Opieka nad dzieckiem pozamałżeńskim

Kryzys miłości małżeńskiej to dramatyczny kryzys ich miłości rodzicielskiej

Moderator: Moderatorzy

Magnolia

Re: Opieka nad dzieckiem pozamałżeńskim

Post autor: Magnolia » 06 lis 2017, 13:09

Czytałam Faustyno post Małej, napisałam do Niej maila na priv:
Mała, bardzo mi przykro. Wierzę, że jesteś przygnieciona tym wszystkim. Będę z Tobą w modlitwie.

Jedno jeszcze chciałam Ci przekazać: Bóg Cię teraz bardzo kocha i pochyla się nad Tobą. Chce otoczyć Cie opieką i wsparciem jakiego nie da Ci żaden człowiek. Bóg ma Siłę i Moc by nieść ten krzyż za Ciebie. Oddaj wszystko co masz w sercu Jezusowi.
Czujesz się ukrzyżowana, prawda? Jezus czuje to samo.

To co ja robię w takich chwilach, głębokiego cierpienia, to kładę się krzyżem przed Bogiem i w pokorze proszę by mi pomógł nieść mój krzyż.

Z Bogiem, Mała, odwagi.
Żyj najbliższą godziną, a nie całą przyszłością.

Faustyna
Posty: 237
Rejestracja: 04 maja 2017, 10:38
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Opieka nad dzieckiem pozamałżeńskim

Post autor: Faustyna » 06 lis 2017, 14:52

Magnolio,
Rozumiem twoje słowa wsparcia dla Małej.
Pytania zadałam Wam jednak, nie w wątku Małej, ale w "opieka nad dzieckiem pozamałżeńskim".
Ciekawa jestem co na ten temat myślicie na danym konkretnym przykładzie?

Magnolia

Re: Opieka nad dzieckiem pozamałżeńskim

Post autor: Magnolia » 06 lis 2017, 15:53

Faustyno, ja za siebie odpowiedziałam.
Rozumiem nawet Twoją złość zawartą w tych pytaniach, ale chyba nie ja postawiłam Małą w tak trudnej sytuacji.

Napisałam także wyżej, że żaden człowiek nie pomoże Jej tak jak Jezus, że nikt nie wesprze Małej tak jak Jezus.

A zapytam, Faustyno czy czytałaś dzisiejsze świadectwo Ozeasza w wątku Osobista relacja z Bogiem.?
ozeasz pisze:
06 lis 2017, 10:50
podzielę się tym co dzieje się w moim życiu dziś .
Dziś przed Eucharystią dostałem wiadomość przez Messengera od człowieka który przeprasza i prosi o przebaczenie za to co było między nim a moją żoną .
Bywało tak że oddawałem Go Bogu nawet wtedy gdy to się działo ,od tego całego incydentu minęło ok. 7 lat , ze względu na Jezusa Chrystusa przebaczyłem temu człowiekowi już dawno temu , modliłem się nieraz za niego i innych z którymi mnie żona zdradzała .
Jego gest wziął się z tego jak pisze ,że oddał życie Jezusowi miesiąc temu .
Dla mnie jest to dowód na istnienie czegoś ,czego do końca nie ogarniam, Bożej miłości i Jego dróg ,ale jak pisze Izajasz :
Ozeasz okazał miłość do nieprzyjaciół, modlił się za kochanków swojej żony. I dziś tak na to odpowiedział Jezus.

Faustyna
Posty: 237
Rejestracja: 04 maja 2017, 10:38
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Opieka nad dzieckiem pozamałżeńskim

Post autor: Faustyna » 06 lis 2017, 16:55

Magnolio,
Jaką złość? Chyba źle mnie odebralaś?
Jestem tylko ciekawa jak myślą osoby, które nie były zdradzone? Co poradziłyby teraz Małej i jej dzieciom, w kwestii opieki nad dziećmi pozamałżeńskimi? Czy potrafią sie wczuć w bieżącą konkretną sytuację?

moc nadziei2
Posty: 1
Rejestracja: 18 kwie 2018, 8:00
Jestem: w związku niesakramentalnym
Płeć: Kobieta

Re: Opieka nad dzieckiem pozamałżeńskim

Post autor: moc nadziei2 » 17 wrz 2021, 11:43

Chciałam się podzielić swoimi odczuciami w temacie.
Choć osobiście jestem już po rozwodzie i w dodatku w związku niesakramentalnym, to mam na dziś szersze spojrzenie na temat dzieci w tych komplikacjach.

Na początku gdy w moim małżeństwie sakramentalnym, gdzie wychowywaliśmy dwoje dzieci w wieku wczesnoszkolnym, pojawiła się zdrada a w ślad za nią dziecko pozamałżeńskie, widziałam to jako tragedię. Moją, dzieci, rodziny.
Wiadomo, że przemawiały przeze mnie silne emocje. To koniec świata, dno rozpaczy, poczucie pułapki - wie ten, kto przechodził.
Tumult sprzecznych odczuć: dziecko jest niewinne, dziecko to dar, nowy człowiek i radość, więc dlaczego ja płaczę całą noc, dlaczego szlocham na ulicy widząc obcą kobietę w ciąży, dlaczego wydaje mi się, że poczęcie tego dziecka to wyrok na naszą rodzinę?
Takie były początki.

Potem były próby odratowania małżeństwa i rodziny. Decyzja powrotu męża. Rozmowy o opiece. Moja zgoda na jego regularne i częste kontakty z maleńkim dzieckiem, nasze uzgodnienia, że to będzie dotyczyć tylko dziecka. Potem jednak mój mąż złamał uzgodnienia i ostatecznie wybrał tamten związek.

Ja wtedy rozumiałam - i dalej rozumiem -jego prawo i obowiązek jako ojca do budowania więzi także z tamtym dzieckiem, oraz prawo dziecka do tego by mieć i znać i kochać ojca.

Jednocześnie wszystko we mnie płakało na myśl o naszych dzieciach, o ich porzuceniu przez tatę na rzecz tamtego.
Mąż był autentycznie rozdarty - jako ojciec - i bezradny wskutek ogromu konsekwencji swojego błędu. Miotał się. Ale zawsze twierdził, ze zrobi wszystko by dzieci nie straciły ojca - nasze dzieci. Ale i tamto dziecko chce traktować na równi. I że dzieci są dla niego ważniejsze niż relacje z matkami tych dzieci. I że najlepiej się będzie czuł będąc sam, nie żyjąc z żadną z matek a będąc ojcem dla całej trójki najlepszym jak to możliwe w tej sytuacji.
Mnie wtedy się to wydawało absurdem, pustosłowiem, myśleniem życzeniowym. Lub kolejnym kłamstwem. Wtedy jeszcze we wszystkich moich ocenach górowało zranione ego.

Dziś mija 8 lat od tych wydarzeń.
Mojemu mężowi sakramentalnemu udało się zrealizować ten plan. Miał rację.
Jest sam i poświęca maksymalnie dużo czasu relacjom z dziećmi. Na miarę sytuacji i możliwości.

Pozostały stare problemy, jak m.in. podejście do alimentów: nie otrzymuję ich. Naszym dzieciom codzienne potrzeby bytowe zapewnia obecnie mój nowy małżonek niesakramentalny. Oboje nie bardzo wierzymy, że jakieś płatności kiedyś nadejdą. Ale - kto wie.

Także "piniędzy ni ma i nie będzie", cytując klasyka, ale za to jest relacja - ojca z dziećmi.
Cóż, relacja jest bardzo ważna.
Nie można mieć wszystkiego. Doceniam to co jest. Ale moja sytuacja bytowa pozwala na to, pozwala na wycofanie się z walki o płatności. Czekam na te mityczne alimenty, bo mogę czekać. Nie każdy może.

Dostrzegam wartość tej relacji, widzę jakie to ma ogromne znaczenie dla dzieci i bardzo to doceniam. Komunikuję również moje pozytywne odczucia i ułatwiam kontakt naszych dzieci z nim na tyle ile tylko mogę.
Nasze dzieci budują też relację z dzieckiem męża - czyli swoim przyrodnim rodzeństwem. Jestem z tym od dawna pogodzona.

Działanie i postawę mojego męża sakramentalnego zaczęła doceniać nawet część mojej rodziny, choć jak się łatwo domyślić, akcje mojego męża stały tam bardzo bardzo niziutko. Teraz to się powolutku zmienia.

Potrzeba było wielu lat.

Ja osobiście znów poczułam, że pokora to jest coś czego uczę się całe życie. I nigdy nie dość nauki.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość