Depresja

Wiedza, która może pomóc, gdy boli dusza...

Moderator: Moderatorzy

Inna
Posty: 333
Rejestracja: 23 lip 2017, 21:47
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Depresja

Post autor: Inna »

Zanim zaczniecie czytać, chcę, żebyście wiedzieli, że te artykuły, które ostatnio się tu ukazują, nie są miejscem użalania się, czy wywyższania. To moja sześcioletnia jak na razie praca nad sobą. Niekoniecznie z zadawalającym mnie efektem. Bo sporo u mnie jeszcze do przerobienia. Ale wszystkie te tematy doświadczam na własnej "skórze". Jako, że przeżycia innych, ale i swoje, pomagają mi w tej drodze do siebie - przekazuję je dalej. Może kogoś zainspirują, może komuś pomogą, zaciekawią... Wiem, że już o tym pisałam, ale czułam potrzebę zrobić wstęp przed tymi depresyjnymi zapiskami. Może ktoś się w nich odnajdzie. Może dam komuś nadzieję, że depresję da się leczyć, że po nocy wstaje dzień...

Depresja – jak to z nią u mnie było.


Czwartek 10.10.2019r.
Nie napiszę zbyt wiele. Jestem w szoku kompletnym. Jestem bez życia. Trudno mi się odnaleźć. To jest jakiś koszmar. [sprawa rozwodowa]

Piątek, 01.11.2019r.
Data adekwatna do mojego samopoczucia. Ostatnio pisałam, że jestem bez życia… Podtrzymuję… Niby żyję, ale raczej wegetuję. Podobno mam depresję. Skoro psychiatra tak stwierdziła na podstawie kilku zaledwie objawów to może mam. A nie wymieniłam wszystkich. Tylko te, że mam obniżony nastrój od 3 tygodni.
Tak. Byłam u psychiatry. Rozjechałam się zupełnie. A że wiem czym to grozi, resztkami świadomości (tej zdrowej), zapisałam się we wtorek na czwartek. W środę już nie mogłam wstać z łóżka. Nie mam chęci, ale się zmuszam. Chcę to sobie uświadomić, bo może to jednak nie depresja. Ale co w takim razie? Nie potrafię złapać łączności z Bogiem, niby się gdzieś go trzymam, ale nie widzę nic więcej. Nawet nadzieję straciłam, że będzie lepiej. Jak teraz jest źle, to trudno myśleć, że będzie lepiej, skoro wcześniej też było źle. Jakoś mi tak przyszło do głowy, że Boga w depresji nie widać. I to by się zgadzało, że mam depresję. Ale przecież śpię (o dużo za dużo), przecież piszę (zawsze coś piszę), coś tam czyta i oglądam. Jedynie z czym mam problem, to z ludźmi. Denerwują mnie. Chcę być sama. Trochę też zaniedbałam dom. Ubrania leżą już tydzień. Nie myję się wieczorem, ale robię to jak wstanę (około południa). Zasypiam w ubraniach… nie mam sił by cokolwiek robić. Ostatnio poszłam do sklepu i nie wiedziałam co kupić. Mnie się jeść nie chce. Jedyne co przyjmuję to słodycze, ale nawet na nie, nie mam ochoty. Jednakże zabierają najmniej energii, bo posiłek trzeba przygotować, a czekoladę wystarczy otworzyć. Sporo czasu jestem w łóżku. To jedyne miejsce, które daje mi spokój. Dziś powinnam pojechać na groby… Powinnam… ale mi się zwyczajnie nie chce. Za dużo wysiłku… Musiałabym umyć włosy, ubrać się, nie wiem czy znajdę na to siły. Boże… ile ja mam do opisania… już mnie to przerasta… chyba się tego nazbierało… dwie prace, dom, szkoła, dzieci, mąż (już nie) i jego „szczęście”, rozwód, koleżanka i jej szczęście, moje życie i moje nieszczęście. Przygniata mnie to. Chyba się prześpię. Dosłownie.

Poniedziałek 04.11.2019r.
Już wpadam w melancholię. Czytam smętne wiersze. Wyobraźnia znów na pełnych obrotach. Myśli zaprzątnięte do granic możliwości. Wyobrażam sobie, że ląduję w psychiatryku. Dwa scenariusze. W jednym jestem faszerowana tabletkami i powoli umieram bo jestem bez życia – to krótki scenariusz bo mi się nie podoba taka fabuła, a może strach przed czymś takim mnie blokuje i wyobraźnia się nie poszerza?
Drugi scenariusz lepszy. Jestem zdrowa ale też w psychiatryku. Nie łykam tabletek (praktycznie, bo teoretycznie codziennie dostaję). Obserwuję pacjentów. Obserwuję ten chory a może raczej zdrowy, ale nieprzystosowany do chorego społeczeństwa świat. Tam są ludzie nieakceptowalni. Są też faktycznie chorzy, ale wielu jest po prostu nieprzystosowanych do tego świata. Jak ja… Tak mi się zdaje.

Czwartek 07.11.2019r.
Realne życie to ból i świadomość rozdartej duszy, niemożność, bezsilność. Realne życie to tylko kilka chwil. Reszta to pasmo cierpień. A cierpienie się zagłusza.
Wzięłam dziś tabletkę. Ja już mam dość cierpienia. Ja chcę zacząć żyć.
Sztucznie bo sztucznie, ale chcę odzyskać radość życia, a nigdzie jej na obecny czas znaleźć nie umiem. Czemu Ty Boże do tego dopuszczasz? Mało mam jeszcze? Ja nie jestem Hiobem. Ja tego nie zniosę. Te emocje są bardzo trudne. Nawet wiara mi już nie pomaga. Tego nie mogę, tego mi nie wolno, tam muszę trwać, tu cierpieć. A ja już mam dość cierpienia. Całe moje dotychczasowe życie jest cierpieniem. Mam wrażenie, jakbym latami tkwiła w depresji. Niewiele mnie cieszy, nie umiem się cieszyć. Mam to spierdzielone – tę umiejętność radowania się.

Środa 13.11.2019r.
Kończy mi się L4, a ja w ogóle nie jestem gotowa wyjść do ludzi, do pracy… Biorę tabletki i nic. Żyję w jakimś chorym lęku. Ja w ogóle to jestem przerażona przyszłością. Boże!!! Czy naprawdę te trudne sytuacje nas ubogacają? Przecież one z nas życie wysysają. Tu coś nie gra… „Nie lękaj się… Wystarczy ci mojej łaski…” ??? Oby.

Piątek 15.11.2019r.
A właściwie to już Sobota, bo nie sypiam ostatnio zbyt dobrze. Chyba te antydepresanty tak działają. Mam kolejne L4. Na dwa tygodnie. Pewnie pożegnam się z jedną pracą. Dyrektorka ma do mnie pretensje, że jak ja to sobie wyobrażam? Czemu jej wcześniej nie powiedziałam, że pójdę na takie długie chorobowe? Rozumiem, że może być wkurzona, ale ja sobie tej depresji nie zamówiłam. W przyszłym tygodniu, jak znajdę tyle odwagi to oddam jej klucze, bo ja już tam nie wrócę. Jutro jadę na rekolekcje „Jak leczyć ból naszych zranień”. Bez entuzjazmu. Ale coś muszę przecież robić by się pozbierać. Trochę to trwa…

Niedziela 17.11.2019r.
Jestem na tych rekolekcjach. Jedno co do mnie dotarło - nie roztrząsać, a w księdze Hioba chodzi o to, że wyszedł mocniejszy, a nie, że Bóg mu to zesłał.

25.12.2019.
I po Wigilii. Nareszcie. Ten czas przygotowań, wyczekiwań i rozczarowań jest dla mnie najgorszym momentem w roku. Długo nie pisałam. Nie mam ani ochoty, ani werwy, ani polotu. Od 30 grudnia zaczynam terapię grupową.. Może tam coś zaskoczy.

30.01.2020r. czwartek
A właściwie to już piątek. Nie mam ochoty ani pisać ani czytać. Brak mi skupienia. Możliwe, że to przez tabletki. No i tyję. To już przesada. Jak się naprawdę wkurzę to przestanę te tabletki żreć. Czy one pomagają? Śmiem wątpić. Wstaję z łóżka bo jeżdżę na terapię. Po powrocie i tak włażę do łóżka. Ludzie mnie wkurzają. Więc coś tu nie halo. Mam w sobie dużo złości a nie umiem jej wyrzucić. Ale terapia jest cenna. Słucham. Coś nowego też się dowiaduję. Nie jest źle. Źle będzie wrócić do pracy. Do rzeczywistości.

Niedziela 09.02.2020r.
Tak się zastanawiam, dlaczego przestałam pisać? Przecież w moim życiu ciągle coś się dzieje. Nie wiem czy to ta depresja czy brak czasu, ale teraz mam go dużo, ale nie mam chęci. A o tę chęć właśnie chodzi. A skoro nie mam chęci do życia, to gdzie tu mówić o chęci do pisania? Dziś uderzyła mnie myśl, że nie cieszę się ze słońca, które od rana świeci i przypomina, że niedługo przyjdzie wiosna. A ja nie chcę wiosny. Przywykłam do zimy i tego depresyjnego nastroju. Jeśli powiem o tym psychiatrze to mi zwiększy dawkę tabletek, a ja bym najchętniej w ogóle ich nie brała. Już i tak sobie sama zmniejszyłam, bo boję się, że nie będę w ogóle czuć. A nie chcę być jak zombie. Te tabletki i tak sporo wyciszyły, ale chyba powinnam brać taką dawkę, jaką mi psychiatra przepisała. Samowolka nie jest chyba dobra.

Sobota 15.02.2020r.
Dziś świeci słońce. Powinnam tryskać energią. A ja nawet iskierki wykrzesać nie umiem. Przeczytałam rano wyrok… I po co? Chyba po to, żeby wrócić do zaleceń lekarza…

Niedziela 01.03.2020r.
Świadomość… Ten temat chodzi za mną od dłuższego czasu. Mam potrzebę go zgłębić. Ale się boję. Bo świadomość boli. Nie da się już żyć tak, jak żyło się dotychczas. Muszę dziś wyjść z tego łóżka i ogarnąć trochę ten dom, bo ostatnio nic nie robię. Terapia – łóżko – terapia – łóżko… i trochę mnie już wkurza ten schemat. Bo terapia i owszem mi pomaga, ale już mnie zaczyna wkurzać to ciągłe narzekanie. Gdzieś przeczytałam, że narzekanie to ulubiona melodia diabła w tonacji kur-de-mol. Niesamowicie mi się to spodobało (ten zwrot oczywiście), więc może powoli zdrowieję? Bo użalanie się naprawdę mnie wkurza…

Niedziela 08.03.2020r.
„Tabletki pozwalają ludziom żyć, a przynajmniej nie umierać przez pewien czas.” Houellebecq (Serotonina). Wracam do czytania.

Niedziela 21.03.2020r.
Wszystko jest nie tak. Powinna być wiosna, a za oknem pada śnieg. Powinnam już wrócić do pracy, ale nastały dziwne czasy. Mamy pandemię koronawirusa. Cały świat jest zarażony. Oby to wszystko wróciło do normy, bo nie będę miała ani pracy ani płacy. Jestem w zawieszeniu. Jak zwykle zresztą. Ostatnimi czasy wciąż żyję w zawieszeniu. Ale pomimo tego, co teraz dzieje się na zewnątrz tego hermetycznego świata, ja czuję się nad wyraz dobrze. Wróciło coś dobrego z przeszłości. Dobre wspomnienia i dobra energia. I tak teraz mam. Codziennie gotuję obiad, sprzątam, piorę. Umyłam wszystkie okna, posadziłam bratki na balkonie, mam znowu dobry kontakt z rodziną. Mam wrażenie jakbym odzyskała siebie. Siebie i przede wszystkim pewność siebie. Nie wiem długo tak będzie, ale cieszę się tą chwilą.

Sobota… ups 😊 Piątek 10.04.2020r.
Wróciłam do pracy. Mam dziś dzień wolny bo pracujemy tylko 2 razy w tygodniu z uwagi na koronawirusa i stąd pomyłka. Wróciłam tylko do jednej pracy. Z drugiej wyleciałam, ale nie dramatyzuję. Może to i lepiej. Poszukam sobie coś innego by dopełnić etat. Jeżdżę na rowerze. Przytyłam 7 kg. Powrót nie należał do najmilszych. Koleżanki uznały, że skoro sobie odpoczęłam 5 miesięcy to teraz się fajnie wraca. Ja na to, że nie chciałyby mieć takiego odpoczynku… Ech… Szkoda tuszu na nie…
Tak się ostatnio zastanawiałam, że przychodzą do nas rzeczy, których nie chcemy, które ledwo zdołamy unieść, nawet ta moja depresja, a po czasie okazuje się, że tak naprawdę to one były potrzebne i stają się okazją do wdzięczności. Znowu słyszę i zachwycam się śpiewem ptaków. To jest piękne.


Depresja – śmierć za życia.

Jeśli ktoś czyta „mnie” regularnie, to wie, że tym razem miało być o DDA. Nie będzie. To znaczy będzie, ale później, kiedyś tam... Bo teraz pierwszeństwo ma depresja. Taki czas? A może nieuważność? No bo nie zapraszałam jej, a ona sama przyszła. Stoi w przedsionku bo zdążyłam zaryglować drzwi do sypialni (tam lubi się właśnie rozgościć).
Nie oznacza to jednak, że sobie poszła. Uparta jest. Jak tylko zauważy jakąś nieszczelność, natychmiast przystępuje do ataku. Przez te szczeliny przemyca tzw. epizody depresyjne, które też potrafią zatruć życie.
Spowalniają moje procesy myślowe i fizyczne, zachęcają do izolacji od otoczenia, ciągną w stronę łóżka, z którego najchętniej bym nie wychodziła. Ale wychodzę, bo wiem, że ani się obejrzę, a wpadnę w jej sidła, pozornie bezpieczne.
Bo depresja właśnie tak ma. Stwarza pozory bezpieczeństwa. Niczego od ciebie nie chce, nie wymaga. Przy niej nie ma się poczucia obowiązku, samodyscypliny, samorealizacji. Jest wygodna i łatwo się do niej przyzwyczaić. Jej motto życiowe brzmi: „ niech się dzieje co chce…”
Otula aurą obojętności, nęci niby odpoczynkiem, a tak naprawdę tworzy emocjonalne zombie. Żyjesz, ale tego życia nie czujesz. Chcesz żeby się skończyło. A kiedy tak właśnie myślisz, oznacza to jedno. Już nie żyjesz. Mentalnie i duchowo umarłeś. Tułają się tylko zwłoki…
Brzmi koszmarnie, nieprawdaż?
Na szczęście jest antidotum na to zombie. Znam z autopsji i chętnie się z Wami podzielę. Jak również i tym, co wyczytałam, usłyszałam, przeżyłam. Nie gwarantuję jednak całkowitego uzdrowienia, bo ten stan powraca. Dzielę się tylko narzędziami, które ułatwiają funkcjonowanie z tą chorobą.
Bo depresja jest chorobą, do której chory w żaden sposób się nie przyczynił. I to jest dobra wiadomość. Zwalnia ona chorego od poczucia winy. Nie oznacza to jednak trwania w bierności. Żadna choroba nie zwalnia z odpowiedzialności. Jednak, aby do tej odpowiedzialności dojść, potrzebna jest świadomość tego, czym ta choroba jest, kto i kiedy na nią zapada, a przede wszystkim, jak ją leczyć.
Depresja to coś więcej niż uczucie zdołowania. To swoista rezygnacja z obecności w życiu. Udręcza i wyniszcza nie tylko chorego, ale i najbliższych. Jeśli stan przygnębienia i beznadziei trwa kilka dni, mówimy o epizodach lub stanach depresyjnych. Gdy stany te trwają dłużej niż dwa tygodnie, mówimy o depresji.
Dotyka ona najczęściej osób myślących negatywnie o wszystkim, a przede wszystkim o sobie; takich, którzy starają się unikać nieprzyjemności w niewłaściwy sposób (np. tłumią gniew lub go wypierają), uległych i niewymagających, często poświęcających się, a co za tym idzie wykorzystywanych. Jako, że osoby te prawie nigdy się nie złoszczą i nie kłócą, złość jest kierowana wewnątrz siebie. Gdy nie znajduje ujścia, zamienia się w rozgoryczenie. Tyle, że najczęściej przekracza wytrzymałość i odechciewa im się żyć.
Depresja często wynika z niezadowolenia z tego, gdzie i jak człowiek żyje (na co nie zawsze ma wpływ, albo z nierealistycznych oczekiwań.
Wywołują ją też lęki ekonomiczne, zdrady, śmierć bliskiej osoby, rozwód, rozłąka, strata czegoś lub kogoś ważnego. One zazwyczaj sprowadzają się do epizodów depresyjnych, ale nieleczone, zamieniają się w depresję.
Przykładem takiego epizodu może być rozwód. Dla osoby która traktuje małżeństwo jako wiekuisty węzeł, taka perspektywa rozstania staje się katastrofą. Dochodzi niemożność pogodzenia się z pogwałceniem zasad obyczajowych, moralnych i religijnych i depresja gotowa.
Innym przykładem będzie poczucie samotności w życiu, w cierpieniu, ale też i poczucie opuszczenia przez Boga i ludzi. Samotność to najczarniejsza strona choroby.
Warto też wiedzieć, że depresja ma różne oblicza i różne nazwy. Może być genetyczna, sezonowa, sytuacyjna, poporodowa, starcza, hipochondryczna, lękowa, maskowana…
I mogłabym dalej wymieniać, bo sporo ich jest. Najtrudniejszą do wykrycia jest ta ostatnia. Jak sama nazwa wskazuje, zakłada maski. Na zewnątrz nie widać żadnych oznak smutku, melancholii czy przygnębienia. Jest uśmiech, energia, intensywny tryb życia. A wewnątrz ból, którego chory sobie nawet nie uświadamia. Myśli, że to ciało choruje, więc robi badania, które niczego nie wykazują, a ból nadal istnieje. I przeważnie jego źródło nie leży w ciele a w psychice. Jest to tzw. ból somatyczny.
Nie będę się jednak skupiać na psychosomatyce, bo to rozległy temat. Moim celem jest skupienie się na problemie emocjonalnym, jakim niewątpliwie jest depresja. Bez dystansu i spojrzenia na nią z odmiennego niż własny punkt widzenia strony, nie sposób jej dobrze pojąć. Do tego potrzebny jest drugi człowiek, ale tylko taki, któremu zależy by z tego dołu wyciągnąć, czyli życzliwy, etyczny a przede wszystkim dojrzały.
I gdzie by tu takiego znaleźć?
Ano można. Takie warunki spełnia min. psychoterapeuta. Oczywiście zmiany w życiu nie będą zależały od niego a od pacjenta.
Psychoterapeuta dodaje tylko (albo i aż) otuchy i wiary w siebie, zmniejsza poczucie winy, uwalnia od wstydu z powodu utraty sprawności życiowej, wspiera, motywuje, uczy samodyscypliny i wytrwałości w realizowaniu zadań codziennych ale też i dalekosiężnych, bez których osoba w depresji nie może liczyć na poprawę poczucia wartości i odnalezienia sensu życia.
Psychoterapia jest zatem kolejnym narzędziem do uzdrowienia. Zwraca uwagę na rzeczy dobre, przepracowuje niedobre, pod warunkiem nieroztrząsania ich bez końca. Ale przede wszystkim wzmacnia poczucie wartości, które dodaje odwagi do realnej oceny samego siebie. Łatwiej wtedy przyglądać się swoim wadom i przyznawać do nich, a niepowodzenia, błędy i pomyłki traktować jako lekcje życia a nie porażki.
Bardzo często, w parze z psychoterapią idzie farmakologia. Czasem jest niezbędna, gdy chory jest już w stadium zaawansowanym choroby. Gdy nie widzi sensu życia, ma lęki i fobie, towarzyszy mu ciągły niepokój, bądź totalne zobojętnienie.
Jednakże ani psychoterapia, ani farmakologia, ani nawet świadomość nie są w stanie uzdrowić naszej chorej duszy. Bo depresja jest chorobą duszy.
Gdybyśmy o nią zadbali, łatwiej byłoby nam wzbudzić w sobie wdzięczność i akceptację, która jest istotą duchowości. Ale do akceptacji potrzebna jest pokora i wiara w to, że reguły tego świata nie zależą od nas. Świat jest taki, jaki jest. Na wiele spraw nie mamy wpływu. Idealnie oddaje ten fakt modlitwa o pogodę ducha, którą pewnie sporo osób zna:
„Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić. Odwagi – abym zmieniał to, co mogę zmienić. I mądrości – abym odróżniał jedno od drugiego.”
A zatem duchowość, to nie tylko wiara w Boga i religijność. To akceptacja porządku, którego stanowimy cząstkę, to sfera wzruszeń i zachwytów, to zdolność i potrzeba doznawania uczuć wyższych. To dopuszczenie do siebie dobra i piękna a wykorzenienie złości, chciwości, zawiści czy pogardy, należących do uczuć niższych.
Myśląc o sprawach dobrych i pogodnych, a przede wszystkim o tym za co możemy być wdzięczni, wzbudzamy takie uczucia jak miłość, nadzieję i ufność. To one prowadzą do akceptacji.
Oczywiście przykre uczucia są nieuniknione. A gdy trwają zbyt długo, stają się cierpieniem i zamieniają w depresję, która to właśnie uśmierca za życia.
Kiedyś myślałam, że cierpienie uszlachetnia. Skoro sam Bóg cierpiał to i ja powinnam Go naśladować. Ale przecież Bóg to nasz ojciec. A który ojciec chce, żeby Jego dziecko cierpiało?
Warto więc zmienić sposób myślenia, postrzegania i odczuwania. Mamy do tego narzędzia, którymi są świadomość, psychoterapia, farmakologia i duchowość.
Czas najwyższy ich użyć.
Inna.
"Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia"
(Flp 3,14)
Caliope
Posty: 3013
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Depresja

Post autor: Caliope »

Wyszłaś z tych stanów depresyjnych Inna? czy to się dalej ciągnie? jest kilka odmian depresji, w tym poporodowa i hormonalna.
Inna
Posty: 333
Rejestracja: 23 lip 2017, 21:47
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Depresja

Post autor: Inna »

Caliope pisze: 03 lis 2021, 13:06 Wyszłaś z tych stanów depresyjnych Inna? czy to się dalej ciągnie? jest kilka odmian depresji, w tym poporodowa i hormonalna.
Nie wyszłam. Powtarzają się. Ale są łagodniejsze. Nie korzystam z farmakologii przynajmniej. Szukam innych sposobów. U mnie tym sposobem jest wyciszenie i zwolnienie, bo te epizody zazwyczaj pojawiają się, gdy mam zbyt dużo spraw w jednym czasie/na głowie.
"Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia"
(Flp 3,14)
Pol222
Posty: 16
Rejestracja: 16 maja 2024, 7:54
Płeć: Mężczyzna

Re: Depresja

Post autor: Pol222 »

Witam. Jestem w teraz w takim samym miejscu jak Ty byłaś kiedyś Inna. Skonczylem terapię indywidualną. I po jutrze zaczynam grupową ale coraz gorzej że mną. Mam córkę 12lat I żonę (jeszcze) bo mnie już ma dość. Nie rozumie mnie zupełnie. Nie wiem czy przetrwamy. Bezsens życia czuje. Czuje jakbym miał zaplanowane życie. Czyli: jeszcze wstaje z łóżka bo nie chce umierać. Nie chcę zawieść córki, ale coraz mniej sił mam. Nie chcę mi się pracować...przestane, skończą się pieniądze a wtedy już będzie koniec. Nie mam rodziny bo pokłocilismy się na dobre. Rodzina stwierdziła podobno że to przez żonę, że chciała mnie mieć tylko dla siebie....żonę mam rzeczywiście trudną, nic nieriozumie co się ze mną dzieje ale jest dobrym czliwiekiem. Dla kogo i po co mam żyć??? NIC MI SIE NIE CHCE. To jest straszne uczucie. Nie wiem co ze mną będzie....rozwód, strata córki, pracy, domu, świadomości, wszystkiego. To jest straszne. Co dalej mam robić. Pomóżcie.
Pol222
Posty: 16
Rejestracja: 16 maja 2024, 7:54
Płeć: Mężczyzna

Re: Depresja

Post autor: Pol222 »

Nie wiem co robić. Nie chcę skończyć w zakładzie psychiatrycznym. Chcę żyć. Tylko wszystko dla mnie w tej chwili nie ma sensu. Córka mnie potrzebuje ma 12lat A ja nie wiem jak się zachować....czuję jakbym miał zaraz wejść w taki stan (leżenie w łóżku i już nie wychodzenie z niego.)
Pol222
Posty: 16
Rejestracja: 16 maja 2024, 7:54
Płeć: Mężczyzna

Re: Depresja

Post autor: Pol222 »

Czy pan Bóg to widzi? Czy widzi co się ze mną dzieje? Czy on rzeczywiście może mi pomóc? Czy to nie jest tak, że aby mi Bóg pomógł to muszę zacząć robić swoje? Ale siły na to nie mam. Oboje z żoną jesteśmy DDA....to związek, który chyba nie ma szans przetrwać...po 16 latach małżeństwa możliwe że to było wszystko fikcją? Nie możemy się porozumieć z żoną....i jeszcze córka. Mądra, piękna, taka niewinna,....chciałbym jej dać to co każdy ojciec powinien A nie mam sił, strach mnie ogarnął, beznadzieja, lęk. Mam 43 lata. Czy to możliwe że moje życie się skończyło? I wszystko muszę zacząć od nowa? Chciałbym uciec daleko stąd...ale się nie da....wiec jak mam żyć???
Awatar użytkownika
Niepozorny
Posty: 1698
Rejestracja: 24 maja 2019, 23:50
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: Depresja

Post autor: Niepozorny »

Pol222 pisze: 09 cze 2024, 7:06 Czy pan Bóg to widzi? Czy widzi co się ze mną dzieje? Czy on rzeczywiście może mi pomóc? Czy to nie jest tak, że aby mi Bóg pomógł to muszę zacząć robić swoje? Ale siły na to nie mam.
Moim zdaniem Bóg to widzi, ale działanie należy do Ciebie. Moim zdaniem potrzebujesz wsparcia specjalistów. Profesjonalne wskazówki otrzymasz dzwoniąc na bezpłatny numer interwencyjny Centrum Wsparcia dla Osób Dorosłych w Kryzysie Psychicznym - 800 70 2222.
Z braku rodzi się lepsze!
Inna
Posty: 333
Rejestracja: 23 lip 2017, 21:47
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Depresja

Post autor: Inna »

Pol222 pisze: 09 cze 2024, 6:50 Dla kogo i po co mam żyć??? NIC MI SIE NIE CHCE. To jest straszne uczucie.
Ja żyłam głównie dla dzieci. Nie będę tu pisać, że dla siebie, bo mi się żyć nie chciało. Ale dla dzieci wstałam z łóżka i poszłam po pomoc. I myślę, że bez farmakologii bym się tak szybko nie pozbierała...
I uwierz, że wciąż miewam momenty, że nic mi się nie chce. I wciąż miewam epizody depresyjne. I wciąż co jakiś czas korzystam z terapii.
I w tych terapiach właśnie widzę działanie Boga.
Dał mi narzędzia, więc ich używam, po to mi.n. żeby odzyskać chęć do życia. Nawet jak mi się nie chce.
Ostatnio zmieniony 09 cze 2024, 21:47 przez Niepozorny, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód: wycięto pusty cytat
"Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia"
(Flp 3,14)
Pol222
Posty: 16
Rejestracja: 16 maja 2024, 7:54
Płeć: Mężczyzna

Re: Depresja

Post autor: Pol222 »

Witam. Wczoraj rozmawialiśmy z żoną. Chciałem jej wytłumaczyć co się ze mną dzieje....oczywiscie na początku było ostro. Powiedziałem jej, że czasami się jej boję i moja córka chyba też, choć córka jest w wieku nastoletnim I wiecie, to wiek buntu i manipulacji więc też jest dobra....i żona pierwszy raz powiedziała, że nie wiedziała że my się jej tak boimy, widziałem w jej oczach skruche... Po dłuższej konwersacji zobaczyłem światełko w tunelu. Musiałem odebrac telefon od klienta...zeszło mi z 15minut. Po tych 15 minutach wróciliśmy do rozmowy A Żona mi mówi, że ok przemyślała tą naszą sytuacje....i że rzeczywiście musimy zacząć coś konstruktywnego robić aby ratować naszą rodzinę. Przyznała mi rację, (żadko to robi) że może i dobrze że pójdę na tą terapię grupową. Czułem wtedy coś czego nigdy chyba nie czułem w naszym związku. Zrozumienie i chęć pracy nad naszą relacją, choć nie powiedziała tego wprost....mam taką złą tendencję, że zawsze jak coś jest nie tak to wchodzę na Internet i szukam diagnozy. I dziś poczytałem o osobach, partnerach, matkach toksycznych i wiecie co? Moja żona ma prawie wszystkie te cechy. No ja też nie jestem święty...powiedzcie mi teraz jak ja mam z żoną porozmawiać na ten temat? Nie chcę jej już oceniać bo ona wtedy kontruje...czy Po prostu dać sobie jeszcze czas...
ODPOWIEDZ