Wątek Ukasza

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

krople rosy

Re: Wątek Ukasza

Post autor: krople rosy » 11 maja 2018, 12:33

Dodam jeszcze słów kilka o listach na których wymianę masz Ukasz ochotę i nadzieję. Zapytaj sam siebie czemu to ma służyć? List , wymiana myśli , uczuć, pragnień, doświadczeń sam w sobie nie jest niczym złym jesli przyświeca pisaniu obopólna zgoda i pragnienie. Jesli natomiast miałby służyć pewnego rodzaju Twojej kontroli, pożywki dla Twojej analizy i próby wnikania głęboko w żonę by upewniać się , że wszystko jest w porządku, że nie ma powodu do obaw, i to miałoby wyeliminować w Tobie lęk i niepokój to moim zdaniem warto ten pomysł z listem odłożyć na półkę...jesli nie do śmieci.
Badaj swoje intencje i nie działaj egocentrycznie. To tylko przestroga. Nie jakiś mój zarzut wobec Ciebie. Sam siebie przecież znasz najlepiej.
A żona wróciła...z jakich powodów nie wnikam. Natomiast fajnie byłoby by wróciła do nowego Ciebie bo od starego odeszła.
Uważaj więc jesli myślisz że stoisz byś nie upadł....czyli byś z powrotem nie wszedł w stare koleiny.

Ukasz

Re: Wątek Ukasza

Post autor: Ukasz » 14 maja 2018, 16:06

Zachęcacie mnie do luzu - ja go mam i proszę o jego zachowanie. Chcę zachować kontakt w czasie nieobecności żony. Formę i intensywność dostosowuję do chęci i możliwości obu stron. Stąd było pytanie. Wyszło tak, że poszedł jeden krótki list, a teraz raczej rozmawiamy przez telefon. Beż żadnego napięcia z którejkolwiek strony. Jest nieźle, choć kontakt pozostaje wciąż bardzo powierzchowny, typowy raczej dla etapu kryzysu niż bliskich relacji. Wszystko - mam nadzieję - w swoim czasie. Nie teraz i jeszcze nie wiem, w jakiej formie. Okaże się.
Pytaliście też skąd wiem, że żona cierpi. Nie mogę mieć pewności, ale takie mam wrażenie. Podobnie sądzi kilka osób, które ją zna. Współczuję jej i pracując nad sobą staram się przygotować do wspólnego życia. I tyle. Czy i kiedy z tego skorzysta, to jej decyzja. Ja będę spokojnie weryfikować, czy moja diagnoza jest poprawna i w jakim kierunku mam iść.
Powiedziałem to już żonie i chętnie tu powtórzę. Przejście przez kryzys dało mi silne poczucie wolności i świadomość tego, jak jest ona ważna w relacjach. Chcę być z żoną, ale nie muszę, potrafię żyć sam. Chcę, żeby o tym wiedziała i sama podjęła decyzję w sposób wolny, nie kierując się żadną litością wobec mnie. To daje mi wielki spokój. Nie sądzę, żeby był on złudzeniem. Przez kilka lat kryzysu bezsenność dręczyła mnie strasznie, wysysała ze mnie siły. Od kilku miesięcy nie ma po niej śladu.
Lęk, niepokój, napięte wpatrywanie się w każdy gest, siedzenie w głowie żony - to wszystko niestety dobrze znam, ale na szczęście z przeszłości, a nie z teraźniejszości. Wrzućmy - razem - na luz. Teraz dzielę się tym, co przeżywam, bardziej dla pokrzepienia innych, niż dla uzyskania pomocy. Tę już dostałem, wielką, bardzo się przydała.

Pantop
Posty: 1964
Rejestracja: 19 lis 2017, 20:50
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Mężczyzna

Re: Wątek Ukasza

Post autor: Pantop » 15 maja 2018, 12:59

Do: Ukasz

Czy można odczytać to co opisujesz, że Twoja postawa/świadomość/stan/poziom są takie że: jest dobrze.
?

Czy jet to już to coś, co sprawia, że znalazłeś pokój, radość i szczęście niezależnie od innych ludzi - w szczególności zaś - od żony. (oczywiście nie mówię tu o byciu odludkiem)
?


Reasumując pytania
Czy możesz sobie powiedzieć, że doświadczasz łaski wolności, która będzie trwać do końca tej egzystencji NIEZALEŻNIE od tego jak sprawy się potoczą (tu konkretnie - sprawy z żoną).
?


Dlaczego pytam o te rzeczy.
Gdyby okazało się, że odpowiesz 3xTAK ( :mrgreen: ) - a to wszystko będzie testowane upływem czasu - to nie pozostanie Ci nic innego jak napisać książkę opisującą krok po kroku zasady postępowania z kryzysem w czasie kryzysu.
Konkretne świadectwo osoby, która przechodziła przez ciężkie doświadczenia i dała radę.
Dlaczego
Bo Twoja postawa może służyć jako kwintesencja kropli drążącej skałę.




I tak trzymaj Ukaszu miły

Mirakulum
Posty: 4079
Rejestracja: 16 sty 2017, 19:01
Jestem: szczęśliwą żoną
Płeć: Kobieta

Re: Wątek Ukasza

Post autor: Mirakulum » 16 maja 2018, 23:12

Ukaszu witam w Himalajach :D

Ukasz

Re: Wątek Ukasza

Post autor: Ukasz » 20 maja 2018, 10:49

Pantopie,

przepraszam, że nie odpowiadałem tak długo. Twoją wiadomość przeczytałem od razu i towarzyszyła mi przez ostatnie dni. Odniesienie się do niej wymaga jednak czasu i spokoju, a tego mam trochę dopiero w niedzielę.
Pantop pisze:
15 maja 2018, 12:59
Czy można odczytać to co opisujesz, że Twoja postawa/świadomość/stan/poziom są takie że: jest dobrze.
?
Sądzę, że jestem na dobrej drodze, nie żyję w lęku i niepewności. W jakimś sensie jest więc dobrze.
Pantop pisze:
15 maja 2018, 12:59
Czy jest to już to coś, co sprawia, że znalazłeś pokój, radość i szczęście niezależnie od innych ludzi - w szczególności zaś - od żony. (oczywiście nie mówię tu o byciu odludkiem)
?
W kwestionariuszu rozpoczynającym warsztaty 12 kroków w punkcie 6. jestpytanie, czy wydaje mi się, że wciąż chwytam tylko okruchy życia i chyba taki już mój los. Odpowiedziałem, że na pewno nie. Żyję pełnią życia, i w radości, i w bólu.
Teraz, od niedawna, potrafię przeżywać głęboką radość, towarzyszy mi pokój, ale samotność jest wciąż dotkliwie bolesna. Nie uciekam przed tym bólem, wręcz staram się w niego wchodzić i przeżywać go jak najpełniej z Nim. Nie sądzę, żeby należało ten stan nazywać szczęściem.
Pantop pisze:
15 maja 2018, 12:59
Reasumując pytania
Czy możesz sobie powiedzieć, że doświadczasz łaski wolności, która będzie trwać do końca tej egzystencji NIEZALEŻNIE od tego jak sprawy się potoczą (tu konkretnie - sprawy z żoną).
?
Tak, doświadczam łaski wolności, poczucia, że mogę żyć pełnią życia niezależnie od tego jak sprawy się potoczą (tu konkretnie - sprawy z żoną). Od jej poczynań zależy moje cierpienie lub szczęście, ale czuję się przygotowany na jedno i na drugie. Tak jest teraz i chcę, żeby tak to trwało do końca tej egzystencji. Ufam Panu, że będzie mnie prowadził na tej drodze, ale nie ufam sobie na tyle, żeby deklarować, że zawsze dam Mu się poprowadzić.
Pantop pisze:
15 maja 2018, 12:59
Dlaczego pytam o te rzeczy.
Gdyby okazało się, że odpowiesz 3xTAK ( :mrgreen: ) - a to wszystko będzie testowane upływem czasu - to nie pozostanie Ci nic innego jak napisać książkę opisującą krok po kroku zasady postępowania z kryzysem w czasie kryzysu.
Konkretne świadectwo osoby, która przechodziła przez ciężkie doświadczenia i dała radę.
Takich świadectw jest tu więcej, a jedno zostało wydane jako książka - Anna Jedna "Ile jest warta Twoja obrączka?"
Wspólnota przygotowuje teraz nową publikację, która ma zbierać świadectwa. Jest adres email, na który można je przesyłać, nie jestem tylko pewien, czy przed @ ma być swiadectwo czy swiadectwa, dalej to sychar.org. Mam zamiar coś tam przesłać, a zarazem nie pisać żadnego świadectwa. Chcę raczej ułożyć jakąś całość z wpisów tu na forum. Byłoby to bardziej autentyczne, bo odzwierciedlałoby moje aktualne przeżycia na pewnym etapie kryzysu, a nie wspomnienia o nich, zniekształcone upływem czasu i różnymi mechanizmami ludzkiej psychiki. Odpowiedź na Twoje pytania stanowi chyba dobre zamknięcie takiego wyboru i dziękuję Ci za ich postawienie.
Mirakulum pisze:
16 maja 2018, 23:12
Ukaszu witam w Himalajach :D
Uwielbiam góry, ale w Himalajach jeszcze nie byłem, ani dosłownie, ani w przenośni. Rozmawiałem ostatnio z kimś na temat zdobywania szczytów i palnąłem, że mi zapał zawsze wystarcza, żeby się wdrapać. Wtedy rozmówca zwrócił mi uwagę, że są takie góry, w których nie wystarcza. Niektóre szczyty Himalajów zimą pozostają dotąd niezdobyte, być może jest to ponad ludzkie siły. Mam nadzieję wchodzić w lecie i wraz z trudnościami tej drogi przeżyć na niej wiele szczęścia.

Pantop
Posty: 1964
Rejestracja: 19 lis 2017, 20:50
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Mężczyzna

Re: Wątek Ukasza

Post autor: Pantop » 20 maja 2018, 12:38

Czarek » 12 lis 2017, 0:25
Ukasz pisze: ↑
11 lis 2017, 19:36
Wolność? Może mieć dość i nie chcieć odbudowywać?
Tak może mieć dość i może nie chcieć odbudowywać.
Dokładnie tak jest.
Może ,,zapomnieć ,, o tym, że pewnego pięknego dnia przysięgała Tobie przed Najwyższym, w obecności świadków i kapłana.
Może zaprzeć się tego w swym sercu i duszy.
Może powiedzieć : ,,Jestem jeszcze młoda, atrakcyjna - poszukam sobie bardziej przebojowego samca (owszem - już sobie upatrzyłam :twisted: :lol: ) i z nim odnajdę szczęście wieczne tu na ziemi.
Tragikomedia?
A jakże.

Tylko że - niestety (albo stety) - to jest jej niezbywalna wolność dokonywania wyborów.
...którą i my posiadamy.

Ukasz

Re: Wątek Ukasza

Post autor: Ukasz » 20 maja 2018, 16:53

I wtedy wiedziałem i teraz wiem, że może tak zrobić, że to jej wolność i to w dwojakim sensie. Po pierwsze po prostu może tak zrobić, jest taka możliwość i ja nie mam na to wpływu, przynajmniej bezpośredniego. Po drugie nie powinienem jej w żaden sposób pozbawiać tego wyboru. Teraz wiem coś więcej: tylko pokazując jej swoją postawą pełną wolność takiego wyboru mam szansę odzyskać jej miłość, a jest to szansa, która wymaga od niej wielkiego wysiłku. Nic na razie nie wskazuje na to, żeby miała ten go podjąć.
Sprzeciwiałem się natomiast wtedy - i ten pogląd podtrzymuję - że ma moralne prawo do złamania przysięgi małżeńskiej:
Ukasz pisze:
11 lis 2017, 19:36
Wolność? Może mieć dość i nie chcieć odbudowywać? O jaką "wolność" chodzi i jakie "może"? Czy to, że partner jest daleki od ideału, daje prawo do rezygnacji, spisania małżeństwa na straty? Brał lub brała ślub z aniołem? Jeśli druga strona ma prawo, to może ja też? Oboje ślubowali to samo i są równi przed Bogiem.
Inna sprawa, czy to ja mam oceniać, a tym bardziej egzekwować. Ale nie będę deklarować drugiej stronie, że jest w tym sensie wolna od swojej przysięgi małżeńskiej i może sobie odpuścić. Naszą wolność zrealizowaliśmy w naszym małżeństwie i ona jest tam, a nie poza nim.

Ukasz

Re: Wątek Ukasza

Post autor: Ukasz » 24 lip 2018, 9:07

Dawno się nie odzywałem tutaj. W ostatnich tygodniach w ogóle brakowało czasu na forum. Jeżeli znalazłem wolną chwilę, to poświęcałem ją na rozważania czytań liturgicznych lub na samą lekturę znanych mi wątków. Coraz trudniej mi nadążać nawet za tymi historiami, z którymi już się zżyłem. Mam jednak nadzieję powoli odrobić zaległości. Dlatego, choć opisując tu moje kolejne perypetie czuję się trochę pasożytem i darmozjadem, proszę o wyrozumiałość i podzielenie się Waszym doświadczeniem.
Moje ostatnie wpisy były z połowy maja. Przez ostatnie dwa miesiące zmieniło się tyle, że prysnęły nadzieje na poprawę relacji między mną a żoną w przewidywalnej przyszłości. Raczej sprawdzają się moje najczarniejsze podejrzenia, że wszystkie gesty w moim kierunku wypływały z chciwości. Żadne uzgodnione wcześniej plany nie zostały odwołane, ale po chwilowym zaangażowaniu w ich wspólne tworzenie nie ma śladu. Przed moją wyprowadzką niemal rok temu żona traktowała dom jak hotel. Teraz jest inaczej: to raczej motel, do którego czasem wpada na krótką drzemkę, i w którym urządziła sobie darmowe składowisko różnych gratów. W dwóch pokojach zajmowanych przez nią rosną hałdy ubrań pomieszanych z inną szpeją, nie da się tam nawet odkurzyć. Widuję ją raz lub dwa w tygodniu, rzadko udaje się zamienić kilka zdań. Zwykle przyjmuje łaskawie pocałunek na powitanie lub pożegnanie, ale nigdy nie jest to jej inicjatywa i nigdy nie ma w tym żadnego zaangażowania z jej strony. Po obiedzie w rocznicę ślubu – zgodziła się z oporem, skuszona najlepszą knajpą w mieście i po dostosowaniu terminu do jej spotkań z kolegami z klubu – spytałem, co jej przeszkadza w zbliżeniu się do mnie. Odpowiedziała, że bardzo się na mnie zawiodła. Ja z kolei odparłem, że ja też się na niej bardzo zwiodłem, ale to mi nie przeszkadza budować od nowa. Na tym rozmowa się skończyła, ja nie drążyłem, a ona ani wtedy ani później nie podjęła tematu.
Żyjemy więc teoretycznie pod jednym dachem, ale faktycznie w niemal pełnej separacji. Jej taki stan chyba odpowiada: jest adorowana i obsługiwana, a sama nie daje nic. Odbieram jej postawę jako łaskawą obojętność, w istocie podszytą pogardą i satysfakcją ze „zwycięstwa” (wróciłem bez żadnych warunków) i stałego upokarzania mnie.
Ja jestem przekonany, że kocham ją coraz bardziej. Zasypiam wypowiadając na głos jej imię, budzę się myśląc o niej. Potrafię marzyć i ucieszyć się każdym drobiazgiem. Bardzo pragnę być z nią. Chciałbym jej „nieba przychylić”. Wydaje mi się, że stworzyłem jej komfortowe warunki do powrotu – z podniesioną głową, na zaakceptowanych przez nią zasadach...
Zaczynam się jednak zastanawiać, czy dałem tego komfortu zbyt wiele. Czy nie chronię jej przed konsekwencjami jej własnych działań, utrudniając tym samym podjęcie pracy nad sobą. Czy chcąc jej pomóc nie pogrążam jej coraz bardziej.
Decyzję o tym, że to ja się wyprowadzę z własnego domu, zamiast ją do tego zmusić, uzasadniałem obawą przed jej skrzywdzeniem. Chciałem mieć pewność, że jej nie skrzywdzę. I dochodzę do wniosku, że chyba właśnie to zrobiłem. Zrobiłem jej krzywdę. Nie pozwoliłem jej ponieść konsekwencji jej uczynków, wręcz jakoś zniewoliłem w złym. Tego już nie zmienię i nie chcę roztrząsać przeszłości. Stoję przed decyzją, jak postępować dalej. Mam wszelkie możliwości. Mam przekonanie, że postępuję w sposób wolny i że kieruję się miłością do niej, a nie żadnymi negatywnymi uczuciami. I dochodzę do wniosku, że powinienem postawić granicę jeszcze ostrzejszą, niż poprzednio.
Mam majątek, na którym jej zależy i który nawet uważa za swój. Mogę i chcę wykorzystać tę sytuację. Jednocześnie nie chcę, żeby jej decyzja wynikała z takich przesłanek. To byłoby uzbrajanie bomby i budowanie na ruchomych piaskach zarazem. Myślę więc o swego rodzaju połączeniu. W którymś momencie, jeszcze nie wiem kiedy i jak, ale wycofam tę specjalną ofertę promocyjną powrotu bez żadnych kosztów. Ponadto wyczyszczę sytuację majątkową. Współwłasność domu mógłbym jej ofiarować najwcześniej za cztery lata. Jeżeli jednak nie dojdzie do przełomu między nami w najbliższych miesiącach, wykluczę to na przyszłość. Jeśli wkrótce przed możliwą cesją nagle sobie przypomni, że chce być ze mną, to chętnie ją przyjmę, ale o żadnych darowiznach nie ma mowy. Teraz jest dla niej ostatnia szansa. Potem zawsze może mieć mnie, ale nic z mojego majątku. Sądzę, że to oczyści sytuację i że takie postawienie sprawy jest niezbędne.
Teraz o zbliżającym się wspólnym tygodniu wakacji myślę bardziej z niepokojem niż nadzieją. Nie widzę żadnych oznak odbudowywanej relacji, a w tej sytuacji przebywanie bliżej siebie będzie jedynie krępujące i przyniesie ryzyko ostrego konfliktu. Choćby sprawa łóżka – zamówiłem pokój z łożem małżeńskim, zamierzam w nim spać i zarazem w żaden sposób nie inicjować fizycznego zbliżenia. Nie mam pojęcia, co ona zamierza i co zrobi.

jacek-sychar
Posty: 6482
Rejestracja: 04 sty 2017, 17:55
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Mężczyzna

Re: Wątek Ukasza

Post autor: jacek-sychar » 24 lip 2018, 9:21

Ukasz

Czy Ty znasz książkę:
James C. Dobson, Miłość potrzebuje stanowczości, Vocatio, Warszawa 2015

Z tego co opisujesz, chyba nie znasz. A jeżeli znasz, to nie stosujesz się do niej.

Twoje zachowanie trochę przypomina mi zachowanie osoby współuzależnionej, która za wszelką cenę pomaga tej uzależnionej.
Sprząta po niej, zabezpiecza finansowo, ...
Tylko kiedy ta uzależniona ma wreszcie dotrzeć do swojego dna, żeby się od niego odbić? Ty ciągle podkładasz miękkie poduszki.

Ukasz

Re: Wątek Ukasza

Post autor: Ukasz » 24 lip 2018, 10:59

Książkę Dobsona znam. To była moja pierwsza "kryzysowa" lektura. Przeczytałem ją już po wyprowadzce i złożeniu wniosku o separację, więc była raczej potwierdzeniem wcześniejszych wniosków, niż odkryciem.
Dziękuję w każdym razie za ten głos, bo on jednoznacznie potwierdza zasadność planowanych przeze mnie kroków.

renta11
Posty: 546
Rejestracja: 05 lut 2017, 19:20
Płeć: Kobieta

Re: Wątek Ukasza

Post autor: renta11 » 24 lip 2018, 11:21

Ukaszu

Kiedy Ty w końcu oddasz wszystko Bogu i pozwolisz mu działać?

Ciągle coś kombinujesz. Ciągle wymyślasz kolejne strategie, a nawet ich warianty w zależności od przyszłego rozwoju sytuacji. Posuwasz się do manipulacji i przekupstwa. Myślę, że nawet na ołtarzyku nie siedzi Twoja żona-konkretna osoba, lecz jej figurka. Zasypiasz z jej imieniem na ustach, budzisz z myślą o niej. I to robisz z myślą o osobie, która czuje w stosunku do Ciebie pogardę? To ociera się o obsesję, stalking?

Kiedy ona (specjalnie z małej litery :D ) ma dorosnąć, dojrzeć, ponieść konsekwencje, cierpieć, dotknąć dna, by w końcu zwrócić się do Boga? Kiedy w końcu jej umożliwisz samodzielne życie w wolności? Nawet w wolności od Ciebie? Z pełnymi konsekwencjami także materialnymi. Jak ona ma wejść na pustynię, skoro stale natyka się na Ciebie.
Jeśli ją kochasz, to puść ją wolno.


Wiem, że ostro. I tak ma właśnie być. Bo w tej sytuacji istotny jesteś TY i Twoje problemy z sobą samym. Jesteś dojrzałym, mądrym, dobrym człowiekiem, a zafiksowałeś się w ślepej uliczce. Czytam wszystkie Twoje rozważania na temat Słowa Bożego. Są bardzo ciekawe, intelektualnie bardzo sprawne i wszystkie pokazują Twoją obsesję na punkcie Twojego "rzekomego" powołania do bycia w małżeństwie. Piszę rzekomego, bo mam wątpliwość, by Bogu może chodzić o powołanie jako obsesję. Wydaje mi się, że nie. Co więcej, wydaje mi się, że powołanie do życia w małżeństwie ma zdecydowana większość ludzi. Twoje więc powołanie jest typowe, takie jak każdego innego człowieka. A Ty mylisz to z misją, cierpiętnictwem, sensem życia a nawet świętością.

Strzepnij więc pył z sandał i zajmij się SOBĄ.
Kiedy Ty Ukaszu sięgniesz swojego dna? Kiedy odpuścisz reżyserowanie nie swojego życia?
No i może zadaj sobie pytanie: dlaczego Bóg dopuszcza do sytuacji, w której nie mogę realizować swojego powołania? Czego mam się nauczyć, jaką lekcję odrobić?
Bo jeśli tej lekcji nie odrobisz, to możesz jak chomik kręcić się w kółko, jak w ostatnich latach.
św. Augustyn
"W zasadach jedność, w szczegółach wolność, we wszystkim miłosierdzie".

jacek-sychar
Posty: 6482
Rejestracja: 04 sty 2017, 17:55
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Mężczyzna

Re: Wątek Ukasza

Post autor: jacek-sychar » 24 lip 2018, 11:25

renta11 pisze:
24 lip 2018, 11:21
No i może zadaj sobie pytanie: dlaczego Bóg dopuszcza do sytuacji, w której nie mogę realizować swojego powołania? Czego mam się nauczyć, jaką lekcję odrobić?
Bo jeśli tej lekcji nie odrobisz, to możesz jak chomik kręcić się w kółko, jak w ostatnich latach.
Świetnie napisane!

Ja też dostrzegłem, że gdy zostałem sam, to nagle dostaję zadania, których nie mógłbym wykonywać wtedy, gdybym był razem z żoną.
Więc może rzeczywiście Bóg ma dla nas w tej sytuacji jakieś inne zadania?
Odchowaliśmy dzieci, ale zostało nam jeszcze parę lat aktywności (jak Bóg da). Może mamy je wykorzystać w inny sposób?

Niezapominajka
Posty: 393
Rejestracja: 06 kwie 2017, 11:07
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Wątek Ukasza

Post autor: Niezapominajka » 24 lip 2018, 21:56

No Renta Siostro napisałaś o mnie🙂

rak
Posty: 995
Rejestracja: 30 wrz 2017, 13:41
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Mężczyzna

Re: Wątek Ukasza

Post autor: rak » 24 lip 2018, 22:58

Przyznam się Ukaszu, że b. mocno rezonuje we mnie to czym się podzieliłeś.

Napisałeś kiedyś w moim wątku, że nie rozumiesz, czemu nie godzę się na taką "sielską sytuację", myślę, że sam odpowiedziałeś sobie poniżej:
Ukasz pisze:
24 lip 2018, 9:07
Przez ostatnie dwa miesiące zmieniło się tyle, że prysnęły nadzieje na poprawę relacji między mną a żoną w przewidywalnej przyszłości. Raczej sprawdzają się moje najczarniejsze podejrzenia, że wszystkie gesty w moim kierunku wypływały z chciwości. Żadne uzgodnione wcześniej plany nie zostały odwołane, ale po chwilowym zaangażowaniu w ich wspólne tworzenie nie ma śladu. Przed moją wyprowadzką niemal rok temu żona traktowała dom jak hotel. Teraz jest inaczej: to raczej motel
Jak ja "odkryłem" co moja ślubna wyrabia to interesowała mnie jedna rzecz (no może więcej ;) ), czy jest to wypadek przy pracy (każdemu może się zdarzyć), czy coś poważniejszego, a ja byłem po prostu przez wiele lat zadziwiająco naiwny. Im dłużej obserwowałem jej stosunek, sposób i obronę swoich działań, wartości, które przy tym wypływały, stosunek rodziny w jakiej się wychowała i znajomych, których sama zapoznała i najlepiej się z nimi czuła tym bardziej rozumiałem, że mamy do czynienia z tą drugą sytuacją, a wartości słownie wypierane przez nią są b. mocno ugruntowane i wspierane. Też działania po były podyktywane chęcią uniknięcia większych konsekwencji i powrotu do poprzedniego wygodnego życia.

Brak jakiejkolwiek skruchy aż kłuł po oczach i mówił mi, że to wcale nie będzie "łatwe zadanie". Bo nie polega one na przyjęciu z powrotem grzesznika (mimo własnego bólu), ale na pokazaniu mu na czym grzech polega i z jakich nieświadomych pobudek wypływa mimo kompetnie sprzecznych świadomych deklaracji. Do tego nie mogłem się migać od dawania możliwości odczuć konsekwencji (jedyne źródło wstrząsu), chodźby generowane one były i moim kosztem. Najbardziej dotkliwa dla mnie była świadomość, że sam z siebie robię poduszkę emocjonalną po stracie kowalskiego, ale tym samym utrzymuję relację i sam ten fakt jest też b. bolesny dla żony, bo niepozwala jej zrobić z siebie kompletnie ofiary, a mi umożliwia pracę nad relacją. Do tej pory kosztuje mnie to sporo męskiej dumy, ale z tym chyba już sobie poradziłem. Kłopot polega jednak na tym, że to nie odczucie bolesnych konsekwencji, ale obrzydliwości samego czynu mają generować żal, skruchę i chęć poprawy... A tego kroku bez własnej chęci i motywacji nie da się zrobić...

Żeby więc popchnąć sprawę w tym kierunku ile dam radę, żeby przynajmniej jak najwięcej wyciągnąć z podświadomych i wspieranych wielopokoleniowo wzorców balansowałem cały czas między dwoma postawami. Dbaniem o relacje, pozytywne uczucia (chodźby kosztem własnych nerwów), a konsekwentnym i coraz silniejszym prezentowaniu własnych granic i pokonywaniu kolejnych wynikających z nich oporów. Stwierdziłem, że ja nie mogę żyć z żoną robiącą sobie z własnego romansu laurki i obiektu westchnień i albo wypalę to do końca moim gniewem, albo po prostu polegnę próbując... To balansowanie dużo nerwów kosztuje, a relacja co chwilę grozi zerwaniem, ale cóż to moje granice, może teraz nawet i zbyt ostre, ale też taka sytuacja...
Emocjonalnie to trochę jakby ofiara gwałtu usiłowała w trakcie aktu przekazać sprawcy, że ją krzywdzi, a ten po prostu ją ignoruje, bo mu dobrze, a reszta go nie obchodzi...

Może i można zarzucić mi zbyt "aktywne" podejście i ciągłe rozklimanie i analizowanie, ale staram się postępować, tak jak wydaje mi się w danej chwili najlepiej, nawet jak nie jest to dla mnie najprzyjemniejsza wersja.

Tak trochę motywacji z mojej strony, bo myślę, że miałem i mam podobne rozklimki do Ciebie, ale chyba jednak trochę inaczej na to patrzę.
Nieważne jest, gdzie jesteś, ale wszędzie tam, gdzie przyjdzie ci się znaleźć, ważne jest, jak żyjesz - Henri J.M.Nouwen

Ukasz

Re: Wątek Ukasza

Post autor: Ukasz » 24 lip 2018, 23:26

renta11 pisze:
24 lip 2018, 11:21
Zasypiasz z jej imieniem na ustach, budzisz z myślą o niej. I to robisz z myślą o osobie, która czuje w stosunku do Ciebie pogardę?
A jakie to ma znaczenie, jak ona się zachowuje? To moja żona i ja ją kocham. To jej ślubowałem i tego mam nadzieję dotrzymać. Bez zamrażarki (to aluzja do Jacka) i bez redukowania miłości do samej suchej decyzji. Odpowiadam za siebie - przede wszystkim za swoją miłość.
Przyznam, że zupełnie Was nie rozumiem. Tutaj odsłaniam tylko jeden kawałek ze swojego życia, bo tego dotyczy to forum. Dodam to, co bezpośrednio odnosi się do Boga i własnej pracy nad sobą. Jestem na 12 krokach, a dokładniej kończę trzeci. Poza tym różne lektury. Modlitwa wspólnotowa na Skype. "Tygodniowa" modlitwa za konkretne osoby tu na forum - tygodniowe to jest jej prowadzenie, ale odmawianie codzienne. Jakiś kawałek brewiarza, zwykle kompleta. Oczywiście indywidualna modlitwa. Jednak przede wszystkim Eucharystia i Słowo. To jest główna treść mojego życia. Stąd czerpię siłę i wskazówki. Jeszcze z jakiegoś spotkania oazowego w liceum pamiętam prostą instrukcję, jak pozwolić Bogu kierować swoim życiem: trwając w nauce Apostołów (czyli Pismo), w łamaniu chleba (sakramenty z Eucharystią na czele), we wspólnocie (Kościół w każdym jego wymiarze) i w modlitwie (Dz 2, 42). Wy dla mnie tutaj jesteście ważną częścią czy obliczem Kościoła, dlatego niektóre decyzje chciabłym z Wami omówić. To oczywiście nie całe moje życie. O wielu rzeczach nie będę pisać, bo kłóci się z anonimowością. Mam mocno angażującą pracę, tam świetny zespół, wielkie plany, trudne wyzwania. Angażuję się społecznie. Mam swoje rozrywki, przyjaciół. Życie bardzo bogate i barwne. Niestety żony w tym wszystkim prawie nie ma. Jak pisałem, czasem ją przelotnie widuję. Wśród modlitw jest jedna w jej intencji. Chwilę przed zaśnięciem przeplatam myślami o niej i modlitwą. A dzień po zaraz po obudzeniu zaczynam modlitwą, słowami uwielbienia i prośbami za moich najbliższych, za żonę i dzieci. Nie lekceważę Waszych głosów, ale obsesji naprawdę tu nie widzę, cierpiętnictwa tym bardziej.
Rozważanie, jak postąpić wobec żony, to jedno z bardzo wielu, jakie przeżywam, nawet teraz dość rzadkie. Tutaj dzielę się jednak tylko takim wątpliwościami i może stąd Wasze wrażenie, że nie myślę i nie żyję niczym innym. Mam na myśli nie tylko mój wątek, ale także Echo słowa, czyli refleksje nad czytaniami.
Nie mam żadnych wątpliwości, że odnowienie we mnie miłości do żony to dar od Niego. Gdy po wyprowadzce stanąłem na nogi – znikła bezsenność, uzależnienia i poczucie beznadziei – powiedziałem kierownikowi duchowemu, że teraz brakuje mi przede wszystkim realizacji charyzmatu małżeństwa. Odpowiedział mi prosto: jeśli chcę odnowić w sobie owoc tego sakramentu, to mam sięgnąć głębiej do fundamentu wszystkich sakramentów, do Eucharystii. Posłuchałem go, starałem się uczestniczyć we mszy św. codziennie. I obserwowałem ze zdumieniem, jak mnie to powoli zmienia. Jednym z owoców był powrót uczuć do żony w czasie, gdy ona bynajmniej nie dawała ku temu powodów. To z kolei obudziło we mnie pragnienie dalszego zanurzania się w liturgii. Przygotowywałem się do służby przy ołtarzu, podjąłem ją i tu też mam dość rozległe plany. To zaś znowu daje i siłę między innymi do kochania w wolności. Sprzężenie zwrotne. Uczę się kochać Boga kochając ludzi, z moją żoną na czele, a jednocześnie uczę się kochać ludzi, kochając Boga. Nie wiem, czy jest inna droga, ale ta na pewno jest moja.
renta11 pisze:
24 lip 2018, 11:21
Ciągle coś kombinujesz. Ciągle wymyślasz kolejne strategie, a nawet ich warianty w zależności od przyszłego rozwoju sytuacji. Posuwasz się do manipulacji i przekupstwa.
Chodząc po górach staram się stale śledzić mapę: żeby wiedzieć, gdzie jestem, i upewnić się, czy przypadkiem nie idę w złą stronę. Czasem jednak dochodzę do rozstajów i tam muszę stanąć na dłużej, podjąć decyzję o wyborze dalszej drogi.
Jestem w konkretnej sytuacji i co bym nie zrobił, to jest to jakaś decyzja i jakaś droga. W tej chwili po prostu mieszkam w swoim domu i dbam o niego. Żona z tego przy okazji korzysta. Mógłbym jakoś jej to utrudniać, ograniczać lub wręcz uniemożliwić, ale na razie nie robię nic z tych rzeczy. To się niedługo zmieni, bo wyremontuję strych i tam się przeprowadzę, żeby mój syn miał większe mieszkanie, a pewien Sycharek mógł nadal opiekować się swoim synkiem. Żona tam ze mną zamieszka, albo nie; mogę jej tego zabronić lub o to zabiegać. Nie zamierzam robić ani jednego i ani drugiego.
Jej chęć wejścia w posiadanie tego domu to fakt. Mogę go ignorować, ale to nie jest dobra droga. Mogę od razu i radykalnie uciąć tę sytuację informując ją, że nigdy tego nie osiągnie. Mogę ją stale trzymać z niepewności. Mogę mamić obietnicami. Znów – nie chcę robić żadnej z tych rzeczy, ale co bym nie zrobił, to będzie to jakaś decyzja i przyniesie jakieś konsekwencje. Na razie nie robię więc nic, ale planuję oczyścić sytuację, żeby wykluczyć jakiekolwiek przekupstwo czy manipulację.
Wykonałem kilka gestów zapraszających ją do bliższej relacji. Zaprosiłem do wspólnego mieszkania po przeprowadzce. Zaproponowałem tydzień wspólnych wakacji. Urządziłem obiad w rocznicę ślubu. Wróciłem do zwyczaju, jaki mieliśmy od początku naszego małżeństwa, że witamy się i żegnamy delikatnym pocałunkiem w czoło lub policzek. Kilka razy kupiłem jej jakiś drobiazg, bo to jest jej główny język miłości. W żadnym przypadku nie towarzyszyły temu warunki czy oczekiwania konkretnych owoców; była nadzieja na takie czy inne, ale bez zakładania jej spełnienia i bez uzależniania czegokolwiek od tego. Było to zaproszenie otwarte na odpowiedź. W tej chwili jej nie słyszę i nadal czekam. Ta cisza się przedłuża i doszedłem do wniosku, że to na razie jedyna odpowiedź, jaką dostanę, więc niedługo należy tę ciszę przerwać. Sądzę, że powinienem powiedzieć: skoro nie masz nic do powiedzenia, to ja wychodzę.
renta11 pisze:
24 lip 2018, 11:21
Kiedy Ty w końcu oddasz wszystko Bogu i pozwolisz mu działać?
Mam przekonanie, że oddaję Bogu moje życie, w tym moje małżeństwo. Na pewno nie do końca, tego wciąż się będę uczył, ale kierunek jest ten. Bóg wszystko zrobi dla mnie, ale nic za mnie. Moim zadaniem jest rozeznać Jego wolę w konkretnej sytuacji i za nią pójść. W tym bardzo pomocna jest wspólnota, więc stojąc na rozdrożu dzielę się z Wami moimi przemyśleniami.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 34 gości