Na rozdrożu

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Nino
Posty: 441
Rejestracja: 14 gru 2019, 18:26
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Na rozdrożu

Post autor: Nino » 24 wrz 2020, 23:32

Chyba przeprowadzanie rozmow na tym etapie faktycznie nie ma sensu...
Dzielnie sie trzymasz, Sosna!

Sosna
Posty: 57
Rejestracja: 28 sie 2020, 10:29
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Na rozdrożu

Post autor: Sosna » 25 wrz 2020, 8:40

Nino pisze:
24 wrz 2020, 23:32
Chyba przeprowadzanie rozmow na tym etapie faktycznie nie ma sensu...
W sumie nie przeprowadzam radykalnych rozmów. Staram się uzmysłowić mężowi, że dom jest także jego, nikt go nie wyrzuca. Wczoraj proponowałam mu wyjście razem gdzieś wieczorem...On na to, że nigdzie nie chodzi, zajmuje się tylko pracą, że "sam sobie na to zasłużył". Pytałam go po co każe sam siebie (i przy okazji nas), niech uwierzy w Boże Miłosierdzie, ale on nie chciał kontynuować rozmowy i tyle. Zrobił z siebie ofiarę i cierpiętnika, tapla się w tym swoim nieszczęściu. Nie wiem co tak naprawdę myśli i robi w ciągu dnia. Nie chcę się nad tym zastanawiać, robię swoje, staram się czerpać z każdego dnia. Wiadomo szkoda mi naszej relacji, przyszłość napawa strachem samotności, ale nie chcę się też zamartwiać bo to do niczego nie prowadzi. Czekam i żyję dalej, choć na razie to nie jest takie spokojne czekanie, bo niecierpliwość pcha do różnych radykalnych zachowań, proszę Jezusa o wskazówki, oddaję wszystko Panu i Matce Bożej. Miłego dnia wszystkim!

Sosna
Posty: 57
Rejestracja: 28 sie 2020, 10:29
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Na rozdrożu

Post autor: Sosna » 01 paź 2020, 14:31

Ruta pisze:
23 wrz 2020, 17:39
Z perspektywy czasu sądzę, że w tamtym czasie mój mąż nie tyle nie potrafił się zdecydować, co był zdecydowany, ale potrzebował jeszcze trochę skorzystać z moich zasobów, by zebrać się do odlotu. No i liczył, że sprowokuje mnie do wyrzucenia go z domu, by pozostac "czystym". A stres związany z przejściową sytuacją odreagowywał na mnie, no i uzywkami.
U mnie nadal bez zmian...Myślę, że może być tak jak u Ruty, że mój mąż już podjął decyzję, korzysta jeszcze na moich zasobów. Wczoraj stwierdził, że coraz bardziej się oddala. Trudno żeby się nie oddalał skoro żyje sobie po swojemu cały dzień, wieczorem ja mu schodzę z drogi i kładę się spać. Bardzo to boli, wczoraj sobie trochę popłakałam w poduszkę. Rozum wie, ile krzywdy mi już wyrządził, jak bardzo mnie nie szanuje, że traktuje dom jak hotel, ale serce się wyrywa do niego. Denerwuje mnie strasznie to czekanie nie wiadomo na co, najprędzej się wyprowadzi, bo nie ma ochoty nic naprawiać, ja już prawie się nie odzywam, staram się być miła. Jednego dnia pytałam go w sms czy mnie wieczorem zabierze do domu od rodziny, nic nie odpowiedział, a potem miał pretensje, że nie odbierałam od niego wiadomości. Powiedziałam, że nie odezwał się w ciągu dnia to myślałam, że mam sobie sama poradzić. Co skwitował : tak ja jestem wszystkiemu winny, wszystko to moja wina... Nie wiem o co mu chodzi. Ostatnio wieczorami jak jestem sama, jest mi dobrze, spokojnie. Niepokój wzrasta gdy zbliża się godzina powrotu męża do domu, dominują myśli co znowu się wydarzy...Czy jest sens trwać w tym dziwnym układzie? Może lepiej niech się wyprowadza, każdy da sobie radę i będzie spokojniejszy. Ja jednak nie chcę brać na siebie jego decyzji.

Nino
Posty: 441
Rejestracja: 14 gru 2019, 18:26
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Na rozdrożu

Post autor: Nino » 02 paź 2020, 14:05

I slusznie: nie bierz na siebie jego decyzji. Wytrzymaj. Lista Zerty!
No i dlaczego potem nie odpowiadalas na jego smsy?
Sosna, ja obecnie mam podobnie. Maz w domu, ale...jest bardzo trudno. Jednak nie chce juz w zaden sposob przykladac reki do jego wyprowadzki. Tak stalo sie rowno rok temu i....potem bylo bardzo, bardzo trudno.
Obecnie maz jest w domu....To nie jest powrot jak z Harlekina. Maz zwiozl najpierw swoje rzeczy do garazu na przechowanie, gdzies tam jeszcze mieszkal, ja wyjechalam do pracy zagranice, on od pazdziernika mial wynajac sobie nowe mieszkanie.
Zanim wrocilam, dalam jasno do zrozumienia, ze zdaje sobie sprawe z jego zdrad (watek z prezerwatywami). Wiedzialam, ze podczas mojej nieobecnosci zaczyna pomieszkiwac w domu. Mialam tez przeslanki ku temu, ze byc moze wplatuje sie w nowa relacje...Napisalam mu, ze wracam i prosze o informacje: czy zdecyduje sie porzucic zdrady i rozpoczac odbudowe relacji malzenskiej (z cala glebia znaczenia tego slowa), prace nad soba itd...ale tez jest wolnym czlowiekiem, wiec sam wybierze, jaka droga dalej pojdzie.
Nie odpisal.
Ja do domu wrocilam.
Maz w nim jest jeszcze i widze, jak tocza sie w nim boje...
Ale ja juz nie placze, nie pokazuje mu swojego smutku, nie prosze o rozmowe, nie robie min, nie jestem ostentacyjnie obojetna ani przymilna. Nie wywalam go w emocjach z domu. Nie wypominam kowalskiej...
Skupiam sie na sobie i swoich sprawach i trzymam jak kola ratunkowego listy Zerty. Dyskretnie go obserwuje i cierpliwie czekam na jego decyzje.
Ja do starych schematow nie chce juz powracac.

Bławatek
Posty: 263
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Na rozdrożu

Post autor: Bławatek » 02 paź 2020, 20:37

Sosna pisze:
01 paź 2020, 14:31
Ruta pisze:
23 wrz 2020, 17:39
Z perspektywy czasu sądzę, że w tamtym czasie mój mąż nie tyle nie potrafił się zdecydować, co był zdecydowany, ale potrzebował jeszcze trochę skorzystać z moich zasobów, by zebrać się do odlotu. No i liczył, że sprowokuje mnie do wyrzucenia go z domu, by pozostac "czystym". A stres związany z przejściową sytuacją odreagowywał na mnie, no i uzywkami.
U mnie nadal bez zmian...Myślę, że może być tak jak u Ruty, że mój mąż już podjął decyzję, korzysta jeszcze na moich zasobów. Wczoraj stwierdził, że coraz bardziej się oddala. Trudno żeby się nie oddalał skoro żyje sobie po swojemu cały dzień, wieczorem ja mu schodzę z drogi i kładę się spać. Bardzo to boli, wczoraj sobie trochę popłakałam w poduszkę. Rozum wie, ile krzywdy mi już wyrządził, jak bardzo mnie nie szanuje, że traktuje dom jak hotel, ale serce się wyrywa do niego. Denerwuje mnie strasznie to czekanie nie wiadomo na co, najprędzej się wyprowadzi, bo nie ma ochoty nic naprawiać, ja już prawie się nie odzywam, staram się być miła.
...Ostatnio wieczorami jak jestem sama, jest mi dobrze, spokojnie. Niepokój wzrasta gdy zbliża się godzina powrotu męża do domu, dominują myśli co znowu się wydarzy...Czy jest sens trwać w tym dziwnym układzie? Może lepiej niech się wyprowadza, każdy da sobie radę i będzie spokojniejszy. Ja jednak nie chcę brać na siebie jego decyzji.
Sosno, znam ten ból związany z oddalaniem się męża. Mój mąż był mega dziwny od jakiegoś roku, ale myślałam, że to przez zmiany w pracy. Gdy pewnego dnia powiedziałam, że takie życie gdy jestem traktowana głównie jako służąca, zalatwiaczka, praczka itd. wytrzymam tylko do pełnoletności naszego syna, a później zamierzam się też realizować tj. chodzić na szkolenia, jeździć w góry, na rowerze itp. Oczywiście mąż tylko zrozumiał, że chcę odejść, a ja tylko powiedziałam, że nie mam teraz czasu dla siebie więc kiedyś jak już syn będzie dorosły to chcę robić to na co teraz czasu nie mam. Mąż długo przemyśliwał aż w końcu w zeszłym roku na początku grudnia mąż przeprowadził ze mną rozmowę, że czuje się źle w naszym małżeństwie, mieliśmy naprawiać, fakt oboje pozmienialismy dużo naszych zachowań przy czym mąż dalej żył swoim życiem, nagle okazało się że on dalej popołudnia spędza sam, realizując się na różnych polach, a ja znów kura domowa. W końcu odszedł. Choć ja go nie wyrzucałam bo nawet do dzisiaj wiele rzeczy męża trzymam w domu to i tak od czasu do czasu słyszę, że ja go wyrzuciłam. Więc nie spiesz się i nie podejmuj decyzji za męża. Wiem jaki bolesny jest czas życia obok siebie. Zastanawianie się jak dziś będzie, jakim humorem mnie mąż uraczy, czy będzie miło, czy znów kłótnia lub ciche dni. A najbardziej boli to oskarżanie mnie o wszystko - że go nie wspierałam, nie dbałam o niego, nie mieliśmy wspólnych zainteresowań itd. Ja tyle robiłam a on nagle niczego nie pamięta.

Jest mi trudniej bez męża, ale przecież zawsze wszystko i tak sama ogarniałam. Teraz mam spokojniej, nie zamykam mu drzwi, ale to on musi zapragnąć powrotu, tym bardziej że na chwilę obecną żadne argumenty do niego nie docierają.

Caliope
Posty: 488
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Na rozdrożu

Post autor: Caliope » 02 paź 2020, 23:56

Jak to ci mężowie zapominają że jednak były wspólne zainteresowania, tylko w rozumkach nastała amnezja. Mój nie pamięta ,że po poznaniu razem biegaliśmy, jeździliśmy na wycieczki, mieliśmy bardzo dużo wspólnych spraw. Ja też dużo robiłam, im było gorzej, tym bardziej się starałam, żeby tylko mąż nie musiał palcem ruszyć, bo pracuje. Podpowiadały mi to bliskie mi osoby, teraz słucham siebie samej i psychologa.

lena101
Posty: 138
Rejestracja: 24 lut 2018, 22:28
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Na rozdrożu

Post autor: lena101 » 03 paź 2020, 6:53

Sosna:
Czy jest sens trwać w tym dziwnym układzie? Może lepiej niech się wyprowadza, każdy da sobie radę i będzie spokojniejszy. Ja jednak nie chcę brać na siebie jego decyzji.
Podzielę się swoim doświadczeniem. Wiem, jakie to trudne, mieszkać z osobą, która psychicznie już podjęła decyzję. Z perspektywy czasu, powiem, że to koszmar, doświadczenie piekła na ziemi. Mój mąż robił wszystko, żebym to ja nie wytrzymała. I dwa razy mu się prawie udało. W mega emocjach wpadłam do sypiali, ile tylko zmieściło mi się jego rzeczy w rękach, złapałam i stałam na balkonie, aby je wyrzucić- niech idzie skoro tak chce! Stałam na tym balkonie, ściskałam rzeczy mojego ukochanego i beczałam, wtedy pomyślałam (tam na tym balkonie z tymi rzeczami w ręku), co zobaczą moje dzieci? No mama wyrzuca tatę! Co mąż powie teściom? Nie ma, gdzie mieszkać, bo go żona wyrzuciła!! Wtedy postanowiłam, o nie, ja Ci w tym nie pomogę! Chcesz iść, więc zrób to sam! Z płaczem układałam z powrotem rzeczy w jego szafie.

Sosna, do wyprowadzki mojego M. i tak doszło, przecież ON decyzję podjął wcześniej. Było mu wygodnie, miał czas na załatwianie swoich spraw. Po ludzku teraz myślę, że trochę się bał, nie wiedział jak to zrobić. Jeszcze mnie asekurował, bo widział, w jakim stanie psychicznym jestem.


Teraz wiem, że to i tak by się wydarzyło, niezależnie od okoliczności. Był pierwszy stycznia, więc idealny moment na rozpoczęcie nowego życia. Jaki problem, że 4 dni przed moimi urodzinami??? Jak widać żaden. Powód zawsze jakiś się znajdzie... bo cel na wyciągnięcie ręki...kowalska. Ale co jest ważne. Pakował się sam, dzieci stały, płakały i prosiły, żeby został w domu. To było mega trudne, dla mnie, dla dzieci i myślę, że dla męża też. Jak zapomnieć taki widok???

Chce odejść, niech zrobi to sam. Mój mąż nie mógł potem nikomu powiedzieć, że go wyrzuciłam. Nie mógł tego wykorzystać w sądzie, bo sam odszedł z własnej woli....

Gdybym te rzeczy wtedy wyrzuciła i zamknęła na zamek drzwi, to tak naprawdę zrobiłabym mu przysługę. Bo on o tym marzył, żeby się wynieść z domu, okoliczności nie byłyby ważne.

Sosno, trudny czas przed Tobą. Skup się na sobie i drobnych czynnościach.

Ruta
Posty: 690
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Na rozdrożu

Post autor: Ruta » 03 paź 2020, 20:22

lena101 pisze:
03 paź 2020, 6:53
Sosna:
Czy jest sens trwać w tym dziwnym układzie? Może lepiej niech się wyprowadza, każdy da sobie radę i będzie spokojniejszy. Ja jednak nie chcę brać na siebie jego decyzji.
Podzielę się swoim doświadczeniem. Wiem, jakie to trudne, mieszkać z osobą, która psychicznie już podjęła decyzję. Z perspektywy czasu, powiem, że to koszmar, doświadczenie piekła na ziemi. Mój mąż robił wszystko, żebym to ja nie wytrzymała.
(...)
Sosno, trudny czas przed Tobą. Skup się na sobie i drobnych czynnościach.
Tak, ja także miałam takie wrażenie, że mój mąz bardzo starał się, żebym nie wytrzymała. I było naprawdę trudno - ja wtedy kompletnie nie widziałam co się dzieje, dlaczego mój mąż tak mnie traktuje, miotałam się z początku między próbami nadskakiwania mu, próbami rozmowy, propozycjami wyjazdów rodzinnych, gniewem, oporem...
W końcu zaczęłam jak najwięcej czasu spędzać poza domem, nie byłam w stanie zosić zaczepek i agresji męża, jego niesprawiedliwych słów, ranienia mnie. Gdy wracałam z pracy, spędzałam czas z synkiem, gdy synek szedł spać pakowałam torbę i szłam na wieczorne ćwiczenia - codziennie. Dodam, że uwielbiam chodzić, mogłabym godzinami, ale ćwiczenia, szczególnie grupowe nie są moją ulubioną aktywnością. No ale dzięki nim wracałam zmęczona i szłam spać. Wyjechałam też z synkiem na wakacje.
Mój rozsądek podpowiadał mi żeby przygotować się logistycznie na wyprowadzkę męża - skupiłam się więc na odłożeniu jakiś kwot (choć było cięzko, bo mąż choć po prawie dwuletniej przerwie podjął w końcu pracę, ale nie przekazywał nic na utrzymanie domu) oraz jakiś plan awaryjny opieki nad dzieckiem. Ale chociaż to robiłam, emocjonalnie kompletnie nie przyjmowałąm tego co się działo. Nie wierzyłam, że mój mąż może zdecydować w taki sposób. Każdy, ale nie on. Oczywiście kowalskiej nie brałam wogóle pod uwagę, sądziłam że problemem jest moja niezgoda na odurzanie się przez męża...

Mój mąż też wybrał symboliczną datę na wyprowadzkę - początek roku szkolnego. Nie wiem, może nie chciał psuć synkowi wakacji (sarkazm). Wyprowadził się oczywiście...do kolegi. A ja, ponieważ nagle po wyprowadzce zaczął być dla odmiany miły, jeszcze go wspierałam finansowo, martwiłam się, czy ma zakupy, gdy odwiedzał synka, robiłam mu paczki z jedzeniem, karmiłam, martwiłam się czy ma leki. Oczywiście alimentów nie żadałam, no mój mąż taki biedny, próbuje się poskładać, no to muszę go wspierać, dać mu czas, żeby stanął na nogi...Z czego mąż chętnie korzystał. Śmieję się z siebie właśnie - na głos. O naiwności...

Myślę, że byłoby mi o wiele łatwiej, gdyby mąż od poczatku postawił sprawę jasno. I myślę, że on nie stawiał sprawy jasno, właśnie dlatego, by korzystać z mojej naiwności, wsparcia. Gdy dopuszczam do siebie uczucia, jest mi bardzo przykro, że mąż traktował mnie w tamtym okresie tak przedmiotowo.

To trudny czas. Warto tak jak pisze lena, skupić się na sobie, na drobnych czynnościach. Lista Zerty także ma zastosowanie, pomaga się chronić.

Bławatek
Posty: 263
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Na rozdrożu

Post autor: Bławatek » 03 paź 2020, 23:11

Ruta pisze:
03 paź 2020, 20:22

Mój mąż... Wyprowadził się oczywiście...do kolegi. A ja, ponieważ nagle po wyprowadzce zaczął być dla odmiany miły, jeszcze go wspierałam finansowo, martwiłam się, czy ma zakupy, gdy odwiedzał synka, robiłam mu paczki z jedzeniem, karmiłam, martwiłam się czy ma leki. Oczywiście alimentów nie żadałam, no mój mąż taki biedny, próbuje się poskładać, no to muszę go wspierać, dać mu czas, żeby stanął na nogi...Z czego mąż chętnie korzystał. Śmieję się z siebie właśnie - na głos. O naiwności.
Ruto ja tak samo robiłam. O naiwności. Myślałam, że jak nie będę go "gnębić", oskarżać to on szybko wróci. Nie wiem jak można zniszczyć komuś życie odchodząc i mówiąc raniące słowa i nie mieć odwagi spokojnie porozmawiać. Przestałam dbać o męża jak przed dniem matki dostałam pozew. W dzień matki mąż wieczorem zadzwonił do syna czy pamięta o moim święcie - ciekawe co 9-latek miał sam zorganizować w czasie pandemii. I pomyśleć, że zrezygnowałam z imprezy urodzinowej aby spełnić życzenie męża i zimą pojechać nad morze. Myślę, że tam mąż chciał mi powiedzieć, że odchodzi, ale nie miał odwagi.

Sosno myśl o sobie, rozwijaj się, miło spędzaj czas.

Nino
Posty: 441
Rejestracja: 14 gru 2019, 18:26
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Na rozdrożu

Post autor: Nino » 04 paź 2020, 8:31

Ruto, ja wlasnie zastanawiam sie, czy nie balansuje miedzy Nino, ktora juz troche przeszla, troche przemodlila, ktora podjela trud odwieszania sie i pracy nad soba, a....naiwnoscia.
Naiwnoscia, ktora zakorzeniona jest w trwajacym wciaz emocjonalnym uwieszeniu. Ktora generuje zachowania, przeze mnie juz nielubiane...i nieakceptowane.
Moj maz od kilku dni w domu. Na nierozpakowanych walizkach, bo przeciez zostawil je we wrzesniu tylko na przechowanie...
Przypuszczam, ze nie zdecydowal sie jeszcze na wynajecie nowego lokum z powodu finansow. Ostatnie miesiace mieszkal gdzies bezkosztowo.
Podejrzewam tez, ze jest w relacji i mysle, ze to moze byc swieza sprawa, ktorej rozwoj utrudnil moj przedwczesny powrot z zagranicy.
Zanim wrocilam, poinformowalam meza, ze zdaje sobie sprawe z jego zdrad i prosze o decyzje - czy decyduje sie porzucic zdrady i rozpoczac odbudowe siebie, naszej relacji (ja to samo), ale...w charyzmacie malzenstwa, czy idzie inna druga, ktora wybral. Jest wolnym czlowiekiem.
W poprzednich kryzysach ja albo nie zdawalam sobie sprawy, ze kryly sie za nimi rowniez kowalskie, albo zamiatalam zdrady pod dywan w mysl zasady: co bylo a nie jest nie pisze sie w rejestr (o, naiwnosci!). Wierzylam w kazde klamstwo meza i z miejsca obdarzalam go swietlistym wrecz zaufaniem (dlaczego w ten sposob nie ufam Bogu? Tysiac razy lepiej wyszlabym na tym...).
Teraz jest inaczej. Jednak wciaz "pozostaje chora" i boje sie, ze popelnie stare bledy.
A maz? Zmaga sie. Widze to. Moze tez i dlatego, ze nie ma awantur, mojego placzu. Ze go nie prowokuje do powaznej rozmowy. Smacznie gotuje, zajmuje sie swoimi sprawami, nie mowie o dzieciach, nie narzekam, wychodze z domu, nie krepuje sie swoich modlitw przy nim, ze odmawiam Rozaniec, jade na spowiedz.
Jego aktywnosc na komunikatorze bardzo slabnie, gdy jest i nocuje w domu, ale tez widze, jak szuka okazji, aby dorwac sie do komorki wieczorem....I uaktywnia sie na komunikatorze, bedac w pracy.
Wiem, ze maz odnowil znajomosci po spotkaniu klasowym. Ze byl u jednej dawnej kolezanki na kawie.....Ze inna kolezanka, dawna, licealna milostka: jest wdowa, mieszka sama, jedno dorosle dziecko na studiach w warszawie..
A tu bach! Zona wrocila do domu!!!
Tym razem nie jestem naiwna gaska jak przed laty, ale tez nie jestem jeszcze zdrowa, jeszcze sie wewnetrznie miotam, boje sie popelnic dawne bledy....
Dlatego trzymam sie teraz tak mocno listy Zerty. Pomaga mi.
Nie mam pojecia, co mnie czeka. Wczoraj spokojnie zapytalam, czy mysli nad moimi slowami. Powiedzial, ze tak. Ze ma zamiar o tym porozmawiac. Ok. Zatem: czekam.

Sosna
Posty: 57
Rejestracja: 28 sie 2020, 10:29
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Na rozdrożu

Post autor: Sosna » 04 paź 2020, 18:09

Jakie te męskie zachowania są podobne. Ja mojego męża już prawie nie widuję. On wychodzi rano jak śpię, wraca późno jak ja już śpię. Organizuję sobie czas z córką. Byłyśmy na grzybach, potem na naszą wspólną grupkę rodzinna wrzuciłam zdjęcie zbiorów, później omleta z grzybami. Mój mąż stwierdził, że go ignorujemy i opuścił naszą rodzinną grupę na komunikatorze... Sam się izoluje, nie przyjeżdża na obiady, nie interesuje się nami co robimy w ciągu dnia. A tu nagle się obraził... Co się tam dzieje w tej głowie, czy nie można tak po prostu, normalnie... Myślę, że stoi za tym kowalska, ale on się wszystkiego wypiera. Ja nie będę go sprawdzać i nadal cierpliwie czekam na jego decyzję. Może trochę za bardzo się izoluję, może powinnam na niego wieczorami czekać. Ale tak mi jest lepiej, spokojniej, przynajmniej się nie boję jego oskarżeń, czepialstwa. Dziękuję, że jesteście.
Życzę wszystkim pięknego tygodnia!

Caliope
Posty: 488
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Na rozdrożu

Post autor: Caliope » 04 paź 2020, 20:43

U mnie podobnie sosno, nie musi być kowalska uwierz mi. Mój mąż też się izoluje, ja się przyzwyczaiłam że jestem samotna. Moje mieszkanie, które było domem jest tylko hotelem od wielu miesięcy.
Nie czekaj na decyzję, po co sobie psuć każdy dzień, rób co lubisz i co chcesz, żyj.

Sosna
Posty: 57
Rejestracja: 28 sie 2020, 10:29
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Na rozdrożu

Post autor: Sosna » 05 paź 2020, 11:21

Wczoraj wieczorem poczekałam na męża, chciałam go podpytać co i jak dalej...Ona że szuka tego UCZUCIA w sobie, ale nic tam nie ma...a było. Szuka mieszkania, no i się zaczęło...Cała moja rodzina go wykorzystywała, manipulowała nim...dlatego stał się taki a nie inny. Teraz zaczyna walkę o pieniądze, powiedziałam ile od niego chcę, to walczy o każdy grosz...Nie poznaję człowieka, nie widzi krzywdy, która wyrządza, totalne zaślepienie. Jestem w rozsypce. :cry:

Bławatek
Posty: 263
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Na rozdrożu

Post autor: Bławatek » 05 paź 2020, 13:09

Sosna pisze:
05 paź 2020, 11:21
Wczoraj wieczorem poczekałam na męża, chciałam go podpytać co i jak dalej...Ona że szuka tego UCZUCIA w sobie, ale nic tam nie ma...a było. Szuka mieszkania, no i się zaczęło...Cała moja rodzina go wykorzystywała, manipulowała nim...dlatego stał się taki a nie inny. Teraz zaczyna walkę o pieniądze, powiedziałam ile od niego chcę, to walczy o każdy grosz...Nie poznaję człowieka, nie widzi krzywdy, która wyrządza, totalne zaślepienie. Jestem w rozsypce. :cry:
Sosno takie zachowanie i słowa to zazwyczaj jest to przerzucanie odpowiedzialności, wybielanie się. A poza tym łatwiej u kogoś zobaczyć drzazgę w oku niż w swoim belkę. Bo trzeba by stanąć w prawdzie o sobie, a ta prawda może być bardzo bolesna. Lepiej zwalać wszystko na innych.

Na terapii dostałam za zadanie przypatrzeć się rodzicom swoim i męża i spróbować przypasować cechy ich nam i komu nam bliżej. Wyszło mi, że jestem podobna do mojej mamy, która rzadko żaliła się na swój los, wszystkim pomagała, natomiast wg mnie mój mąż ma dużo cech mojego ojca, które mi zawsze przeszkadzały np. małe zaangażowanie w rodzinę, dom a jakoś w początkach naszej znajomości nie były widoczne, wyszły po latach - czyli ja nieświadomie wybrałam kopię mojego ojca. Patrząc na rodzinę męża widzę jak on jest podobny do swojej matki - aby ktoś za nią podejmował decyzje, aby nie musiała się w nic angażować, za to ja mam dużo cech jego ojca m.in. stanowczość, zaangażowanie, udzielanie się innym. I tu mi wyszło, że mnie zaczęły uwierać cechy mojego ojca w moim mężu, a jemu przeszkadzało, że jestem trochę jak jego ojciec. Trochę zagmatwane, ale to są cechy które nabywamy w ciągu całego życia i owszem będąc ich świadomym można a nawet trzeba niwelować te które nie przynoszą niczego dobrego. Natomiast często ludziom nie chce się pracować nad sobą, nad swoim charakterem, nawykami - łatwiej im odejść, myśleć o sobie tylko. Tylko potem takie osoby jak Ty, ja i wiele innych cierpi ponieważ stale wszystko analizujemy, co zrobiłam źle, co mogłam zmienić itd.

Mnie też ranią odpowiedzi męża - ja do niego z sercem i troską, a on i tak zwala wszystko na mnie (na moją rodzinę też). Więc staram się iść za radą - zajmij się sobą bo tylko na to masz wpływ. Wczoraj na mszy znów wpadłam w dołek - tyle małżeństw dookoła a ja znów tylko z synem i nagle zaczęło mnie w zachowaniu syna wszystko drażnić (bo znów pytał czy długo jeszcze, bawił się maseczką itd.) aż w końcu że łzami w oczach poprosiłam Boga aby zabrał mi z myśli te obrazy rodzin i mojego męża bo nie mogę się skupić i jeszcze zachowanie dziecka mnie drażni. A potem już miło spędziłam czas. Mam nadzieję, że mąż kiedyś się ocknie ale ja już nie chce sama siebie ranić ta sytuacją. Zostawiam wszystko Bogu.

Nino
Posty: 441
Rejestracja: 14 gru 2019, 18:26
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Na rozdrożu

Post autor: Nino » 05 paź 2020, 15:12

Sosna, w liście Zerty jest, aby nie prowokować rozmów o przyszłości z mężem/żoną w takim stanie, jak go opisujesz.
Ale rozumiem Cię. To poczucie niepewności jest dobijające.
Ja wczoraj też nie wytrzymałam (czułam się fatalnie, ponieważ wczoraj kompulsywnie sprawdzałam obecność męża na komunikatorze, mąż był pół niedzieli w pracy). W efekcie, jak wrócił do domu, byłam mocno podminowana, chociaż przygotowałam smaczny obiad...(widziałam, że jest głodny).
Wywiązała się rozmowa, na którą nie był czas...:(
Ale, ok. Nie jestem chodzącym ideałem. Opanowałam się i zaprosiłam męża ponownie do wspólnego posiłku, uzasadniając to w ten sposób: że tak czy siak i bez względu na to, co z nami dalej, zjeść trzeba. Szkoda tak smacznego posiłku.
I zjedliśmy. I potem do końca dnia było już w miarę ok.
Piszesz, że on mówi, iż nie ma w nim już tego UCZUCIA.
Ile razy ja to słyszałam!
A w Tobie jest uczucie do męża? Bo ja niekiedy łapię się na tym, że....i mnie tego uczucia do męża w latach naszego pożycia nie stawało....
Nie zmienia to faktu, że jest draniem.
Myślę, że przychodzi taki moment w wieloletnich relacjach bliskości, gdzie mamy przyjąć postawę miłości. Poprzesuwać akcenty z uczucia na postawę. Przepuścić wolę, przed porywami serca. Działać, dzielić się sobą z drugim człowiekiem z większym rozmysłem. Paliwo w postaci uczucia wyczerpuje się, w sumie po obu stronach. Ale wierzę też, że może rozkwitać na nowo.
O tym, że miłość opiera się na przyjęciu postawy oraz decyzji, podejmowanej za każdym razem, gdy możesz wybrać między postawą miłości lub jej zaniechaniem; zaczęło do mnie docierać przy naszym pierwszym poważnym tąpnięciu osiem lat temu.
Ja nie czułam uczucia do męża wtedy, wręcz pogardzałam nim, miałam ochotę zakatrupić go za to, co nam robi, ale... bardzo chciałam własnie z nim tworzyć dalej małżeństwo. Z nikim innym.
I teraz nie wiem, czy to obraz mojego uzależnienia, czy: przeznaczenia.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: sajmon123 i 16 gości