Idealne małżeństwo - i nadszedł ten dzień...

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

SkonczonyNiepokorny
Posty: 16
Rejestracja: 13 maja 2020, 8:28
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: Idealne małżeństwo - i nadszedł ten dzień...

Post autor: SkonczonyNiepokorny » 20 maja 2020, 19:48

Caliope pisze:
20 maja 2020, 17:27
On nie zawsze słucha co ja czuję, tylko wygłasza monologi o tym co on czuje.
W punkt... aż mi się głupio zrobiło...

W mojej ocenie to obie macie racje... problem jest taki, że każdy oczekuje od życia czego innego i każdy jest inny. Jedna byłaby szczęśliwa a inna nie. I właśnie po to jest otwarta komunikacja w związku.
Tylko, że po co się komunikować jeżeli nigdy nie ma się racji... Jedna osoba ma siłę aby się przez to przebić a inna nie. Zastanawia mnie jednak fakt, że taki nie jestem. W pracy, gdzie nie łączą mnie z nikim żadne uczucia zawsze szukam kompromisu, mam opinie łagodzącego konflikty i świetnie budującego zespół. Jednak w domu wydaje mi się, że nadmierna troska o żonę i wręcz lęk przed jej utratą powodowały to moje zachowanie. W całej mojej trosce osaczyłem ją tak, że nie zostawiłem dla niej przestrzeni.
Z czasem przestała mieć swoje zdanie i opinie - często słyszałem odpowiedź - "nie wiem". Stało to się jej motto - nie umiała podjąć żadnej decyzji. Zaczęło mnie to drażnić i wywierałem na nią presje w różnych dziedzinach.
Wydaje mi się, że gdyby komunikacja z jej strony była bardziej "agresywna" może przejrzałbym na oczy w odpowiednim czasie. Ale nie mogę tego od niej wymagać - taka po prostu jest. Teraz jest pyskata i wręcz momentami chamska. Druga sprawa, że tak jej jest teraz lepiej - dziećmi zajmujemy sie po połowie - ma czas dla siebie. Zaczęła biegać i spotykać się ze znajomymi. Czy zatęskni ? Narazie ma czym wypełniać pustkę...

I teraz - skoro ma świadomość, że na nią czekam i ją kocham to nadal może czuć się osaczona... Błędne koło... Jak uważacie ? Jak to funkcjonuje ?

Pavel
Posty: 2955
Rejestracja: 03 sty 2017, 21:13
Jestem: już po kryzysie
Płeć: Mężczyzna

Re: Idealne małżeństwo - i nadszedł ten dzień...

Post autor: Pavel » 20 maja 2020, 22:05

Może napiszę co pomogło mi ruszyć z tematem w podobnej sytuacji.
Zacząłem słuchać konferencji i czytać książki polecane na forum.
Poznawać siebie jako mężczyznę, żonę jako kobietę, różnice miedzy nami oraz to jak powinno i nie powinno wyglądać małżeństwo. Czyli - wymiana bazy danych, bo posiadana wcześniej przeze mnie była mocno niedoskonała.
Pozwoliło mi to, razem z czytaniem forum i pisaniem w swoim wątku zrobić wstępną, bardzo potrzebną analizę źródeł problemów które mnie, nas dopadły.
Na własne życzenie jak się okazało.
"Bóg nie działa poza wolą człowieka i poza jego wysiłkiem.(...) Założenie, że jeśli się pomodlimy, to będzie dobrze, jest już wiarą w magię." ks. dr. Grzegorz Strzelczyk

Longines
Posty: 67
Rejestracja: 03 sty 2020, 11:01
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Mężczyzna

Re: Idealne małżeństwo - i nadszedł ten dzień...

Post autor: Longines » 20 maja 2020, 23:42

--->I teraz - skoro ma świadomość, że na nią czekam i ją kocham to nadal może czuć się osaczona... Błędne koło... Jak uważacie ? Jak to funkcjonuje ?

Bazujac tylko na tym co piszesz, uważam że powielasz schemat. Zwróć uwagę, że ten same błędy (jakie uważasz, że oboje popełnialiście) traktujesz bardzo niesymetrycznie. Twierdzisz, że były problemy z komunikacją i otwartym wyrażaniem potrzeb, uczuć po obu stronach, ale uwaga!

Ten sam problem jest w Twoich oczach jej usprawiedliwieniem (biedna, stlamszona, bierna i zobojętniała) i jednocześnie batem jaki kręcisz sam na siebie "o ja niedobry, za bardzo się starałem, w zlotej klatce zamknąłem".

Bazując tylko na tym co piszesz: wygląda na to, że Twoja żona radzi sobie o wiele lepiej, poczucie winy masz tylko Ty i jesteś w bardzo niebezpiecznym położeniu. Psychologicznie niebezpieczne jest dla Ciebie przede wszytskim to, że wszystko co robisz, planujesz i myślisz opierasz o osobę żony i chęć powrotu. W takim wypadku nawet jeśli zbudujesz coś pozytywnego, zmienisz się na lepsze, pogłębisz wiarę, a okaże się że powrotu nie będzie i ona zwiąże się z kimś innym jak sama zapowiedziała- wtedy rzucisz wszytsko w kąt i załamiesz się jeszcze bardziej niż teraz. A żona i małżeństwo to nie wszytsko co w życiu masz i o czym powinieneś teraz myśleć. Jesteś ojcem i masz dzieci, żeby daleko nie szukać.

Deklaracje, że żona zawsze może wrócić i będziesz na nią czekać też nie przyniosą Ci niczego dobrego.
Umniejszasz w ten sposób sam swoją samoocenę i swoją wartość w jej oczach. Bo jeśli można od męża odejść, rozbić rodzinę, związać sie z kims innym i w każdej chwili móc wrócić bez stresu, wstydu i strachu, to nie będzie szacunku.
Przypomnij sobie przypowieść o synu marnotrawnym. On odszedł od rodziny chcąc od ojca części spadku jaki dla niego przeznaczył (co jest dla ojca strasznie krzywdzące, bo oznacza "chciałbym żyć w rzeczywistości, w której ciebie już nie ma" ), roztrwonił. Wrócił ale nie od razu, najpierw poczuł głód i nędzę. A nie wrócił od razu bo czuł wstyd i strach. Szanowal ojca i czuł respekt, bo nie był pewien czy wrócić może i jak zostanie potraktowany.

Rozumiem stan w jakim jesteś i emocje jakie Tobą targają. Dlaczego? Nie umniejszając Twojemu cierpieniu ani trochę: Twoja opowieść jest bardzo schematyczna, poznałem bardzo wielu facetów, którzy opowiadają z pewnymi zmiennymi prawie identyczną historię. Moja pod wieloma względami była podobna i tutaj niejeden facet może mieć wrażenie jakbu czytał o swoim małżeństwie.

Awatar użytkownika
Nirwanna
Posty: 8960
Rejestracja: 11 gru 2016, 22:54
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Idealne małżeństwo - i nadszedł ten dzień...

Post autor: Nirwanna » 21 maja 2020, 7:28

Longines pisze:
20 maja 2020, 23:42
Deklaracje, że żona zawsze może wrócić i będziesz na nią czekać też nie przyniosą Ci niczego dobrego.
Umniejszasz w ten sposób sam swoją samoocenę i swoją wartość w jej oczach. Bo jeśli można od męża odejść, rozbić rodzinę, związać sie z kims innym i w każdej chwili móc wrócić bez stresu, wstydu i strachu, to nie będzie szacunku.
Przypomnij sobie przypowieść o synu marnotrawnym.
Doświadczenie wspólnotowe jest trochę inne. Jest sporo sycharków, i ja jestem wśród nich, którzy swoją całą postawą deklarują, że mąż (lub żona) może wrócić, i ta postawa przynosi sporo dobrego. Nie wchodząc w klimaty psychologiczne, bo tego sporo jest na forum, od strony duchowej postawa taka przynosi mnóstwo dobra w postaci spokoju, cierpliwości, radości - i to przynosi osoba Boga. Zwyczajnie On wspiera mocno tych, co są wierni i spójni; właśnie m.in. darami Ducha Świętego. Chytry myk polega na tym, że zajęcie się sobą, swoją postawą wierności i spójności wyznawanym wartościom przynosi dodatkowo szacunek do siebie, a to oznacza, że potencjalnie wracający ma z tyłu głowy świadomość, że tam gdzie zechce wrócić, do starych śmieci powrotu nie będzie. Szacunek i miłość do siebie podnosi samoocenę z definicji, oraz na dokładkę wartość w oczach innych ludzi. Inna sprawa, że budowanie szacunku i miłości do siebie z pomocą łaski Bożej i podnoszenie swojej wartości i godności jako dziecka Bożego - warto aby było celem samym w sobie, a nie środkiem do celu.
Jeśli stanie się środkiem do ratowania małżeństwa - to prosta droga do ubożkowienia małżeństwa, a tego Bóg wspierać nie będzie.
W historii o synu marnotrawnym chodzi o to, że postawa ojca była stała - Miłość. Przed, w trakcie i po. To zwichrowane myślenie syna odcięło go od Miłości.
Warto więc skupić się, by być jak najbardziej constans w postawie Miłości i niwelować własne zwichrowane myślenie. Bo w buty syna marnotrawnego wejść bardzo łatwo.
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II

Ukasz

Re: Idealne małżeństwo - i nadszedł ten dzień...

Post autor: Ukasz » 21 maja 2020, 7:53

SN, w innym wątku napisałeś tak
viewtopic.php?f=10&t=2827&start=150
SkonczonyNiepokorny pisze:
19 maja 2020, 21:39
Witam,
Mam dwójkę dzieci (7 i 3 lata). Od kilkunastu dni nie mieszamy razem z żoną. Po konsultacji z Psychologiem oznajmiliśmy to mniej więcej tak że w świecie dorosłych czasami aby ułatwić dogadywanie się trzeba zachować od siebie pewną odległość dlatego podjęliśmy razem decyzje, że przez pewien czas będziemy mieszkać osobno. [...]
Nie określenie czasu - dzieci będą pytać - to nieuniknione jednak nigdy nie podawajmy konkretnej daty - z biegiem czasu sytuacja stanie się dla nich normalna i przestaną.
Choć sam zdecydowałem się na wyprowadzkę, to czytając to aż złapałem się za głowę: co Ty chłopie wyrabiasz?
Macie małe dzieci, właśnie w takim wieku, kiedy najbardziej potrzebują obojga rodziców. Ta sytuacja nie jest normalna i nigdy taką się nie stanie. Rana będzie coraz głębsza.
Czy masz jakiekolwiek podstawy do przekonania, że Twoja żona potrzebuje Twojej nieobecności w domu, aby było jej łatwiej dogadać się z Tobą? Że to dla niej będzie czas odbudowy relacji?
Nawet jeśli ona coś mówi o tymczasowości tego, a Ty sam tak o tym myślisz, to z każdym dniem staje się to coraz większą fikcją.
Tak, ja sam się wyprowadziłem - ale po sześciu latach prób ratowania mieszkając wspólnie i zarazem dopiero wtedy, gdy obaj nasi synowie byli już dorośli i mieszkali osobno. I mając świadomość tego, że to prawdopodobnie oznacza koniec relacji. U Was dzieci są małe, a kryzys wyszedł na jaw 2-3 miesiące temu.

tata999
Posty: 1124
Rejestracja: 29 wrz 2018, 13:43
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Mężczyzna

Re: Idealne małżeństwo - i nadszedł ten dzień...

Post autor: tata999 » 21 maja 2020, 8:25

Miło czyta się, że ktoś zwraca uwagę na los dzieci.

SkonczonyNiepokorny
Posty: 16
Rejestracja: 13 maja 2020, 8:28
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: Idealne małżeństwo - i nadszedł ten dzień...

Post autor: SkonczonyNiepokorny » 21 maja 2020, 8:47

Ukasz pisze:
21 maja 2020, 7:53

Choć sam zdecydowałem się na wyprowadzkę, to czytając to aż złapałem się za głowę: co Ty chłopie wyrabiasz?
Macie małe dzieci, właśnie w takim wieku, kiedy najbardziej potrzebują obojga rodziców. Ta sytuacja nie jest normalna i nigdy taką się nie stanie. Rana będzie coraz głębsza.
Czy masz jakiekolwiek podstawy do przekonania, że Twoja żona potrzebuje Twojej nieobecności w domu, aby było jej łatwiej dogadać się z Tobą? Że to dla niej będzie czas odbudowy relacji?
Nawet jeśli ona coś mówi o tymczasowości tego, a Ty sam tak o tym myślisz, to z każdym dniem staje się to coraz większą fikcją.
Tak, ja sam się wyprowadziłem - ale po sześciu latach prób ratowania mieszkając wspólnie i zarazem dopiero wtedy, gdy obaj nasi synowie byli już dorośli i mieszkali osobno. I mając świadomość tego, że to prawdopodobnie oznacza koniec relacji. U Was dzieci są małe, a kryzys wyszedł na jaw 2-3 miesiące temu.
Ukasz - wydaje się, że źle mnie trochę zrozumiałeś. Oczywiście masz rację, że dzieci nas potrzebują. Wyjścia nie miałem żeby się nie wyprowadzić - jeżeli ja bym tego nie zrobił to zrobiła by to żona.
W mojej wypowiedzi chodzi tylko i wyłącznie o ratowanie dzieci - jest to postawa wobec dzieci aby uchronić ich przez obarczaniem winą któregokolwiek z rodziców bo tak jak napisałeś - one potrzebują obojga rodziców.
Oczywiście jestem świadomy, że to co mówimy o tymczasowości nie jest tym co tak naprawdę myślimy - ale one też muszą mieć czas aby się dostosować do obecnej sytuacji.
Dzieci nie muszą widzieć tragedii, emocji które nami targają. Wydaje mi się to nadal najmniej dla nich krzywdzące. Wiem - nie jest idealnie dla nich i może nigdy nie będzie ale w tej sytuacji uważam, że trzeba ich chronić od tego co się dzieje a nie wbijać dodatkowo "szpilę".
Żadne z nas nie zostawia dzieci. Mieszkamy dosyć blisko siebie, widujemy się codziennie, dzieci mieszkają trochę ze mną i trochę z żoną. Zapewniam ich, że ich dom jest również tam gdzie jestem ja. W sytuacji obecnej mają od każdego z nas nawet więcej czasu/ okazywania miłości niż dotychczas.
Oczywiście tłumaczyłem żonie, że to szkodliwe, że potrzebują naszej miłości itd. Naprawdę długo starałem się jej to wytłumaczyć. Ona teraz mnie nie słucha. Nie słucha nikogo. Na każdy mój argument mówi, że ludzie tak żyją i jest ok, nikomu się krzywda nie dzieje. Że nie wiem co będzie w przyszłości i jak to na nie wpłynie. Więc jedyne co możemy w tej sytuacji zrobić to zniwelować skutki naszych postępowań.

Nino
Posty: 354
Rejestracja: 14 gru 2019, 18:26
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Idealne małżeństwo - i nadszedł ten dzień...

Post autor: Nino » 21 maja 2020, 9:28

Mnie tez glupio sie zrobilo, poniewaz bylam ta strona, ktora wyglasza monologi i jednoczesnie - z powodu milczenia meza i jego nieumiejetnosci wyrazania swoich uczuc - wmawialam mu, co wlasnie czuje!
Moj maz szybko zaczal zdradzac mnie emocjonalnie i z czasem doszly do tego zdrady fizyczne. Potulny i milczacy wiele lat: stal sie egocentryczny, odpychajacy i czasem chamski. Obecnie odciety ode mnie i dzieci uczuciowo i emocjonalnie na amen.
Oczywiscie kazda sytuacja jest inna i moja historia jest inna. Jestem zona zdradzana i permanentnie porzucana, ale bylam tez - w swej nieswiadomosci - przemocowa wobec meza. Im bardziej naciskalam, tym czesciej slyszalam "nie wiem", "nie chce". Mialam wrazenie, ze walcze o rodzine jak lwica, a maz pozostaje bierny. Z czasem okazalo sie, ze jego mechanizmem obronnym na klopoty z zona staly sie kontakty z kowalskimi. Tak to widze, ale tez dostrzegam, ze juz w naszym narzeczenstwie byly sygnaly, ze szykuje mi sie maz zdradzacz.....Obwinialam i siebie i jego strasznie. Obecnie jestem na etapie rozwaznego rachunku sumienia i pracy nad tymi obszarami, gdzie jest moja odpowiedzialnosc. Zdrady meza, jego chamstwo i nieliczenie sie z nami: to odpowiedzialnosc meza.
Tez niekiedy mam wrazenie, ze dajac mu do zrozumienia, iz kocham i czekam, nie pozwalam odczuc mu straty i jest to nadal wyraz pewnej subtelnej presji.
Z drugiej strony praca nad soba w relacji z Panem Bogiem podnosi mnie i wzmacnia. W pewien sposob przygotowuje na rozne scenariusze, rowniez ten, ze jeszcze dlugo moge byc sama: choc chwilami wydaje mi sie to zupelnie niemozliwe....
Tu duzo mowi sie o granicach i mnie to pomoglo. Tak, moj maz wie, ze czekam i pragne jego powroru, ale chyba nie wie jeszcze, ze nie ma we mnie zgody na zachowania, ktore mialy miejsce i jesli zaczniemy cos od nowa to razem. Razem wybierzemy sie w te Himalaje. I tego trzeba chciec, wiec ja juz na pewno do niczego go nie zmusze, bo zrozumialam, jak klyczowe jest jego "chce".

Longines
Posty: 67
Rejestracja: 03 sty 2020, 11:01
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Mężczyzna

Re: Idealne małżeństwo - i nadszedł ten dzień...

Post autor: Longines » 21 maja 2020, 10:08

------>Nie wchodząc w klimaty psychologiczne, bo tego sporo jest na forum, od strony duchowej postawa taka przynosi mnóstwo dobra w postaci spokoju, cierpliwości, radości - i to przynosi osoba Boga. Zwyczajnie On wspiera mocno tych, co są wierni i spójni; właśnie m.in. darami Ducha Świętego. Chytry myk polega na tym, że zajęcie się sobą, swoją postawą wierności i spójności wyznawanym wartościom przynosi dodatkowo szacunek do siebie.

Tutaj po części się zgadzamy. W pierwszym poście pisałem zresztą "przede wszystkim szacunek do samego siebie, wszytsko z pozycji konkretnego, swiadomego swojej wartości faceta i samorozwój, niezależne od tego czy będzie chciał jescze to ratować.
Doprecyzuję: taka postawa, że żona może wrócić kiedy chce i niezależnie od wszytskiego jest jego wyborem i nie oceniam. Uważam jednak, że zadeklarowanie tego (czyli powiedzenie jej i otoczeniu na głos) nie przyniesie dobrych skutków.
Szansa na wywołanie w niej sentymentu, wzruszenia, powrotu uczuć, docenienia męża, czy ruszenia sumienia jest nikła. Bardziej prawdopdobna jest pogarda i złość. Ona właśnie rozwala rodzinę, krzywdzi dzieci i planuje się związać z kims innym. Naturalnym mechanizmem w takiej sytuacji jest racjonalizacja. Czyli udowadnianie samej sobie i wszystkim naokoło, że jest ofiarą, że uwalnia się właśnie z klatki, że mąż jest wszystkiemu winien, jego złe cechy zostaną wyolbrzymione a wiele dobrych obróconych na niekorzyść.
A taka deklaracja zostanie odebrana przez nią jako słabość, zależność i na poziomie podświadomości daje narzędzie do dalszego dystansowania się i pogardy.

Zwracam uwagę na jescze jeden aspekt w historii Skonczonego. Spory dysonans. Opisuje żonę jako niepewną, zależną, bierną, nie potrafiącą podejmować decyzji, nie wiedzącą czego chce.
A teraz nagle "pyskata, planuje cos, sport i życie towarzyskie".
Warto się nad tym zastanowić.

SkonczonyNiepokorny
Posty: 16
Rejestracja: 13 maja 2020, 8:28
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: Idealne małżeństwo - i nadszedł ten dzień...

Post autor: SkonczonyNiepokorny » 21 maja 2020, 11:01

Tak jak piszesz - każda sytuacja jest inna. U nas nie było nigdy zdrady - na pewno takiej fizycznej a o emocjonalnej nic nie wiem. Ale tak jak piszesz - żona stała się teraz egocentryczna, zimna w stosunku do mnie. Jednak stara się zachować minimum relacji. Wydaje mi się, że strasznie ją też to męczy tylko nie widzi na razie możliwości życia ze mną. Zacząłem przyglądać się jej emocjom dopiero po wszystkim. Chociaż wygląda, że jest jej lepiej to jednak wcale tak być nie musi.
Jak zresztą wytłumaczyć fakt, że jednym razem proponuje kawę jak zostawiam/odbieram dzieci a innym razem drzwi zamyka za mną, że mało mnie nimi nie wypchnie. Mimo, że ogłasza wszystkim dookoła, że nie ma na to szans to może tak być, że sama chce to w sobie utwierdzić i w to uwierzyć a tak naprawdę nic nie jest przesądzone. Zresztą nie wiem - sam się boję swoich osądów sytuacji. Tyle lat byłem w błędzie... Wiem, że w obecnym stanie szukam tylko tych dobrych sygnałów, które dają nadzieję - to też może być złudne.
Jestem zdania, że trzeba być po prostu dla niej dobry i wyrozumiały. Narzucając jej cokolwiek i dyktując "nowe zasady" a nie wspierając jej będę dokładnie taki od jakiego zdecydowała się odjeść.
Dokładnie tak jak piszesz - kluczowe jest "chce" drugiej osoby. Trzeba tylko swoim zachowaniem i postawą zadbać aby tej drugiej osobie się zachciało. Trzeba stać się człowiekiem którego kochała kiedyś, bez wad które rozwaliły związek.
W mojej ocenie teraz jest czas budowania platformy - takiego mostu relacji który pozwoli na ewentualny dialog o odbudowie w przyszłości. Teraz nie jest czas na dialog na ten temat.
To wszystko w teorii jest bardzo fajne lecz w praktyce... zresztą sami wszyscy pewnie dobrze wiecie jak jest... Są dni taki i takie... I tych złych boję się, że zrobię jakieś głupstwo i to co buduje codziennie powoli, wtedy legnie w gruzach...

tata999
Posty: 1124
Rejestracja: 29 wrz 2018, 13:43
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Mężczyzna

Re: Idealne małżeństwo - i nadszedł ten dzień...

Post autor: tata999 » 21 maja 2020, 11:02

SkonczonyNiepokorny pisze:
21 maja 2020, 8:47
Żadne z nas nie zostawia dzieci. Mieszkamy dosyć blisko siebie, widujemy się codziennie, dzieci mieszkają trochę ze mną i trochę z żoną. Zapewniam ich, że ich dom jest również tam gdzie jestem ja. W sytuacji obecnej mają od każdego z nas nawet więcej czasu/ okazywania miłości niż dotychczas.
Oczywiście tłumaczyłem żonie, że to szkodliwe, że potrzebują naszej miłości itd. Naprawdę długo starałem się jej to wytłumaczyć.
Co zrobiłeś, żeby ograniczyć szkodliwość oprócz tłumaczenia swojej opinii żonie? Czy może czekasz na potwierdzenie przez nią, że masz rację, żeby dopiero zacząć działać? Nie musisz odpowiadać na forum. Myślę, że najważniejsze, żebyś odpowiedział przede wszystkim sobie.

Wiem, że jest Ci trudno. Nie raz było i teraz też sobie poradzisz.

SkonczonyNiepokorny
Posty: 16
Rejestracja: 13 maja 2020, 8:28
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: Idealne małżeństwo - i nadszedł ten dzień...

Post autor: SkonczonyNiepokorny » 21 maja 2020, 13:09

tata999 - chcę odpowiedzieć tutaj - może mogę zrobić coś więcej.
Konsultuje się z psychologiem w tej sprawie, rozwijam się poprzez literaturę jako ojciec, uczę ich miłości do Boga i do samych siebie. Co mogę zrobić więcej?

Uważam, że jawne uzmysłowienie żonie o np DDRR oraz przywołanie statystyk, że tylko 13% dzieci po rozwodach nie przejawia zaburzeń zachowań ( w stosunku do 43% dzieci z pełnych rodzin), nie mówiąc już o pozostałych statystykach, na Nią w żaden sposób nie wpłynie?
Wydaje mi się, że odbierze to jako manipulacje.

tata999
Posty: 1124
Rejestracja: 29 wrz 2018, 13:43
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Mężczyzna

Re: Idealne małżeństwo - i nadszedł ten dzień...

Post autor: tata999 » 21 maja 2020, 13:53

SkonczonyNiepokorny pisze:
21 maja 2020, 11:01
Tak jak piszesz - każda sytuacja jest inna. U nas nie było nigdy zdrady - na pewno takiej fizycznej a o emocjonalnej nic nie wiem.
Co sprawia, że masz taką pewność w odniesieniu do braku zdrady fizycznej w odróżnieniu od emocjonalnej? Czy nie sądzisz, że tak samo nic nie wiesz o zdradzie emocjonalnej, jak o fizycznej?
SkonczonyNiepokorny pisze:
21 maja 2020, 11:01
Jak zresztą wytłumaczyć fakt, że jednym razem proponuje kawę jak zostawiam/odbieram dzieci a innym razem drzwi zamyka za mną, że mało mnie nimi nie wypchnie.
Miałem podobnie i nie tylko ja. Wybrałem nie narażać się na takie "okazje" i zgadywać, co w tamtej głowie może siedzieć. Po czasie fakty powiedziały same za siebie i utwierdziłem się w przekonaniu, że dobrze zrobiłem.
SkonczonyNiepokorny pisze:
21 maja 2020, 11:01
Mimo, że ogłasza wszystkim dookoła, że nie ma na to szans to może tak być, że sama chce to w sobie utwierdzić i w to uwierzyć a tak naprawdę nic nie jest przesądzone. Zresztą nie wiem - sam się boję swoich osądów sytuacji. Tyle lat byłem w błędzie... Wiem, że w obecnym stanie szukam tylko tych dobrych sygnałów, które dają nadzieję - to też może być złudne.
Jestem zdania, że trzeba być po prostu dla niej dobry i wyrozumiały. Narzucając jej cokolwiek i dyktując "nowe zasady" a nie wspierając jej będę dokładnie taki od jakiego zdecydowała się odjeść.
Dokładnie tak jak piszesz - kluczowe jest "chce" drugiej osoby. Trzeba tylko swoim zachowaniem i postawą zadbać aby tej drugiej osobie się zachciało. Trzeba stać się człowiekiem którego kochała kiedyś, bez wad które rozwaliły związek.
W mojej ocenie teraz jest czas budowania platformy - takiego mostu relacji który pozwoli na ewentualny dialog o odbudowie w przyszłości. Teraz nie jest czas na dialog na ten temat.
To wszystko w teorii jest bardzo fajne lecz w praktyce... zresztą sami wszyscy pewnie dobrze wiecie jak jest... Są dni taki i takie... I tych złych boję się, że zrobię jakieś głupstwo i to co buduje codziennie powoli, wtedy legnie w gruzach...
Trzeba, trzeba, trzeba... Ile razy tak mówimy i potem jesteśmy rozczarowani tym, do czego doprowadziliśmy realizując to, co wydawało się nam, że trzeba. Tak samo zdarza się wiele spraw niezależnych od tego, czy realizujemy to, co wydawało nam się, że trzeba. Moim zdaniem dużo Ci się wydaje i zastanowiłbym się po co. Nie jest to może jakiś (powielany) schemat nieadekwatny do sytuacji? Czy jesteś przekonany, że jesteś jedynym reżyserem sytuacji? Obserwując z boku wyraźnie widziałem, jak małe dziewczynki bywały reżyserkami sytuacji, a tatusiom wydawało się, że to oni panują nad sytuacją, rozumieją i kontrolują, co się dzieje. Masz córeczkę?
Longines pisze:
21 maja 2020, 10:08
(...) taka postawa, że żona może wrócić kiedy chce i niezależnie od wszystkiego jest jego wyborem i nie oceniam.
Myślę, że bardzo eufemistycznie to jest napisane. Zwracam uwagę, że jak rozumiem ani Sychar, ani kapłani, ani znane mi osoby nie nawołują do przyjęcia z powrotem żony za wszelką cenę, takiej jaka była, niezależnie od wszystkiego itp. Bycie otwartym na powrót to jedno, a bezwarunkowe, bezkrytyczne, nieprzemyślane prowokowanie powrotów to drugie. Można odsłaniać się i narażać bezrefleksyjnie na zgubę. Moim zdaniem byłoby to jakimś niechlubnym pójściem na łatwiznę, poddaniem się, zaprzeczeniem siebie, wiary i rozumu ze szkodą dla wszystkich, nieodpowiedzialne. Forumowicz Rak napisał kiedyś, że błędem było rozzuchwalanie żony w czynieniu złych uczynków. Podzielam taką opinię. Jak już nawiązujemy do Syna Marnotrawnego to jego ojciec nie uganiał się za nim, nie szukał go na mieście, nie dosyłał mu pieniędzy, ucztę wyprawił dla bliskich osób na cześć powrotu swojego syna (nie był to voucher spa dla syna w nagrodę). Myślę, że ojciec nie zmienił zasad panujących w jego rodzinie i gospodarstwie. Syn wiedział, że do tego wraca. Nie był to powrót do sielanki, bez zobowiązań. Syn uległ tym zasadom i mądrości swojego ojca. Ja patrzę na kwestię powrotu małżonków, jako postawę bycia otwartym na rozmowę o tym, jak wrócić do siebie (i budować związek na nowo). Czy rozmowy dojdą do skutku i czy zakończą się sukcesem to odrębny etap.

tata999
Posty: 1124
Rejestracja: 29 wrz 2018, 13:43
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Mężczyzna

Re: Idealne małżeństwo - i nadszedł ten dzień...

Post autor: tata999 » 21 maja 2020, 14:14

SkonczonyNiepokorny pisze:
21 maja 2020, 13:09
tata999 - chcę odpowiedzieć tutaj - może mogę zrobić coś więcej.
Konsultuje się z psychologiem w tej sprawie, rozwijam się poprzez literaturę jako ojciec, uczę ich miłości do Boga i do samych siebie. Co mogę zrobić więcej?

Uważam, że jawne uzmysłowienie żonie o np DDRR oraz przywołanie statystyk, że tylko 13% dzieci po rozwodach nie przejawia zaburzeń zachowań ( w stosunku do 43% dzieci z pełnych rodzin), nie mówiąc już o pozostałych statystykach, na Nią w żaden sposób nie wpłynie?
Wydaje mi się, że odbierze to jako manipulacje.
Czemu to dla Ciebie ważne, że "na Nią w żaden sposób nie wpłynie"? Co możesz zrobić mimo tego, że coś na Nią w żaden sposób nie wpłynie?

Nino
Posty: 354
Rejestracja: 14 gru 2019, 18:26
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Idealne małżeństwo - i nadszedł ten dzień...

Post autor: Nino » 21 maja 2020, 14:58

SkonczonyNiepokorny pisze:
21 maja 2020, 11:01
Trzeba tylko swoim zachowaniem i postawą zadbać aby tej drugiej osobie się zachciało. Trzeba stać się człowiekiem którego kochała kiedyś, bez wad które rozwaliły związek.
Tu akurat mam odmienne zdanie. Trzeba mi teraz ( może wreszcie! ), kiedy mąż zdecydował się po raz kolejny porzucić, zdradzić i żyć swoim życiem: trzeba mi ZADBAĆ O SIEBIE.

Aby chciało mi się żyć, wstawać rano, pracować, cieszyć się na nowy dzień, dostrzegać w nim piękno, cieszyć się nim, robić, co mam do zrobienia, dzielić się miłością z ludźmi, którzy chcą się tą miłością ze mną dzielić. Kochać męża, ale nie myśleć o nim, nie rozkładać go na czynniki pierwsze. Nie budować platformy porozumienia, bo tej relacji, która nas łączyła: już nie ma. Została pogrzebana, jest wciąż opłakiwana ( zwłaszcza wieczorami, gdy jestem sama ), ale jej już NIE MA.

Na szczęście mój mąż żyję, więc jest i ta Boża nadzieja, że być może zejdziemy się kiedyś i zbudujemy nowy dom pełen światła.
Przepraszam, że z taką egzaltacją, ale "stary dom" nie tylko się rozpadł, ale wręcz został starty na proch...

Po co mi grzebać na tym pogorzelisku? Wyciągać jakieś pokruszone cegły ( bo mąż był miły przez telefon, bo zaproponował kawę ), czy odłamki szkła z potłuczonych okien ( bo jednak coś zrobił, nie szkodzi, że zranił przy okazji, ale przecież mogło być gorzej....).

To nie jest moja sprawa, aby mu się zachciało chcieć. Mogę mieć nadzieję, że moja przemiana pociągnie za sobą jakieś dobre owoce, a jednym z nich będzie to, że mąż zechce wrócić i też podjąć pracę nad sobą i naszym związkiem.

Ale te owoce mogą być zupełnie inne. Panu Bogu oddałam batutę. Mam być sama, Panie Boże? Ok. W takim razie z drżeniem serca czekam, co mi tam przygotowałeś, bo choć sobie NIE WYOBRAŻAM, że miałabym być sama przez resztę życia, to wierzę, że jesteś Dobrym Ojcem, i że dasz mi takie życie, zgodne z Twoją Wolą, abym odczuwała w nim radość i szczęście.

Radość, którą odczuwam, gdy "wracam do siebie", gdy - pod wpływem pracy nad sobą - odkrywam w swoim sercu, jest jak stały, ciepły płomień. Chyba zaczynam siebie kochać.

Ja nie chcę stać się człowiekiem, w którym kiedyś zakochał się mój wtedy 19-letni mąż!

Wtedy byłam równie młodą, pogubioną, poranioną dziewczyną, z opustoszałymi do cna zbiornikami miłości, które miał mi zapełnić mój wspaniały chłopak!

Pewnie, że miałam fajne cechy, które mąż dostrzegł i które są do dziś. Niektóre mocno zakurzone....

Dlatego, z pomocą Pana Boga, pragnę rozwinąć w sobie ten potencjał, którego z różnych powodów nie udało mi się rozwinąć w całym dorosłym życiu, a który przeczuwał we mnie ów 19-letni żółtodziób, zakochując się we mnie.

Na to jest zawsze dobry czas. Najlepszy z możliwych to: TERAZ.

Pewnie, że nie tak to wszystko sobie wyobrażałam: swoje małżeństwo, rodzinę... To tylko pokazuje, jak złudne są nasze wyobrażenia i jak w sumie błędnie postępujemy trzymając się ich kurczowo.

I tego rozwinięcia potencjału życzę również z całego serca mojemu małżonkowi. I jest mi przykro, gdy uwiadomię sobie sytuacje i słowa, moje słowa, które działały na niego jak hamulec wsteczny...

Co do wad: trzeba nad nimi pracować, ale myślenie, że się ich pozbędziemy, a gdy pozbędziemy: stworzymy dobry związek, jest nieco naiwne.

Wady będą towarzyszyć nam do końca życia. Chyba trzeba nauczyć się z nimi żyć. Inna sprawa, jak wpływają one na nasze wybory i postawę. To w naszych wyborach i postawie tkwi moc, która podtrzyma relację. To, czy pomimo wad tej drugiej strony, ja chcę pozostać jej wierny. To, czy pomimo potężnego kryzysu uczuć wobec niej, podejmuję decyzję, aby trwać w małżeństwie. A gdy jest bardzo trudno, nie szukać lekarstwa w zdradzie, rozwodzie, czy różnych "izmach", a odwołać się do mocy sakramentu. Pana Boga poprosić o pomoc....

Nie chcę mojemu mężowi NIC udowadniać. Pragnę zachować w sercu miłość do niego, jednak liczę się z tym, że możemy już nie być razem.

Oczywiście, tak jak mówisz, łatwo pisać, a potem jest jak jest ( te emocje!!! ). Mimo to czuję ( tak, właśnie czuję ), że po każdym upadku powstaję silniejsza. To dodaje mi otuchy.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 19 gości