ja, przed kryzysem.
Czyli racjoholizm - nie forma mojej komunikacji była istotna a treść. Ważniejsza była dla mnie racja niż relacja, a komunikacja przeze mnie stosowana zdecydowanie nosiła znamiona przemocowej, choć wg mnie (wtedy) była niemal wzorcowa. Pokazanie, że to ja mam rację było kluczowe, a jak głosi Jacek Pulikowski - mężczyzna ma zdolność do logicznego uzasadnienia największego nawet świństwa. Tak nierzadko miałem i ja.

Wg mego odbioru tego co piszesz, twój mąż mierzy to co robisz swoją miarą i odbiera po swojemu.
Czyli wg niego to co on robi pokazuje, że mu zależy (inna rzecz, że „musi” być jak on to wymyśli). A to w jaki sposób stawiasz granice jest wg niego niedopuszczalne, pokazuje brak szacunku do niego i brak chęci walki o niego i relację.
Może warto mu wyjaśnić, że takie ucinanie rozmów nie oznacza, że ci nie zależy a po prostu w taki niezdrowy sposób nie będziesz rozmawiać bo to nie sprzyja ani tobie, ani dziecku ani waszej relacji.

Co do Pierwszego i ostatniego akapitu - ja i obecnie mam podobne myślenie - również uważam wybór małżonki za mocno nieoptymalny (jednocześnie wynikający z mojej nieoptymalności wtedy) i „rzeźbię w tym co mam”.
Różnica taka, że dostrzegam plusy (trudniej, znaczy możliwość większego wzrostu i rozwoju), dostrzegam swój udział w tym i na nim się koncentruję oraz szukam złota, nie błota.
No i staram się nie ranić wyrażając swoje odczucia wprost, zwłaszcza w takiej raniącej formie.
Gdyby stanął w prawdzie i zobaczył siebie oraz swój udział w tym, pewnie nie byłby taki skory do takich słów.

Przy okazji, polecam „Porozumienie bez przemocy” Rosenberga. Z tej książki możesz nauczyć się jak werbalizować granice by miały większe szanse na bycie zrozumiałymi i przyjętymi zgodnie z ich założeniami.
"Bóg nie działa poza wolą człowieka i poza jego wysiłkiem.(...) Założenie, że jeśli się pomodlimy, to będzie dobrze, jest już wiarą w magię." ks. dr. Grzegorz Strzelczyk

Ukasz

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: Ukasz » 04 cze 2020, 8:58

fannyprice pisze:
04 cze 2020, 1:13
Nie ma światełka... Dzisiaj usłyszałam że tak serio to żałuje że się ze mną ożenił, drugi raz nie popełniłby tego błędu. A tymczasem jest na mnie skazany i musi ze mną być choć wcale nie chce.
Spójrz na to z innej strony. Twój mąż "jedzie" teraz tylko na swojej woli i poczuciu odpowiedzialności. Nie widzi żadnych profitów z tego, że jest z Tobą - i jest. Podobnie jak Ty. W ten sposób oboje dajecie sobie czas na to, żeby dostrzec tę wolę i dobro po drugiej stronie. I nie chodzi o to, że uważam zachowanie Was obojga za podobne czy że oceniam podobnie. Raczej zachęcam do tego, żeby nie porównywać i nie oceniać, tylko dostrzec właśnie to światełko, które jest, takie, jakie jest, jego wartość.
To jest bardzo trudny czas, ale czas dla Was, przestrzeń do budowania relacji. Może od zera. Tym zdrowsze można położyć fundamenty.

fannyprice
Posty: 59
Rejestracja: 16 kwie 2019, 10:39
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: fannyprice » 04 cze 2020, 10:51

Pavel pisze:
04 cze 2020, 8:21
Światełko, a nawet więcej jednak i wg mnie świeci. Bo on, na swój sposób, pokazuje chęci.
Bardzo trudno mi je dostrzec po usłyszeniu wprost takich słów na spokojnie. Próbuję jakoś wytłumaczyć sobie że mąż ma ten "swój sposób", ale czuję się zraniona i raniona na co dzień. Nasze rozmowy to albo dyplomatyczne pogawędki przy obiedzie, albo opryskliwe docinki (np. mówię że kupiłam coś w fajnej promocji dla dziecka - mąż odpowiada "no widzisz, czasem nawet zdarza Ci się myśleć"), albo coś takiego wprost jak wczoraj, że małżeństwo ze mną to jego życiowy błąd. Jestem wyjątkowo opanowana, nie płaczę przy mężu, mówię o tym czego potrzebuje albo nie potrzebuję i uzasadniam krótko (jestem w połowie "Porozumienia bez przemocy"). Dbam o siebie, uśmiecham się, nie rezygnuje z zajęć które przynoszą mi radość. Mogę się domyślać, że powrót męża to może być presja jego rodziców bo "co ludzie powiedzą", a tak naprawdę sam tego nie chce i się zmusza. Pewnie dowiem się więcej na terapii, choć tam mąż podkreślał jak jestem ważna dla niego i jak bardzo mu zależy na małżeństwie i dziecku. Czuję się tak, jakbym brała udział w jakiejś chorej grze, gdzie nic nie jest pewne ani na moment.
"można nawet zabłądzić lecz po drugiej stronie
nasze drogi pocięte schodzą się z powrotem"

Pavel
Posty: 3015
Rejestracja: 03 sty 2017, 21:13
Jestem: już po kryzysie
Płeć: Mężczyzna

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: Pavel » 04 cze 2020, 12:19

Mi w kryzysie, gdy już się jakoś ogarnąłem, oraz po decyzji o powrocie żony mocno pomogła świadomość, że ona, tak jak ja przed kryzysem, ma moooocno wybrakowaną bazę danych.

Czyli Np. to co mnie tak uderzyło na starcie kryzysu: „nie kocham cię i nigdy nie kochałam” to mimo bólu tym spowodowanego była po prostu prawda.
Bo skoro nie kocha się samego siebie, skoro miłość sprowadza tylko lub głównie do uczuć i motylków - to faktycznie nigdy mnie nie kochała.
Tak jak ja jej. To był produkt miłościopodobny.
Dopiero w kryzysie i po nim (i wciąż) odkryłem i wciąż odkrywam czym ta miłość jest oraz z Wielkim trudem nierzadko próbuję przekuwać to w czyny.
Miłość to decyzja, postawa, miłość to bezinteresowny dar z siebie samego. Jak się uważnie prześledzi hymn o miłości - dopiero wychodzi jakie to trudne. I jak bardzo i często ja myślałem o sobie dając, często nawet tylko pośrednio (np. karmienie ego).
I tak jak łatwiej idąc za słowami Chrystusa miłować tych którzy są nam mili, tak prawdziwym egzaminem są trudne chwile, miłość nieprzyjaciół. A takim nieprzyjacielem była niestety w kryzysie moja żona.

Wola, jak powyżej wspomniał Ukasz, to i moim zdaniem dużo.
Bo jest jakaś możliwość budowania na niej.
Jeśli uda się wam wspólnie (chociaż ja wystartowałem samodzielnie a żona dołączyła dużo później a i tak skuteczność jest satysfakcjonujaca i przede wszystkim możliwa) wymienić bazę danych, będzie dopiero można mówić o miłości.
Bo teraz twój mąż wyraża dezaprobatę dla twego funkcjonowania w oparciu o jego wizję tegoż.
"Bóg nie działa poza wolą człowieka i poza jego wysiłkiem.(...) Założenie, że jeśli się pomodlimy, to będzie dobrze, jest już wiarą w magię." ks. dr. Grzegorz Strzelczyk

Bławatek
Posty: 263
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: Bławatek » 04 cze 2020, 15:00

Fannyprice, panowie Ukasz i Pavel dobrze napisali. Przed Tobą i Twoimi mężem długa droga. Może rzeczywiście powinniście zacząć od nowa. Jak czytam Twoje posty to jak jakbym pamięcią wracała do początku naszego małżeństwa gdzie też mieliśmy kryzys. Tylko wtedy nie przepracowaliśmy tego dobrze, a mój mąż przez ostatnie lata kumulował w sobie wszystko i mu się już nie chce. Bo on głównie pragnie motylków a nie umie kochać dojrzałą miłością. Teraz już wiem czego u nas z powodu tempa życia i problemów zabrakło - rozmowy i wyjaśniania sobie jak każdy rozumie słowa, gesty, decyzje drugiej strony. Więc spróbujcie tego co mi już raczej nie będzie dane - usiąść bez agresji i porozmawiać szczerze. Najlepiej na wstępie zapowiedzieć, że rozmowa ma być bez oskarżeń wzajemnych. Bo może być tak jak u mnie niby tyle lat dobrze nam się mimo kłótni żyło a jednak mąż wolał wybrać teraz łatwiejszą drogę . Z niedopowiedzeniami nie da się tak żyć wiecznie.

fannyprice
Posty: 59
Rejestracja: 16 kwie 2019, 10:39
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: fannyprice » 18 sie 2020, 18:42

Mija już ponad 2 miesiące od kiedy mąż znów ze mną zamieszkał. Chodzimy na terapię, średnio co dwa tygodnie. Ja jestem już na samej końcówce ciąży. Czy coś się zmieniło między nami? Na pewno tak, ale w moim odczuciu raczej na gorsze niż na lepsze. Na terapii albo rozmawiamy o rodzicach męża, albo o problemach które u nas nie występują, albo o sytuacjach jeszcze sprzed ślubu, które były już wałkowane kilkanaście razy, m.in. na spotkaniach z innym terapeutą na początku małżeństwa. Rozmowy o naszej relacji ograniczone są tylko do tych spotkań z terapeutą. Dostaliśmy zalecenie, żeby próbować rozmawiać też między sesjami, niestety kończy się to wybuchami agresji ze strony męża, pojawiają się krzyki, przekleństwa. Ja jak zwykle komunikuję, że nie chcę w taki sposób rozmawiać i wychodzę, a do rozmowy możemy wrócić po ochłonięciu - tylko, że kolejna próba to kolejny wybuch i tak w kółko. Jestem tym zmęczona... Według terapeuty wychodzenie w momencie gdy mąż podnosi głos to też przejaw mojej biernej agresji, gdyż nie dbam o to, by doprowadzić rozmowę do końca i "wytrzymać" moment frustracji męża. Mąż to podchwycił i teraz niby po mojej stronie leży odpowiedzialność za to że komunikacja nam nie wychodzi. Obstaję przy tym, że na agresję i krzyk nie jestem w stanie reagować inaczej, nie ma na to we mnie zgody. Ale przyznam, że już głupieję :( Czuję się zupełnie niezrozumiana i zmęczona tym chronieniem siebie przed przemocą i agresją. Zwłaszcza w tym stanie w jakim jestem, gdzie każdy stres odczuwam fizycznie przykrymi dolegliwościami. Boję się o dziecko, że będzie bardzo nerwowe i przez to ciągłe napięcie ja popadnę w jakąś depresję :( Staram się dbać o siebie, mam swoje zajęcia, skupiam uwagę na zbliżającym się porodzie i dziecku, czuję się jednak w tym wszystkim totalnie samotna. Próbuję rozmawiać z mężem jak to będzie gdy urodzę, słyszę tylko że w końcu będę miała zajęcie i nareszcie nic od niego nie będę już chciała. Bo np. prośba o jakąś fizyczną pomoc w czymś jest od razu zbywana milionem wymówek, lub robi coś na zasadzie "znaj moją łaskę". Dużo jest ze strony męża złośliwości wobec mnie, przytyków, że nic się nie da ze mną robić bo jestem w ciąży i ledwie się ruszam. Jakieś szczątki życzliwego traktowania mnie prezentuje tylko w obecności teściów. Coraz bardziej przekonuję się, że wrócił do mnie tylko dla ich zadowolenia, albo żeby nie suszyli mu o to głowy. Mam też wątpliwości, czy nie ma kogoś trzeciego... ciągłe przesiadywanie z telefonem, chowanie go gdy się pojawiam, urywanie rozmów gdy znajdę się w pobliżu, wychodzenie z domu bez słowa, znikanie na parę godzin, obrączka rzucona gdzieś w kąt. Sama już nie wiem. Nie mamy wspólnych pieniędzy, mąż bierze różne dodatkowe prace, nigdy nie wiem kiedy będzie, a kiedy gdzieś wychodzi, nawet nie mam dostępu do jego grafiku.
Czuję się naprawdę wyczerpana. Siły mam tylko z modlitwy i grupy wsparcia dla kobiet. Chciałabym choć trochę poczuć się "w stanie błogosławionym", bo jak na razie przez ciągłe dolegliwości, upały i przykre komentarze męża czuję się po prostu "ciężarna". I może zabrzmi to dziwnie, sama dziwnie się z tym czuję, ale cieszy mnie, że męża nie będzie ze mną przy porodzie z uwagi na koronawirusa. Czuję ulgę, że nie będę musiała słuchać przykrych komentarzy czy doświadczać braku wsparcia mimo jego obecności (tak jak teraz, gdy razem mieszkamy). Nie wiem co mnie czeka, bo to mój pierwszy poród i boję się, ale pod tym względem czuję się spokój.
Wydaje mi się, że smutno wybrzmiewa ten mój post, ale tak teraz to wygląda i chyba dlatego tak odwlekałam by tu coś napisać, bo miałam nadzieję, że jednak zrobi się bardziej kolorowo i będę mogła podzielić się jakąś radością.
"można nawet zabłądzić lecz po drugiej stronie
nasze drogi pocięte schodzą się z powrotem"

Caliope
Posty: 487
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: Caliope » 18 sie 2020, 20:47

fannyprice pisze:
18 sie 2020, 18:42
Dostaliśmy zalecenie, żeby próbować rozmawiać też między sesjami, niestety kończy się to wybuchami agresji ze strony męża, pojawiają się krzyki, przekleństwa. Ja jak zwykle komunikuję, że nie chcę w taki sposób rozmawiać i wychodzę, a do rozmowy możemy wrócić po ochłonięciu - tylko, że kolejna próba to kolejny wybuch i tak w kółko. Jestem tym zmęczona... Według terapeuty wychodzenie w momencie gdy mąż podnosi głos to też przejaw mojej biernej agresji, gdyż nie dbam o to, by doprowadzić rozmowę do końca i "wytrzymać" moment frustracji męża. Mąż to podchwycił i teraz niby po mojej stronie leży odpowiedzialność za to że komunikacja nam nie wychodzi. Obstaję przy tym, że na agresję i krzyk nie jestem w stanie reagować inaczej, nie ma na to we mnie zgody. Ale przyznam, że już głupieję :( Czuję się zupełnie niezrozumiana i zmęczona tym chronieniem siebie przed przemocą i agresją. Zwłaszcza w tym stanie w jakim jestem, gdzie każdy stres odczuwam fizycznie przykrymi dolegliwościami. Boję się o dziecko, że będzie bardzo nerwowe i przez to ciągłe napięcie ja popadnę w jakąś depresję :(
Terapeuta nakierowywuje, może chodzi o pewność siebie i swoich racji. U mnie Mąż sie ciskał, ja stałam i słuchałam i przy którymś nabraniu powietrza mówiłam krótko, że nie życzę sobie żeby tak mówił i tylko tyle,krótki komunikat bez emocji i odwrót do swoich zajęć. On zawsze wtedy ochlonął w samotnosci miał komfort, bo nie myślał kiedy nastąpi ciąg dalszy rozmowy i napięcie schodziło. Dbaj o siebie kochana :)

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 18 gości