Wytwać w tęksnocie, żalu i bólu. Przepraszam, muszę się wypisać.

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

milenka
Posty: 20
Rejestracja: 26 lis 2017, 23:54
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Wytwać w tęksnocie, żalu i bólu. Przepraszam, muszę się wypisać.

Post autor: milenka » 22 wrz 2019, 1:53

Życzę wytrwałości i dużo spokoju. Od stycznia jestem po rozwodzie(obrzydliwe slowo). Z mężem nie mieszkam od ponad dwóch lat. Odszedł, bo też się wypalił w stosunku do mnie. Niestety miłość, która przed Bogiem przysięgał mi - ulokował w "kowalskiej". Spotykamy się regularnie co dwa tygodnie ze względu na dzieci ( chlopcy 4 i 5 lat). Choć dużo czasu minęło nadal mam "motyle w brzuchu", których nie mogę i nie chce mu pokazać. Chce być stanowcza. Jego decyzją było odejście i musi ponieść tego konsekwencje. To już ponad dwa lata, ale nadal boli. Wzięłam się za siebie. Dzieci zaprowadzam do przedszkola, sama poszłam do pracy. Pracuje ponad rok i jestem zadowolona. Skupiam się na sobie i dzieciach. Nie myśląc ciągle o mężu. Gdzie jest? Co robi? Czy jest zdrowy? Albo Czy kowalska się do niego przytula? Oczywiście serce nadal krwawi. Najbardziej rankiem i wieczorem. Jeszcze nigdy nie padło z moich ust "mój były mąż" ( choć niektórych w rodzinie aż nosi ). Dla mnie był, jest i będzie moim mężem, aż do śmierci. Czasem kiedy łapie doła to myślę sobie, że przecież jestem lepsza od kowalskiej. Przecież to jest MÓJ mąż a ona go tylko pożyczyła. Może tak nie powinnam, ale póki co mi pomaga. Przecież nie ma silniejszej więzi niż ta z Bogiem i przed Bogiem. Dodam, że jestem sama. Jestem mu wierna. On nie chce - nie musi. Ma wolną wolę. Chce żyć nadzieja, że z jakiegoś powodu on odszedł, że może Pan Bóg tak zadziałał bo ja byłam zbyt daleko od niego. Może to był ten cios, który ma mnie zbliżyć do Chrystusa, który ma mnie zmienić. Uczę się wciąż pokory i przebaczenia. I szczerze powiem JEST CIEŻKO.

" GDZIE KOŃCZĄ SIĘ LUDZKIE MOŻLIWOŚCI,
TAM ZACZYNA SIĘ ŁASKA BOŻA"! - MI to pomaga!

Ściskam 😊👋
" Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela".

Awatar użytkownika
Nirwanna
Posty: 8937
Rejestracja: 11 gru 2016, 22:54
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Wytwać w tęksnocie, żalu i bólu. Przepraszam, muszę się wypisać.

Post autor: Nirwanna » 22 wrz 2019, 7:40

milenka pisze:
22 wrz 2019, 1:53
" GDZIE KOŃCZĄ SIĘ LUDZKIE MOŻLIWOŚCI,
TAM ZACZYNA SIĘ ŁASKA BOŻA"! - MI to pomaga!

Ściskam 😊👋
Mi też :-) pozdrawiam :-)
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II

Lukasz.wroc
Posty: 50
Rejestracja: 30 cze 2019, 0:04
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: Wytwać w tęksnocie, żalu i bólu. Przepraszam, muszę się wypisać.

Post autor: Lukasz.wroc » 22 wrz 2019, 22:14

milenka pisze:
22 wrz 2019, 1:53
Życzę wytrwałości i dużo spokoju. Od stycznia jestem po rozwodzie(obrzydliwe slowo). Z mężem nie mieszkam od ponad dwóch lat. Odszedł, bo też się wypalił w stosunku do mnie. Niestety miłość, która przed Bogiem przysięgał mi - ulokował w "kowalskiej". Spotykamy się regularnie co dwa tygodnie ze względu na dzieci ( chlopcy 4 i 5 lat). Choć dużo czasu minęło nadal mam "motyle w brzuchu", których nie mogę i nie chce mu pokazać. Chce być stanowcza. Jego decyzją było odejście i musi ponieść tego konsekwencje. To już ponad dwa lata, ale nadal boli. Wzięłam się za siebie. Dzieci zaprowadzam do przedszkola, sama poszłam do pracy. Pracuje ponad rok i jestem zadowolona. Skupiam się na sobie i dzieciach. Nie myśląc ciągle o mężu. Gdzie jest? Co robi? Czy jest zdrowy? Albo Czy kowalska się do niego przytula? Oczywiście serce nadal krwawi. Najbardziej rankiem i wieczorem. Jeszcze nigdy nie padło z moich ust "mój były mąż" ( choć niektórych w rodzinie aż nosi ). Dla mnie był, jest i będzie moim mężem, aż do śmierci. Czasem kiedy łapie doła to myślę sobie, że przecież jestem lepsza od kowalskiej. Przecież to jest MÓJ mąż a ona go tylko pożyczyła. Może tak nie powinnam, ale póki co mi pomaga. Przecież nie ma silniejszej więzi niż ta z Bogiem i przed Bogiem. Dodam, że jestem sama. Jestem mu wierna. On nie chce - nie musi. Ma wolną wolę. Chce żyć nadzieja, że z jakiegoś powodu on odszedł, że może Pan Bóg tak zadziałał bo ja byłam zbyt daleko od niego. Może to był ten cios, który ma mnie zbliżyć do Chrystusa, który ma mnie zmienić. Uczę się wciąż pokory i przebaczenia. I szczerze powiem JEST CIEŻKO.

" GDZIE KOŃCZĄ SIĘ LUDZKIE MOŻLIWOŚCI,
TAM ZACZYNA SIĘ ŁASKA BOŻA"! - MI to pomaga!

Ściskam 😊👋
Ja również przyjąłem strategię nie myślenia o żonie. Nie chcę o nią się martwić, nie chcę myśleć co robi i z kim. To mnie osłabia i tworzę niepotrzebnie scenariusze.
Przestałem się modlić za jej powrót. Modlitwa to nie koncert życzeń. Modlę się za siebie. Modlę się o wsparcie i wytrwałość w miłości do mojej żony. O siłę zmiany samego siebie na lepszą wersję dla ludzi, dla Boga.
Moja żona ma wolną wolę i Bóg nie zmusi jej do powrotu. To tak nie działa.
Ja potrzebuje za to dużo wsparcia do pracy nad sobą oraz do życia dniem codziennym takim jaki mam. Być może naiwnie wierzę, że to wszystko ma jakiś cel. Że być może to jest droga do udoskonalenia mnie i bycia lepszym człowiekiem i ... mężem. Że może jeśli temu podołam, to serce mojej żony zabije w moim kierunku ponownie.
Modlę się o wytrwanie w miłości i wierności tak jak przysięgałem w kościele. Aż do śmierci.
Choć przyznam też, że nie ma dnia, żebym nie był przerażony wizją życia samemu przez np. kolejne 40 lat. Pustego domu, rozmowy wieczornej z telewizorem lub forum... To mnie przeraża, prawie wpadam w rozpacz i panikę.
Ale na drugiej szali jest miłość do mojej żony. Obawa, że mogę ją zaprzepaścić przez ten mój lęk przed samotnością jest równie przerażająca.
Karmię się rekolekcjami, kazaniami i modlitwą. I tak mijają mi kolejne dnie i noce.
Pewnie to moja podświadomość tak działa, że jest to nadinterpretacja tego co widzę i słyszę, ale odnoszę wrażenie, że Bóg mi daje znaki, wskazówki poprzez właśnie kazania w kościele lub inne źródła, nawet z codziennego życia wzięte...
Chcę w to wierzyć i czerpać z tego naukę.
Czy tak jest w rzeczywistości ? Wątpię. Ale nie rozpatruję tego. Chcę wierzyć jak dziecko. Bez zadawania pytań. Wierzyć na ślepo.
Chcę wdrukować sobie w umysł "Jezu Ty się tym zajmij", "niech się stanie Twoja wola".

Dziwna sprawa zaczęła się dziać z moim organizmem. Bardzo często płaczę, gdy słucham, czytam czy modlę się. I jestem na etapie, no jakby już zagłębienia się w to. Gdy się na tym łapię, to zastanawiam sie "dlaczego ja właściwie płaczę"? I co ciekawe nie myślę wtedy o żonie, o dawnym życiu... Właściwie nie wiem dlaczego płaczę, ale to jest takie uczucie... hmm...ukojenia, poczucia ulgi ?
Coś takiego poczułem wcześniej tylko raz, ok. 15 lat temu. To był jeden incydent, ale pamiętam moją myśl z tamtej chwili "tylko Jezus kocha człowieka naprawę, to jest prawdziwa miłość".
Przepraszam, nie uznajcie mnie za kogoś, kto pisze bzdurki, bo dotknęła go trauma w życiu. No ale teraz tak mam co chwila. Jest to dla mnie jednocześnie bolesne, ale i wspaniałe uczucie.
Niestety pojawia się w momentach zwątpienia i gorszego samopoczucia. Dlatego bolesne.

Po ludzku wiem, że być może nie przytulę mojej żony więcej i to bardzo boli. Ale pociechą jest dla mnie to, że nikt nie zabroni mi jej kochać i być jej wiernym. Nikt i nic mi tego nie zabierze. Naiwne i dziecinne. Owszem, ale chcę być jak dziecko. Nie tworzyć scenariuszy i zostawić wszystko Bogu.

Dobrej nocy.

Klara*
Posty: 19
Rejestracja: 19 wrz 2018, 8:58
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Wytwać w tęksnocie, żalu i bólu. Przepraszam, muszę się wypisać.

Post autor: Klara* » 23 wrz 2019, 12:47

Lukasz.wroc pisze:
22 wrz 2019, 1:07



Chyba trafiłaś w sedno. I teraz próba miłości... Dziękuję Ci za ten post. Ja jestem DDA. Żona też. Wcześniej wogóle nie wiedziałem o czymś takim. Teraz jak to poznałem, to mój przypadek jest wzorcowy. Ale nie obwiniam przeszłości, rodziców. Już nie. Stało się. Teraz tylko praca nad sobą. Obojętnie czy skorzystam z tego w pojedynkę, czy z moją żoną.


Wkradł mi się błąd... nie jestem z DDA, ale z DDD. Rozwód rodziców, zero wzorców męskich. Ja jako dziecko przyjąłem na siebie rolę powiernika opuszczonej matki.
Jak teraz wyglądają Twoje relacje z mamą i relacje Twojej żony z teściową??? Czy żona nie miała powodów do zazdrości? Pytam, bo wiem jak duży wpływ na mnie i moją postawę wobec męża i jego rodziny miały i mają relacje między moim mężem , a jego mamą. Jest to bardzo trudny i złożony problem, ale często bywa początkiem nieporozumień i kryzysu w małżeństwie .
Ostatnio zmieniony 23 wrz 2019, 20:46 przez Lawendowa, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód: poprawiono cytowanie

Lukasz.wroc
Posty: 50
Rejestracja: 30 cze 2019, 0:04
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: Wytwać w tęksnocie, żalu i bólu. Przepraszam, muszę się wypisać.

Post autor: Lukasz.wroc » 23 wrz 2019, 19:49

Jak teraz wyglądają Twoje relacje z mamą i relacje Twojej żony z teściową??? Czy żona nie miała powodów do zazdrości? Pytam, bo wiem jak duży wpływ na mnie i moją postawę wobec męża i jego rodziny miały i mają relacje między moim mężem , a jego mamą. Jest to bardzo trudny i złożony problem, ale często bywa początkiem nieporozumień i kryzysu w małżeństwie .
Relacje mojej żony z moją mamą wogóle nie wyglądają. Moją żona zerwała totalnie kontakt z wszystkim naszymi wspólnymi choćby znajomymi.
Żona traktowała moją mamę bardzo uczuciowo. Była bardzo zaangażowana w to, żeby dobrze się czuć w jej towarzystwie i to samo chciała dać odczuć mojej mamie.
Cytując moją mamę:"nie mogłam sobie wymarzyć lepszej synowej".
Obie były przyjaciółkami. Tak, mogę tak powiedzieć. Moja żona nigdy złego słowa nie powiedziała o mojej mamie. Wręcz chwaliła się nią przed innymi...
Co z dzisiejszej perspektywy trochę dziwne mi się wydaje i trochę niezdrowe, biorąc pod uwagę co powiedziała odchodząc.
Ni z gruchy, nie z pietruchy, bez jakiegokolwiek powiązania z tematem powiedziała:"Ja nigdy nie traktowałam Twojej mamy jako mojej mamy".
Na co ja odpowiedziałem zdawkowo, że to chyba normalne bo przecież to tak naprawdę jej znajoma, którą zna 10 lat ...
No, ale dziwne to było. Widać, że w głowie mojej żony ten temat matki, uczuć matczynych, których nie miała, opór przed byciem matką jest mocno zakorzeniony...
To napewno nie pomogło w naszym związku. Jedna z cegiełek rozsypujących się. Tak myślę.

Mój kontakt z mamą jest dzisiaj, hm... nie wiem jaki. Nie mam do niej żalu o to jak mnie wychowała. Starała się jak mogła, żeby zastąpić mi dwoje rodziców, i tak jak uważała, że powinno być. Nie obwiniam jej dziś za to, że stałem się powiernikiem w jej problemach, choć nie powinienem jako dojrzewające dziecko. Stało się i się nie odstanie. Nie zamierzam z nią o tym rozmawiać. Jest starszą Panią, nie widzę sensu, żeby dokładać jej stresów, które i tak nic w jej życiu nie zmienią.

Poza tym nie wiem czy doczytałaś gdzieś tam w początkach moich postów, ja mieszkam za granicą i kontakt z moją mamą mam raz na tydzień/dwa przez skype, a tak 4 razy do roku ją odwiedzam.

Lukasz.wroc
Posty: 50
Rejestracja: 30 cze 2019, 0:04
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: Wytwać w tęksnocie, żalu i bólu. Przepraszam, muszę się wypisać.

Post autor: Lukasz.wroc » 23 wrz 2019, 19:52

Acha i moja żona nie była zazdrosna. Wręcz miała mi lekko za złe, że czasami z mamą nie spędzałem więcej czasu. Sama zresztą zaproponowała, żebyśmy mamie zrobili niespodziankę i zabrali ją do Włoch. Co tak się stało. Była bardzo zaangażowana w relacje z moją mamą.

Małgorzata Małgosia
Posty: 296
Rejestracja: 05 wrz 2019, 14:31
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Wytwać w tęksnocie, żalu i bólu. Przepraszam, muszę się wypisać.

Post autor: Małgorzata Małgosia » 24 wrz 2019, 8:20

Lukasz.wroc niesamowite jak w opisie Twojej żony odnajduję cechy mojego męża. U niego w rodzinie nie było nadużywania alkoholu, ale rodzina była patologiczna emocjonalnie. Moja teściowa jest najgorszym człowiekiem jakiego kiedykolwiek w życiu spotkalam. A raczej jedynym złym do szpiku kości człowiekiem jakiego spotkałam. Kiedy poznaliśmy się z mężem on był na etapie uwalniania się od toksycznej matki, która - nasiliło się to po śmierci męża - chciała całkowicie nim zawładnąć, tak jak to zrobiła ze swoim mężem-ojcem mojego męża.
On wtedy był po jakiejś terapii, zwrócił się mocno do Boga, zaangażował w takie chrześcijańskie towarzystwo i tak się poznaliśmy.
Terapia jego trwała jakieś pół roku, ale zrezygnował, bo uznał, że ta pani chce tylko wyciągnąć z niego pieniądze.
Ja wtedy zupełnie nie znałam się na tych sprawach i skoro on mówił, że jest zdrowy i nie ma problemu z matką to pewnie tak jest.

Okazało się z czasem, że jednak nie, ale wtedy byliśmy już po ślubie. Dopiero teraz rozumiem jak ważny jest nie tylko wybór terapeuty, ale to z czym przychodzimy.
Leczenie DDD na pewno wygląda inaczej niż po prostu uwalnianie się od "nadopiekuńczej" matki. Gdyby ktokolwiek wpadł na pomysł, że przeżycia męża są traumatyczne z powodu głęboko dysfunkcyjnej matki i ulegającego ojca, który nie bronił ani siebie ani syna, może inaczej wyglądałby mój dzisiejszy dzień...

Decyzja męża o odejściu ode mnie wygląda jak podjęta przez człowieka w depresji, który rozczarował się życiem, małżeństwem, sobą. To co piszesz o żonie wygląda tak samo. Jakby podświadomie uważała, że nie zasługuje na dobrą i łagodną miłość.
"Ty zaś powróć do Boga swojego - strzeż pilnie miłości i prawa i ufaj twojemu Bogu!" (Oz 12, 7).
Jezu ufam Tobie.

Lukasz.wroc
Posty: 50
Rejestracja: 30 cze 2019, 0:04
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: Wytwać w tęksnocie, żalu i bólu. Przepraszam, muszę się wypisać.

Post autor: Lukasz.wroc » 24 wrz 2019, 19:46

Małgorzata D. pisze:
24 wrz 2019, 8:20
...
Decyzja męża o odejściu ode mnie wygląda jak podjęta przez człowieka w depresji, który rozczarował się życiem, małżeństwem, sobą. To co piszesz o żonie wygląda tak samo. Jakby podświadomie uważała, że nie zasługuje na dobrą i łagodną miłość.
Niestety zgadzam się z Tobą w pełni. To zdanie jest jakby wyjęte z mojej głowy.
Sąsiadka jakiś czas po rozstaniu, przyznała mi się, że próbowała rozmawiać z żoną. Zapytała ją dlaczego ? Generalnie coś w stylu "dlaczego piłujesz gałąź na której siedzisz, a na której Ci przecież zależy" ?
Odpowiedzią było tylko wzruszenie ramionami w geście "nie wiem"...

Teraz z mojego punktu widzenia, dlatego mi się tak trudno z tym faktem pogodzić, bo po prostu się martwię o żonę. A nie jestem w stanie nic zrobić. Nie ma dostępu do jej głowy.
Cały czas ucieka.
Gdy poznała mnie, zerwała kontakty ze swoimi dawnymi znajomymi. Gdy odeszła, zerwała wszelkie kontakty z naszymi znajomymi. Co będzie za kilka lat ? Gdzie ucieknie ?

Klara*
Posty: 19
Rejestracja: 19 wrz 2018, 8:58
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Wytwać w tęksnocie, żalu i bólu. Przepraszam, muszę się wypisać.

Post autor: Klara* » 25 wrz 2019, 11:36

Tak wiem , że jesteś za granicą.
Ok, czyli nie było zazdrości o Twoja mamę i bardzo dobrze. Trzeba szukać dalej , gdzie tkwi problem ....

Małgorzata Małgosia
Posty: 296
Rejestracja: 05 wrz 2019, 14:31
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Wytwać w tęksnocie, żalu i bólu. Przepraszam, muszę się wypisać.

Post autor: Małgorzata Małgosia » 25 wrz 2019, 14:45

Klara* pisze:
25 wrz 2019, 11:36
Tak wiem , że jesteś za granicą.
Ok, czyli nie było zazdrości o Twoja mamę i bardzo dobrze. Trzeba szukać dalej , gdzie tkwi problem ....
Ja mam takie wątpliwości, czy to w ogóle ma sens, żeby szukać gdzie tkwi problem strony, która odeszła. U mnie zawsze bardzo silne było szukanie rozwiązań dla męża, do tego stopnia, że próbowałam przekonywać go, że sama mam większe problemy od niego (chyba wymyśliłam sobie taką metodę jak picie z alkoholikiem, żeby zbliżyć się do niego... dopiero teraz to widzę), żeby nie czuł się gorszy.

Przez to nie dość, że tak naprawdę okłamywałam go, to jeszcze zupełnie nie skupiałam się na sobie. Ja byłam nieistotna w tym związku, wszystko dla niego.

Teraz jest czas, żeby w końcu zabrać się za siebie i ja osobiście bardzo mocno walczę z tymi myślami, domysłami, co jest jego problemem, bo takie myślenie skutecznie oddala mnie od samej siebie. Znowu myślę w kółko o nim. A to nie o to chodzi teraz.
"Ty zaś powróć do Boga swojego - strzeż pilnie miłości i prawa i ufaj twojemu Bogu!" (Oz 12, 7).
Jezu ufam Tobie.

Lukasz.wroc
Posty: 50
Rejestracja: 30 cze 2019, 0:04
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: Wytwać w tęksnocie, żalu i bólu. Przepraszam, muszę się wypisać.

Post autor: Lukasz.wroc » 25 wrz 2019, 22:14

Ja mam takie wątpliwości, czy to w ogóle ma sens, żeby szukać gdzie tkwi problem strony, która odeszła. U mnie zawsze bardzo silne było szukanie rozwiązań dla męża, do tego stopnia, że próbowałam przekonywać go, że sama mam większe problemy od niego (chyba wymyśliłam sobie taką metodę jak picie z alkoholikiem, żeby zbliżyć się do niego... dopiero teraz to widzę), żeby nie czuł się gorszy.

Przez to nie dość, że tak naprawdę okłamywałam go, to jeszcze zupełnie nie skupiałam się na sobie. Ja byłam nieistotna w tym związku, wszystko dla niego.

Teraz jest czas, żeby w końcu zabrać się za siebie i ja osobiście bardzo mocno walczę z tymi myślami, domysłami, co jest jego problemem, bo takie myślenie skutecznie oddala mnie od samej siebie. Znowu myślę w kółko o nim. A to nie o to chodzi teraz.
No i ja taką strategię przyjąłem. Raczej nie zastanawiam się, choć słowo, staram się, będzie tu lepsze. Ale odganiam te myśli.
Już stało się. Nie odstanie. Ja nie mam na to wpływu. Żona musi sama sobie z tym poradzić. Myślenie o niej nie pomoże, a wręcz pogorszy mój stan i ograniczy moje możliwości poprawy, nauki. Po prostu mnie zdołuje.
Narazie kocham na odległość. Staram się nauczyć myśleć, że nie oczekuję niczego w zamian.
Ja skupiam się na sobie. Jak być lepszym człowiekiem, mężem. Edukuję się w tym. Pracuję nad sobą.
Czy moje małżeństwo będzie miało drugą szansę, tego nie wiem. Ale pozostaje modlitwa z pogodzeniem się z tym czego nie mogę zmienić oraz edukowanie się, aby wyciągnąć należyte wnioski z traumy jaką się przyżywa.
Cały czas ostatnio mam w głowie (bo jakoś tak się składa, że co chwila na to natrafiam) stwierdzenie, że cierpienie powoduje, że człowiek staje się lepszym. I ja to tak odczuwam. "W życiu" bym się zwrócił do Boga gdyby było mi wygodnie i bezstresowo w życiu.
Przez to, że zwracam się do Boga, widzę co jest najważniejsze w życiu, jakie są priorytety. Coś, co zgubiłem dawno temu gdy zączałem dorosłe życie na własną rękę.

I tak płynie, dzień za dniem.
Choć z mojej perspektywy rzekłbym raczej, że jest to minuta za minutą. Bo to jest prawdziwa walka w każdej z 60 sekund w minucie.
To bardzo wyczerpujące jest myśleć o czymś w każdej sekundzie przez ostatni rok, więc muszę starać się jak najbardziej niwelować myśli, które nic nie wnoszą (jak właśnie scenariusze związane z żoną), a tylko obciążają moją głowę. Inaczej nie uda się tego pociągnąć dłużej, nie wspominając już o jakichś pozytywnych aspektach.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Google [Bot] i 8 gości