Kilka pytań o separację

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

Mój mąż wpłacił alimenty. Terminowo. Całą kwotę. Kot noszący imię "Czynny nałóg" został nazwany i wyciągnięty spod koszuli, a jednak wszyscy przeżyli. Czyli pierwsze koty za płoty :D

A już byłam gotowa jutro iść do komornika. Sprawdziło się, co mówił nam terapeuta od współuzależnienia na edukacji. Że na ogół jak już będziemy gotowe tak na sto procent iść do komornika, to nie będziemy miały powodu tam iść...

Napisałam dziękuję, ale pewnie mam zwrotnego bana. Super już nie umierać z rozpaczy z takich głupich powodów.
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

Ruta pisze: 10 gru 2025, 23:52 Napisałam dziękuję, ale pewnie mam zwrotnego bana. Super już nie umierać z rozpaczy z takich głupich powodów.
No i zwrotnego bana u męża też już nie mam :) Jak nie umieram z rozpaczy z powodu bana u męża, to i ban widać niepotrzebny. Wygląda na to, że z upływem dekady i trzy terapie dalej odblokowało mi w końcu mowę i mogę nazywać nałóg męża nałogiem bez konsekwencji w postaci jego przemocy ukierunkowanej na to, żebym się zamknęła: ekonomicznej, słownej, emocjonalnej i żadnej innej.

Wygląda na to, że wystarczyło nauczyć się skutecznej obrony, czyli stawiania granic sobie. Jakie to proste :D
Ksiądz Dziewiecki sparafrazował w jednym ze swoich tytułów św. Augustyna: Komunikacja. Kochaj i mów co chcesz! Czuję wewnętrzną wolność w tym, że mogę swobodnie wypowiedzieć siebie wobec męża, bez obawy o odwet i zastraszanie.
Wolność słowa, koniec represji, koniec cenzury. Czuję to w ciele i jest jakbym zdjęła z siebie taki ciężar, który gniótł mi klatkę piersiową i tłumił mój oddech.

Czuję się też dobrze z tym, że nie czuję napięcia, przed tym, że mąż będąc nietrzeźwy będzie wymuszał na mnie zgodę na zabranie syna. Najwyraźniej przestałam bać się nietrzeźwości męża. Taka choroba: raz jest trzeźwy, a raz nie jest. Kiedyś nietrzeźwy mąż wydawał mi się wielki i przerażający jak potwór z bajki, miał z cztery metry wzrostu i wielkie zęby, jak wilk z bajki. Dziś wiem, że mogę go po prostu spokojnie pożegnać, odmówic spełnienia jego nieodpowiedzialnych żądań. Bez obciążania siebie tymi przerażającymi mnie kiedyś myślami, że jeśli mu się coś potem stanie, to będzie moja wina.

Dziękuję dotarło do męża. Jak mówił papież Franciszek, te trzy słowa: dziękuję, proszę, przepraszam pomagają żyć jednością w rodzinie. Bardzo dobre narzędzia dialogu. Bezpłatne i nie trzeba lat terapii, by nauczyć się ich używać :)
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

W innym wątku opisałam cykl przemocy w naszej rodzinie. Z naszej przeszłości. Postanowiłam go opisać także tu. Prawdę mówiąc, kiedy spisałam go jeszcze raz, po upływie tak długiego czasu poczułam jak bardzo ta przemoc była destrukcyjna dla nas, jak na nas wszystkich wpływała, ile napięcia było z jej powodu w nas na codzień.
W czasie, gdy tej przemocy doświadczałam, nie widziałam związku między moim pogarszającym się stanem psychicznym i fizycznym, pogarszającym się stanem dzieci, ich trudnościami - a doświadczaną przemocą. Myślałam, że po prostu czasem mąż wybucha, bo ma trudny charakter i potrzebujemy się nauczyć żyć z tymi jego wybuchami.

Kiedy z kolei docierało czasem do mnie, jak jest nam trudno i że potrzebujemy pomocy, nie potrafiłam tego nikomu wyjaśnić. - No to co tam u was jest trudnego? - Mąż czasem na nas krzyczy. - No nie przesadzaj. Każdy czasem krzyczy. Tu na pewno też. Może daj mu obiad, albo może nie dajesz mu odpocząć po pracy. Uśmiechnij się, bądź miła.

Na terapii uczyłam się opisywać to, co się działo dokładnie, opisowo i konkretnie nazywać zachowania męża, które nas krzywdziły. Nie "stosował agresję", ale co robił konkretnie.

Jednym z takich zachowań były nagłe niespodziewane i bardzo gwałtowne wybuchy męża. Taki wybuch polegał na tym, że mąż znienacka zaczynał krzyczeć na dziecko lub na mnie. Czasem działo się to w odpowiedzi na zwrócenie się do niego przez któres z nas z pytaniem, prośbą, chęcią pochwalenia się czymś. Czasem to mąż atakował jedno z nas, wchodząc do pokoju w którym przebywaliśmy, lub w którym było jedno z nas. Albo czasem atakował to z nas, które było z nim w tym samym pomieszczeniu. Nie było wiadomo, kiedy nastąpi taki wybuch i kto będzie jego obiektem. Można było być spokojnym, nic nie chcieć, zajmować się swoimi sprawami, nauką, gotowaniem, rysowaniem - i zostać zaatakowanym. Także odzywanie się do męża, zwracanie z czymkolwiek było zawsze związane z ryzykiem. W 80 procentach reakcja była spokojna, ale w 20 procentach była przerażająca.

Podczas wybuchu mąż cały czas głośno krzyczał i wydawał dyscyplinujące zastraszające polecenia (wstań, patrz na mnie, podnieś głowę, usiądź, nie odzywaj się). Uniemożliwiał też wyjście z pokoju: nie wychodź, ja nie skonczyłem. Albo kazał wyjść tylko dzieciom, albo tylko mi. Sam decydował, kto będzie obiektem ataku.
Wrzeszcząc wypowiadał niesprawiedliwe krytyki i raniące upokarzające słowa dotyczące dzieci, mnie, mojej rodziny. Wprowadzał też podział: wy (czyli ja i dzieci) konta ja (mąż). Z jego słów wynikało, że jesteśmy jego wrogami, ja i dzieci. Dużo w tych wypowiedziach było też obwiniania - on nie ma spokoju w domu, nikt nie szanuje jego pracy i prawa do odpoczynku, nie można w spokoju niczym się zajać, wszyscy tylko daj i daj, w domu (czy w pokoju dziecka) jest bałagan. Podczas wybuchów mąż czasem niszczył rzeczy należące do któregoś z dzieci lub do mnie lub stanowiące wspólną własność, na przykład wyrywał szufladę i nią ciskał w podlogę, aż się rozrzaskiwała. Takich zniszczeń dokonywał rzadko, ale przy każdym wybuchu każde z nas bało się, że to zrobi. Gdy już stał i wrzeszczał każde z nas obawiało się o swoje i nasze rzeczy. I czasem naprawdę były niszczone. Ale dla nas niszczący był już sam lęk.
Swojej własności mąż nie niszczył - za wyjątkiem rzucania czasem własnym telefonem (śmiem twierdzić, że była to forma "wymiany" starego modelu, który jeszcze działał, na nowszy i ładniejszy).
Wybuch kończył się równie nagle jak się zaczynał. Albo mąż potem wychodził z domu, czasem z informacją, że ma dość życia i się zabije, albo że ma dość i już do nas nie wróci, czasem w złowrogim milczeniu. Czasem wybuch kończył się wyrzuceniem nas wszystkich z pokoju i długą ciszą. W domu musiało być wtedy cicho, na wszelki wypadek, bo wybuch mógł się powtórzyć.
Kiedy mąż się uspokoił, przepraszał obwiniając za swój wybuch rodzinę. Mnie i dzieci. Przepraszam, ale mnie zdenerowałeś, zdenerwowaliście. Nie możecie tak robić, bo ja potem nad sobą nie panuję. Oraz obiecując naprawę tego, co zniszczył. Żadnej z tych obietnic nie dotrzymał. Dawał też czasem "prezent" na przeprosiny za dzień lub dwa, na przykład malunek na fragmencie zniszczonej szuflady (mam cztery lata i robię laurkę). Nigdy nie dał na przeprosiny nic naprawdę związanego z potrzebami skrzywdzonej osoby czy w zamian za zniszczoną rzecz.

Te wybuchy miały konkretny cel - żeby nikt nic od męża nie chciał, żeby miał pretekst do wyjścia z domu, żeby miał powód do leżenia cały dzień. Zdarzały się gdy mąż był na alkoholowym (lub innym) głodzie - w domu nie trzymaliśmy ani nie spożywaliśmy alkoholu, poza spotkaniami towarzyskimi i nigdy w dzień, w czasie opieki nad dziećmi. Więc mąż nie mógł tak po prostu będąc z nami się napić.
Wybuchy zdarzały się też, gdy mąż był na kacu i chciał ciszy. Wtedy tego tak nie postrzegałam. Wierzyłam w to, co mówił mąż, że przyczyna jest we mnie i dzieciach.

Ja wobec wybuchu męża próbowałam bronić dzieci, uspokajając męża, prosząc by nie krzyczał.To nie działało. Mąż wrzeszczał na mnie i na dzieci. Zwykle przybiegało też drugie dziecko. Więc wrzeszczał na nas troje. Próbowalam też zabierać dzieci do innego pomieszczenia. Tu mąż reagował, krzycząc: nie wtrącaj się, zawsze się wtrącasz, nie szanujesz mnie, mam prawo być ojcem i teksty o babskim wychowaniu i że chcę, żeby on się w ogóle nie liczył. Stałam wtedy tylko bezradnie, gotowa osłonić dziecko przed atakiem fizycznym - mąż nigdy nie zaatakował fizycznie dziecka, ale wszyscy się tego baliśmy, że kiedyś to zrobi. Z czasem na polecenie męża zaczęłam też wychodzić z pokoju, zostawał sam z dziećmi i wrzeszał na nie dalej. Stałam wtedy przerażona pod drzwiami. Bałam się, że swoim sprzeciwem lub interwencją pogorszę sprawę. Więc tylko stałam.

Po wybuchach uspokajałam dzieci, starając się poprawić im nastrój (to błąd, trzeba dać dziecku mozliwość wyrażenia tego, co czuje, a nie zmuszać do czucia tego, co ja chcę).
Nie mówiłam im wprost, że to co zrobił tata było krzywdzące i niesprawiedliwe. Tłumaczyłam męża jego zmęczeniem, ciężką pracą, wybuchowym charakterem - czyli przyjmowałam narrację męża. Uczyłam też dzieci każdego dnia bycia cicho i nie prowokowania ojca. Co nigdy nie dzialało.
Czasem po wybuchu zabierałam dzieci z domu, bo wiedziałam, że mąz może wybuchnąć znowu. Starałam się być z nimi poza domem cały dzień. To niby było super, było kino, spacer, restauracja. Nie było to jednak zgodne z potrzebami dzieci, które miały naukę, rehabilitację, ćwiczenia, i wlasną potrzebę pobycia w domu, odpoczynku, zabawy. Ale tylko pobyt poza domem pomagał zrzucić nam część napięcia.

Jeśli jednak to mąż wybiegł z domu grożąc samobójstwem lub wychodził, byłam w stałym napięciu i nie byłam nawet takim lichym wsparciem dla dzieci. Byłam tylko przerażona, że on sobie coś zrobi albo wróci nietrzeźwy i powie, że to przeze mnie. Do dzieci byłam wtedy zamrożona. Działałam jak robot, dając im posiłki, organizując wspólne sprzątanie, albo każąc im się uczyć, albo coś obejrzeć. Rehabilitacji nie byłam w stanie prowadzić, czasem robili ją sobie sami. Uciszałam ich też, żeby nie hałasowali i się nie śmiali (to uciszanie dzieci, jak odkryłam, skopiowałam z mojej mamy: gdy ona była w napięciu, dzieciom nie wolno było się bawić i śmiać i być glośno).

Gdy już wszystko jako tako wracało do normy na tyle, że mogłam na nowo myśleć i dzieci też, mąż brał nas wszystkich (do pokoju w pierwszym mieszkaniu, a w potem domu do kuchni). Potem razem piekliśmy ciasto, mąż mówił nam, że nas kocha, nigdy nas nie opuści i nie będzie już więcej nic niszczył ani tak krzyczał. I wymuszał na nas przyjęcie go, przytulenie go, powiedzenie, że go kochamy, że już wszystko jest dobrze. Uwierzenie w to wszystko dawało nadzieję i złudne poczucie bezpieczeństwa. Potem mąż spędzał z nami czas, graliśmy razem w gry planszowe, rozmawialiśmy jakby nigdy nic. Temat miał być zamknięty. Nie wolno już było do niego wracać, bo mąż przeprosił, a my te przeprosiny przyjęliśmy. Ale taka kula lęku w każdym z nas zostawała. I napięcie, że w każdej chwili może znów być wybuch. I próba kontrolowania siebie.

Każda próba rozmowy, że to się powtarza, kończyła się mówieniem: ciągle chcesz wracać do tego, co było, niszczysz mnie, wypominasz. Znowu chcesz mnie zdenerwować. Wyolbrzymiasz. Przesadzasz. Nie akceptujesz mnie. Nie akceptujesz, że jestem mężczyzną. Nie umiesz żyć z mężczyzną, bo wychowywałaś się bez ojca. Chcesz rozmiękczyć synów. Chcesz żebym się zmienił i został francuskim pieskiem. O co ci chodzi.

Byłam konsekwentnie i metodycznie przez męża zastraszana i uciszana.

Cieszę się tym, że udało mi się przełamać cały ten lęk i że umiem już patrzeć swoimi oczami.

A pisząc zrozumiałam jeszcze jedną rzecz. Dlaczego mąż ciągnął nas co weekend kilometry do swoje rodziny. Gdy dzieci były małe, w domu nie piliśmy alkoholu. Spotkania ze znajomymi były raz na parę miesięcy. Ja wtedy nie piłam, no bo dzieci małe. I oczekiwałam od męża, że nawet jeśli gdzieś wyjdziemy, to on ograniczy ilość wypijanego alkoholu. U teściów alkohol był już do obiadu. A obiad był wcześnie. Potem można było zstawić dzieci i wyjść - i znowu się napić. Albo nie wychodzić i otworzyć piwo, albo sobie nalać kieliszek. I tak pić do wieczora. Alkohol był dostępny na miejscu i za darmo. Bez ograniczeń. Byle nie przed dwunastą.

Kręciliśmy się wokół tego alkoholu znacznie bardziej, niż sądziłam. I znacznie więcej niż sądziłam było w naszej rodzinie podporządkowane mężowskiemu piciu. Ile jazd i awantur było o te wyjazdy. Ja byłam zmęczona. Nie miałam siły jeździć, potrzebowałam odpoczynku. Nie mieliśmy wtedy nawet samochodu. Pakuj dzieci, pakuj wszystko zaraz po pracy i ruszaj. A jakikolwiek sprzeciw - nie szanujesz moich rodziców, nie rozumiesz więzi rodzinnych, chcesz mnie ograniczać, chcesz mi zerwać więzi z rodziną. Raczej z alkoholem...
Awatar użytkownika
Niepozorny
Posty: 3098
Rejestracja: 24 maja 2019, 23:50
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Niepozorny »

Nie jestem ekspertem, ale po przejrzeniu od deski do deski tego długiego posta i tamtego z innego wątku, uwzględniając całą masę przeróżnych czynników oraz możliwości wynikające z moich mocy umysłowych i szerokiej wiedzy życiowej, od samego początku z pewną dozą sprytu i wyjątkową dokładnością analizując każdy szczegół, doszedłem do jednego, jasnego i logicznie podpartego wniosku: nie mogę nic napisać, bo — jak już wspominałem — ekspertem to ja zdecydowanie nie jestem ;)
Z braku rodzi się lepsze!
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

Niepozorny pisze: 11 gru 2025, 15:28 Nie jestem ekspertem, ale po przejrzeniu od deski do deski tego długiego posta i tamtego z innego wątku, uwzględniając całą masę przeróżnych czynników oraz możliwości wynikające z moich mocy umysłowych i szerokiej wiedzy życiowej, od samego początku z pewną dozą sprytu i wyjątkową dokładnością analizując każdy szczegół, doszedłem do jednego, jasnego i logicznie podpartego wniosku: nie mogę nic napisać, bo — jak już wspominałem — ekspertem to ja zdecydowanie nie jestem ;)
Czytając twojego krótkiego posta, także stwierdzam swój brak kompetencji. Kompletnie nie wiem, jak miałabym zrozumieć twój post. Nie mam nawet jakiejś ogólnej koncepcji. Czuję tylko, że nie dowierzasz, że to co opisałam i czego doświadczyłam, było ciężką niszczącą formą przemocy.

Jeśli chodzi o porównanie... i różnice w relacji...
W poście napisanym poza wątkiem skupiłam się na przemocy skierowanej wobec dzieci, siebie analizując jako niereagującą i niewłaściwie reagującą dorosłą. Bo i o tym była rozmowa. Tu, pisząc na swoje potrzeby, ewentualnie tych osób, które mają chęć czytać długie posty, włączyłam swoją perspektywę - osoby doświadczającej przemocy. Poczułam, że jest mi to potrzebne. Perspektywę siebie jako drugiej dorosłej w tych sytuacjach przerobiłam w terapii rodzinnej. Perspektywę siebie, jako doświadczającej przemocy ze strony męża, powoli przepracowuję teraz.

Nie sądzę, żeby chodziło ci o to, że to co opisałam nie było przemocą. Mężczyżni ukrywający nałóg stosują przemoc i manipulacje, zastraszają, terroryzują (uzależnione kobiety mają inne schematy zarządzania nałogiem). Niektórzy mężczyżni, jak mój mąż, nikogo w domu nie biją. Ale rodzina czuje się jak pobita. Szczególnie, gdy są wypowiadane groźby przemocy fizycznej lub agresja jest kierowana na przedmioty. I o to w tym chodzi. Nawet i bez tego nagłe wybuchy, obwinianie, brak przewidywalności, przymuszanie do udawania, że nic się nie stało - są przemocą i wyniszczają osoby tego doświadczające. Do ciężkich przewlekłych depresji, nerwic, histerii, prób samobójczych, samookaleczeń, uzależnień, zaburzeń uwagi, zaburzeń odżywiania i szeregu chorób fizycznych onpodłoży somatycznym. Dodajmy jeszcze bezsenność, napady paniki i zaburzenia lękowe, u dzieci także zaburzenia mowy i moczenie. Zdrowienie zajmuje wiele lat.

Jeśli chodzi o to, że gdy mąż wrzeszczał na dzieci, powinnam była zareagować, powiedzieć mężowi żeby przestał, czy spróbowac wyjść z dziećmi, robiłam tak. Nie dzialało. Nasilało agresję. Mąż uniemożliwiał nam wyjście, albo tylko dzieciom. Mogłam wyjść sama. Oczywiście, że zostawałam. Stany związane z używkami są stanami psychotycznymi. Powinnam była po cichu wezwać policję lub kogoś, kto pomoże nam się wydostać i trwale się odizolować. Z czasem się tego nauczyłam. Ale dopiero, kiedy szkody wynikające ze stałego doświadczania przemocy były tak duże, że nikt już więcej by nie zniósł.

Jeśli chodzi z kolei o to, czy tak zachowujący się mężczyzna mógł być równocześnie dobrym ojcem i mężem. Mógł. Tak jak opisałam zachowywał się w ciągach. Kilka razy na ciąg. Ale miał też długie okresy abstynencji. I wtedy funkcjonował bez wybuchów, zastraszania nas. Nie miał po co zastraszać, ani co ukrywać. Trwanie w relacji w której zachodzą cykle przemocy, dlatego jest możliwe, że przemoc nie dzieje się cały czas. Między fazami agresji jest normalne zwykłe życie. Czasem nawet dobre życie. To bardzo dezorientujące. Tylko z cyklu na cykl to dobre życie dzieje się w coraz większym napięciu. Bo już wiesz, że w każdej chwili, znienacka może przyjść to straszne. Z czasem siada wszystkim somatyka. Ale nadal trudno skojarzyć to wszystko z dziejącą się przemocą. Bo jej nie widać. Mąż czasem krzyczy. I co z tego?

Odparłam tak zwane "cztery wielkie argumenty" kierowane do ofiar przemocy: twoja relacja jest niespójna, to nie była przemoc, powinnaś był reagować, to niemożliwe. Znowu, bardziej na mój użytek, ułożenia sobie tego, co poczułam czytając twój post.

Jest jeszcze piąty. Czemu nie szukałaś pomocy? Szukałam. Spowiednik uczył mnie trwania w małżenstwie i bycia milszą i bardziej kobiecą, bardziej posłuszną. Rodzina męża mówiła, że jestem nienormalna, podejrzewając jakieś nałogi i robiąc aferę o jakiś rozbity mebel. Chłop, to chłop, pokrzyczy, przestanie. A swojej rodzinie bałam się przyznać, bo otrzymałabym jasny komunikat, że mam odejść. A na to nie byłam gotowa i uważałam, że to przesada. I że nie rozumieją, czym jest przysięga małżeńska.

Natomiast ponieważ postarałeś się dać mi feedback, postaram się dać feedback i tobie. Najpierw ekspercki. Bo w temacie wsparcia dla osób doświadczających przemocy jestem ekspertem. Kiedy ktoś, kobieta, mężczyna, dziecko, otwiera się i mówi o swoim doświadczeniu przemocy - i nie masz dla tej osoby słów wsparcia, lepiej zamilknąć. To jest ekstremalnie trudne, dzielić się swoim bólem, upokorzeniem, bezradnoscią. Takie dzielenie jest jak obieranie się że skóry, ale jest potrzebne, by zdrowieć. Dlatego robimy to w bezpiecznych przestrzeniach, na przykład na moderowanym forum, anonimowo, w terapii, na grupie wsparcia.

Nawet jeśli przemoc to już przeszłosć, wiele ran pozostaje otwartych. Feedback, który może zostać odebrany jako podważający relację, wyrażający szok, kpinę, zdziwienie, bardzo ale to bardzo rani. Rani również feedback pełen niedpowiedzeń, w którym nic nie jest powiedziane wprost. Nawet jeśli nie ma w tym intencji podważenia relacji, osoba która właśnie się otworzyła, tak to odbiera. Tyle eksperci.

I teraz mój osobisty zwrot. Czytając twój post poczułam się zdezorientowana. Poczułam się, jak wtedy, gdy szukałam pomocy dla mnie i dzieci i słyszałam zawoalowane komunikaty, z których koniec konców wynikało, że przemocy nie ma, tylko jestem głupia. Poczułam też smutek. I brak bezpieczeństwa.

Myślę, że twoja intencja była inna. Ale jaka - nie wiem. Mam nadzieję, że się dowiem. Wolę jeśli napiszesz do mnie wprost, niż przez niezrozumiałe i nic nieznaczące sugestie.
Awatar użytkownika
Niepozorny
Posty: 3098
Rejestracja: 24 maja 2019, 23:50
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Niepozorny »

Ruta pisze: 11 gru 2025, 22:35 Czytając twojego krótkiego posta, także stwierdzam swój brak kompetencji. Kompletnie nie wiem, jak miałabym zrozumieć twój post. Nie mam nawet jakiejś ogólnej koncepcji. Czuję tylko, że nie dowierzasz, że to co opisałam i czego doświadczyłam, było ciężką niszczącą formą przemocy.

(...)

I teraz mój osobisty zwrot. Czytając twój post poczułam się zdezorientowana. Poczułam się, jak wtedy, gdy szukałam pomocy dla mnie i dzieci i słyszałam zawoalowane komunikaty, z których koniec konców wynikało, że przemocy nie ma, tylko jestem głupia. Poczułam też smutek. I brak bezpieczeństwa.

Myślę, że twoja intencja była inna. Ale jaka - nie wiem. Mam nadzieję, że się dowiem. Wolę jeśli napiszesz do mnie wprost, niż przez niezrozumiałe i nic nieznaczące sugestie.
Ruto mój post nie miał być komentarzem do opisu twojego doświadczania przemocy, a jedynie przerywnikiem. Przeczytałem dziś podobny komentarz pod rysunkiem związanym z myśleniem mężczyzn o niczym. Rozbawił mnie i uważałem, że trochę takiego oderwania od rzeczywistości przydałoby się na forum. Przyjmuję, że tego celu nie udało mi się osiągnąć, a mój post spowodował więcej szkody niż pożytku. Może gdyby pojawił się pod mniej trudnym tematem, to odbiór byłby inny.

Zastanawia mnie jednak jedna rzecz. Skoro nie wiedziałaś, jaki jest cel mojego posta, to dlaczego napisałaś to wszystko, co w powyższym cytacie ja zastąpiłem (...)? Nie prościej zwyczajnie zapytać, o co mi chodziło? Będzie krócej, szybciej i mniej stresowo.
Z braku rodzi się lepsze!
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

Niepozorny pisze: 11 gru 2025, 23:28
Ruta pisze: 11 gru 2025, 22:35 Czytając twojego krótkiego posta, także stwierdzam swój brak kompetencji. Kompletnie nie wiem, jak miałabym zrozumieć twój post. Nie mam nawet jakiejś ogólnej koncepcji. Czuję tylko, że nie dowierzasz, że to co opisałam i czego doświadczyłam, było ciężką niszczącą formą przemocy.

(...)

I teraz mój osobisty zwrot. Czytając twój post poczułam się zdezorientowana. Poczułam się, jak wtedy, gdy szukałam pomocy dla mnie i dzieci i słyszałam zawoalowane komunikaty, z których koniec konców wynikało, że przemocy nie ma, tylko jestem głupia. Poczułam też smutek. I brak bezpieczeństwa.

Myślę, że twoja intencja była inna. Ale jaka - nie wiem. Mam nadzieję, że się dowiem. Wolę jeśli napiszesz do mnie wprost, niż przez niezrozumiałe i nic nieznaczące sugestie.
Ruto mój post nie miał być komentarzem do opisu twojego doświadczania przemocy, a jedynie przerywnikiem. Przeczytałem dziś podobny komentarz pod rysunkiem związanym z myśleniem mężczyzn o niczym. Rozbawił mnie i uważałem, że trochę takiego oderwania od rzeczywistości przydałoby się na forum. Przyjmuję, że tego celu nie udało mi się osiągnąć, a mój post spowodował więcej szkody niż pożytku. Może gdyby pojawił się pod mniej trudnym tematem, to odbiór byłby inny.

Zastanawia mnie jednak jedna rzecz. Skoro nie wiedziałaś, jaki jest cel mojego posta, to dlaczego napisałaś to wszystko, co w powyższym cytacie ja zastąpiłem (...)? Nie prościej zwyczajnie zapytać, o co mi chodziło? Będzie krócej, szybciej i mniej stresowo.
Odpowiedź jest prosta. Napisałam sobie to wszystko, żeby było mniej stresowo. Dla mnie. Potrzebowałam zrzucić od razu te emocje i te uczucia, które mi wjechały. I to, co mi wjechało z doświadczeń mierzenia się z wielką czórką. Pisanie mi w tym pomaga. Krótko i szybko nie znaczy mniej stresowo, mniej stresowo i krótko nie znaczy szybko, a szybko i mniej stresowo nie znaczy krótko :)

Na końcu napisałam tak, jak poczułam. Że nie sądzę, że miałeś intencje wzbudzenia mojej konsternacji, a tym bardziej zranienia mnie - i cieszę się, że się nie pomyliłam.

Mój syn ostatnio kopnął gałąź. Kompletnie nie miał intencji przeprowadzać ataku na własną rodzoną matkę. Na korzyść takiej interpretacji przemawia to, że znajdowałam się w bezpiecznej oddali. Jednak gałąź niespodziewanie rozpadła się i całkiem jej spora część poszybowała dokładnie w miejsce, w którym stałam, no i przywaliła mi w ścięgno Achillesa. I tak miły spacer omal nie zamienił się w grecką tragedię :o

Dramy nie ma, emocje zrzucone, pax między chrześcijany.
Sedum
Posty: 44
Rejestracja: 31 sty 2022, 20:40
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Sedum »

Ruta pisze: 11 gru 2025, 22:35 Jeśli chodzi z kolei o to, czy tak zachowujący się mężczyzna mógł być równocześnie dobrym ojcem i mężem. Mógł. (...) Trwanie w relacji w której zachodzą cykle przemocy, dlatego jest możliwe, że przemoc nie dzieje się cały czas. Między fazami agresji jest normalne zwykłe życie. Czasem nawet dobre życie. To bardzo dezorientujące. Tylko z cyklu na cykl to dobre życie dzieje się w coraz większym napięciu. Bo już wiesz, że w każdej chwili, znienacka może przyjść to straszne.
To jeden z elementów, który rezonuje z moim doświadczeniem. Osoba, która dopuszcza jakąś formę przemocy/zastraszania nie tylko wydaje się dobrą osobą, czy chce być postrzegana i postrzegać siebie (!) jako dobrą osobę. Czasem nawet nią jest. I dlatego warto nazywać bardzo precyzyjnie zachowania, a nie rozdawać etykiety.

Warto spisywać fakty tak jak to robisz Ruta, to jest bardzo pomocne. Także dlatego, że mózg zapomina raniące słowa. Mam wrażenia, że ja mam rodzaj wybiórczej, ochronnej amnezji po ciężkich w moim życiu momentach. A to mnie dezorientuje.
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

Sedum pisze: 12 gru 2025, 12:45
To jeden z elementów, który rezonuje z moim doświadczeniem. Osoba, która dopuszcza jakąś formę przemocy/zastraszania nie tylko wydaje się dobrą osobą, czy chce być postrzegana i postrzegać siebie (!) jako dobrą osobę. Czasem nawet nią jest. I dlatego warto nazywać bardzo precyzyjnie zachowania, a nie rozdawać etykiety.

Warto spisywać fakty tak jak to robisz Ruta, to jest bardzo pomocne. Także dlatego, że mózg zapomina raniące słowa. Mam wrażenia, że ja mam rodzaj wybiórczej, ochronnej amnezji po ciężkich w moim życiu momentach. A to mnie dezorientuje.
Dziękuję, że napisałaś o ochronnej amnezji. To także moje doświadczenie. Ona pomaga. Ale dezorientuje.

W czasie, gdy żyłam z mężem, szybko zapominałam o wszystkich krzywdach, wypierałam je na bieżąco. Zwracałam uwagę na to, co dobre. Moje otoczenie wzmacniało taką moją postawę. Nazywano to miłością i przebaczaniem - zamiast naiwnością i godzeniem się na własną krzywdę. Tylko, że miłość nie krzywdzi, a Bóg nie wspiera przemocy.

Na terapii współuzależnienia dowiedziałam się, że to zapominanie to mechanizm przeżycia, pomaga żyć z osobą stosującą przemoc i nie zwariować, ale w dłuższej perspektywie ten mechanizm utrudnia wyjście z przemocy.

Jednak ten sam mechanizm zapominania pomógł mi nie pamiętać na codzień krzywd jakich doznałam. Pomógł mi się zregenerować, zając tym co tu i teraz. Wyciszyć. Więc ma on sporo pozytywnych aspektów, nie tylko destrukcyjne.

Z czasem wzmocniłam się na tyle, by otworzyć temat w terapii, bez szkody dla siebie w mojej teraźniejszości. Gdy jestem silniejsza. Rozumiem świat moich uczuć, emocji, reakcji, także ciała. Gdy mam warunki, by sobie pozwolić na rozsypanie. I gdy umiem z tego rozsypania się zebrać. Ta zasada - najpierw dobra teraźniejszość jest moim zdaniem ważna. Ksiądz Dziewiecki zawsze do niej wraca, gdy mówi o wychodzeniu z kryzysów, w tym kryzysu przemocy.

Ta gotowość we mnie do przepracowania tego, co się działo, pojawiła się niedawno. Nie było to miłe. Pojawiły się migawki z przeszłości. Takie migawki są trudne, bo przeżywam je tak, jakby działy się tu i teraz. Ciało reaguje tak, jakby to się działo tu i teraz. Wiem, żr to równiez jest dość typową reakcja. Ale teraz mam bezpieczną osobę - siebie. I umiem sobie pomóc. Każde takie przyjęte doświadczenie, staje się wspomnieniem, przestaje palić żywym bólem. I już nie musi być blokowane, ani wypierane.

Gdy moja pamięć zawiera pełny (czy też pełniejszy, bo jestem w procesie) zapis mojej relacji z mężem, ochronny dystans wobec niego jest dla mnie naturalny, nie wymaga ode mnie wysiłku. Nie dziwi mnie to.

Za to przestało mnie dziwić zdziwienie bliskich mi osób: jak możesz po tym wszystkim zachowywać się wobec męża jakby nigdy nic? Mogłam, bo tego nie pamiętałam. Oni pamiętali, więc dla nich było to dziwne.

Niestety etykiety przyczepia się także osobom doswiadczającym przemocy: głupia, ślepo zakochana, nierozumna, sama sobie chce, prosi się o nowy cios, jest dziwna, my byśmy tak nie robili. A to postępowanie jest racjonalne - gdy uwzględni się brak pamięci. Świadomość osoby doświadczającej przemocy jest zmieniona. I taka pozostanie, dokąd nie odzyska poczucia bezpieczeństwa.
***

Co do dobrych sprawców przemocy... Jest taki stereotyp, że osoba stosująca przemoc wobec bliskich, to ktoś przerażający, brutal. Jednak często są to dobre, kochające, wartościowe osoby. Dlatego osobom doświadczającym przemocy w rodzinie tak trudno czasem uzyskać wsparcie i pomoc. Dlatego słyszą:
- No bo on przecież nie jest zły.
- Nie jest. Ale stosuje przemoc.

To się nie wyklucza.
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

Mam taki sen, który śni mi się raz na jakiś czas. To sen o przypływie nad brzegiem morza, który przeradza się w porywającą wszystko falę. W sumie pewnie lepszą nazwą jest tsunami, nie przypływ. Udaje mi się schronić w bezpieczne miejsce. Dziś gdy nadeszła fala, byłam już w bezpiecznym miejscu, za to moje koty, w śnie miałam ich dwa, postanowiły sobie popływać. Wymknęły się z domu.

Bałam się o te moje koty i chciałam je wyciągnąć, uratować. Byłam pewna, że jeśli ich nie wydostanę, potopią się, albo porwie je nurt. Bałam się też o siebie, ale weszłam do wody za nimi. Okazało się, że kotki świetnie sobie radzą, pływały swobodnie, nie oddalały się od brzegi, ale nie pozwalały mi się zbliżyć, żebym ich z tej wody nie wyjęła. A woda... woda nie była wcale taka groźna. Pierwszy raz mój sen o przypływie nie był zarazem snem o panicznej ucieczce :D
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

Sedum pisze: 12 gru 2025, 12:45 Mam wrażenia, że ja mam rodzaj wybiórczej, ochronnej amnezji po ciężkich w moim życiu momentach. A to mnie dezorientuje.
Sedum, raz jeszcze dziękuję ci za poruszenie tematu ochronnej amnezji. Wczoraj spotkałam się z kilkoma dziewczynami. Rozmawiałyśmy o naszych doświadczeniach i także o ochronnej amnezji. Okazało się, że każda z nas jej doświadcza.
Ja podczas terapii uznałam ten mechanizm łatwego zapominania za jeden z wielu, wcale nie taki ważny. Jednak podczas rozmowy, porównując nasze przeżycia, doszłyśmy do wniosku, że jest to jeden z najważniejszych napędowych mechanizmów trwania w relacji w której jest przemoc.

Ten mechanizm pozwala podrzymywać dobre relacje z osobami, które nas skrzywdziły: mężami, rodzicami, innymi osobami. Bez zaprzestania krzywdzenia przez te osoby, to nie są dobre relacje, tylko pozostawanie w krzywdzeniu.

Ten sam utrwalony mechanizm zapominania sprawia, że ofiary przemocy w rodzinie, stają się w ofiarami mobbingu i eksploatacji w pracy. To nie jest jeden z wielu dziwnych mechanizmów. To jeden z kluczowych mechanizmów.

Z zewnątrz może to wszystko wyglądać na naiwność krzywdzone osoby, jej dobre serce. Ale jeśli nie pamiętam, nie jestem naiwna, tylko jestem nieświadoma.

Spisuję to, co ustaliłyśmy w odniesieniu do stosujących przemoc mężów:

Nie odchodzę z krzywdzącej relacji, bo nie pamiętam, że doświadczam krzywdy. Pamiętam same dobre rzeczy.

Jestem najlepszą rzeczniką męża, pierwszą, która go będzie bronić z pełnym przekonaniem, gdyby np. szkoła zgłosiła problem przemocy w domu. Przecież u nas nic się nie dzieje, nic takiego nie pamiętam, dziecko przesadza.

Nie umiem zgłosić przemocy, która się dzieje, bo nie pamiętam dokładnie, co się działo. Kiedy nie pamiętam, mówię to, co o swoim zachowaniu mówi mąż, zamiast opisać to, co robi. A to brzmi tak: mówi, że za dużo wydaję, mówi, że go nie szanuję, mówi, żebym mniej pracowała, mówi, że jestem oziębła. To nie brzmi jak przemoc.

Jak przemoc brzmi:
mówi, że jestem oziębła - wymusza na mnie współżycie intymne,
mówi, żebym mniej pracowała - wymusza na mnie decyzję o rezygnacji z pracy, przed moim wyjściem urządza mi awantury i nie pozwala w ich czasie wyjść, więc spóźniam się do pracy prawie codziennie,
mówi, że go nie szanuję - zabrania mi wtrącać się, gdy szarpie dziecko lub gdy je zastrzasza krzykiem,
mówi, że za dużo wydaję - wydziela mi pieniądze na wydatki, nie wiem ile zarabia, na zakup żywności dostaję 200 złotych i ma wystarczyć na wszystko, gdy proszę męża o więcej, bo na przykład jest składka w szkole dzieci 70 złotych, to nazywa mnie leniem i żeby jakoś to rozwiązać, proszę o pieniądze swoich rodziców lub nie kupuję jedzenia dla siebie, tylko dla dzieci.

Kiedy nie pamiętam przemocy, której doświadczam, to jej nie nazywam. Kiedy jej nie nazywam, to w mojej świadomości jej nie ma. Kiedy jej nie ma, to jej nie zgłaszam i sama nic z nią nie robię. Nie jestem naiwna. Nie jestem głupia. Nie jestem bezradna. Jestem uwięziona w mechaniźmie przetrwania.

Kiedy nie pamiętam doświadczanej przemocy, nie czuję też złości. A złość - tak o niej mówił między innymi ksiądz Grzywocz - to siła, także do obrony siebie, do rozwoju, życia. Nie czuję złości, więc nie mam siły się bronić, ani żyć.
***

Rozmawiałyśmy też o dezorientacji w doświadczaniu przemocy. Jeśli nie pamiętam przemocy, nie wiem dlaczego czuję to, co czuję. Także w ciele. Nie wiem, czemu ubywa mi sił do życia, czemu czuję jakbym miała się udusić, czemu moje serce wali jak oszalałe, czemu nie mogę nic przełknąć, albo nie czuję najedzenia i jem więcej. Nie rozumiem też wtedy swoich reakcji: czemu wybucham i zaczynam krzyczeć, czemu mam napady histerii albo złości, czemu placzę kilka godzin bez powodu, czemu przestałam być zrównoważona i nie umiem kntorlować swoich emocji. Czemu nie mogę spać i myśli mi krążą, albo czemu ciągle śpię i najchętniej bym się nie budziła.

Okazało się, że każda z nas żyjąc w przemocy przeszła etap robienia sobie badań, bo nie było wiadomo, co się dzieje. Z ciałem. Badania zwykle wychodziły dobrze, czasem tylko niewielka arytmia. Czasem ktoś z lekarzy rzucił, że to somatyczne, czyli o podłożu psychicznym, sugerując, że objawy są wymyślone i trzeba tu raczej psychiatry - w takim kpiąco drwiącym tonie. Nie wyjaśniając, że może chodzić o doświadczanie przewlekłego stresu. I że somatyczny, to wcale nie to samo co wymyślony.
***

Czeka mnie przyjrzenie się, czy aby na pewno cała przemoc w mojej relacji z mężem się zakończyła.
XYZ
Posty: 28
Rejestracja: 02 sty 2025, 17:22
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: XYZ »

Przeczytałam pierwszy post Niepozornego i chciałabym tylko dać znać ( bez żadnych podtekstów do nikogo), że te długie opisy, analizy pisane przez Rutę są dla mnie bezcenne.

BEZCENNE

BEZ-CEN-NE

Pozdrawiam Wszystkich :-)
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

W innym wątku wspomniałam swoją przeprowadzę, niedawno minęły trzy lata. Spojrzałam w swoje wpisy z tamtego czasu. Poczułam się zadowolona z siebie i ze swoich decyzji. Poczułam też współczucie dla siebie, przypominając sobie presję mojego męża, mojej rodziny, jego rodziny i wszystkich złożonych okoliczności.

Nie zwróciłam wtedy na to uwagi, ale dziś przyglądając się tamtym zdarzeniom, dostrzegłam, ile mąż wkładał w tamtym czasie wysiłku (czyli ile presji na mnie wywierał), bym pozostała w swoim mieście. Dziś to zrozumiałam.

Mąż tak naprawdę nie planował przejmowania opieki nad synem. Bardzo szybko przekazał ją swoim rodzicom. Sam bardzo mało bywał w domu, zwykle zostawiał syna z dziadkami. Ja też miałam być blisko i do dyspozycji... i się z planu męża wyłamałam (nieświadomie, ale zawsze).

Od samego początku nie chodziło o syna, tylko o pozbycie się alimentów. Mąż od razu utrzymanie dziecka przerzucił na swoich rodziców i przestał pracować. Próbował nawet pójść o krok dalej, nie tylko mieć bezkosztowe dziecko, ale mieć z tego dochód. Próbowal na mnie wymusić, żebym to jemu przelewała pieniądze na syna. Ale na to się nie zgodziłam, przelewałam je tylko rodzicom. Wiedziałam, że jak prześlę je mężowi, to dziecko nic z tego nie dostanie, a rodzice w razie czego będą wszystko przede mną kryli.

Dobrze zrobiłam nie przeprowadzając się wtedy bliżej rodziców męża i nie zostając w swoim mieście. Nie zawsze trzeba słuchać męża. Tylko wtedy, gdy on słucha Boga.

Swoją drogą jakiś czas temu usłyszałam od męża: "no bo trzeba było jeszcze wyprowadzić się na koniec świata". No pewnie, bo wygodnie było mieć rodzinę pod ręką. Zawsze było na kim się wyładować. A teraz trzeba sobie swoje emocje ogarniać we własnym zakresie. No i w długą trasę nietrzeźwo też nie idzie ruszyć. Odległość robi dokładnie to, co miała zrobić.

Dobrze mi się żyje z dala od męża jazd, huśtawek i jego psychoz związanych z używaniem substancji. Zostając, nadal bym była na to wszystko narażona, a dzieci ze mną.
***

Zdałam sobie sprawę, jak wiele krzywd wyrządził mi mój mąż. Ile cierpienia przysporzył mi i dzieciom. I jak bardzo jest gotowy krzywdzić nas nadal i kierować się tylko sobą.

Uświadomiłam sobie, że mój mąż od zawsze kierował się tylko sobą, swoimi pragnieniami, zaspokajaniem swojego zapotrzebowania na alkohol, rozrywkę, przyjemność. Dotąd usprawiedliwiałam go jego zranieniami. Ale dziś na terapii spojrzałam w swoje własne zranienia i lęki. Do dziś wpływają na moje postępowanie, czasem się boję, czasem mnie boli, czasem trudno mi stanąć po swojej stronie. Ale nie jestem z ich powodu egoistką i nie uważam, że mogę wszystkich podporządkować swoim potrzebom. Wręcz przeciwnie, staram się nikogo nie zranić, bo wiem, jak to boli. Staram się mimo słabości i zranień być odpowiedzialna. Staram się wybierać dobro.

Zdałam też sobie sprawę, że choć nauczyłam się skutecznie chronić przed przemocą, to mój mąż nie wyrzekł się stosowania przemocy.

Znalazłam dziś kilka nitek, zwisających z mojego serca. Bez wahania je przecięłam. Nie mam męża. Nie wiem jeszcze co to znaczy. Ale jest mi lepiej.
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

Kiedyś puściłam lęk o męża. Nie sama. Bo sama nie umiałam. Sama umiałam tylko rozkręcać sobie tęk lęk do granic szaleństwa. Kiedy Bóg wziął ode mnie ten lęk, poczułam ulgę i wolność. I tak zostało. Z czasem zdałam sobie sprawę, że bałam się puścić lęk, bo bałam się utracić więź z mężem.

Nie wiem tak do końca, co ciachnęłam wczoraj. Zanim ciachnęłam, dostarła do mnie skala przemocy, jakiej doświadczyłam od męża. Nie po tym, kiedy odszedł, to była przemoc wprost, oczywista, nauczyłam się przed nią bronić. Zdałam sobie sprawę z ogromu przemocy i cierpienia jakie przyżywałam ja (i dzieci), gdy mąż z nami był. Mąż zdecydował podporządkować swoje życie używkom i żyć w kłamstwie. I zdecydował, że to będzie dla niego ważniejsze niż jego dobro, moje dobro, nasze dobro. To są jego bożkowie i dla tych swoich bożków był i jest gotowy oddać całą resztę. Ze swoim życiem włącznie, tym bardziej moim czy dzieci. Nie mamy znaczenia. Nie krzywdzi nikogo z nas intencjonalnie. Ale na te krzywdy się godzi. Świadomie. Jak to powiedział mój trzeźwy kolega: "ja wiedziałam, że to dranstwo i że ją zranię, ale liczyła się skuteczność" (w dostępie do alkoholu, pornografii, używek ogółem).

Od wczoraj wieczora mamy w domu obraz Pana Jezusa. Odwiedza domy w naszej parafii. Czuję, że Pan Jezus chciał mnie odwiedzić. Tuż przed Jego przyjściem ciachnęłam bez wahania to, co zobaczyłam. Na to miejsce przyszedł Jezus.

Siedzę i rozmawiam z Jezusem o tym ciach. Co to były te trzy smętne niktki? Wygląda na to, że ciachnęłam chęć bycia z mężem kosztem siebie. Ciachnęłam swoją gotowość do poświęceń, która jest w rzeczywistości bałwohwalstwem, kochaniem drugiego człowieka nad życie. I ciachnęłam chęć bycia kochaną przez drugiego człowieka taką miłoscią, jaka jest bezpieczna tylko wobec Boga. Nie potrzebuję takiej miłości od drugiego człowieka, bo jestem taką miłością kochana przez Boga. Bóg kocha mnie miłością wieczną, nieodwołalną i bardzo czułą.

Moja obrączka na palcu... po tym ciach myślałam, że może kiedy przyjdzie Pan Jezus, to ją zdejmę. Ale zostaje. Jako znak mojej wierności nie tej ludzkiej miłości, ale Miłości.

Z modlitwą - przed Najświętszym Sercem Pana Jezusa - zawierzam z radością nas wszystkich i nasze rodziny 🙏💕
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

Dziś poczułam niepokój w związku z wiadomością o zagrożeniu dla bliskiej mi osoby. W takim pierwszym odruchu poczułam, że chcę zwrócić się z tym do męża. Zadzwonić, opowiedzieć o lęku, jaki się we mnie pojawił.

Spojrzałam sobie w realia. Jako to było. Wiele razy było tak, że mąż naprawdę potrafił mnie wesprzeć, znaleźć właściwe słowa, które mnie wyciszały. Myślę, że to dobrze, móc znaleźć oparcie w mężu. Ale też były sytuacje, gdy mąż reagował na mój lęk agresją lub obojętnością. Zwracając się do niego, nigdy nie wiedziałam z którą z reakcji się spotkam. Był nawet czas, gdy bojąc się kolejnego zranienia przestałam się zwracać do niego w takich sytuacjach. Wtedy napatoczył się inny gotowy mnie wspierać i słuchać mężczyzna - nie weszłam w to. Swojego czasu pociechy szukałam z kolei w winie, omal nie przypłacając głupoty chorobą alkoholową. W to też nie weszłam, ale połapałam się w ostatniej chwili.

Zresztą pojemnik na uzależnienia miałam zajęty. Byłam w pełni zależna od męża. Jeśli mnie w moich niepokojach przyjmował, czułam się bezpiecznie i spokojnie. Jeśli mnie odrzucał lub karał, czułam się zrozpaczona.

A że byłam mocno lękowa, to ciągle żyłam tym, czy będę przytulona, czy mąż mnie wysłucha, czy zrozumie, pocieszy, uspokoi. I często doznawałam rozczarowania. Nie rozumiałam tego, bo miałam poczucie, że mąż ma w sobie cały zapas siły i spokoju. I nie rozumiałam, czemu raz się nią ze mną dzieli, a raz nie. Ciągle starałam się być lepsza, żeby zasłużyć na miłe traktowanie, na wsparcie.

Nie wiem czemu tak było, z czego wynikały tak różne reakcje męża. Ale dziś bardziej bolą mnie wszystkie odrzucenia, niż koją te pocieszenia, które dostałam. Niestety tych odrzuceń było o wiele więcej.

Zdałam sobie też sprawę, że nie umiałam sama siebie uspokoić, więc byłam zdana na męża lub szukanie zastępników, bardziej lub mniej destrukcyjnych. Mój mąż tak naprawdę też był destrukcyjnym zastępnikiem.

Zastępowałam nim sobie rodzica, takiego idealnego, który pocieszy, wyciszy, ukoi. Gdy czułam lęk lub strach reagowałam jak mała dziewczynka.

Tyle, że żaden mąż i żadna żona nie zastąpi głodu, który powstał z niedostatku bezpieczeństwa w relacji z rodzicami. Tego nauczyłam się od siostry Anny Pudełko. Ten głód i lęki potrzebuję zanieść Bogu, by mnie nakarmił, dopełnił, jeśli trzeba wyciszył.

Cieszę się, że zrobiłam to ciach. Widzę nowe rzeczy. Sporo tego. Ale wiem, że z czasem je też poukładam.
ODPOWIEDZ