Z pustego i Salomon nie naleje

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Lawendowa
Posty: 4210
Rejestracja: 30 sty 2017, 17:44
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Z pustego i Salomon nie naleje

Post autor: Lawendowa » 11 sty 2021, 21:20

zielona pisze:
11 sty 2021, 19:36
Rzeczywiście, u mnie jest ten plus, że mąż sam postanowił się zdiagnozować.
Od diagnozy do skutecznego leczenia droga może być długa i wyboista. Bywa i tak, że ktoś poprzestaje na diagnozie i traktuje ją jak taki parawan i usprawiedliwienie i macha tą diagnozą jak chorągiewką, gdy coś idzie nie po jego myśli.

Nie da się chcieć za kogoś, więc odpowiedzialność za terapię męża spoczywa na nim.
zielona pisze:
11 sty 2021, 19:36
Aktualnie, dziś mąż przekazał mi, że jego ojciec duchowny polecił mu wrócić do domu, nawet gdybyśmy mieli zachowywać się jak "przyjaciele". Nie widzę entuzjazmu męża, raczej obojętność, więc się nie nastawiam - zostawiam to Bogu.
A czy wiesz czego chcesz Ty? Dla siebie?
"Ty tylko mnie poprowadź, Tobie powierzam mą drogę..."

zielona
Posty: 9
Rejestracja: 09 sty 2021, 10:22
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Z pustego i Salomon nie naleje

Post autor: zielona » 11 sty 2021, 22:29

Lawendowa pisze:
11 sty 2021, 21:20
Od diagnozy do skutecznego leczenia droga może być długa i wyboista. Bywa i tak, że ktoś poprzestaje na diagnozie i traktuje ją jak taki parawan i usprawiedliwienie i macha tą diagnozą jak chorągiewką, gdy coś idzie nie po jego myśli.
Nie da się chcieć za kogoś, więc odpowiedzialność za terapię męża spoczywa na nim.
Dzięki Lawendowa, tak właśnie jest. Nie chcę być niesprawiedliwa względem męża, bo widzę, że chodzi na swoją indywidualną terapię regularnie i wie, że jest mu to potrzebne. Inną sprawą jest, czy ta terapia na pewno jest dobrze poprowadzona - pani psycholog spotyka się z nim dość rzadko, mniej więcej co trzy tygodnie, nie potrafii wskazać kierunku terapii. Na początku jego terapii, jakieś dwa lata temu, poszłam tam razem z nim - psycholog skupiła się na tym, że zachowania męża są normalne w depresji, a ja nie powinnam niczego od niego wymagać (tj. nie planować zmiany mieszkania, dzieci, przyszłości, nie prosić o pomoc w obowiązkach), bo to wywiera na nim presję i pogarsza sprawę. Minęły dwa lata, a ja próbowałam z całego serca dostosować się do słów pani psycholog. W rezultacie nie naciskałam na męża o cokolwiek - więc mieszkaliśmy w maleńkim mieszkanku, wszystko ogarniałam sobie sama, nie zaplanowaliśmy dzieci - praktycznie cokolwiek przestało nas łączyć. A gdy już wspominałam, że "może większe mieszkanie", to słyszałam, że przecież nikt nie wie co z nami będzie. Proponowałam zmianę psychologa, jednak mąż nie chciał o tym słyszeć. Mówi, że nie zamierza kolejny raz zaczynać wszystkiego od początku.
zielona pisze:
11 sty 2021, 19:36
Aktualnie, dziś mąż przekazał mi, że jego ojciec duchowny polecił mu wrócić do domu, nawet gdybyśmy mieli zachowywać się jak "przyjaciele". Nie widzę entuzjazmu męża, raczej obojętność, więc się nie nastawiam - zostawiam to Bogu.
A czy wiesz czego chcesz Ty? Dla siebie?
Chcę żyć w poczuciu, że zrobiłam wszystko, co mogłam - nie po to, żeby mąż wrócił, ale żeby wiedzieć, że jestem na właściwej drodze. Może to brzmi źle, jakoś tak górnolotnie, ale we wszystkich trudnościach ja nawet przez moment nie zostałam sama - Pan Jezus płakał razem ze mną i On jest moim Pocieszycielem! Mam wspaniałych przyjaciół, którzy wyciągają mnie z domu (nawet, kiedy już nic mi się nie chce); troskliwą rodzinę (rodziców, rodzeństwo), którzy niczego mi nie narzucają, tylko trwają przy mnie; mam dobrą, rozwijającą pracę, pasje, dach nad głową i całą przyszłość przed sobą. Wiem, że nie każdy, nawet tutaj na forum, nie jest w tak dobrej sytuacji jak ja. Tylko ta moja relacja z mężem jest takim kamyczkiem w bucie... Uwiera mnie i nie wiem, czy czas na nowe buty, czy lepiej jeszcze poczekać i może ten kamyczek sam jakoś wypadnie...
Ostatnio zmieniony 11 sty 2021, 23:01 przez Lawendowa, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód: poprawiono cytowanie

teodora
Posty: 117
Rejestracja: 10 wrz 2019, 21:55
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Z pustego i Salomon nie naleje

Post autor: teodora » 12 sty 2021, 12:17

Dziękuję Teodoro! Śledzę Twój wątek i pamiętam w modlitwie o Tobie i dzieciach, jesteś mega silną i cenną w oczach Boga kobietą!
Dziękuję za modlitwę i dobre słowa ❤️czasami czuję się naprawdę mała, słaba i całkowicie zagubiona. Takie słowa dodają otuchy i przypominam sobie, że jestem Córką Króla 🙂
Jejku, czuję dokładnie to samo. Od fizycznej zdrady minął już niemal rok, a ja mam cały czas w głowie, że gdyby moi rodzice się dowiedzieli, to mąż nie miałby już do mnie powrotu. I choć on postanowił, że to małżeństwo nie ma sensu, ja nie wydaję żadnych wyroków. Widzę co jest teraz, nie mam wpływu na przeszłość i przyszłość.


Tak, długo tak miałam. Teraz nie jest tak, że rozmawiam z każdym, ale wybrałam trzy bardzo mi bliskie i zaufane osoby, ktore poprosilam o to, żebym mogła szczerze z nimi rozmawiać, czasem nawet 'wywalić' z siebie całą wściekłość i gniew.
Doszlam też do tego, że nie udaję przed innymi. Jeżeli ktoś pyta, to mówię, że jest kryzys, jest trudno, bez jakiś konkretnych szczegółów. Jednym z etapów odwieszania się od męża, było właśnie to. Nie opowiadam na lewo i prawo o naszych problemach, ale też ich nie ukrywam. To też męża zadanie, by dbać o relacje ze swoją (pierwotna i nową) rodziną. Jeżeli zdecyduje się pracować nad kryzysem, wrócić, to te relacje też może się naprawią, a może nie. To też będzie konsekwencja jego wyborów. Ważną sprawą i przełamaniem było to, że poinformowałam szefa o mojej trudnej sytuacji rodzinnej. Bez szczegółów, ale jestem sama z dziećmi, dodatkowo biorę leki. Chciałam, żeby był świadom czemu np. tylko ja biorę opiekę kiedy któreś dziecko jest chore. Szef podszedł do tego bardzo życzliwie, przerzucił mnie do mało wymagającego projektu, żebym się nie stresowała i dał mi czas na to żebym się 'pozbierała' . Cieszę się, że się przełamałam, bo dzieki temu odpadla mi presja, ze coś zawalę i jeszcze pracę stracę. Odbieram tą sytuację jako wielki dar od Boga, bo zdaję sobie sprawę, że tak wyrozumialy szef to rzadkość.
Chcę żyć w poczuciu, że zrobiłam wszystko, co mogłam - nie po to, żeby mąż wrócił, ale żeby wiedzieć, że jestem na właściwej drodze. Może to brzmi źle, jakoś tak górnolotnie, ale we wszystkich trudnościach ja nawet przez moment nie zostałam sama - Pan Jezus płakał razem ze mną i On jest moim Pocieszycielem! Mam wspaniałych przyjaciół, którzy wyciągają mnie z domu (nawet, kiedy już nic mi się nie chce); troskliwą rodzinę (rodziców, rodzeństwo), którzy niczego mi nie narzucają, tylko trwają przy mnie; mam dobrą, rozwijającą pracę, pasje, dach nad głową i całą przyszłość przed sobą.
Mąż powiedział mi kiedyś, że teraz się zmienił i chce myśleć tylko o sobie, że kiedy będzie umierał, chce się obejrzeć wstecz i stwierdzić, że był szczęśliwy. To skłoniło mnie do refleksji, czego ja chcę. Chcę stanąć przed Bogiem i usłyszeć 'dobrze się spisałaś córko, robiłaś co mogłaś, wejdź do radości swego Pana:)', chcę móc spojżeć w oczy dzieciom i powiedzieć, że zrobiłam wszystko co mogłam i w danym momencie umiałam, żeby budować naszą rodzinę. Świetnie to ujęłaś, dokładnie tak: 'chcę wiedzieć, że jestem na właściwej drodze' :)

Nasuwa mi się jeszcze jedna rzecz, osoby narcystyczne bardzo trudno poddają się terapi, ponieważ czesto jest im ona potrzebna, tylko po to żeby udowodnić sobie, że z nimi wszystko w porządku. Czesto też manipulują terapeutą. Nie chcę osądzać Twojego męża. Ale może tu tkwi trudność jego terapii. Może dlatego też nie chce zmienić terapeuty, bo tą osobę już zna i ma już tam wyrobioną jakąś 'pozycję'.

Pieknie piszesz Zielona o tym co masz, to jest właśnie to co będzie Cię niosło do przodu, docenianie tego co jest tu i teraz. Nie jesteś sama, jesteś dzielną kobietą. Wierzę, że wyjdziesz z tego kryzysu silniejsza, bliżej Boga. Pozdrawiam Cię serdecznie!

Ruta
Posty: 896
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Z pustego i Salomon nie naleje

Post autor: Ruta » 12 sty 2021, 16:02

Zielona, napiszę szczerze. Gdy przeczytałam twój pierwszy wpis, pomyślałam sobie - o rany, no ale kryzys taki, że naprawdę, no jak tu mieć nadzieję. No ale uczciwie od razu pomyślałam o swoim małżeństwie i o tym w jakim to moje małżeństwo jest teraz stanie. No kryzys taki, że naprawdę, jak tu mieć nadzieję. I wiesz co - poczułam, że to kompletnie nie ma dla Boga żadnego znaczenia. Że nie takie trudne sytuacje i rozpaczliwe położenia za Jego wolą prowadziły do dobra i radości i miłości.

Na ile się orientuję Kościoł Koptyjski jest chrześcijański, ale nie uznaje zwierzchności papieża i w wielu aspektach wykazuje odrębności dotyczące samej doktryny. Jednak chyba w zakresie małżeństwa jest raczej konserwatywny i unieważnienie małżeństwa nie jest wcale tak proste, a nawet jest mniej podstaw niż w Kościele Katolickim - ale mogę się mylić. Warto jednak to sprawdzić, aby nie żyć w strachu.

Jeśli chodzi o uzależnienie od seksu - zwykle wymaga terapii i wsparcia grupy, która wspiera proces zdrowienia. Z kolei dla bliskiej osoby uzależnionej od seksu, bardzo pomocne jest wsparcie osób mierzących się z podobnym problemem. Są także i takie grupy, jeśli dobrze poszukać. Pewnie najłatwiej przy Anonimowych Seksoholikach. Da się mierzyć z tym probemem u bliskiej osoby, nawet u męża, bez szkód dla siebie, jednak wymaga to pracy.

Mi pomogło zrozumienie problemu - i tego, że nie ma to nic wspólnego z moją kobiecością, tym jaką kobietą jestem. To ważne by porzucić przekonanie, że to uderza w kobiecość żony, moją kobiecość, żeby nie obniżało poczucia własnej wartości. Jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Drugi to odejście od prób konkurowania z innymi kobietami, upodobniania się do nich, dostosowywania się do oczekiwań męża w zakresie życia intymnego szczególnie, także w zakresie antykoncepcji. Ja tutaj poległam. Żałuję.
Trzeba także nastawić się na to, że gdy mąż jest w ciągu tego rodzaju, nie będzie się liczył z twoimi uczuciami - jeden będzie ukrywał co robi, inny kłamał, ale nieudolnie, inny wprost będzie mówił o tym co robi. Ilu mężczyzn, tyle sposobów. Wszystko to i tak bardzo rani - nie ma tu żadnego "lepiej". Jest jeszcze jeden aspekt - takie uzależnienie rujnuje życie intymne w małżeństwie - od odrzucania żony, bo bardzo instrumentalne traktowanie. Momentów prawdziwej, dobrej, nieskażonej uzależnieniem męża bliskości jest niewiele. Wpływa to także na sferę czułości - zdarzają się okresy, gdy uzależniony od zachowań seksualnych mąż reglamentuje jakąkolwiek bliskość, nie tylko czuły dotyk, ale nawet spojrzenia. Boli.

Z tego powodu trzeba być przygotowaną na życie w czystości i abstynencji w sferze intymnej, ale też brak bliskości emocjonalnej, fizycznej, czułości. Początkowo takie okresy w moim małżeństwie budziły we mnie ogromny opór, poczucie skrzywdzenia, ból. Raz zaprowadziły mnie na skraj romansu (zły nie śpi). To trudna droga, ale nie niemożliwa do udźwignięcia.

Z uzależnieniami o charakterze seksualnym wiążą się często również inne uzależnienia. Alkohol, leki, narkotyki. Wydają się drugoplanowe - ale okresami wychodzą na pierwszy plan, szczególnie w okresie, gdy wydaje się poprawiać w sferze uzależnienia w sferze seksualnej. I tu z czasem uzależnienie też się rozwija, staje się bardziej destrukcyjne.

Warto pogłębiać nie tylko swoją wiedzę o mechanizmach uzależnienia, ale też współuzaleznienia. Bo ochrona siebie jest bardzo ważna. A współuzaleznienie rozwija się powoli, niedostrzegalnie - ale prowadzi do jeszcze cięższych zranień i destrukcji w małżeńśtwie. I w miarę nawet zdrowa osoba w relacji także staje się chora. Wiem po sobie - ja naprawdę głeboko zabrnęłam we współuzaleznienie - i dopiero się z niego dźwigam, zdejmując je z siebie warstwa po warstwie. Od tych najbardziej zewnętrznych mechanizmów - po bardzo głebokie. Co już myślę, że jest lepiej, to odkrywam nowe warstwy.

Z upływem czasu jestem przekonana, że mój mąż, trudny, poraniony (i nadal przeze mnie kochany), jest tym czego potrzebowałam w moim życiu. I nasz kryzys także był bardzo potrzebny. Coraz bardziej rozumiem jak krzyż, ten taki w życiu człowieka, związany z cierpieniem, trudem, może wiązać się z Krzyżem, z Miłością. I uczę się swojego krzyża nie odrzucać, ale widzieć w nim łaskę.

Ale najpierw trzeba to dobrze rozeznać myślę, by nieść ten właściwy krzyż, by mógł on przynosić dobre owoce, nieść miłość, pokój w sercu, rozwój duchowy, radość w życiu, mimo trudności. By wziąć na siebie to co naprawdę trzeba i to do czego jesteśmy jakoś tam wzywani, a nie za dużo, to co się nam wydaje, że trzeba.

W mojej poradni uzaleznień, gdzie jestem na terapii współuzależnienia na salce na ścianie wisi takie hasło, które wydawało mi się kiedyś brutalne: "Nie przez ciebie pije i nie dla ciebie przestanie". Ale ono dla osób których męzowie i żony są uzależnieni jest ważne - dla mnie mówi ono o tym, by nie wchodzić w rolę Zbawiciela. Jeśłi więc twoje myslenie jest takie, że musisz być i trwać przy mężu, bo on bez ciebie zginie, popełni samobójstwo, czy co tam ci wyobraźnia podsunie - to nie jest właściwa droga. Podobnie zresztą, gdy myślisz, że ty zginiesz bez męża, że nie zniesiesz bólu, i podobne rzeczy.
Na pierwsze miejsce Bóg, warto nie tylko wierzyć w Boga, ale i wierzyć Bogu (z czym nadal mam problem). Wtedy wszystko się układa i wskakuje na swoje miejsca z czasem.

zielona
Posty: 9
Rejestracja: 09 sty 2021, 10:22
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Z pustego i Salomon nie naleje

Post autor: zielona » 12 sty 2021, 21:33

Teodoro, dziękuję za Twoją wiadomość! Dziękuję za Twoje wsparcie i mocno Cię ściskam!
teodora pisze:
12 sty 2021, 12:17
Tak, długo tak miałam. Teraz nie jest tak, że rozmawiam z każdym, ale wybrałam trzy bardzo mi bliskie i zaufane osoby, ktore poprosilam o to, żebym mogła szczerze z nimi rozmawiać, czasem nawet 'wywalić' z siebie całą wściekłość i gniew.
Ja też staram się nie tłumaczyć każdemu ze szczegółami, co się u mnie dzieje. Mówię o tylko o tym, że jest trudno, że nie mieszkamy razem oraz o depresji męża. Rozmawiam szczerze z kilkoma osobami ze wspólnoty i bardzo jestem im wdzięczna, że ogarniają mnie modlitwą:) A jak nie chcę rozmawiać, to albo oddzwaniam z opóźnieniem, albo mówię wprost, że nie mam siły.
teodora pisze:
12 sty 2021, 12:17
Nasuwa mi się jeszcze jedna rzecz, osoby narcystyczne bardzo trudno poddają się terapi, ponieważ czesto jest im ona potrzebna, tylko po to żeby udowodnić sobie, że z nimi wszystko w porządku. Czesto też manipulują terapeutą. Nie chcę osądzać Twojego męża. Ale może tu tkwi trudność jego terapii. Może dlatego też nie chce zmienić terapeuty, bo tą osobę już zna i ma już tam wyrobioną jakąś 'pozycję'.
Rzeczywiście, mój mąż ma jakiś taki szczególny "dar" wzbudzania litości. On mówi zupełnie otwarcie o swoim zachowaniu, pewne rzeczy nazywa "błędami", "grzechami" - własciwie wydaje mi się, że on się ich nie wstydzi. Pamiętam, że po tej fizycznej zdradzie powiedział o tym koledze z pracy - chłopakowi, z którym nie ma praktycznie żadnej relacji. I ja spotkałam tego chłopaka przez przypadek i widziałam jego spojrzenie mówiące "Boże, jak ja Ci dziewczyno współczuję". Zapytałam męża, czy ten chłopak wie co się stało - odpowiedział, że tak. Mąż lubi użalać się nad sobą, chwalić, opowiadać o sobie ludziom, których zupełnie nie zna (szczególnie kobietom, bo one go rozumieją). Co ciekawe, po spowiedzi mój mąż mówi, że mam do jego grzechów nie wracać, że ich już nie ma. Że jeśli nie umiem zapomnieć, to co ze mnie za chrześcijanka. Dlatego trudno przepracować coś, co jego zdaniem już nie istnieje.

zielona
Posty: 9
Rejestracja: 09 sty 2021, 10:22
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Z pustego i Salomon nie naleje

Post autor: zielona » 12 sty 2021, 22:16

Kochana Ruto! Dziękuję, że zechciałaś pochylić się nad moim życiem!
Ruta pisze:
12 sty 2021, 16:02
Zielona, napiszę szczerze. Gdy przeczytałam twój pierwszy wpis, pomyślałam sobie - o rany, no ale kryzys taki, że naprawdę, no jak tu mieć nadzieję. No ale uczciwie od razu pomyślałam o swoim małżeństwie i o tym w jakim to moje małżeństwo jest teraz stanie. No kryzys taki, że naprawdę, jak tu mieć nadzieję. I wiesz co - poczułam, że to kompletnie nie ma dla Boga żadnego znaczenia. Że nie takie trudne sytuacje i rozpaczliwe położenia za Jego wolą prowadziły do dobra i radości i miłości.
Wiem, że sytuacja wydaje się beznadziejna. Trochę inaczej wygląda to w związkach, które kilka lat przeżyły szczęśliwie. Nasz związek nie kojarzy się z niczym dobrym, ani mi, ani Mężowi. Wiem jedno - ta cała beznadzieja jeszcze bardziej przybliżyła mnie do Boga. Wszystko przemija, a On jest i trwa, i chwała Mu za to!
Ruta pisze:
12 sty 2021, 16:02
Na ile się orientuję Kościoł Koptyjski jest chrześcijański, ale nie uznaje zwierzchności papieża i w wielu aspektach wykazuje odrębności dotyczące samej doktryny. Jednak chyba w zakresie małżeństwa jest raczej konserwatywny i unieważnienie małżeństwa nie jest wcale tak proste, a nawet jest mniej podstaw niż w Kościele Katolickim - ale mogę się mylić. Warto jednak to sprawdzić, aby nie żyć w strachu.
Tak, dobrze opisałaś kościół koptyjski. Róznimy się pod względem kilku dogmatów (czyściec, Niepokalane Poczęcie, pochodzenie Ducha Świętego), jednak te różnice pomogły mi pogłębić i zrozumieć moją własną wiarę. W momencie, kiedy poznałam męża, był on nieźle pogubiony; od jakiegoś czasu chodził do kościoła katolickiego, bo nie mógł znaleźć przyjaciół w swoim własnym kościele. Zanim mnie poznał zastanawiał się nawet nad zmianą wiary - od czego go odwiodłam tłumacząc, że to decyzja na całe życie i powinien być dumny z tego, kim jest. Paradoksalnie, ja przez ten kościół czułam się zawsze bardzo kochana; Koptowie są bardzo ciepłymi ludźmi, którzy witają innych ze szczerą radością. Z ich Biskupem mam nawet niezłą sztamę; co ciekawe - to on jest odpowiedzialną osobą za orzekanie o nieważności małżeństwa i to on nakazał, żeby Kościół porozmawiał także ze mną, a nie tylko z mężem. Podstawą do rozwodu w kościele koptyjskim jest zdrada małżonka, natomiast do unieważnienia małżeństwa brak jedności w wierze (nasz przypadek) i choroba psychiczna (również nasz przypadek). Mój mąż tłumaczy, że w momencie podjęcia decyzji o ślubie nie był jej w pełni świadomy. Modlę się za księży z kościoła męża o dar mądrości i dobre rozeznanie naszej sprawy.
Ruta pisze:
12 sty 2021, 16:02
Jeśli chodzi o uzależnienie od seksu - zwykle wymaga terapii i wsparcia grupy, która wspiera proces zdrowienia. Z kolei dla bliskiej osoby uzależnionej od seksu, bardzo pomocne jest wsparcie osób mierzących się z podobnym problemem. Są także i takie grupy, jeśli dobrze poszukać. Pewnie najłatwiej przy Anonimowych Seksoholikach. Da się mierzyć z tym probemem u bliskiej osoby, nawet u męża, bez szkód dla siebie, jednak wymaga to pracy.
Konsultowałam kiedyś nasz przypadek z grupą wsparcia, wiem, gdzie jest i że są gotowi pomóc. Chyba jednak mylnie uważałam, że powinnam zaufać pani psycholog męża, która nie widziała problemu w zachowaniach męża (jej zdaniem wyleczenie depresji zakończyłoby także nieprawidłowe zachowania).
Ruta pisze:
12 sty 2021, 16:02
Mi pomogło zrozumienie problemu - i tego, że nie ma to nic wspólnego z moją kobiecością, tym jaką kobietą jestem. To ważne by porzucić przekonanie, że to uderza w kobiecość żony, moją kobiecość, żeby nie obniżało poczucia własnej wartości. Jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Drugi to odejście od prób konkurowania z innymi kobietami, upodobniania się do nich, dostosowywania się do oczekiwań męża w zakresie życia intymnego szczególnie, także w zakresie antykoncepcji. Ja tutaj poległam. Żałuję.
Trzeba także nastawić się na to, że gdy mąż jest w ciągu tego rodzaju, nie będzie się liczył z twoimi uczuciami - jeden będzie ukrywał co robi, inny kłamał, ale nieudolnie, inny wprost będzie mówił o tym co robi. Ilu mężczyzn, tyle sposobów. Wszystko to i tak bardzo rani - nie ma tu żadnego "lepiej". Jest jeszcze jeden aspekt - takie uzależnienie rujnuje życie intymne w małżeństwie - od odrzucania żony, bo bardzo instrumentalne traktowanie. Momentów prawdziwej, dobrej, nieskażonej uzależnieniem męża bliskości jest niewiele. Wpływa to także na sferę czułości - zdarzają się okresy, gdy uzależniony od zachowań seksualnych mąż reglamentuje jakąkolwiek bliskość, nie tylko czuły dotyk, ale nawet spojrzenia. Boli.
Z tego powodu trzeba być przygotowaną na życie w czystości i abstynencji w sferze intymnej, ale też brak bliskości emocjonalnej, fizycznej, czułości. Początkowo takie okresy w moim małżeństwie budziły we mnie ogromny opór, poczucie skrzywdzenia, ból. Raz zaprowadziły mnie na skraj romansu (zły nie śpi). To trudna droga, ale nie niemożliwa do udźwignięcia.
Opisalaś Ruto dokładnie to co czułam. Wiedziałam, że mam się nie porównywać do innych, ale sama wiesz jakie to trudne. Mąż uważa, że pod względem życia intymnego wina jest ewidentnie we mnie - nie zgadzałam się na antykoncepcję, a on nie chce dzieci, więc współżyliśmy rzadko (szczególnie przez ostatnie pół roku). Powiedział mi podczas ostatniej rozmowy, że kwiat, którego się nie podlewa więdnie. Jednak jak można kochać się, jeśli wiesz, że Ty byłaś cały dzień w pracy, a mąż spędził godziny na sex-kamerkach... Ja mogłabym dla niego nie istnieć, nie zasługiwałam na nic więcej prócz "cześć" rzuconego znad laptopa lub komórki. I masz rację, że zły nie śpi - noszę obrączkę, żeby o tym pamiętać i nie pozwalać sobie na szukanie pocieszenia w kimś innym. Mąż swoją zgubił rok temu; zresztą już wcześniej, kiedy wyjechałam na miesiąc sciągnął ją z ręki, zupełnie za nią nie tęskni.
Ruta pisze:
12 sty 2021, 16:02
Warto pogłębiać nie tylko swoją wiedzę o mechanizmach uzależnienia, ale też współuzaleznienia. Bo ochrona siebie jest bardzo ważna. [..] Z upływem czasu jestem przekonana, że mój mąż, trudny, poraniony (i nadal przeze mnie kochany), jest tym czego potrzebowałam w moim życiu. I nasz kryzys także był bardzo potrzebny. Coraz bardziej rozumiem jak krzyż, ten taki w życiu człowieka, związany z cierpieniem, trudem, może wiązać się z Krzyżem, z Miłością. I uczę się swojego krzyża nie odrzucać, ale widzieć w nim łaskę.
Mam nadzieję, że uda mi się omówić z psychologiem mechanizmy współuzależnienia - niezależnie od tego, czy mąż wróci do mnie, czy nie. Dużo w Tobie miłości do męża i wiary, niech Ci Pan Bóg błogosławi!

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 10 gości