Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Moderator: Moderatorzy
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Mam dużo gorszy czas. Załamałam sie totalnie, mimo leków, mimo terapii. Wróciły mysli samobójcze. Wrocilo cale zło, ktore mnie gnebilo od lat. Wszystkiego wrocilo. To, ze jestem nikim, i jestem tak do niczego, ze nikt mnie nie chce, nawet mąż. Zazdroszcze szczesliwym parom. Wiem, ze dom to nie bajka i różne rzeczy się dzieją, o których nikt nie wie, a to szczęście bywa tylko ułudą. Ja chcialabym zniknąc, zeby nie cierpieć juz dluzej.
- Niepozorny
- Posty: 3309
- Rejestracja: 24 maja 2019, 23:50
- Jestem: w separacji
- Płeć: Mężczyzna
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Masz zaplanowaną jakąś wizytę u psychiatry?Solaris pisze: ↑15 sie 2026, 21:07 Mam dużo gorszy czas. Załamałam sie totalnie, mimo leków, mimo terapii. Wróciły mysli samobójcze. Wrocilo cale zło, ktore mnie gnebilo od lat. Wszystkiego wrocilo. To, ze jestem nikim, i jestem tak do niczego, ze nikt mnie nie chce, nawet mąż. Zazdroszcze szczesliwym parom. Wiem, ze dom to nie bajka i różne rzeczy się dzieją, o których nikt nie wie, a to szczęście bywa tylko ułudą. Ja chcialabym zniknąc, zeby nie cierpieć juz dluzej.
Z braku rodzi się lepsze!
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Tak, na listopad, bo bylo naprawde ok. Spróbuję przyspieszyć.
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Po konsultacji z psychiatrą-kolejne leki
kiedy to sie w koncu skończy
serio brakuje sił.
W niedziele znowu sie strasznie zwyłam. Tak mi jest strasznie żal tego malzenstwa. Ale wychodziłam za mąż za kogoś zupelnie innego. Moj prawdziwy mąż po prostu nie żyje... strasznie ciężko sie z tym wszystkim pogodzić. Szczególnie jak go mijam w sklepie, na mieście. Jest wyraźnie szczęśliwy z kowalską. Ja bezgranicznie cierpię.
W niedziele znowu sie strasznie zwyłam. Tak mi jest strasznie żal tego malzenstwa. Ale wychodziłam za mąż za kogoś zupelnie innego. Moj prawdziwy mąż po prostu nie żyje... strasznie ciężko sie z tym wszystkim pogodzić. Szczególnie jak go mijam w sklepie, na mieście. Jest wyraźnie szczęśliwy z kowalską. Ja bezgranicznie cierpię.
Jak przeżyć żałobę
Dzien dobry, moja smutna historia wprawdzie dobiegła konca, ale nie skończyło się to, czego balam sie najbardziej- tego,co dalej. I w sumie to nie wiem, czy powinnam tu pisac o tej sprawie, ale jest tu wiele doświadczonych osób, i moze ktos bedzie chcial podzielić sie swoimi przemyśleniami.
Jestem sama od maja. Nastąpił okres odzyskiwania wzglęnego spokoju. Wręcz euforia, ze jest po wszystkim, ze przemoc sie skończyła, ze sie wyprowadzil i moge bez strachu wejsc do mieszkania. To bylo wielkie oczyszczenie.
Teraz jestem w zupelnie innym stanie. Przezywam porwornie ciezki okres żałoby. Płaczę, bo wiem, ze uczucie nie wygasło mimo zdrad, krzywd i kłamstw. Być samej w domu , w którym spędziliśmy tyle szczęśliwych lat, jest strasznie trudno. On mnie bombarduje nieprzyjemnym mailami i sms-ami, na ktore juz przestalam odpowiadać, to zarzucił mi chamstwo i ignorowanie. W sumie ma rację, bo te wiadomości sa tak przykre, ze jedynie mądre to pełny ignor.
I tak, przejmuję sie tym, choc nie wierze, ze to, co pisze. To ja go zabiłam, ja zrobiłam z niego wariata /ma depresję/, ja manipuluję, kłamię itd, itp. Ja jestem toksyczna i odpowiedzialna za wszystko, nawet za jego zdrady- bo go traktowałam jak śmiecia. I tak dalej, i tak dalej.
Nie odpowiadam, ale trudno tego nie widzieć. Niby sie nie przejmuję, ale mam straszny zjad. Wciaz jestem w terapii i na lekach, czekam na wizytę u psychiatry. Jestem zabezpieczona jak tylko potrafiłam sie zabezpieczyć.
Tęsknię za jego starą wersję, choc pewnie nigdy to nie nastąpi. Placzę nad swoim zycie. Wróciły mysli wiadomo jakie.
Jak sobie poradzic z tym nowym etapem?.czegos takiego nie przeżywałam, zaczęli sie to jakis czas temu, myślałam, ze sobie poradze. Ale sobie nie radzę. Wszyscy dokoła mowia, jak to jestem usmiechnieta i odprężona. A jak potrzaskana jestem w środku wie tylko jedna osoba. Juz nawet kosciol nie daje mi ukojenia. Nic nie pomaga, a ja mam wrażenie, ze staczam sie w jakąś straszną odchłań, z której juz nie bedzie wyjscia.
Targają mna sprzeczne emocje. Np- po co to robiłam, po co sie rozwiodlam- i natychmiast druga myśl- przeciez on cie krzywdził durna babo od wielu lat. To tylko wierzchołek moich myśli.
Jest to wszystko strasznie, strasznie trudne. I takie smutne. On sobie z kowalską chodzi , a ja cierpię w samotności.
Wczoraj dostałam kolejnego smsa. Z życzeniami szczęścia na nowej drodze, żebym sobie kogoś znalazła itd. Nie odpowiedziałam. Dostałam drugą wiadomosc- ale w sumie to kto by zechciał takiego potwora jak ty. Ja jestem niemal święty, ze wytrzymałem z taką babą tyle lat.
Ciezko mi bardzo
Jestem sama od maja. Nastąpił okres odzyskiwania wzglęnego spokoju. Wręcz euforia, ze jest po wszystkim, ze przemoc sie skończyła, ze sie wyprowadzil i moge bez strachu wejsc do mieszkania. To bylo wielkie oczyszczenie.
Teraz jestem w zupelnie innym stanie. Przezywam porwornie ciezki okres żałoby. Płaczę, bo wiem, ze uczucie nie wygasło mimo zdrad, krzywd i kłamstw. Być samej w domu , w którym spędziliśmy tyle szczęśliwych lat, jest strasznie trudno. On mnie bombarduje nieprzyjemnym mailami i sms-ami, na ktore juz przestalam odpowiadać, to zarzucił mi chamstwo i ignorowanie. W sumie ma rację, bo te wiadomości sa tak przykre, ze jedynie mądre to pełny ignor.
I tak, przejmuję sie tym, choc nie wierze, ze to, co pisze. To ja go zabiłam, ja zrobiłam z niego wariata /ma depresję/, ja manipuluję, kłamię itd, itp. Ja jestem toksyczna i odpowiedzialna za wszystko, nawet za jego zdrady- bo go traktowałam jak śmiecia. I tak dalej, i tak dalej.
Nie odpowiadam, ale trudno tego nie widzieć. Niby sie nie przejmuję, ale mam straszny zjad. Wciaz jestem w terapii i na lekach, czekam na wizytę u psychiatry. Jestem zabezpieczona jak tylko potrafiłam sie zabezpieczyć.
Tęsknię za jego starą wersję, choc pewnie nigdy to nie nastąpi. Placzę nad swoim zycie. Wróciły mysli wiadomo jakie.
Jak sobie poradzic z tym nowym etapem?.czegos takiego nie przeżywałam, zaczęli sie to jakis czas temu, myślałam, ze sobie poradze. Ale sobie nie radzę. Wszyscy dokoła mowia, jak to jestem usmiechnieta i odprężona. A jak potrzaskana jestem w środku wie tylko jedna osoba. Juz nawet kosciol nie daje mi ukojenia. Nic nie pomaga, a ja mam wrażenie, ze staczam sie w jakąś straszną odchłań, z której juz nie bedzie wyjscia.
Targają mna sprzeczne emocje. Np- po co to robiłam, po co sie rozwiodlam- i natychmiast druga myśl- przeciez on cie krzywdził durna babo od wielu lat. To tylko wierzchołek moich myśli.
Jest to wszystko strasznie, strasznie trudne. I takie smutne. On sobie z kowalską chodzi , a ja cierpię w samotności.
Wczoraj dostałam kolejnego smsa. Z życzeniami szczęścia na nowej drodze, żebym sobie kogoś znalazła itd. Nie odpowiedziałam. Dostałam drugą wiadomosc- ale w sumie to kto by zechciał takiego potwora jak ty. Ja jestem niemal święty, ze wytrzymałem z taką babą tyle lat.
Ciezko mi bardzo
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Solaris, post dołączyliśmy moderatorsko do jednego z Twoich wątków - tak będzie bardziej czytelnie i będzie łatwiej zrozumieć kontekst.
"Ty tylko mnie poprowadź, Tobie powierzam mą drogę..."
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
A u mnie nihil novi. Czekam na kolejną wizytę, ale nie wiem czego sie spodziewać. Strasznie dokucza mi samotność, ale nie mam totalnie ochoty na kontakty z kimkolwiek. Wychodzę do pracy, kończę o 15, i na tym moj dzien sie konczy. Reszta to tylko egzystencja.
Dzisiaj w kościele nie plakalam. Dzisiaj czekałam, az sie skonczy msza. Dziwne to bardzo, bo do tej pory kosciol byl moim spokojem. A teraz jest totalne zobojętnienie, no chyba na wszystko
A w uszach wciaz mi brzmi- zabiłaś mnie, przez ciebie umarłem. Jak z tym żyć?
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Solaris rzadko tu zaglądam, dziś zajrzałam.
Nie jest łatwo żyć po odejściu małżonka. W sytuacji gdy była to toksyczna relacja jest tym trudniej gdyż różne mechanizmy powodujące uwiązanie do danej osoby będą jeszcze długo dawały o sobie znać. Przeszłam to osobiście więc wiem jakie to trudne. Wspomnienia o dobrych chwilach też nie ułatwiają. Warsztaty nt. toksycznych rekacji czy różne pozycje książkowe oraz filmiki, pomogły mi zrozumieć różne mechanizmy, moje odczucia, czy też nieracjonalne działanie.
Często osoby trudne, toksyczne, niedojrzałe, nie biorą za nic odpowiedzialności a dodatkowo całą winę przypisują drugiej stronie - siebie wybielając przy tym. I podobnie jest z cechami osobowości- oni są idealni, złe cechy mają inni. Jak ja sobie radziłam? - robiłam "rachunek sumienia" i zastanawiałam się czy te oskarżenia są prawdziwe. Jeśli były prawdą to pracowałam nad tym, jeśli nie, to powtarzałam sobie, że to ocena, wymysł, drugiej strony. A poczucie własnej wartości I tak już wcześniej zahwiane bardzo mi leciało w takich momentach w dół, wuec postanowiłam.nad tym popracować. Samo się nie zrobi.
A bolały rzeczy "abstrakcyjne"
- mąż jak mnie poznał to mi powierdzial, że cieszy się, że jestem naturalna, że nie maluję się jak inne. Gdy odszedł to usłyszałam "nie dbasz o siebie, moje koleżanki z pracy się malują, ładnie wyglądają". Wtedy bolało, teraz przypominam sobie - wcześniejszą "prośbę " męża bym była dalej naturalna.
- mieszkaliśmy w 1 pokoju, który wraz z wzrostem naszego syna obrastał w rzeczy i bałagan przy dziecku był nieustannie - mój mąż nigdy nie kwapił się by cokolwiek posprzątać, ale mi wytykał, że nie daję radę uporządkować, no trudno przy ruchliwym dziecku który ma różne pomysły mieć idealny porządek. Teraz mam więcej przestrzeni i porządek mam. No i dziecko starsze więc mniej zabawek.
- Mój mąż mało się dokładał do budżetu, większość wydatków była na moich barkach i po wyprowadzce się żalił jak mu trudno, bo musi wynająć mieszkanie, na syna alimenty zapłacić, zrobić zakupy, prac, sprzątać itp. No cóż, ja to przez kilka lat robiłam i dziękuję nie usłyszałam. Jego wybór. Tak jak kolejne alimenty na dziecko pozamałżeńskie. Sam sobie tworzy trudności w swoim życiu. Tylko łatwiej zwalić na innych.
Solaris, takich przykładów mam duzo. Dzięki nim nie zwariowałam, a blisko było. Co jakiś czas sobie przypominam, że nie moją wina było to, że dałam się zmanipulować, podejść człowiekowi, który mniej lub bardziej świadomie, chciał mnie wykorzystać. Dla swojego komfortu nie zagłębiam się w temat, bo mimo, że wiele lat terapii I pracy własnej pozwoliło mi stanąć na nogi i wrócić do siebie sprzed małżeństwa, to wiem, że wiele rzeczy by mi zadało rany. Np. wolę nie pytać na co szły pieniądze męża z wynagrodzenia o których milczał- czy to był sponsoring kobiet czy też alimenty na inne dzieci. Na ten moment żyje tym, że byłam mężowi potrzebna jako żona by ludzie mu dali święty spokój i nie pytali dlaczego ktoś przed 40ką nie ma rodziny. I być może dlatego mąż chciał od razu po ślubie dziecko. A argumenty dał tak wiarygodne i do tego medyczne tezy, że mimo oporów dałam się podejść. Nie każda wiedza przynosi korzyść więc czasami wolę nie drążyć. Skupiam się na tym co wiem. Byłam na warsztatach nt. trudnych, toksycznych osób. Zawsze mam duzo pytań i notatek, ale po jednym z wykładów patrzyłam na zapisaną tablice i pomyślałam 'no to jestem w czarnej dziurze i prywatnie i służbowo' (no, bo w pracy też mam trudnych ludzi). I żeby nie było - sama siebie też sprawdzam ile zła, toksyczności jest we mnie.
Piszesz, że jest Ci trudno i niestety tak jeszcze jakiś czas będzie chociażby ze względu na czas żałoby i etapy żałoby po stracie - a bardziej boli odejście, rozwód, niż czyjaś śmierć, bo przy śmierci coś się urywa i znika, a po odejściu małżonka trwa tylko na innej płaszczyźnie, często bolesnej, bo druga strona rani swoimi słowami, czynami.
Nie jest łatwo żyć samotnie. Wczoraj wybrałam się na spacer i smutno mi się zrobiło, bo jak syn był mały to oboje mieliśmy nowe prace, dziecko z problemami, więc czasu na spacery nie było, odkładaliśmy wszystko na potem - jak się ustabilizuje życie, jak syn podrośnie. No i teraz ten czas jest, a sama jestem. No cóż... nie mam tego o czym całe życie marzyłam, co planowałam, więc pora zmienić plany i znaleźć inne marzenia. Zamierzam mieć szczęśliwe życie mimo wielu przeciwności losu.
Nie jest łatwo żyć po odejściu małżonka. W sytuacji gdy była to toksyczna relacja jest tym trudniej gdyż różne mechanizmy powodujące uwiązanie do danej osoby będą jeszcze długo dawały o sobie znać. Przeszłam to osobiście więc wiem jakie to trudne. Wspomnienia o dobrych chwilach też nie ułatwiają. Warsztaty nt. toksycznych rekacji czy różne pozycje książkowe oraz filmiki, pomogły mi zrozumieć różne mechanizmy, moje odczucia, czy też nieracjonalne działanie.
Często osoby trudne, toksyczne, niedojrzałe, nie biorą za nic odpowiedzialności a dodatkowo całą winę przypisują drugiej stronie - siebie wybielając przy tym. I podobnie jest z cechami osobowości- oni są idealni, złe cechy mają inni. Jak ja sobie radziłam? - robiłam "rachunek sumienia" i zastanawiałam się czy te oskarżenia są prawdziwe. Jeśli były prawdą to pracowałam nad tym, jeśli nie, to powtarzałam sobie, że to ocena, wymysł, drugiej strony. A poczucie własnej wartości I tak już wcześniej zahwiane bardzo mi leciało w takich momentach w dół, wuec postanowiłam.nad tym popracować. Samo się nie zrobi.
A bolały rzeczy "abstrakcyjne"
- mąż jak mnie poznał to mi powierdzial, że cieszy się, że jestem naturalna, że nie maluję się jak inne. Gdy odszedł to usłyszałam "nie dbasz o siebie, moje koleżanki z pracy się malują, ładnie wyglądają". Wtedy bolało, teraz przypominam sobie - wcześniejszą "prośbę " męża bym była dalej naturalna.
- mieszkaliśmy w 1 pokoju, który wraz z wzrostem naszego syna obrastał w rzeczy i bałagan przy dziecku był nieustannie - mój mąż nigdy nie kwapił się by cokolwiek posprzątać, ale mi wytykał, że nie daję radę uporządkować, no trudno przy ruchliwym dziecku który ma różne pomysły mieć idealny porządek. Teraz mam więcej przestrzeni i porządek mam. No i dziecko starsze więc mniej zabawek.
- Mój mąż mało się dokładał do budżetu, większość wydatków była na moich barkach i po wyprowadzce się żalił jak mu trudno, bo musi wynająć mieszkanie, na syna alimenty zapłacić, zrobić zakupy, prac, sprzątać itp. No cóż, ja to przez kilka lat robiłam i dziękuję nie usłyszałam. Jego wybór. Tak jak kolejne alimenty na dziecko pozamałżeńskie. Sam sobie tworzy trudności w swoim życiu. Tylko łatwiej zwalić na innych.
Solaris, takich przykładów mam duzo. Dzięki nim nie zwariowałam, a blisko było. Co jakiś czas sobie przypominam, że nie moją wina było to, że dałam się zmanipulować, podejść człowiekowi, który mniej lub bardziej świadomie, chciał mnie wykorzystać. Dla swojego komfortu nie zagłębiam się w temat, bo mimo, że wiele lat terapii I pracy własnej pozwoliło mi stanąć na nogi i wrócić do siebie sprzed małżeństwa, to wiem, że wiele rzeczy by mi zadało rany. Np. wolę nie pytać na co szły pieniądze męża z wynagrodzenia o których milczał- czy to był sponsoring kobiet czy też alimenty na inne dzieci. Na ten moment żyje tym, że byłam mężowi potrzebna jako żona by ludzie mu dali święty spokój i nie pytali dlaczego ktoś przed 40ką nie ma rodziny. I być może dlatego mąż chciał od razu po ślubie dziecko. A argumenty dał tak wiarygodne i do tego medyczne tezy, że mimo oporów dałam się podejść. Nie każda wiedza przynosi korzyść więc czasami wolę nie drążyć. Skupiam się na tym co wiem. Byłam na warsztatach nt. trudnych, toksycznych osób. Zawsze mam duzo pytań i notatek, ale po jednym z wykładów patrzyłam na zapisaną tablice i pomyślałam 'no to jestem w czarnej dziurze i prywatnie i służbowo' (no, bo w pracy też mam trudnych ludzi). I żeby nie było - sama siebie też sprawdzam ile zła, toksyczności jest we mnie.
Piszesz, że jest Ci trudno i niestety tak jeszcze jakiś czas będzie chociażby ze względu na czas żałoby i etapy żałoby po stracie - a bardziej boli odejście, rozwód, niż czyjaś śmierć, bo przy śmierci coś się urywa i znika, a po odejściu małżonka trwa tylko na innej płaszczyźnie, często bolesnej, bo druga strona rani swoimi słowami, czynami.
Nie jest łatwo żyć samotnie. Wczoraj wybrałam się na spacer i smutno mi się zrobiło, bo jak syn był mały to oboje mieliśmy nowe prace, dziecko z problemami, więc czasu na spacery nie było, odkładaliśmy wszystko na potem - jak się ustabilizuje życie, jak syn podrośnie. No i teraz ten czas jest, a sama jestem. No cóż... nie mam tego o czym całe życie marzyłam, co planowałam, więc pora zmienić plany i znaleźć inne marzenia. Zamierzam mieć szczęśliwe życie mimo wielu przeciwności losu.
Miłość nigdy nie dzieje się sama... potrzebna jest konkretna robota
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych, Bóg jest wszechmogący , a nie trochę mogący. Nie wiem czy to Ci pomoże, ale mnie zawsze to zdanie jakoś podtrzymuje na duchu i wlewa nadzieję w serce, że Bóg ma plan na nasze życie, lepszy niż myślimy.
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Tak, czesto tak mysle, mocno wierząc, ze wszystko jest po coś, ze cos mnie czeka, o czym nie wiem. Ale czy planem Najwyzszego był rozwód? Nie sądzę. Czy po takiej decyzji moze mnie czekać cos dobrego, cos przygotowanego przez Boga? Nie umiem tak myśleć.
Rozwód nie był ani moim marzeniem, ani niczym, co by sie mieściło w wierze. Ale nie mialam wyboru, chronię siebie i wprawdzie dorosłe, ale wciąż dzieci.
Tak, ta żałoba jest trudna, wciaz go widuję. I nie są to dla mnie mile spotkania. Jak widzę tę babę, dostaję piany na ustach, ale chwile później przychodzi mi na myśl, ze przeciez do tanga trzeba dwojga. A ja sama doznalam tyle krzywd, ze jestem przeciez przekonana o słuszności swojej decyzji. Ona byla słuszna, i była jedyna. Nie bylo wyjscia.
Ale jest mi bardzo źle. Wróciła tęsknota za marzeniami, za czyms, czego nie ma. Walcze z tym na terapii, ale mowiac szczerze, boje sie myslec, ile lat upłynie, zanim to wszystko w swojej głowie poukładam.
Tak, te manipulacje byly straszne. Nie zdawalam sobie z tego sprawy. Mechanizm jest naprawde paskudny, a ja zylam cale lata bez świadomości, ze zyję z narcyzem.
Dzisiaj staram sie cieszyć z malych rzeczy- ze odkurzam kiedy chcę, a nie kiedy muszę, ze gary do zmywania mogą stac do rana, a niekoniecznie trzeba je umyć o 1 w nocy, bo tak ktos chce. Cieszę sie, leżąc na kanapie, bez napiwki, ze cos muszę. Staram sie zyc wg zasady- nie muszę, conajwyzej mogę.
Ale bardzo duzo jest takich ciężkich chwil, gdzie bardzo ciężko mi sie jest pozbierać do jakiejs kupy, zeby np.w ogole wstać z łóżka i pójść do pracy. To jest okropne, i dzieje sie poza moją wolą. Jest bardzo, bardzo trudno
Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, ze ten stan nie bedzie trwal wiecznie.
Rozwód nie był ani moim marzeniem, ani niczym, co by sie mieściło w wierze. Ale nie mialam wyboru, chronię siebie i wprawdzie dorosłe, ale wciąż dzieci.
Tak, ta żałoba jest trudna, wciaz go widuję. I nie są to dla mnie mile spotkania. Jak widzę tę babę, dostaję piany na ustach, ale chwile później przychodzi mi na myśl, ze przeciez do tanga trzeba dwojga. A ja sama doznalam tyle krzywd, ze jestem przeciez przekonana o słuszności swojej decyzji. Ona byla słuszna, i była jedyna. Nie bylo wyjscia.
Ale jest mi bardzo źle. Wróciła tęsknota za marzeniami, za czyms, czego nie ma. Walcze z tym na terapii, ale mowiac szczerze, boje sie myslec, ile lat upłynie, zanim to wszystko w swojej głowie poukładam.
Tak, te manipulacje byly straszne. Nie zdawalam sobie z tego sprawy. Mechanizm jest naprawde paskudny, a ja zylam cale lata bez świadomości, ze zyję z narcyzem.
Dzisiaj staram sie cieszyć z malych rzeczy- ze odkurzam kiedy chcę, a nie kiedy muszę, ze gary do zmywania mogą stac do rana, a niekoniecznie trzeba je umyć o 1 w nocy, bo tak ktos chce. Cieszę sie, leżąc na kanapie, bez napiwki, ze cos muszę. Staram sie zyc wg zasady- nie muszę, conajwyzej mogę.
Ale bardzo duzo jest takich ciężkich chwil, gdzie bardzo ciężko mi sie jest pozbierać do jakiejs kupy, zeby np.w ogole wstać z łóżka i pójść do pracy. To jest okropne, i dzieje sie poza moją wolą. Jest bardzo, bardzo trudno
Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, ze ten stan nie bedzie trwal wiecznie.
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Solaris czasami trzeba pozwolić sobie na odrobinę smutku, na przeżycie żałoby, byleby w tym nie utkwić, ale pewnie pomoc profesjonalna po którą się udalaś Ci pomoże.
Większość z nas nie planowała takich naszych losów. A i Bóg nie planował. Sami wybraliśmy, czasami nie mając pełnej wiedzy lub będąc wprowadzonym w błąd. Wiele razy się pytałam Boga dlaczego dopuścił do naszego ślubu. W którymś z gadanek o. Szustaka usłyszałam- Bóg nam nikogo nie przeznacza na męża/żonę, ale pomaga spotkać różne osoby i to my sami decydujemy z kim chcemy budować relacje. Ale Bóg zawsze chce naszego dobra, więc gdy będzie źle to będzie nam w tym towarzyszył i podtykał koła ratunkowe. To tak w skrócie.
A dziś w Knotkach porannych, o. Adam znow w punkt - może coś dla siebie znajdziesz w jego slowach:
https://youtu.be/H2_6OprSu1Q?is=Uq6oyPlTBpOkjxx9
Pozdrawiam i życzę by szybko w twoim życiu zapanował spokój i szczęście
Większość z nas nie planowała takich naszych losów. A i Bóg nie planował. Sami wybraliśmy, czasami nie mając pełnej wiedzy lub będąc wprowadzonym w błąd. Wiele razy się pytałam Boga dlaczego dopuścił do naszego ślubu. W którymś z gadanek o. Szustaka usłyszałam- Bóg nam nikogo nie przeznacza na męża/żonę, ale pomaga spotkać różne osoby i to my sami decydujemy z kim chcemy budować relacje. Ale Bóg zawsze chce naszego dobra, więc gdy będzie źle to będzie nam w tym towarzyszył i podtykał koła ratunkowe. To tak w skrócie.
A dziś w Knotkach porannych, o. Adam znow w punkt - może coś dla siebie znajdziesz w jego slowach:
https://youtu.be/H2_6OprSu1Q?is=Uq6oyPlTBpOkjxx9
Pozdrawiam i życzę by szybko w twoim życiu zapanował spokój i szczęście
Miłość nigdy nie dzieje się sama... potrzebna jest konkretna robota
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Zbyt mało we mnie wiary. Złoszczę sie, cierpię, z drugiej strony kocham, ufam, wierzę. Wszystko wydaje mi sie tak mocno sprzeczne i niespójne.
Odizolowałam sie troche, nie chce z nikim rozmawiać, a juz na pewno nie na te tematy. Rodzinie czy przyjaciołom sie wydaje, ze mnie wspierają, a tylko pogarszają sprawe. Nie jest mi teraz potrzebne zdanie- pozbyłaś sie problemu, jesteś spokojniejsza, weź sie w garsc. Kolejny dobijacz. Ludzie jednak lubią sie karmić cudzym nieszczęściem.
Lubię sluchac o Szustaka. Ciekawy ten ostatni link, jakze adekwatny. Nie wiem, co mi pisane, na razie walcze ze sobą, zebym sie nie zapłakała na śmierć. Obym jeszcze kiedys potrafiła sie usmiechac.
Terapia jest ciężka. Od dziecka jestem sama, bez wsparcia emocjonalnego. Rodzice nie rozumieli moich uczuć, lęków, problemów, choc kochali. Inne czasy, zimny wychów. Kto kiedys mowil dziecku, ze je kocha? Ze moze na rodzica liczyc. Ze nie jest samo. Ja tego nie slyszalam. Musialam wiec sie przystosować i walczyc.
To kolejny aspekt mojego stanu. To paskudne odkrywanie przeszlosci i demonów dziecinstwa. Przeraza mnie to, jak bardzo to dzieciństwo wpłynęło na to, jaka jestem teraz, będąc osobą dorosłą. A mnie sie wydawalo, ze jest ok. Nie było. Trudno sie z tym wszystkim uporać. Z chęcią bym zakończyła tę terapię. Czy tak jestem w stanie sobie pomoc? Sama nie wiem. Co mi to daje, poza bólem ? Co z tego, ze rozumiem ten mechanizm, czy to mi pomoże stanac na nogi? Nie jestem taka pewna.
A czasem sobie myślę, ze to wszystko sie nigdy nie wydarzyło, ze zaraz w drzwiach stanie moj maz, usmiechnie sie i zapyta- kochanie, jak ci minął dzien. Czuje sie tak, jakbym stała obok. Nie wiem, czy to normalne, ale tak czasem jest. I dziwię sie, dlaczego mojego kochanego nie ma, dlaczego nie stoi w tych drzwiach ..
Odizolowałam sie troche, nie chce z nikim rozmawiać, a juz na pewno nie na te tematy. Rodzinie czy przyjaciołom sie wydaje, ze mnie wspierają, a tylko pogarszają sprawe. Nie jest mi teraz potrzebne zdanie- pozbyłaś sie problemu, jesteś spokojniejsza, weź sie w garsc. Kolejny dobijacz. Ludzie jednak lubią sie karmić cudzym nieszczęściem.
Lubię sluchac o Szustaka. Ciekawy ten ostatni link, jakze adekwatny. Nie wiem, co mi pisane, na razie walcze ze sobą, zebym sie nie zapłakała na śmierć. Obym jeszcze kiedys potrafiła sie usmiechac.
Terapia jest ciężka. Od dziecka jestem sama, bez wsparcia emocjonalnego. Rodzice nie rozumieli moich uczuć, lęków, problemów, choc kochali. Inne czasy, zimny wychów. Kto kiedys mowil dziecku, ze je kocha? Ze moze na rodzica liczyc. Ze nie jest samo. Ja tego nie slyszalam. Musialam wiec sie przystosować i walczyc.
To kolejny aspekt mojego stanu. To paskudne odkrywanie przeszlosci i demonów dziecinstwa. Przeraza mnie to, jak bardzo to dzieciństwo wpłynęło na to, jaka jestem teraz, będąc osobą dorosłą. A mnie sie wydawalo, ze jest ok. Nie było. Trudno sie z tym wszystkim uporać. Z chęcią bym zakończyła tę terapię. Czy tak jestem w stanie sobie pomoc? Sama nie wiem. Co mi to daje, poza bólem ? Co z tego, ze rozumiem ten mechanizm, czy to mi pomoże stanac na nogi? Nie jestem taka pewna.
A czasem sobie myślę, ze to wszystko sie nigdy nie wydarzyło, ze zaraz w drzwiach stanie moj maz, usmiechnie sie i zapyta- kochanie, jak ci minął dzien. Czuje sie tak, jakbym stała obok. Nie wiem, czy to normalne, ale tak czasem jest. I dziwię sie, dlaczego mojego kochanego nie ma, dlaczego nie stoi w tych drzwiach ..
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Niestety nie umiem pocieszyć bo podpisałabym się pod Twoimi słowami, mam tak samo. Ale mogę się chociaż pomodlić za Ciebie. Trzymaj się, zawsze po burzy wychodzi słońceSolaris pisze: ↑11 wrz 2026, 18:47
A czasem sobie myślę, ze to wszystko sie nigdy nie wydarzyło, ze zaraz w drzwiach stanie moj maz, usmiechnie sie i zapyta- kochanie, jak ci minął dzien. Czuje sie tak, jakbym stała obok. Nie wiem, czy to normalne, ale tak czasem jest. I dziwię sie, dlaczego mojego kochanego nie ma, dlaczego nie stoi w tych drzwiach ..
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Nnn, dziekuję
jak bede potrafiła sie znowu sie modlić, pomodlę sie za wszystkich, którzy otaczali mnie i otaczają swoją modlitwą. Teraz nie umiem
- Niepozorny
- Posty: 3309
- Rejestracja: 24 maja 2019, 23:50
- Jestem: w separacji
- Płeć: Mężczyzna
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Solaris czym dla Ciebie jest modlitwa?
Zacytowany fragment pochodzi z https://mateusz.pl/duchowosc/sl-modlitwa.htm.STANISŁAW ŁUCARZ SJ pisze:(...) są w doświadczeniu modlitwy także takie momenty, kiedy czuje się, że nie jest do końca niczym z tych rzeczy, że jest wręcz pustką, milczeniem Boga, udręką, poruszaniem się po omacku w zupełnej ciemności, zaprzeczeniem wszelkich ideałów modlitwy, a przecież nie można powiedzieć, że nie jest modlitwą.
Z braku rodzi się lepsze!


