Zdrada i co dalej?

Powrót to dopiero początek trudnej drogi...

Moderator: Moderatorzy

nałóg
Posty: 1847
Rejestracja: 30 sty 2017, 10:30
Jestem: szczęśliwym mężem
Płeć: Mężczyzna

Re: Zdrada i co dalej?

Post autor: nałóg » 02 lip 2020, 9:34

rose pisze:
02 lip 2020, 8:42
Deklarowałam się że ja wybaczyłam - no przecież pozwoliłam mężowi wrócić do domu i do mnie. Ale to nie jest wybaczenie, to była decyzja, że chce dać szansę. Teraz może już jakiś malutki odcinek procesu wybaczenia przeszłam, ale jeszcze bardzo długa droga przede mną. Jedyne co zauważam, to że nie poradzę sobie sama.
super że to wiesz...a więc zacznij nad tym pracować. Nie sama, a z psychologiem, terapeutą bo zgotujesz sobie, dzieciom
i mężowi przedsionek piekła ,a "kusy" będzie Ci w tym pomagał i wspierał abyś tylko nie przepracowała tej zadry i rany.
rose pisze:
02 lip 2020, 8:42
On zrobił bardzo źle zdradzając i opuszczając rodzinę - ale na chwile obecną to ja nas niszczę niewybaczeniem.
siebie, męża i dzieci. Do poradzenia sobie z tymi problemami.PD

lustro
Posty: 1150
Rejestracja: 02 sie 2017, 22:37
Jestem: szczęśliwą żoną
Płeć: Kobieta

Re: Zdrada i co dalej?

Post autor: lustro » 02 lip 2020, 12:37

Renegate
Kilka razy zaczynałam pisac odpowiedź ...i dobrze, że poczekałam z tym do dziś.
Wypowiedzi Nałoga oraz kluczowe w temacie - Rose, są jakims rzuceniem światła na to, co chciałam przekazać pisząc poprzedni post.

Teraz pozwole sobie na kilka słów do Renegate.

Naprawdę bardzo dobrze rozumiem, co mówisz, piszesz...czujesz i uważasz.
Te "wibracje" i we mnie sie jeszcze odzywają.
Taki ludzkie spojrzenie na doznane krzywdy i wydające sie bezwzględnie konieczne zadośćuczynienie krzywd, ran...przez męża ( w tym przypadku).
Jak ja to dobrze rozumiem. To przecież tak proste i oczywiste i ...słuszne i pradziwe?
A no własnie - z tym czy słuszne i prawdziwe mocno bym teraz dyskutowała.
Trudno zaakaceptować, że to nie tak i nie tędy droga, kiedy człowiek czuje sie bardzo zraniony. Ale kiedy emocje opadają warto spojrzeć na sytuację inaczej.

Przerzucanie odpowiedzialności za własne wnetrze i uczucia na innych - bo ma zadośćuczynić, przepraszać, starać się...to niestety spory błąd.
Inni moga wywoływac w nas emocje i odczucia, ale to co z nimi zrobimy, to juz nasza sprawa i decyzja.
Póki jestesmy jak bezwolny stateczek na falach emocji, póty uważamy, że to wina i sprawka innych.
Mozemy z naszymi emocjami zrobić wiele - strach moze nas sparalizować i rzucic do ucieczki lub zmotywować. To juz nasza decyzja.

Terapia "pro forma"?
a czemu ona ma słuzyć? zaspokojeniu ego "ofiary"?
Terapia tylko wtedy moze sie udac, jak terapeutyzowany tego chce sam dla siebie i z siebie.
Poza tym - samorozwój to nie tylko terapia.

W ten sposób nie da sie ruszyc dalej z miejsca. Bo tylko my sami mozemy tego dokonać - ani mąż, ani zona, ani nikt innych za nas tego nie moze zrobić.
I uzaleznianie wybaczenia od zachowań "krzywdziciela" jest błedne.
Bo wybaczenie jest w nas. Mozna wybaczyć komuś, z kim juz nie ma sie żadnego kontaktu, można komuś zmarłemu...bo to nasz akt płynący z wewnatrz.


Rese
4 miesiące to duzo i nieduzo.
Rose sama wie na ile potrafi,ale to, że pisze, że sama juz zaczyna widziec potrzebę wybaczenia i że jego brak szkodzi najpierw jej - to juz znaczy, że ma duzą gotowośc do póścia dalej.

Zastanawiam się nad potrzebą wyrzucenia z siebie tego, co Cię boli Rose.
Czy myslałaś moze o pisaniu pamietnika albo listów?
Zamiast rzucić to w męża, usiądź i napisz...sama tego spróbowałam i byłam mocno zaskoczona jaką to przynosi ulgę nie czyniąc szkód.
( listy do kata - to taka dobrze znana metoda pracy nad wybaczeniem - początek...ale od czegos trzeba zacząć)

contesempre
Posty: 108
Rejestracja: 08 sty 2020, 20:42
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Zdrada i co dalej?

Post autor: contesempre » 02 lip 2020, 15:50

lustro pisze:
02 lip 2020, 12:37
Czy myslałaś moze o pisaniu pamietnika albo listów?
Zamiast rzucić to w męża, usiądź i napisz...sama tego spróbowałam i byłam mocno zaskoczona jaką to przynosi ulgę nie czyniąc szkód.

Potwierdzam. Ja pracując nad sobą, swoimi emocjami, myślami itp, pisałam sobie notatki z tym co chciałabym mężowi powiedzieć. O tym jak się czuję, jak mnie potraktował, jak by sie zachował, jak ja to widziałam kiedy słowa mijały się z czynami, jak traktuje mnie jego rodzina i znajomi, jak to wszystko wpływa na mnie, moje życie, jak widzą to ludzie z mojego otoczenia bla bla bla... były to eseje :?
Dzięki Bogu, nigdy nie wysłane do męża. Czasem zaczerpnęłam z nich jakieś "złote myśli" ale koniec końców, zostały tylko notatki, może kiedyś doczekają się wyjścia na światło dzienne jeśli (bardzo nadal bym tego chciała) mąż zmieni zdanie i zechce porozmawiać od serca a nie tylko o krzywdach albo zostaną w sejfiku na zawsze ;)

renegate
Posty: 113
Rejestracja: 26 lut 2020, 4:11
Płeć: Kobieta

Re: Zdrada i co dalej?

Post autor: renegate » 02 lip 2020, 17:32

lustro pisze:
02 lip 2020, 12:37
Renegate
Kilka razy zaczynałam pisac odpowiedź ...i dobrze, że poczekałam z tym do dziś.
Wypowiedzi Nałoga oraz kluczowe w temacie - Rose, są jakims rzuceniem światła na to, co chciałam przekazać pisząc poprzedni post.

Teraz pozwole sobie na kilka słów do Renegate.

Naprawdę bardzo dobrze rozumiem, co mówisz, piszesz...czujesz i uważasz.
Te "wibracje" i we mnie sie jeszcze odzywają.
Taki ludzkie spojrzenie na doznane krzywdy i wydające sie bezwzględnie konieczne zadośćuczynienie krzywd, ran...przez męża ( w tym przypadku).
Jak ja to dobrze rozumiem. To przecież tak proste i oczywiste i ...słuszne i pradziwe?
A no własnie - z tym czy słuszne i prawdziwe mocno bym teraz dyskutowała.
Trudno zaakaceptować, że to nie tak i nie tędy droga, kiedy człowiek czuje sie bardzo zraniony. Ale kiedy emocje opadają warto spojrzeć na sytuację inaczej.

Przerzucanie odpowiedzialności za własne wnetrze i uczucia na innych - bo ma zadośćuczynić, przepraszać, starać się...to niestety spory błąd.
Inni moga wywoływac w nas emocje i odczucia, ale to co z nimi zrobimy, to juz nasza sprawa i decyzja.
Póki jestesmy jak bezwolny stateczek na falach emocji, póty uważamy, że to wina i sprawka innych.
Mozemy z naszymi emocjami zrobić wiele - strach moze nas sparalizować i rzucic do ucieczki lub zmotywować. To juz nasza decyzja.

Terapia "pro forma"?
a czemu ona ma słuzyć? zaspokojeniu ego "ofiary"?
Terapia tylko wtedy moze sie udac, jak terapeutyzowany tego chce sam dla siebie i z siebie.
Poza tym - samorozwój to nie tylko terapia.

W ten sposób nie da sie ruszyc dalej z miejsca. Bo tylko my sami mozemy tego dokonać - ani mąż, ani zona, ani nikt innych za nas tego nie moze zrobić.
I uzaleznianie wybaczenia od zachowań "krzywdziciela" jest błedne.
Bo wybaczenie jest w nas. Mozna wybaczyć komuś, z kim juz nie ma sie żadnego kontaktu, można komuś zmarłemu...bo to nasz akt płynący z wewnatrz.


Rese
4 miesiące to duzo i nieduzo.
Rose sama wie na ile potrafi,ale to, że pisze, że sama juz zaczyna widziec potrzebę wybaczenia i że jego brak szkodzi najpierw jej - to juz znaczy, że ma duzą gotowośc do póścia dalej.

Zastanawiam się nad potrzebą wyrzucenia z siebie tego, co Cię boli Rose.
Czy myslałaś moze o pisaniu pamietnika albo listów?
Zamiast rzucić to w męża, usiądź i napisz...sama tego spróbowałam i byłam mocno zaskoczona jaką to przynosi ulgę nie czyniąc szkód.
( listy do kata - to taka dobrze znana metoda pracy nad wybaczeniem - początek...ale od czegos trzeba zacząć)

Lustro, jeżeli masz trochę wolnego czasu i oczywiście ochoty, to może przeczytaj jeszcze raz mój wpis. Zapewniam Cię, że o ile dobrze zrozumiałam Twój dzisiejszy komentarz, to nie było tam tego, do czego się odniosłaś. :-)

Myślę, że problem z odczytaniem, co napisałam, polega na tym, że bierzesz mnie za osobę w kryzysie małżeńskim, która w dodatku zafiksowała się na wyrządzonych jej krzywdach. Jeśli weźmiesz pod uwagę, że nie piszę tu z tej pozycji, to może spojrzysz inaczej na moje wypowiedzi.

A co do meritum wypowiedzi moich czy Twoich...
Pisząc tutaj, staram się zrozumieć drugą osobę, to, co ona w danym momencie czuje, przeżywa, bez zblazowania, że wiele razy już to widziałam. I znam kolejne etapy czy możliwe finały.
Rose ma rozterki, i jeśli pochylimy się nad nimi, uznamy, że ma do nich prawo w tej chwili, ma prawo czuć co czuje (bo tak właśnie jest), to łatwiej usłyszy to, co dalej mamy jej do powiedzenia. Czyli to, że, aby iść do przodu nie może na dłuższą metę zapiekać się w bólu. Resztę wyczytać można w poprzednich moich postach.

Bynajmniej nigdzie nie było wspomniane, że Rose ma przerzucać odpowiedzialność za własne uczucia, emocje na innych. Jednak należy też dobrze rozumieć o czym mowa. Faktem jest, iż mąż ją zdradził i to wywołało w Rose takie a nie inne emocje, reakcję psychiczną. Nie jest cyborgiem. I zapewniam Cię, że ktoś mający ogromną siłę w sobie, poczucie własnej wartości, umiejętność życia samodzielnego i tak odbierze zdradę źle.
Idąc dalej, zbagatelizowanie tego, co się stało, przejście nad wszystkim do porządku dziennego od razu, bez wyrażenia bólu, przyjrzenia się, czy druga osoba naprawdę okazuje skruchę, byłoby tylko wyparciem oraz prawdopodobnie oznaką własnych problemów psychicznych, emocjonalnych osoby zdradzonej. Moglibyśmy mówić wtedy m.in. o współuzależnieniu od współmałżonka.

O zadośćuczynieniu napisałam, w mojej ocenie, jasno i wystarczająco, w dodatku mocno odnosząc się do sytuacji Rose.
Mogę jedynie dodać do tego, co teraz poruszyłaś, że jeszcze czym innym jest wybaczenie jako wybaczenie drugiej osobie bez jej uznania win, okazania skruchy itd. itp., a czym innym dalsze życie (także kontakt, współpraca, koegzystencja, jeśli mówilibyśmy także o innych relacjach, niż tylko małżeńskie) z tą osobą.
W przypadku małżeństwa i chęci jego kontynuacji po kryzysie, musi być i to wybaczenie, i przepracowanie tego, co się stało.
I teraz nie mylmy dwu kwestii, reakcji Rose na to, co się stało/dzieje, od samego faktu, co się stało i co do tego doprowadziło.

Pisząc o zgodzie, chociażby pro forma na terapię par, miałam na myśli dwie rzeczy. Pierwsza z nich, to podejście męża Rose. Jeśli mu zależy na żonie, małżeństwie, rodzinie i sam mówi, że nie wie, jak ma to udowodnić, to zgoda na terapię byłaby krokiem w kierunku tego udowodnienia. Mówię "chociażby pro forma", bo on może nie wierzyć w pomoc psychologa, uważać, że to nic nie warte, niepotrzebne lub nic nie da. Jednak dla żony i ratowania małżeństwa, mógłby spróbować, a najwyżej powiedzieć po takiej próbie, że on się jednak nadal w tym nie odnajduje. Czy to byłoby dobrze czy źle, to już temat do dalszych ewentualnych rozważań. Po drugie, część osób sceptycznie podchodzących do terapii, jednak zmienia zdanie, gdy spotka się z terapeutą.
Nie zawsze oczywiście tak jest, ale dla tych przypadków, gdy tak jest, warto próbować.

Jedno jest pewne i to powtarzam, już indywidualna terapia Rose sporo może wnieść dobrego. Jednak nie daje ona gwarancji na to, że Rose w pojedynkę zażegna na stałe kryzys w swoim małżeństwie. To jest praca własna nad Rose, także nad jej przypuszczeniami, co mogło doprowadzić do kryzysu, zdrady. Jednak to nie zastąpi pracy z dwoma osobami i obu osób.
Wspólna terapia daje szanse na wniknięcie, co stało za kryzysem, za działaniami męża. Bez niego to będzie tylko mniejsze lub większe gdybanie. I dalej, dotarcie do źródła problemu, przepracowanie go i wreszcie zamknięcie tego etapu, konstruktywne zamknięcie, daje szanse na uratowanie związku na stałe, na brak powtórek w przyszłości.

Mam wrażenie, że czasem mylona jest ocena indywidualnej terapii osoby, która zdradziła, czasem też porzuciła a indywidualnej terapii osoby, która została zdradzona, porzucona. Oczywiście kryzysy mają różne tło i przyczyny. Jednak patrząc przez chwilę tak najprościej, jeśli wina za kryzys czy jej ogrom leży po stornie tego współmałżonka zdradzającego, to on w pierwszej kolejności potrzebuje przyjrzeć się sobie. I bez jego pracy nad sobą, druga strona za wiele nie zrobi.
Przypominając często tu przywoływane stwierdzenie, tak jak nie można się samemu kłócić, tak i nie można samemu trwale naprawić związku.

renegate
Posty: 113
Rejestracja: 26 lut 2020, 4:11
Płeć: Kobieta

Re: Zdrada i co dalej?

Post autor: renegate » 02 lip 2020, 18:25

rose pisze:
02 lip 2020, 8:42
Lustro, Renegate dostarczyłyście mi bardzo dużo materiału do przemyśleń.

Lustro już nie raz Twoje posty stawiały mnie do pionu - choć muszę przyznać, że często pierwszą moją reakcją na Twoje słowa jest bunt. Jak to ja mam szukać swojej winy?? Przecież to on.... Ja mam mu odpuścić, nie wracać ciągle do tego co zrobił? Ale przecież on musi słuchać o tym jak mnie skrzywdził, jak skrzywdził dzieci! Powoli, na prawdę powoli zaczynam odkrywać że to wypominanie szkodzi przede wszystkim mi. Mąż ma taką przypadłość, że potrafi się odciąć od rzeczy o których nie chce myśleć ("nie myślę o tym, bo po co mam się wkurzać"). A ja? Ja nie dość, że nie potrafię się odciąć to jeszcze dokładam sobie zmartwień historiami, które powstają w mojej głowie. Kochani u mnie jest spokojniejszy czas, ale spokojnie nie oznacza szczęśliwie. Temat ciągle wraca w mojej głowie, ale póki nie poruszam tego tematu moje małżeństwo jest w miarę stabilne. Jak zacznę temat - to toniemy.
renegate pisze:
30 cze 2020, 17:10
Czy to nie jest tak, że TY masz ogromny problem?
Ten problem rzutuje na was wszystkich.
Gdybys potrafiła wybaczyć męzowi i zacząć budować wasz swiat bez wiszącego nad nim odium zranienia z przeszłości, które tkwi w Tobie, mozna by ruszcyć z miejsca. Zostawic ten ciezar i budować dobrą relcję. Dobre tu i teraz.
No i moim zdaniem tu jest klucz obecnej sytuacji. Tak ja mam problem - OLBRZYMI! Tak rzutuje on na mnie, na męża i na pewno pośrednio na dzieci. Tak gdybym wybaczyła, poszłabym do przodu. Deklarowałam się że ja wybaczyłam - no przecież pozwoliłam mężowi wrócić do domu i do mnie. Ale to nie jest wybaczenie, to była decyzja, że chce dać szansę. Teraz może już jakiś malutki odcinek procesu wybaczenia przeszłam, ale jeszcze bardzo długa droga przede mną. Jedyne co zauważam, to że nie poradzę sobie sama.

Renegate, gdybym przeczytała Twój wpis jakiś czas temu to przyklasnęłabym z radości. W końcu jest osoba która rozumie to co czuję i daje mi do tego prawo. Renegate, Twoje posty również w innych wątkach pokazują że masz olbrzymią wiedzę. Czy mogę spytać czy doświadczyłaś również kryzysu małżeńskiego? Generalnie ja się zgodzę prawie ze wszystkim co napisałaś, ale mam poczucie że będąc w takiej postawie ja nie ruszę do przodu. A chyba już powoli należałoby rozprawić się z tematem a nie tkwić w bajorku. Minęło już prawie 4 miesiące odkąd mąż zakończył romans, doliczając do tego miesiąc w ciągu którego romans trwał - mamy 5 miesięcy. Z pełną świadomością mogę powiedzieć że to było najgorsze 5 miesięcy mojego życia! Momenty kiedy nie potrafiłam wstać z łóżka, kiedy nie widziałam na oczy przez całonocne płacze, kiedy patrzyłam na łzy dzieci, które tęsknią za tata, kiedy musiałam sobie radzić z pracą z dwójką dzieci całkowicie sama. To boli, wciąż boli tak mocno że potrafi zatrzymać oddech w ciele. Ale ja CHCĘ pójść dalej, do przodu. Dostałam szansę na odbudowę małżeństwa, wierzę, że wymodliłam powrót męża - wiele ludzi zrobiłoby dużo dla takiej szansy. A ja ją mam i teraz mam ją zaprzepaścić przez moje humorki?
renegate pisze:
30 cze 2020, 17:10
Może indywidualna terapia Rose pozwoli znaleźć sposób, by mąż przemyślał jeszcze swoją odmowę. Przy czym, nie dziwmy się, że Rose tym bardziej czuje, że coś jest nie tak, jak powinno, skoro mąż odmawia wspólnej terapii. Ktoś inny zrobiłby to chociaż dla pro formy, najwyżej rezygnując, w którymś momencie.
Mam taką zgodę na terapię pro forma - ale nie chcę z tego korzystać. Nie uważam że mogłoby to przynieść dobre owoce. Mąż NIE UMIE rozmawiać na ten temat, nie jest osobą która z łatwością nawiązuje kontakty. Nie zależy mi na jego obecności na takiej terapii, a raczej na wspólnej pracy. On nie chce - ok nie naciskam już, co nie znaczy, że czasami przy większych problemach nie proponuję. Temat skonsultowany z psychologiem i tu na forum też już był omówiony.
renegate pisze:
30 cze 2020, 17:10
Przy czym, nikt nic nie odbuduje, jeśli będzie tylko przejście nad zdradą do tego porządku dziennego, bez żadnych zmian.
Mąż wycofał się z kilku rzeczy które obiecał. Bolało, ale już to przerobiłam. Ale też jestem daleka od tego żeby mówić że nie ma żadnych zmian. Zresztą ja nie miałam mu nic do zarzucenia przed kryzysem jeśli chodzi o zajmowanie się domem i dziećmi. Mieliśmy ostatnio rozmowę, ja mu mówię że po tym co się stało to oczekuje od niego "czegoś więcej", on prosi żebym sprecyzowała czego - ja na to nie potrafię odpowiedzieć. Tydzień temu - kłótnia z powodu błahostki, kończy się tym, że mąż śpi w samochodzie :oops: Na drugi dzień przychodzi z bukietem róż (choć kłótnia sprowokowana przeze mnie). Rozmawiamy. W pewnym momencie mąż zaczyna płakać! a nie jest osobą która często pokazuje łzy. Mówi, że mu zależy na nas jak jeszcze nigdy, że myśli cały czas co zrobić żebym była szczęśliwa, że on już nie ma pomysłu... On zrobił bardzo źle zdradzając i opuszczając rodzinę - ale na chwile obecną to ja nas niszczę niewybaczeniem.
renegate pisze:
30 cze 2020, 17:10
Może to też teraz w Rose powoduje lęk, że mąż zostanie z nią nie dla niej, lecz z obowiązku.
Nie mam w sobie takiego lęku. Wiem, gdzie było poczucie obowiązku mojego męża gdy odchodził! Nic go nie powstrzymało, nawet dzieci. Co więcej on to tłumaczył że to dla ich dobra. Rozmawialiśmy z mężem po jego powrocie o ciąży, nie mogę powiedzieć że była ona planowana ale na pewno nie była wielkim zaskoczeniem. Cieszę się, że jest nawet jeśli to się wydarzyło w środku kryzysu.

Uff trochę długo wyszło. Mam nadzieję, że nie brzmię jak ofiara broniąca swojego kata ;) Wiem, że to co teraz potrzebuję najbardziej to wybaczenie. Wybaczyć i pójść do przodu. Już dość zmarnowanych dni.

Na koniec prośba o radę na temat terapii. Mam dwa tematy do przepracowania: DDA i zdrada męża. W tym momencie jestem zapisana do psychologa z myślą o tym drugim. Zastanawiam się czy powinnam równolegle poszukać sobie jakiejś grupy dla DDA? Jak myślicie czy te dwie terapie jeśli będą szły równolegle nie będą z sobą kolidowały?


Rose, jakiś błąd się pojawił i zacytowało coś z nie mojego wpisu. ;-)

Rose, opacznie zrozumiałaś moją wypowiedź. Chciałam jedynie pokazać, że pochylam się nad Twoją sytuacją i rozumiem, że masz prawo do swoich odczuć, i że to zrozumiałe, że potrzebny jest Ci także czas. Natomiast zrobiłam to, nie tylko, aby potwierdzić, że nie ma w tym nic złego. Ale także po to, żebyś zobaczyła, że może warto już ruszyć dalej, skoro wszyscy uznają, że Twoje myśli i emocje są normalne. Czasem ktoś grzęźnie na jakimś etapie, ponieważ chce pokazać, przekonać innych, jak jest mu źle, że jest niezrozumiany. Zatrzymanie się w danym miejscu ma niejako dać wyraz temu bólowi i innym emocjom.

Bardzo dobrze, że widzisz, że musisz ruszyć do przodu. Tym bardziej, że macie następne wyzwanie, kolejne dziecko.
Byle tylko, nie przyśpieszyć za bardzo, czyli nie wyprzeć problemu zdrady męża, kryzysu, nie zamieść tego pod dywan. Nieprzepracowane wróci to ze zwielokrotnioną siłą.

Pisałam już w poście do Lustro, ad. terapii, także wspólnej. Oczywiście nie zmusisz do niczego męża. Ani do pójścia, ani do wytrwania na niej, ani wreszcie do wdrożenia w życie wskazówek, ustaleń w trakcie niej poczynionych, jeśli nie ma jego zgody na to. Jednak warto spróbować, jeżeli wyraziłby choć minimalne chęci. Rozwinięcie, dlaczego we wpisie powyżej, w odpowiedzi do Lustro.

Dobrze przeczytać, że widzisz zmiany w swoim mężu teraz.
Zastanowiło mnie jednak, dlaczego wspomniałaś, że przed kryzysem nie miałaś mu nic do zarzucenia w kwestii dzielenia się obowiązkami... Jaki to ma zawiązek z samym kryzysem? I z tym, co teraz mielibyście naprawić?
Terapia par w Waszym przypadku miałaby dotyczyć powodów kryzysu w małżeństwie, zdrady Twojego męża. Ustalenia, co się stało, że Twój mąż przeszedł prawdopodobnie także swój własny kryzys, który doprowadził go do szukania szczęścia poza małżeństwem. I dalej, terapia miałaby Wam pokazać, jakie zmiany w Waszej relacji należy wprowadzić, by nigdy się to już nie powtórzyło.

Napisałaś, ze nie masz lęku, że Twój mąż mógłby być z Tobą tylko z powodu poczucia obowiązku, dlatego, że wcześniej to poczucie obowiązku nie przeszkodziło Twojemu mężowi odejść. Przyznam, ale proszę nie obraź się, tylko zastanów nad tym, że to pokrętna logika. To wszystko, co się stało przecież może powodować lęk, a w zasadzie strach jeszcze większy. Już wiesz, że Twój mąż w razie następnych problemów, kryzysu, zdrady, może Was zostawić..., bo już to raz zrobił.
Bynajmniej nie mam na celu Cię straszyć. Wręcz przeciwnie... Naprawdę zachęcam do realnego spojrzenia na sytuację, przepracowania kryzysu. Inaczej zawsze z tyłu głowy będzie Ci siedziało, że może to wszystko się powtórzyć. A jeśli by się powtórzyło, nie daj Boże, to doprowadziłoby Cię to do jeszcze gorszego stanu, niż byłaś czy jesteś teraz.

Napisałaś ważną rzecz, że nie chcesz, by Twoje słowa zabrzmiały, jak wypowiadane przez ofiarę, broniącą swego kata...
Zatrzymaj się nad tym i zastanów, skąd ta obawa i wtrącenie tego w Twoim poście.

Kwestię terapii możesz omówić z psychologiem. Jednak, nie ma nic złego w dwu terapiach oddzielnych. Tym bardziej, że kryzys małżeński, a terapia DDA, to dwie różne kategorie i inne osoby mogą specjalizować się w każdej z nich. Chociaż zdarza się, że dany terapeuta może zajmować się dwoma tymi problemami. Na pewno, decydując się na osobnych terapeutów, należy poinformować każdego, w jakim się jest punkcie życia i nad czym innym jeszcze się pracuje.

Ewuryca
Posty: 224
Rejestracja: 12 maja 2019, 17:29
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Zdrada i co dalej?

Post autor: Ewuryca » 03 lip 2020, 7:34

Rose a ja może banalnie.. ale czy próbowałaś modlić się o łaskę przebaczenia? Czasem to najkrótsza droga a o niej zapominamy ;) Polecam ci nowennę rozwiązującą węzły (9 dni). Jak dla mnie działa cuda! Oczywiście modlitwa w parze nad dalszą pracą nad sobą i małżeństwem.

Kłapouszek
Posty: 90
Rejestracja: 03 gru 2019, 14:47
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Zdrada i co dalej?

Post autor: Kłapouszek » 03 lip 2020, 10:21

Rose, gratuluję dzieciątka! Zgodzę się z Ewurycą, że nowenna rozwiązująca węzły czyni cuda. Jak dobrze wiesz, ja też miałam problem z ciągłym wypominaniem mężowi tego, co zrobił. Nawet po jego wyprowadzce codziennie moje myśli wracały do niej i do niego. Przychodziły nagle, najczęściej wieczorem, gdy dzieci poszły już spać. Powodowały zdenerwowanie, płacz, ścisk w klatce piersiowej. I wtedy postanowiłam spróbować właśnie tę modlitwę. Po trzecim dniu nagle poczułam ulgę. Tego nie da się opisać- jakby nagle ktoś zabrał cały ciężar. Ta ulga trwa do dziś. Wiadomo, czasem gdy widzę męża, jeszcze coś tam do mnie przychodzi, ale zaraz odchodzi, jakbym była otoczona jakaś niewidoczną tarczą. Spróbuj, naprawdę warto. Przytulam mocno.

lustro
Posty: 1150
Rejestracja: 02 sie 2017, 22:37
Jestem: szczęśliwą żoną
Płeć: Kobieta

Re: Zdrada i co dalej?

Post autor: lustro » 03 lip 2020, 10:54

renegate pisze:
02 lip 2020, 17:32
Lustro (...)Zapewniam Cię, że o ile dobrze zrozumiałam Twój dzisiejszy komentarz, to nie było tam tego, do czego się odniosłaś. :-)
Renegate
nie wiem o czym konkretnie mowisz - mam sie domyslac :roll:
lepiej jest rozmawiac o kokretach i wskazać o co konkretnie chodzi.
Ale ponieważ ich nie podałaś, wiec odniose sie do Twojego posta tak, jak ja to widzę.

Poniżej cytaty z Ciebie, z którymi sie nie zgadzam, ponieważ warunkują wybaczenie od postawy i zachowań męża. Czyli przerzucaja odpowiedzialność na innych.
Oczywiście, że jeśli ktoś chce budować świat, np. po zdradzie, to musi przestać ciągle nią żyć. Jednak na to potrzeba czasu.
I przekonania, że druga osoba żałuje. Także z reguły czegoś, co określić można jako zadośćuczynienie.
przez niewystarczającą skruchę u męża.


Jednak musi być to wrażenie, że działanie osoby zdradzającej nie jest tylko na odczepne.


Odczucie, że ktoś zadośćuczynił, żałuje, zmienia się...jest bardzo subiektywne.
To tylko odczucie przefiltrowane przez własne chwilowe widzenie rzeczy.
To zdradliwe, bo moze byc nieprawdziwe.
Spotkałas sie kiedys ze stwierdzeniem - robie najlepiej jak potrafie
Ja pisałam o wybaczeniu, bo mam wrażenie, że z tym Rose ma najwiekszy problem. A wybaczenie nie zależy od zewnetrza.
I moim zdaniem Rose jest juz gotowa, żeby sie otrząsnąc i pojsć dalej. A co za tym idzie - popracowac nad tym, czy dobrze widzi siebie i innych.


Natomiast poniższy fragment wręcz mnie niepokoi, tym bardziej, skoro jesteś nie osoba w lub po kryzysie, ale "kims innym" - w domysle ( sądząc z Twojej wypowiedzi w kolejnym poście) terapeutą?
Jasne, że już sama terapia Rose coś może zmienić w jej, ich życiu. Ale przepracowanie kryzysu na terapii przez dwie osoby, a nawet dalej, ułożenie od nowa pewnych spraw na przyszłość, byłoby najlepszym wyjściem. Na razie oczywiście, nie ma takiej możliwości. Może indywidualna terapia Rose pozwoli znaleźć sposób, by mąż przemyślał jeszcze swoją odmowę. Przy czym, nie dziwmy się, że Rose tym bardziej czuje, że coś jest nie tak, jak powinno, skoro mąż odmawia wspólnej terapii. [/b]
Nie, terapia indywidualna Rose jest jej indywidualna terapią. Ma pracowac nad Rose a nie nad jej mężem.
To, co wytłuściłam, mam nadzieję, że jest tylko niefortunnym zdaniem, bo szczerze - to manipulacja.
I kolejne odwrócenie porzadku rzeczy z pracy nad soba Rose na wymuszenie zmiany w mężu.
I przerzucenie odpowiedzialności za siebie na innych. ( z Rose na jej męza)

Jeżeli ktoś odmawia terapii, to znaczy, że nie jest na nia gotowy.
Dla każdego psychologa, terapeuty czy innej osoby związanej z praca nad sobą, to jest oczywiste. I mówi tylko tyle, że to nie jest dobry moment na terapię, bo to nic nie da.
samorozwój jak sama nazwa wskazuje, jest SAMOrozmwojem i nie da sie tego zrobić za kogoś.
Ktoś inny zrobiłby to chociaż dla pro formy, najwyżej rezygnując, w którymś momencie.
a to juz naprawdę dla mnie szok - czyli co?
to nie są zachowania na odczepnego? dla świetego spokoju?
i gdzie w nich szczerośc, uczciwośc i szansa na budowanie dobrej relacji, skoro sie okłamuje otoczenie swoim zachowaniem?
Mąż Rose ma przynajmniej odwage powiedziec - NIE.
I to jest szczere i uczciwe i wbrew pozorom, daje sznasę duzo większą niz "pro forma" na odczepnego na faktyczną naprawę.

Pisząc o zgodzie, chociażby pro forma na terapię par, miałam na myśli dwie rzeczy. Pierwsza z nich, to podejście męża Rose. Jeśli mu zależy na żonie, małżeństwie, rodzinie i sam mówi, że nie wie, jak ma to udowodnić, to zgoda na terapię byłaby krokiem w kierunku tego udowodnienia. Mówię "chociażby pro forma", bo on może nie wierzyć w pomoc psychologa, uważać, że to nic nie warte, niepotrzebne lub nic nie da. Jednak dla żony i ratowania małżeństwa, mógłby spróbować, a najwyżej powiedzieć po takiej próbie, że on się jednak nadal w tym nie odnajduje. Czy to byłoby dobrze czy źle, to już temat do dalszych ewentualnych rozważań. Po drugie, część osób sceptycznie podchodzących do terapii, jednak zmienia zdanie, gdy spotka się z terapeutą.
Nie zawsze oczywiście tak jest, ale dla tych przypadków, gdy tak jest, warto próbować.


Sugerujesz, że dobrym rozwiązaniem jest gra pozorów i robienie komus złudzen?

Tak sie składa, że aktualnie "mam przed sobą" taka pare, gdzie mąż właśnie "pro forma" poszedł na terapię wspolną. Szkoda gadać jakie to daje efekty - po każdej sesji kolejne kłotnie, afery i awantury.
Poza tym chciałam zwrócic uwage na cos jeszcze - na sesji z terapeutą czy psychologiem, też mozna kłamać. A skoro sie poszło tam dla świetego spokoju, to tym bardziej.

I co to jest warte?


Jedno jest pewne i to powtarzam, już indywidualna terapia Rose sporo może wnieść dobrego. Jednak nie daje ona gwarancji na to, że Rose w pojedynkę zażegna na stałe kryzys w swoim małżeństwie. To jest praca własna nad Rose, także nad jej przypuszczeniami, co mogło doprowadzić do kryzysu, zdrady. Jednak to nie zastąpi pracy z dwoma osobami i obu osób.
Wspólna terapia daje szanse na wniknięcie, co stało za kryzysem, za działaniami męża. Bez niego to będzie tylko mniejsze lub większe gdybanie. I dalej, dotarcie do źródła problemu, przepracowanie go i wreszcie zamknięcie tego etapu, konstruktywne zamknięcie, daje szanse na uratowanie związku na stałe, na brak powtórek w przyszłości.


Nic nie daje gwarancji - taka prawda.
Wszystko tylko daje szansę.
I moze to jest najuczciwsze postawienie sprawy?

To jest praca własna nad Rose, także nad jej przypuszczeniami, co mogło doprowadzić do kryzysu, zdrady. Jednak to nie zastąpi pracy z dwoma osobami i obu osób.
Wspólna terapia daje szanse] na wniknięcie, co stało za kryzysem, za działaniami męża. Bez niego to będzie tylko mniejsze lub większe gdybanie.


Nie zgadzam się z takim mieszaniem terapii indywidualnej z terapią par.
Terapia indywidualna ma zajmowac sie TYLKO ta jedną osobą. Pracować nad jej wnetrzem, postrzeganiem świata, relacjami z innymi. A nie nad rozkminianiem co mąż mysli lub nie.
Uzależniasz powodzenie terapii indywidualnej od postawy męża Rose? Tak nie mozna.


Mam wrażenie, że czasem mylona jest ocena indywidualnej terapii osoby, która zdradziła, czasem też porzuciła a indywidualnej terapii osoby, która została zdradzona, porzucona. Oczywiście kryzysy mają różne tło i przyczyny. Jednak patrząc przez chwilę tak najprościej, jeśli wina za kryzys czy jej ogrom leży po stornie tego współmałżonka zdradzającego, to on w pierwszej kolejności potrzebuje przyjrzeć się sobie. I bez jego pracy nad sobą, druga strona za wiele nie zrobi.


Przepraszam, ale mam nieodparte wrażenie, że kompletnie nie rozumiesz znaczenia terapii indywidualnej.
Uważasz, że zdradzający jest wyłacznie winnym, zdradzony jest jedyna ofiarą...masz uporzadkowaną scene od pierwszego wejscia?
A nie pomyślałaś, że swiat nie jst taki prosty i czarno-biały jak napisałaś?
Jak możesz warunkowac powodzenie terapii indywidualnej od pracy nad soba osoby spoza terapii?




Dobra. nie bede wiecej pisać, bo się w końcu za bardzo rozpędzę.


[Myślę, że problem z odczytaniem, co napisałam, polega na tym, że bierzesz mnie za osobę w kryzysie małżeńskim, która w dodatku zafiksowała się na wyrządzonych jej krzywdach. Jeśli weźmiesz pod uwagę, że nie piszę tu z tej pozycji, to może spojrzysz inaczej na moje wypowiedzi.
Tak, spojrzałam na na Ciebie i Twoje wypowiedzi inaczej.
Jestes tu od lutego tego roku, do wczoraj napisałas 18 postów ( to dzis bedzie pewnie 20), ale wykazujesz sie dużą wiedzą o innych zaczerpniętą z ich historii rozciagnietej w czasie sporo sprzed lutego - choćby w watku Ukasza.
Czyli jestes tu od dawna - pod jakims innym nikiem byłaś wczesniej?
Nie ma w Twoim profilu informacji o Tobie poza tym, ze jeste kobietą. Nawet czy jesteś mężatką nie ma.
Nie piszesz nic o sobie, natomiast dajesz nauki innym.

Pisząc tutaj, staram się zrozumieć drugą osobę, to, co ona w danym momencie czuje, przeżywa, bez zblazowania, że wiele razy już to widziałam. I znam kolejne etapy czy możliwe finały.

Psychoterapueci i psychologowie przyjmują w swoich gabinetach.
Księża w konfesjonałach.
Adwokaci w kancelariach.
Na tym forum spotykaja sie równi - praktycy z praktykami.
I w tym wielka moc i wyjątkowośc tego miejsca, że tu nikt nie musi sie wczuwac w kogoś, próbować zrozumieć...bo wszyscy mają doświadczenia własne. Wiedzą, co jak smakuje, nie tylko z opowieści.
To ogromna róznica.



A tak naprawdę, to nie ma znaczenia, czy Ty przekonasz mnie, czy ja Ciebie.
Wazne, żeby pomóc Rose, na ile to mozliwe.


Rose, tak jak na dobrej terapii, została tu wsłuchana z zainteresowaniem, uwaga i zrozumieniem.
Mogła na bieżąco opowiadać, co sie dzieje w niej i wokół niej - to lepiej niz na terapii.
A kiedy juz troche okrzepła, dostała "szturchnięcie", które ma ją sprowokowac do wyjścia ze strefy komfortu.
Jak to nie pomaga, to dostanie małego kopniaka - bo tak działa to forum i jego pomocowość.
Bo pora ruszyc w dalszą drogę ku lepszej wersji siebie i lepszemu zyciu.
I stąd moze mało miłe posty, które jak widać Rose dobrze zrozumiała. Czyli - jest gotowa pójśc dalej.
Na takie ruszenie z miejsca przydają sie propozyje "na już" - modlitwa ( wszak to katolickie forum), nowenna rozwiązująca wezły, pisanie listów zamiast mowienia do męża...padnie tu na pewno ich jeszcze wiele.
I wsparcie na bieżąco, kiedy Rose go potrzebuje.


I jeszcze jedno - w kwestii dziecka.

A co do dziecka, twierdzenie, że jest to najlepszy moment jest albo niedojrzałe, albo nieszczere.


Napiszę Ci to, co napisałam Rose -Chciała bym Ci najpierw powiedzieć, że to wspaniałe, że spodziewacie sie dziecka.
To napewno jest najlepszy z mozliwych momentów na to. Przeciez Bog wie, co robi. To tylko my ciagle staramy sie wiedziec lepiej.
To cudowny dar.

rose
Posty: 93
Rejestracja: 14 mar 2020, 11:39
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Zdrada i co dalej?

Post autor: rose » 03 lip 2020, 11:36

Dziękuję Wam wszystkim za Wasze posty. Dzisiaj u mnie trochę słabszy dzień - znów odzywa się we mnie ta roszczeniowa postawa. Przebywam obecnie na zwolnieniu i jakoś nie potrafię sobie zorganizować życia w tej nowej rzeczywistości. Zdecydowanie nie radzę sobie z nadmiarem czasu a myśli mnie dobijają.
Zastanawiam się mocno nad propozycja Lustro o przelaniu swoich emocji na kartkę. Myślę że to jest dobry pomysł, martwi mnie jedynie to że ja "wybucham". Więc to nie jest tak że ja zastanawiam się przez godzinę czy poruszyć jakiś temat, zadac pytanie. Po prostu działam jak bomba.

Klapouszku dobrze Ciebie znowu czytać. W Twoim wątku cisza ale widzę że na forum od czasu do czasu dajesz o sobie znać w innych wątkach. Brzmisz bardzo spokojnie, widać że poszłaś do przodu :) Dziewczyny spróbuję z wielką nadzieja w sercu tej nowenny! Bo ja już sama ze sobą nie wytrzymuje.

lustro
Posty: 1150
Rejestracja: 02 sie 2017, 22:37
Jestem: szczęśliwą żoną
Płeć: Kobieta

Re: Zdrada i co dalej?

Post autor: lustro » 03 lip 2020, 11:53

rose pisze:
02 lip 2020, 8:42

Na koniec prośba o radę na temat terapii. Mam dwa tematy do przepracowania: DDA i zdrada męża. W tym momencie jestem zapisana do psychologa z myślą o tym drugim. Zastanawiam się czy powinnam równolegle poszukać sobie jakiejś grupy dla DDA? Jak myślicie czy te dwie terapie jeśli będą szły równolegle nie będą z sobą kolidowały?
Rose

Mysle, że jedno z drugim moze sie mocno wiązać.
Jeżeli ten aktualny psycholog jest w stanie to tak poprowadzić, żeby pracować z Tobą kompleksowo ( w sumie to tak byc powinno), to było by to najlepsze.
Moze sie okazać, że masz sporo z DDA i to powoduje naturalne dla Ciebie ( a nienaturalne i trudne dla otoczenia - w tym męża) zachowania, reakcje, sposob widzenia świata i myslenia.
Moze warto zacząc rozmowe z psychologiem od tego, że powiesz mu, że jest taka i taka sytuacja,a Ty podejrzewasz, że mozesz byc DDA?

Zrozumienie siebie i w tym kobntekscie spojrzenie na innych, moze bardzo wiele zmienić.

Powodzenia :)

lustro
Posty: 1150
Rejestracja: 02 sie 2017, 22:37
Jestem: szczęśliwą żoną
Płeć: Kobieta

Re: Zdrada i co dalej?

Post autor: lustro » 03 lip 2020, 12:45

rose pisze:
03 lip 2020, 11:36
martwi mnie jedynie to że ja "wybucham". Więc to nie jest tak że ja zastanawiam się przez godzinę czy poruszyć jakiś temat, zadac pytanie. Po prostu działam jak bomba.
Popatrz - wiesz o tym.
To juz całkiem sporo.
Skor to wiesz, to moze...nim popłyniesz czy wybuchniesz...3 zdrowaśki?
policzenie do 10
albo...powiedzenie sobie - nie, dzis zaskakuje siebie i męża i bedzie inaczej niz zawsze - obórce to w żart ...? pocąłuje go w policzek? zapytam czy chce herbaty?

pomyśl, bo rozwiązań moze byc kilka, żeby to pohamowac
a skoro masz za duzo czasu, to moze napisz sobie pierwszą stronę pamiętnika, listu...?

nałóg
Posty: 1847
Rejestracja: 30 sty 2017, 10:30
Jestem: szczęśliwym mężem
Płeć: Mężczyzna

Re: Zdrada i co dalej?

Post autor: nałóg » 03 lip 2020, 14:34

Doświadczenie ludzi z terapii podpowiada że dwie terapie jednocześnie mogą być mega trudne do udźwignięcia. Utożsamiam się z sugestiami Lustra do Rose dotyczącymi zajęcia się swoimi emocjami i (może) fobiami. DDA odciska swoje piętno na psychice , lecz nie jest to stygmat nie do usunięcia.
A mi wydaje się ,że Rose potrzebuje pomocy w poradzeniu sobie ze swoimi emocjami.....one mogą wynikać z kryzysu, lecz to Rose ma problem z ich "wentylowaniem" i przeżywaniem...z puszczeniem tych emocji, z pozwoleniem aby "przeszły" przez Rose a nie kumulowały się w balon. Balon emocji który tylko pompowany musi wybuchać, musi znaleźć ujście a nie kontrolowany wali na odlew.
lustro pisze:
03 lip 2020, 11:53
Moze sie okazać, że masz sporo z DDA i to powoduje naturalne dla Ciebie ( a nienaturalne i trudne dla otoczenia - w tym męża) zachowania, reakcje, sposob widzenia świata i myslenia.
Często właśnie tak jest.
PD

renegate
Posty: 113
Rejestracja: 26 lut 2020, 4:11
Płeć: Kobieta

Re: Zdrada i co dalej?

Post autor: renegate » 05 lip 2020, 1:48

lustro pisze:
03 lip 2020, 10:54
renegate pisze:
02 lip 2020, 17:32
Lustro (...)Zapewniam Cię, że o ile dobrze zrozumiałam Twój dzisiejszy komentarz, to nie było tam tego, do czego się odniosłaś. :-)
Renegate
nie wiem o czym konkretnie mowisz - mam sie domyslac :roll:
lepiej jest rozmawiac o kokretach i wskazać o co konkretnie chodzi.
Ale ponieważ ich nie podałaś, wiec odniose sie do Twojego posta tak, jak ja to widzę.

Poniżej cytaty z Ciebie, z którymi sie nie zgadzam, ponieważ warunkują wybaczenie od postawy i zachowań męża. Czyli przerzucaja odpowiedzialność na innych.
Oczywiście, że jeśli ktoś chce budować świat, np. po zdradzie, to musi przestać ciągle nią żyć. Jednak na to potrzeba czasu.
I przekonania, że druga osoba żałuje. Także z reguły czegoś, co określić można jako zadośćuczynienie.
przez niewystarczającą skruchę u męża.


Jednak musi być to wrażenie, że działanie osoby zdradzającej nie jest tylko na odczepne.


Odczucie, że ktoś zadośćuczynił, żałuje, zmienia się...jest bardzo subiektywne.
To tylko odczucie przefiltrowane przez własne chwilowe widzenie rzeczy.
To zdradliwe, bo moze byc nieprawdziwe.
Spotkałas sie kiedys ze stwierdzeniem - robie najlepiej jak potrafie
Ja pisałam o wybaczeniu, bo mam wrażenie, że z tym Rose ma najwiekszy problem. A wybaczenie nie zależy od zewnetrza.
I moim zdaniem Rose jest juz gotowa, żeby sie otrząsnąc i pojsć dalej. A co za tym idzie - popracowac nad tym, czy dobrze widzi siebie i innych.


Natomiast poniższy fragment wręcz mnie niepokoi, tym bardziej, skoro jesteś nie osoba w lub po kryzysie, ale "kims innym" - w domysle ( sądząc z Twojej wypowiedzi w kolejnym poście) terapeutą?
Jasne, że już sama terapia Rose coś może zmienić w jej, ich życiu. Ale przepracowanie kryzysu na terapii przez dwie osoby, a nawet dalej, ułożenie od nowa pewnych spraw na przyszłość, byłoby najlepszym wyjściem. Na razie oczywiście, nie ma takiej możliwości. Może indywidualna terapia Rose pozwoli znaleźć sposób, by mąż przemyślał jeszcze swoją odmowę. Przy czym, nie dziwmy się, że Rose tym bardziej czuje, że coś jest nie tak, jak powinno, skoro mąż odmawia wspólnej terapii. [/b]
Nie, terapia indywidualna Rose jest jej indywidualna terapią. Ma pracowac nad Rose a nie nad jej mężem.
To, co wytłuściłam, mam nadzieję, że jest tylko niefortunnym zdaniem, bo szczerze - to manipulacja.
I kolejne odwrócenie porzadku rzeczy z pracy nad soba Rose na wymuszenie zmiany w mężu.
I przerzucenie odpowiedzialności za siebie na innych. ( z Rose na jej męza)

Jeżeli ktoś odmawia terapii, to znaczy, że nie jest na nia gotowy.
Dla każdego psychologa, terapeuty czy innej osoby związanej z praca nad sobą, to jest oczywiste. I mówi tylko tyle, że to nie jest dobry moment na terapię, bo to nic nie da.
samorozwój jak sama nazwa wskazuje, jest SAMOrozmwojem i nie da sie tego zrobić za kogoś.
Ktoś inny zrobiłby to chociaż dla pro formy, najwyżej rezygnując, w którymś momencie.
a to juz naprawdę dla mnie szok - czyli co?
to nie są zachowania na odczepnego? dla świetego spokoju?
i gdzie w nich szczerośc, uczciwośc i szansa na budowanie dobrej relacji, skoro sie okłamuje otoczenie swoim zachowaniem?
Mąż Rose ma przynajmniej odwage powiedziec - NIE.
I to jest szczere i uczciwe i wbrew pozorom, daje sznasę duzo większą niz "pro forma" na odczepnego na faktyczną naprawę.

Pisząc o zgodzie, chociażby pro forma na terapię par, miałam na myśli dwie rzeczy. Pierwsza z nich, to podejście męża Rose. Jeśli mu zależy na żonie, małżeństwie, rodzinie i sam mówi, że nie wie, jak ma to udowodnić, to zgoda na terapię byłaby krokiem w kierunku tego udowodnienia. Mówię "chociażby pro forma", bo on może nie wierzyć w pomoc psychologa, uważać, że to nic nie warte, niepotrzebne lub nic nie da. Jednak dla żony i ratowania małżeństwa, mógłby spróbować, a najwyżej powiedzieć po takiej próbie, że on się jednak nadal w tym nie odnajduje. Czy to byłoby dobrze czy źle, to już temat do dalszych ewentualnych rozważań. Po drugie, część osób sceptycznie podchodzących do terapii, jednak zmienia zdanie, gdy spotka się z terapeutą.
Nie zawsze oczywiście tak jest, ale dla tych przypadków, gdy tak jest, warto próbować.


Sugerujesz, że dobrym rozwiązaniem jest gra pozorów i robienie komus złudzen?

Tak sie składa, że aktualnie "mam przed sobą" taka pare, gdzie mąż właśnie "pro forma" poszedł na terapię wspolną. Szkoda gadać jakie to daje efekty - po każdej sesji kolejne kłotnie, afery i awantury.
Poza tym chciałam zwrócic uwage na cos jeszcze - na sesji z terapeutą czy psychologiem, też mozna kłamać. A skoro sie poszło tam dla świetego spokoju, to tym bardziej.

I co to jest warte?


Jedno jest pewne i to powtarzam, już indywidualna terapia Rose sporo może wnieść dobrego. Jednak nie daje ona gwarancji na to, że Rose w pojedynkę zażegna na stałe kryzys w swoim małżeństwie. To jest praca własna nad Rose, także nad jej przypuszczeniami, co mogło doprowadzić do kryzysu, zdrady. Jednak to nie zastąpi pracy z dwoma osobami i obu osób.
Wspólna terapia daje szanse na wniknięcie, co stało za kryzysem, za działaniami męża. Bez niego to będzie tylko mniejsze lub większe gdybanie. I dalej, dotarcie do źródła problemu, przepracowanie go i wreszcie zamknięcie tego etapu, konstruktywne zamknięcie, daje szanse na uratowanie związku na stałe, na brak powtórek w przyszłości.


Nic nie daje gwarancji - taka prawda.
Wszystko tylko daje szansę.
I moze to jest najuczciwsze postawienie sprawy?

To jest praca własna nad Rose, także nad jej przypuszczeniami, co mogło doprowadzić do kryzysu, zdrady. Jednak to nie zastąpi pracy z dwoma osobami i obu osób.
Wspólna terapia daje szanse] na wniknięcie, co stało za kryzysem, za działaniami męża. Bez niego to będzie tylko mniejsze lub większe gdybanie.


Nie zgadzam się z takim mieszaniem terapii indywidualnej z terapią par.
Terapia indywidualna ma zajmowac sie TYLKO ta jedną osobą. Pracować nad jej wnetrzem, postrzeganiem świata, relacjami z innymi. A nie nad rozkminianiem co mąż mysli lub nie.
Uzależniasz powodzenie terapii indywidualnej od postawy męża Rose? Tak nie mozna.


Mam wrażenie, że czasem mylona jest ocena indywidualnej terapii osoby, która zdradziła, czasem też porzuciła a indywidualnej terapii osoby, która została zdradzona, porzucona. Oczywiście kryzysy mają różne tło i przyczyny. Jednak patrząc przez chwilę tak najprościej, jeśli wina za kryzys czy jej ogrom leży po stornie tego współmałżonka zdradzającego, to on w pierwszej kolejności potrzebuje przyjrzeć się sobie. I bez jego pracy nad sobą, druga strona za wiele nie zrobi.


Przepraszam, ale mam nieodparte wrażenie, że kompletnie nie rozumiesz znaczenia terapii indywidualnej.
Uważasz, że zdradzający jest wyłacznie winnym, zdradzony jest jedyna ofiarą...masz uporzadkowaną scene od pierwszego wejscia?
A nie pomyślałaś, że swiat nie jst taki prosty i czarno-biały jak napisałaś?
Jak możesz warunkowac powodzenie terapii indywidualnej od pracy nad soba osoby spoza terapii?




Dobra. nie bede wiecej pisać, bo się w końcu za bardzo rozpędzę.


[Myślę, że problem z odczytaniem, co napisałam, polega na tym, że bierzesz mnie za osobę w kryzysie małżeńskim, która w dodatku zafiksowała się na wyrządzonych jej krzywdach. Jeśli weźmiesz pod uwagę, że nie piszę tu z tej pozycji, to może spojrzysz inaczej na moje wypowiedzi.
Tak, spojrzałam na na Ciebie i Twoje wypowiedzi inaczej.
Jestes tu od lutego tego roku, do wczoraj napisałas 18 postów ( to dzis bedzie pewnie 20), ale wykazujesz sie dużą wiedzą o innych zaczerpniętą z ich historii rozciagnietej w czasie sporo sprzed lutego - choćby w watku Ukasza.
Czyli jestes tu od dawna - pod jakims innym nikiem byłaś wczesniej?
Nie ma w Twoim profilu informacji o Tobie poza tym, ze jeste kobietą. Nawet czy jesteś mężatką nie ma.
Nie piszesz nic o sobie, natomiast dajesz nauki innym.

Pisząc tutaj, staram się zrozumieć drugą osobę, to, co ona w danym momencie czuje, przeżywa, bez zblazowania, że wiele razy już to widziałam. I znam kolejne etapy czy możliwe finały.

Psychoterapueci i psychologowie przyjmują w swoich gabinetach.
Księża w konfesjonałach.
Adwokaci w kancelariach.
Na tym forum spotykaja sie równi - praktycy z praktykami.
I w tym wielka moc i wyjątkowośc tego miejsca, że tu nikt nie musi sie wczuwac w kogoś, próbować zrozumieć...bo wszyscy mają doświadczenia własne. Wiedzą, co jak smakuje, nie tylko z opowieści.
To ogromna róznica.



A tak naprawdę, to nie ma znaczenia, czy Ty przekonasz mnie, czy ja Ciebie.
Wazne, żeby pomóc Rose, na ile to mozliwe.


Rose, tak jak na dobrej terapii, została tu wsłuchana z zainteresowaniem, uwaga i zrozumieniem.
Mogła na bieżąco opowiadać, co sie dzieje w niej i wokół niej - to lepiej niz na terapii.
A kiedy juz troche okrzepła, dostała "szturchnięcie", które ma ją sprowokowac do wyjścia ze strefy komfortu.
Jak to nie pomaga, to dostanie małego kopniaka - bo tak działa to forum i jego pomocowość.
Bo pora ruszyc w dalszą drogę ku lepszej wersji siebie i lepszemu zyciu.
I stąd moze mało miłe posty, które jak widać Rose dobrze zrozumiała. Czyli - jest gotowa pójśc dalej.
Na takie ruszenie z miejsca przydają sie propozyje "na już" - modlitwa ( wszak to katolickie forum), nowenna rozwiązująca wezły, pisanie listów zamiast mowienia do męża...padnie tu na pewno ich jeszcze wiele.
I wsparcie na bieżąco, kiedy Rose go potrzebuje.


I jeszcze jedno - w kwestii dziecka.

A co do dziecka, twierdzenie, że jest to najlepszy moment jest albo niedojrzałe, albo nieszczere.


Napiszę Ci to, co napisałam Rose -Chciała bym Ci najpierw powiedzieć, że to wspaniałe, że spodziewacie sie dziecka.
To napewno jest najlepszy z mozliwych momentów na to. Przeciez Bog wie, co robi. To tylko my ciagle staramy sie wiedziec lepiej.
To cudowny dar.


Lustro, z jakichś względów starasz się to, co piszę, jak i moją osobę zdyskredytować.
Owszem, znalazłaś czas, ale nie na dokładne wczytanie się w to, co piszę. Tylko na sprawdzenie mojego profilu, aktywności na forum, prześledzenie innych moich wpisów, zgadywanie, kim jestem, czym się zajmuję, jaki jest mój stan cywilny, co robię w wolnych chwilach. Także na to, by wyrwać z kontekstu moje wypowiedzi. I dostosować je do dawno przyjętej tezy, co sama wyraźnie napisałaś wcześniej. Oczywiście równocześnie zarzucając mi manipulację.
Z jakiego powodu? Oczywiście mogę się domyślać.
Jednak jest może jeszcze inny... Składając wszystko w całość, może po prostu jesteś osobą, nie która została zdradzona czy porzucona, tylko to Ty zdradziłaś?
Wtedy byłoby wyjaśnienie, dlaczego tak bronisz osób, które zdradziły swego współmałżonka, które nie mają ochoty na terapię, chcą szybkiego zamknięcia sprawy romansu, kryzysu w związku.

Pavel
Posty: 2859
Rejestracja: 03 sty 2017, 21:13
Jestem: już po kryzysie
Płeć: Mężczyzna

Re: Zdrada i co dalej?

Post autor: Pavel » 06 lip 2020, 2:52

Nie zgadzam się z tym co napisałaś renegate.
Nie, żebym się wcielał w rolę adwokata lustro, po tylu bombardowaniach na forum których doświadczyła, da sobie radę sama ;)
Historia lustro jest tu znana, deprecjonowanie tego co pisze ze względu na jej historię jest wg mnie niefajne, zwłaszcza przez osobę która jednak się nam nie przedstawiła i nie wiemy o niej niemal nic.
To co pisze lustro może nie jest tu Na forum często popularne, ale pomogła tym wielu osobom, w tym mnie.
Wg mnie to co Powyżej napisałaś i jak to napisałaś nosi zdecydowanie znamiona manipulacji - przerzucanie uwagi na inny obszar.
A można było się po prostu merytorycznie do postu lustro ustosunkować.

Lustro napisała jednak konkretnie, wyciągając z twych postów fragmenty które są I wg mnie przynajmniej kontrowersyjne (chociaż właściwszym byłoby określenie nieprawdziwe, bowiem choćby moje osobiste doświadczenie mówi, że można inaczej niż piszesz).

Ja byłem osobą zdradzoną, Bogu dzięki udało się nasze małżeństwo uratować. To łączy nasze historie - to co opisuje lustro zadziałało i u mnie: na mnie i na moje małżeństwo.
Zanim Lustro napisała swój post, podobną treść oraz podobne zastrzeżenia do tego Co opisała lustro miałem i ja i nawet napisałem post (ale finalnie skasowałem).
Nie dlatego, że zdradzałem, czy nie miałem ochoty na terapię bądź je deprecjonuje. Bo jest dokładnie odwrotnie.
Nie zawarłem tam jedynie części dotyczącej personalnie ciebie, aczkolwiek również lubię wiedzieć z kim mam do czynienia ;) No, ale to w wolności.

Skasowałem, choć napisany przeze mnie post był długi i nieco mi czasu na pisanie jego zeszło, nie chciałem bowiem wytykać ci czegoś co zarzucasz innym i prowadzić niezwiązanych bezpośrednio z wątkiem dysput w wątku pomocowym konkretnej użytkowniczki.

Jako, że to jest główny cel mego wpisu - podzielenie się swoim doświadczeniem z Rose, napiszę jak było u nas.

Żona, gdy postanowiła spróbować wrócić do bycia żoną, również nie wyrażała ani skruchy, ani chęci terapii (zarówno wspólnej jak i Indywidualnej). Zadośćuczynienie (jakieś) miało polegać na tym, że postanowiła wrócić - bez obietnic, warunków i deklaracji. I dopiero po dwóch latach od powrotu wyjawiła co tam konkretnie nawywijała (a i to nie z szczerości i uczciwości, a dlatego że brzemię zbyt ciążyło).
Na tym etapie nawet specjalnie o to nie zabiegałem, wiedziałem bowiem, że żona i jej praca nad sobą to nie jest obszar na który mam bezpośredni wpływ.
Ja zajmowałem się sobą i swoimi zmianami. Żona po jakimś czasie również, po swojemu, ruszyła ale był to efekt „uboczny” mojej pracy nad sobą.
Przykład, nie wykład oraz uszanowanie jej wolności.

Zgadzam się z lustro również w kwestii wybaczenia - nie ma konieczności warunkowania tego czynnikami zewnętrznymi - to własna decyzja i konkretna praca włożona w ten proces.
Kluczem jest wg mnie praca nad sobą, posprzątanie swego bałaganu i własna postawa.
I warto na tym się skupić zamiast oglądać się na to co robią bądź czego nie robią inni.

Jeśli chodzi o maleństwo - z jednej strony faktycznie wygląda to na mało odpowiedzialne.
Znam z autopsji - z 4 miesiące po powrocie żona rownież poczęła. Z punktu widzenia rozwagi - za wcześnie, nawet nie zaczęliśmy na dobre sprzątać bałaganu po kryzysie.
A tu nowe życie w drodze. Przecież Jakieś pół roku wcześniej panikowałem, że będę skazany na bycie weekendowym ojcem na 1/10 etatu.
Bóg ze wszystkiego potrafi wyprowadzić dobro, więc ja oczywiście przyjąłem tę informację z radością. Uwielbiam dzieci, zwłaszcza swoje ;).
Nazwaliśmy go „dar od Boga” i faktycznie był i jest wielkim darem. Zarówno dla nas, małżeństwa i rodziny. To maleństwo było jeszcze większym czynnikiem motywującym do pracy nad sobą i relacją. Za niedługo skończy 3 latka.
"Bóg nie działa poza wolą człowieka i poza jego wysiłkiem.(...) Założenie, że jeśli się pomodlimy, to będzie dobrze, jest już wiarą w magię." ks. dr. Grzegorz Strzelczyk

lustro
Posty: 1150
Rejestracja: 02 sie 2017, 22:37
Jestem: szczęśliwą żoną
Płeć: Kobieta

Re: Zdrada i co dalej?

Post autor: lustro » 06 lip 2020, 12:18

renegate pisze:
05 lip 2020, 1:48
renegate pisze:
05 lip 2020, 1:48
Lustro (...)Zapewniam Cię, że o ile dobrze zrozumiałam Twój dzisiejszy komentarz, to nie było tam tego, do czego się odniosłaś. :-)

lustro pisze:
05 lip 2020, 1:48
Renegate
nie wiem o czym konkretnie mowisz - mam sie domyslac :roll:
lepiej jest rozmawiac o kokretach i wskazać o co konkretnie chodzi.
Ale ponieważ ich nie podałaś, wiec odniose sie do Twojego posta tak, jak ja to widzę.

Poniżej cytaty z Ciebie, z którymi sie nie zgadzam, ponieważ warunkują wybaczenie od postawy i zachowań męża. Czyli przerzucaja odpowiedzialność na innych.

renegate pisze:
05 lip 2020, 1:48
Lustro, z jakichś względów starasz się to, co piszę, jak i moją osobę zdyskredytować.
(...)
Także na to, by wyrwać z kontekstu moje wypowiedzi. I dostosować je do dawno przyjętej tezy, co sama wyraźnie napisałaś wcześniej. Oczywiście równocześnie zarzucając mi manipulację.
Renegat
Staram sie tylko rzetelnie odpowiedziec Tobie opierając się na Twoich słowach zacytowwanych i tym, jak ja to rozumiem.
Cytowanie ma top do siebie, że sa to feragmenty wyjęte z tekstu.
Staram się zawsze, choc pewnie nie zawsze mi to wychodzi, rozmawiac o konkretach.
Postaraj się także to zrobić - bedzie nam łatwiej sie porozumieć.
renegate pisze:
05 lip 2020, 1:48
Owszem, znalazłaś czas, ale nie na dokładne wczytanie się w to, co piszę.
Nie wiem dlaczego po raz kolejny zarzucasz mi brak wczytywania sie w Ciebie i zrozumienia.
Zapewniema Cię, że wczytuje sie w to co piszesz i staram zrozunmieć Twoj tok myslenia i intencje.
Niestety, im głebiej w to wchodzę, tym wiekszą budzi to we mnie niezgodę.
renegate pisze:
05 lip 2020, 1:48
Tylko na sprawdzenie mojego profilu, aktywności na forum, prześledzenie innych moich wpisów, zgadywanie, kim jestem, czym się zajmuję, jaki jest mój stan cywilny, co robię w wolnych chwilach.
Z tym, co robisz w wolnych chwilach, to juz ciut przesadziłas :lol:

Tak, sprawdziła, "kim jesteś", bo sama tego oczekiwałaś ode mnie pisząc :
renegate pisze:
05 lip 2020, 1:48
Myślę, że problem z odczytaniem, co napisałam, polega na tym, że bierzesz mnie za osobę w kryzysie małżeńskim, która w dodatku zafiksowała się na wyrządzonych jej krzywdach. Jeśli weźmiesz pod uwagę, że nie piszę tu z tej pozycji, to może spojrzysz inaczej na moje wypowiedzi.
To ma znaczenie z kim się rozmawia.
W dobrym tonie jest także jakies "przedstawienie siebie" - co zdecydowana większosć użytkowników tego forum robi.
Ale, jak napisał Pavel - w wolności.

renegate pisze:
05 lip 2020, 1:48
Z jakiego powodu? Oczywiście mogę się domyślać.
żebys nie musiała się domyslac, to staram się rzetelnie odpowiedzieć na Twoje posty
renegate pisze:
05 lip 2020, 1:48
Jednak jest może jeszcze inny... Składając wszystko w całość, może po prostu jesteś osobą, nie która została zdradzona czy porzucona, tylko to Ty zdradziłaś?
W przeciwieństwie do mnie i tego, że ja nie wiem kim jesteś - Ty wiesz kim ja jestem.
To nie takie trudne dowiedziec się tego.
Nie jestem porzuconym i zdradzonym ( w potocznym tego słowa znaczeniu) współmałzonkiem, tylko "druga stroną medalu". Czyli powszechnie tu tytułowanym "zdradzaczem".

renegate pisze:
05 lip 2020, 1:48
Wtedy byłoby wyjaśnienie, dlaczego tak bronisz osób, które zdradziły swego współmałżonka, które nie mają ochoty na terapię, chcą szybkiego zamknięcia sprawy romansu, kryzysu w związku.
[/quote]

No, i tu sie nie zgodzę.
Bronie tu kogoś? W którym miejscu?
(To bardzo powierzchnowne spojrzenie z Twojej strony, wiec wnisokuje, że jednak nie jestes terapeutą).

To, że piszę jak wygląda swiat z punktu widzenia zdradzającego/porzucającego nie znaczy, że kogos bronię.
Pisanie, że słońce zachodzi(, bo robi sie noc).
Ze ktos płacze(, bo czuje ból).
Że ktoś nie przeprosi (, bo sam czuje sie skrzywdzony i oczekuje przeprosin).
Lub, że ktoś nie zgodzic sie pójść na terapię, (bo ma prawo).
.......To nie jest obrona tylko opisywanie zjawisk.
Oczywiście mozna nie przyjmowac tego do wiadomości, ale to nie zmienia tych zjawisk ani na jotę.
Czy nie jest lepiej, kiedy rozumiemy, że tak coś sie dzieje, bo taka tego natura?

Mąż Rose, jak i wielu ludzi w w podobnej sytuacji ( w tym kiedys ja) - nie zgadza się na pójście na terapię.
Ma do tego prawo.

Czy to dobrze czy źle? To tylko subiektywna ocena.
Ważne jest zjawisko - ktos odmawia i ma do tego prawo.
A dlaczego ?
to już jest opis bardziej szczególowy :
moze nie jest gotowy, moze nie czuje potrzeby, moze pracuje nad soba inaczej, moze chce być w tym szczery i uczciwy,moze sam potrzebuje to w sobie najpierw ułozyć, a moze ma na dziś "wywalone"...tych "moze" jest sporo. One pomagają odpowiedziec na pytanie - dlaczego?
Nadal bez oceny , czy to dobrze, czy źle.
I bez obrony.

Rozumienie świata pomaga.

To, że piszę, jak wyglada świat od drugiej strony ma na celu pomóc zrozumieć, co sie dzieje.
I ustawić siebie i swoje działania, do takiego stanu rzeczy.
Bez dodatkowego bólu, rozdarcia, marnowania energii i czasu.
Bez prób wpływania na innych ( manipulacji) i oczekiwania, że ktos ma zrobić tak a nie inaczej.
To bardzo trudna sztuka, sama mam z tym ogromny problem.
Ale myślę, że lepiej byc swiadomym uczestnikiem zycia i starać sie wyprowadzać dobro z trudnych nawet sytuacji, niz zyc roszczeniami i iluzją.




I znowu wyszedł elaborat - za co przeopraszam.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości