Kilka pytań o separację

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Sedum
Posty: 44
Rejestracja: 31 sty 2022, 20:40
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Sedum »

Ruta pisze: 16 gru 2025, 18:20 Kiedyś puściłam lęk o męża. Nie sama. Bo sama nie umiałam. Sama umiałam tylko rozkręcać sobie ten lęk do granic szaleństwa. Kiedy Bóg wziął ode mnie ten lęk, poczułam ulgę i wolność. I tak zostało. Z czasem zdałam sobie sprawę, że bałam się puścić lęk, bo bałam się utracić więź z mężem.
A ja mam czasem wrażenie, że zamartwianiu przypisuje siły nieco magiczne i boję się puścić lęk, jakby przed czymś mnie chronił.
Po drugie lęk powodował, że zatrzymywałam męża przed odejściem, reagowałam zbyt spolegliwie i bałam się, że kiedy się postawię - odejdzie. Tak jak odszedł ojciec od matki, kiedy postawiła tamę przemocy.
Ruta pisze: 17 gru 2025, 17:32 Tyle, że żaden mąż i żadna żona nie zastąpi głodu, który powstał z niedostatku bezpieczeństwa w relacji z rodzicami. Tego nauczyłam się od siostry Anny Pudełko. Ten głód i lęki potrzebuję zanieść Bogu, by mnie nakarmił, dopełnił, jeśli trzeba wyciszył.
Po za tym, podobnie jak Ty w ostatnim poście piszesz - bałam się jak dziecko. W dzieciństwie bałam się, że stracę matkę, a ona bała się, że przemocowy ojciec mnie zabierze.

Bałam się wreszcie bo mój mąż wprawiał mnie w lęk. Jeśli coś z mojej strony go drażni to czasem ma wystarczyć groźna mina. Czasem huknięcie („znowu chcesz się kłócić?), aby nie rozmawiać o czymś co niewygodne. Czasem była to groźba nagłego wycofania się z wykonywanej wspólnie czynności (z błahego powodu). Groźba opuszczenia w mniej lub bardziej zawoalowanej postaci - od jawnego deklarowania opuszczenia poprzez izolowanie się w innym pomieszczeniu, wychodzenie z domu, ciche dni, które wydawały się groźbą rozstania. Bo to jest przycisk, który zawsze działał, bo miękłam wtedy. I nie sądzę, aby to ostatnie było początkowo świadome.. Na początku to był przypadek. Ale kiedy wyciągnęłam to wprost to już trudno teraz nazwać to nieświadomym po latach. Bałam się utraty tożsamości, bo to już ćwierć wieku tego odchodzenia się zbliża. W końcu zaczęłam się pytać - co ja mam do stracenia? Bo jak tu się bać utraty osoby, która nie waha się użyć tej mojej słabości. Ten element użycia strachu ze względu na swoją wygodę, to jest taka droga na skróty. I te skróty są tak rujnujące.

Uczę się puszczać ten lęk, i choć jak chmara napływają inne - Pan Bóg jest ze mną w moim nieszczęściu. Niesie mnie i przytula do Serca. W całej też burzy na dnie mojego serca jest pokój i szczęście i życie.
Ruta pisze: 16 gru 2025, 18:20 Od wczoraj wieczora mamy w domu obraz Pana Jezusa. Odwiedza domy w naszej parafii. Czuję, że Pan Jezus chciał mnie odwiedzić. Tuż przed Jego przyjściem ciachnęłam bez wahania to, co zobaczyłam. Na to miejsce przyszedł Jezus. (...)
Z modlitwą - przed Najświętszym Sercem Pana Jezusa - zawierzam z radością nas wszystkich i nasze rodziny 🙏💕
Piękne! Z serca powierzam Cię Panu 🙏💕
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

Sedum pisze: 19 gru 2025, 19:41 A ja mam czasem wrażenie, że zamartwianiu przypisuje siły nieco magiczne i boję się puścić lęk, jakby przed czymś mnie chronił.
Znam to... Dokąd siedzę w lęku i się boję i zamartwiam, to dzięki temu nic się mojemu mężowi/dziecku/bliskiemu nie stanie. Jak się uspokoję i pójdę spać, no to dojdzie do tego dramatu, którego się boję.
To jest takie przekonanie, że jak się utrzymuję w stanie podwyższonej gotowości, to zyskuję wpływ na rzeczywistość.

Na grupie wsparcia dla współuzależnionych przerabialiśmy to gruntownie. Że tak naprawdę, to czy ja pójdę spać, czy będę siedzieć w oknie, i tak nie mam żadnego wpływu na to, co dzieje się z osobą, której ze mną nie ma. Jedyny efekt, to zajechanie samej siebie.
Sedum pisze: 19 gru 2025, 19:41 Po drugie lęk powodował, że zatrzymywałam męża przed odejściem, reagowałam zbyt spolegliwie i bałam się, że kiedy się postawię - odejdzie. Tak jak odszedł ojciec od matki, kiedy postawiła tamę przemocy.
Ja się bałam, że jak wprost powiem, że koniec z alkoholem, narkotykami i pornografią, bo ja nie chcę żyć z mężem, który żyje z tym wszystkim, to mój mąż odejdzie. Miałam rację. Jak się postawiłam, to podjął próbę terapii. Ale potem wrócił do nałogów i odszedł.

Ale zanim się postawiłam, żyłam w lęku że odejdzie i byłam spolegliwa, milkłam, nie broniłam siebie ani dzieci.
Sedum pisze: 19 gru 2025, 19:41 Po za tym, podobnie jak Ty w ostatnim poście piszesz - bałam się jak dziecko. W dzieciństwie bałam się, że stracę matkę, a ona bała się, że przemocowy ojciec mnie zabierze.
Ja bałam się, że mama nas zostawi, że przeze mnie umrze, jak nie będę grzeczna, że nas odda do domu dziecka, bo już nie może z nami wytrzymać. Bałam się też, że moja siostra umrze przeze mnie, jak nie będę się nią zajmować albo coś zaniedbam. Mama w kółko mnie tak zastraszała i ja jej wierzyłam. To był bardzo skuteczny sposób uczynienia mnie niekłopotliwym, posłusznym dzieckiem.
Ale też podejmując ogromny wysiłek, dobrych ocen, spokojnego zachowania, stałej opieki nad siostrą, uczenia mojej siostry, gotowania, obowiązków domowych - jako bardzo mała dziewczynka, dziecko- ciągle myslałam, że sprawię w ten sposób, że mama zacznie mnie kochać, spędzi że mną czas, doceni mnie. Chciałam zasłużyć na uznanie. Każda próba relacji, dostania uznania, kończyła się dokładnie odwrotnie, atakiem na mnie. Brutalnym atakiem. Zamiast czegoś ciepłego, wzmacniającego, słyszałam raniące do żywego krytyki. Wpajanie poczucie winy, wstydu. W tej słowa też wierzyłam. I starałam się jeszcze bardziej. Ale już wierzyłam, że nic co zrobię nie sprawi, że stanę się wartościową jak wszystkie osoby dawane mi za przykład.

I ja to potem przeniosłam - i lęk o porzucenie i przekonanie, że muszę zasłużyć na miłość, ale tak naprawdę z góry nie jestem jej warta - do małżenstwa. Z tym pakietem w małżeństwo weszłam: nie jestem godna miłości, jak tylko mąż się połapie, to mnie zostawił. Muszę go "zarrzymywać", jeśli chcę mieć malżenstwo i rodzinę.
Sedum pisze: 19 gru 2025, 19:41 Bałam się wreszcie bo mój mąż wprawiał mnie w lęk. Jeśli coś z mojej strony go drażni to czasem ma wystarczyć groźna mina. Czasem huknięcie („znowu chcesz się kłócić?), aby nie rozmawiać o czymś co niewygodne. Czasem była to groźba nagłego wycofania się z wykonywanej wspólnie czynności (z błahego powodu). Groźba opuszczenia w mniej lub bardziej zawoalowanej postaci - od jawnego deklarowania opuszczenia poprzez izolowanie się w innym pomieszczeniu, wychodzenie z domu, ciche dni, które wydawały się groźbą rozstania. Bo to jest przycisk, który zawsze działał, bo miękłam wtedy. I nie sądzę, aby to ostatnie było początkowo świadome.. Na początku to był przypadek. Ale kiedy wyciągnęłam to wprost to już trudno teraz nazwać to nieświadomym po latach. Bałam się utraty tożsamości, bo to już ćwierć wieku tego odchodzenia się zbliża. W końcu zaczęłam się pytać - co ja mam do stracenia? Bo jak tu się bać utraty osoby, która nie waha się użyć tej mojej słabości. Ten element użycia strachu ze względu na swoją wygodę, to jest taka droga na skróty. I te skróty są tak rujnujące.
Dziękuję, że to napisałaś. Przyjrzałam się temu. Podobnie było w moim malżeństwie. Mąż z czasem nauczył się grać na moim lęku przed opuszczeniem, na moim poczuciu, że muszę ciągle się starać. Zaczął sprawnie zarządzać tymi mechanizmami we mnie, które już we mnie były. Z początku metodą prób i błędów, a potem już wiedząc doskonale jak.
Moja mama, która te mechanizmy zbudowała, używała ich, żebym wypełniała jej rolę, nic od niej nie chciała, nie skarżyła się i była dzieckiem idealnym (mnie nie chwaliła, ale chwaliła się moimi dobrymi ocenami, grzecznoscią, odpowiedzialnością).
Mój mąż używał ich, żeby mógł swobodnie korzystać z alkoholu, narkotyków i pornografii i żebym przejmowała jego odpowiedzialność, gdy nie był w stanie, albo nie chciał jej mieć, obowiązki, zarabianie na rodzinę, sprawy dzieci.
Sedum pisze: 19 gru 2025, 19:41 Uczę się puszczać ten lęk, i choć jak chmara napływają inne - Pan Bóg jest ze mną w moim nieszczęściu. Niesie mnie i przytula do Serca. W całej też burzy na dnie mojego serca jest pokój i szczęście i życie.

Piękne! Z serca powierzam Cię Panu 🙏💕
Ja staram się teraz rozbroić te przekonania, które sprawiają, że czuję się niegodna miłości i boję się opuszczenia, zranienia. Tego całego lęku, który z tego płynie. Dokąd ich nie zdemontuję, dotąd jestem jak pianino z otwartą klapą. Każdy może podejsć i zagrać.
Sama tego nie rozplątam, potrzebuję Boga. Ale już tyle rzeczy we mnie uzdrowił, poprostował, że wiem, że jest. I mi pomoże. Mam wrażenie, że tym razem dotarłam już na ten najgłębszy poziom. Znalazłam centrum awarii. Po drodze naprawiłam wszystkie pomniejsze, przy okazji ucząc się tego, co potrzebne do naprawy głównej. To mi zajęło tyle lat. No ale jestem w siłowni statku (kosmicznego). I teraz trzeba wszystkie kable i rurki podpiąc gdzie trzeba i oprogramowanie na nowo wgrać, żeby statek w końcu zaczął latać jak należy.
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

Spędziłam dobre swięta, dobry czas z bliskimi. W środę, kiedy szłam na roraty (ostatnie poranne, a moje pierwsze i jedyne w tym roku), padał śnieg. Taki mój ulubiony, z dużymi płatkami śniegu, takimi w gwiazdki. Prześliczne gwiazdki, takie widoczne, wyraźne. Śnieg padał też, kiedy wracałam z Mszy Świętej, dalej śliczny i gwiazdkowy. Po roratach było też otwarcie szopki, a mamy w tym roku śliczną. Mnóstwo światełek, ruchu, dzwoneczków. I moje serce też się rozświetliło. Przyszłam do domu radosna, spokojna. I takie też były te święta, radosne, spokojne. Dobry czas.

Odkąd zrobiłam ciach, zniknęła moja wewnętrzna kompulsywna potrzeba kontaktowania się z mężem. Ale nie mam w tym miejscu pustki. Jest Pan Jezus i Jego miłość.

Wylosowałam też już Patrona na ten rok. Odkąd przeczytałam Dzienniczek siostry Faustyny, polubiłam ten zwyczaj. Moim Patronem na ten rok jest błogosławiony ksiądz Michał Sopoćko, a modlę się w intencji osób uzależnionych, alkoholików, narkomanów i uzależnionych od innych form zniewolenia. Moje przesłanie na ten rok jest o Bożym Miłosierdziu. Z początku byłam zdziwiona intencją modlitwy. Księdza Sopoćkę znam na razie tylko z kart Dzienniczka. Nie wiedziałam, że zajmował się problemem uzależnień, ale już trochę o tym doczytałam. Jestem pewna, że przez ten rok się z moim Patronem poznamy i że pomoże mi popodłączać kable w moim centrum sterowania tak, jak potrzeba :) I z radością podejmę nową intencję modlitwy, jest bliska mojemu sercu.
Majster
Posty: 117
Rejestracja: 24 cze 2025, 8:37
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Mężczyzna

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Majster »

Ruta...
"Jesteś pozytywnie zakręcona..."

Może też ten dzienniczek Faustyny przeczytam i może mnie coś ruszy...
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

Majster pisze: 30 gru 2025, 21:19 Ruta...
"Jesteś pozytywnie zakręcona..."

Może też ten dzienniczek Faustyny przeczytam i może mnie coś ruszy...
Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia ma na swojej stronie cały Dzienniczek w pdf, jest także w wersji Audio.
https://www.faustyna.pl/zmbm/dziennicze ... -faustyny/

Przeczytałam parę lat temu, znalazłam egzemplarz w kruchcie kościoła, wyłożony na stoliku. Zwykle czytam dużo, zachłannie i szybko, ale Dzienniczka nie dałam rady czytać w taki sposób. Czytałam powoli, kawałek po kawałku. Czasem mnie ta lektura mocno męczyła. Czasem odkładalam na parę dni, potem jednak wracałam.
Z początku też wcale a wcale nie polubiłam siostry Faustyny, irytowała mnie... ale kiedy ją poznawałam w miarę lektury, imponowała mi coraz bardziej, a jej zapiski i rozważania kierowały mnie wiele razy w takie obszary, w które sama bym nie zawędrowała...

Dobrej owocnej lektury...
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

Mąż nadal jest w ciągu. To już długo. Pierwszy raz nie odczuwam wyrzutów sumienia z tego powodu, że się izoluję i że całkowicie ucięłam kontakt z mężem. Nie rozpaczam też z tego powodu, że mąż nie zmobilizował się na tyle, by wytrzeźwieć na swięta i zobaczyć się że mną i z dziećmi. Rozumiem jego chorobę, przyjmuję jej skutki.

Czuję się z tą izolacją dobrze, to nowość. Robiłam tak już wcześniej, w sumie od paru lat, bo wiedziałam, że to chroni mnie i dzieci. Jednak dotąd wiązało się to z wyrzutami sumienia, że może powinnam się do męża odezwać, podjąć jakąś próbę pomocy mężowi. Że może izolacja nie jest dobra, bo dzieci potrzebują ojca. Nauczyłam się nie działać pod wpływem takich myśli, ale same myśli i wyrzuty nadal miałam. I były bardzo obciążające. Swoją drogą dzieci oczywiście potrzebują ojca, a izolacja naprawdę dzieci rani. Jednak kontakt z nietrzeźwym ojcem wyrządza dzieciom jeszcze więcej szkód. Wypróbowałam wszystkie warianty.

Teraz czas izolacji przypadł na Święta, na Nowy Rok. Kiedyś zadręczyłabym się tym, że w takim czasie nawet nie złożyłam życzeń, nie podjęłam żadnej próby kontaktu.

Natomiast przyglądam się sobie i widzę, że sytuacja nadal mnie obciąża. W krótkim czasie mocno przytyłam. To u mnie zewnętrzny symptom przewlekłego, silnego stresu. Najbardziej widoczny, bo mam ich więcej. Moja waga nadal zależy od tego, czy mąż jest w ciągu... Odkryłam, że nie chodzi już o mnie, ale o dzieci, które nałóg ojca wciąż mocno dotyka. Zajadam stres związany z obserwowaniem, jak to wszystko na nich wpływa. Mój wniosek jest trudny, ale myślę, że właściwy. Czas na pełne odcięcie rodziny.

Wiele lat zajęło mi dojście do punktu, w którym nauczyłam się izolować siebie i dzieci w czasie, gdy mąż jest w fazie czynnej nałogu. Czas na nowy krok, odizolowanie siebie i dzieci od męża w nałogu, niezależnie od fazy cyklu nałogowego, w którym się znajduje. Dojrzałam do tego.
W terapii nauczyłam się, że dzieciom nie trzeba w tym zakresie wiele. Wystarczy, że ja się uczę kolejnej granicy w relacji z ich ojcem, oni uczą się jej wtedy ode mnie. Niemniej jednak potrzebujemy też na ten czas wsparcia terapeuty, każde osobno, może także spotkań rodzinnych.

Bardzo pomogło mi przepracowanie w terapii przemocy, jakiej doświadczyłam w związku z mężem. Miałam tam wiele nie ruszonych obszarów. Odkryłam, że bałam się całkowitego odizolowania od męża, bo bałam się, że nie udźwignę presji męża i całej tej przemocy, tego, że ta przemoc wróci. Do mnie, do dzieci. Bałam się manipulacji dziećmi, reakcji dzieci, rodziny, sądu i wszystkich dookoła.

Jeszcze całości tej przemocy nie przepracowałam, ale wzmocniłam się na tyle, by wiedzieć, że sobie poradzę. Czuję, widzę, doświadczam, że opcja zero kontaktu jest na dziś dla nas wszystkich najwłaściwsza. Pewnie zawsze była. Mam wystarczająco siły na to, by ją przeprowadzić. To znaczy w sobie tyle siły nie mam, ale mam ją w grupie wsparcia, mam ją w specjalistach, w tym w księdzu Dziewieckim, w jego naukach, dotyczących trudności w rodzinach dotkniętych uzależnieniem. Mam ją w moim Patronie na ten rok, błogosławionym Michale Sopoćko. Mam ją przede wszystkim w Bogu.
mrówka
Posty: 128
Rejestracja: 12 lip 2018, 11:03
Jestem: już po kryzysie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: mrówka »

Ruta, a czytałaś może książkę 'Miłośc to wybór' wydawnictwa W drodze? Fajnie ustawia myślenie wobec osoby uzależnionej, mnie pomogła :)
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

mrówka pisze: 04 sty 2026, 23:53 Ruta, a czytałaś może książkę 'Miłośc to wybór' wydawnictwa W drodze? Fajnie ustawia myślenie wobec osoby uzależnionej, mnie pomogła :)
Czytałam. Czytam wszystko, co jest dostępne w tej tematyce. Mam do tej ksiązki sporo zastrzeżeń. Aczkolwiek ma swoje plusy, m.in. w postaci stwierdzenia, że są przypadki, gdy jedyną skuteczną formą postawienia granic jest "natychmiastowe przerwanie jakiegokolwiek zewnętrznego zaangażowania bądź zerwanie związku". To jest mój aktualny etap.

Natomiast ja to rozumiem po katolicku. Chronię się pełną izolacją, ale nie otwieram sobie w ten sposób drogi do nowego związku. W tym sensie nie "zrywam" związku.

Ochrona siebie i dzieci przed destrukcją nie łamie przysięgi małżeńskiej.
***

Myślę, że nie mam (już) problemu z myśleniem o mężu. Potrzebuję mysleć o nim trzeźwo i w prawdzie, by skutecznie chronić siebie i dzieci.
Mój mąż jest w głębokim nałogu. Obecnie nie jest już w stanie sprawować opieki nad naszym młodszym synem w odpowiedzialny i niekrzywdzący go emocjonalnie sposób, nawet w szczątkowej jak dotąd formie.
Po pierwszym pobycie wakacyjnym młodszego syna u męża czułam, że wrócił poraniony. Zaufałam sobie, nie zgodziłam się na kolejne pobyty. Syn potrzebował czasu, dopiero teraz otworzył się i opowiedział mi, jak to ostatnio wyglądało. Dobrze, że sobie zaufałam i nie naraziłam dziecka na kolejne trudne przeżycia. Niedobrze, że nie zaufałam sobie w pełni, bo poważne wątpliwości miałam już przed pierwszym wakacyjnym pobytem syna u taty.

Przyszedł czas na pełną izolację. Co na razie nie jest trudne. Mąż sam się izoluje, nie jest w stanie realizować kontaktów. Wie też, że wezwę policję, jeśli przyjedzie nietrzeźwy, pod wpływem substancji. To nas chroni. Męża też. Ruszanie w podróż samochodem na taki dystans byłoby niebezpieczne zarówno dla męża, jak i dla innych użytkowników dróg.
***

Tak naprawdę izolacja to była jedyna rozsądna opcja od samego początku, jednak dla mojej rodziny niedostępna z powodu wadliwych decyzji sądu i przyznawania uzależnionemu ojcu nie nadzorowanych kontaktów. Każdy kontakt z czynnie uzależnionym rodzicem, nawet w chwilowej abstynencji, obciąża emocjonalnie dziecko. Po każdym spotkaniu czy pobycie bardziej lub mniej dziecko trzeba składać na nowo. Od jakiegoś czasu syn zaczął też wchodzić we współuzależnienie. No a kontakty przestały zapewniać mu nawet namiastkę ojca.
***

Niektóre treści książki "Miłość to wybór" mnie zaniepokoiły, sprawdziłam autorów. Należeli do nieformalnego ruchu, który próbował stworzyć coś w rodzaju konserwatywnego, chrześcijańskiego (niekatolickiego) programu zdrowienia, alternatywnego dla AA i Al-anon. (Kosciół katolicki uznał wartość AA i Al-anon i nawiązał z nimi współpracę.)

To co napisano w tej książce o ruchu AA i Al-anon odbiega nieco od faktów. AA nie "omija urazu alkoholików do Boga", a rodziny alkoholików korzystających z pomocy AA nie rozpadają się "w rok po odwyku". AA i Al-anon są w ksiązce pokazane jako archaizm, przeszłość, autorzy sugerują, że mają nowsze podejście. W miejsce 12 kroków proponują 10 etapów uzdrowienia.

Pierwsze wydanie jest z 1989 r. Czas pokazał, że autorzy pomylili się w ocenie. AA nie odeszło do lamusa, a niekatolickim środowiskom chrześcijańskim nie udało się stworzyć skutecznej alternatywy zdrowienia ze współuzależnienia i uzależnienia.
Natomiast promowany w tych środowiskach obraz AA (w tym przez autorów książki) niestety się ugruntował. Z tego powodu wiele osób wierzących, w tym katolików, obawia się korzystania z pomocy w AA czy Al-anon, sadząc, że mogą być sprzeczne z wiarą.

Przede wszystkim jednak książka opiera się na chrześcijańskiej, ale niekatolickiej wizji małżeństwa, rozumianej jako przewaga męża nad żoną. Operuje też takimi pojęciami, jak "prawa męża" w odniesieniu do małżeńskiej relacji intymnej, na dominacji mężczyzny jako sposobu na harmonię w relacji. No i autorzy akceptują rozwody w przypadku "rozpadu więzi" i ponowne związki.

Wolę katolicką koncepcję małżeństwa, opartego na równości i współpracy małżonków, wzajemnym poddaniu, no i na rozumieniu intymności seksualnej jako jednego z wielu wyrazów miłości, ważnego ale niekoniecznego i jako sposób budowania relacji, a nie jako "prawo męża".

10 etapów zdrowienia nie okazało się skuteczną metodą zdrowienia. Aczkolwiek książka ma też inne plusy, w tym odwołanie do ważnej książki, pokazującej mechanizmy przemocy w małżeństwie oparte na błędnej interpretacji Pisma Świętego i koncepcji posłuszeństwa żony.
***

Uslyszałam niedawno, że jak się odizoluję, to mój mąż może umrzeć. To prawda, mój mąż może umrzeć w czasie, gdy się od niego izoluję. Może też umrzeć w czasie w którym się od niego nie izoluję. Ja także mogę umrzeć zarówno w pierwszym, jak i w drugim wariancie. Izolacja nie jest przyczyną zgonów. Co mnie cieszy :)
Sedum
Posty: 44
Rejestracja: 31 sty 2022, 20:40
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Sedum »

Nie dobrze, że stres nadal jest tak silny, że jesteś pod presją. Mogę tylko objąć modlitwą 🙏. Długa już za Tobą droga, a ciągle odkrywasz nowe przestrzenie, które warto uleczyć. Tak sobie myślę, jak bardzo krusi jesteśmy jako ludzie, co nie zaprzecza drzemiącej w nas sile ❤️
Cud_1988
Posty: 76
Rejestracja: 09 lip 2022, 13:54
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Cud_1988 »

A ja mam tylko taką ekspresową wrzutkę - może zamiast tak bardzo rozbijać tak wiele składowych i dodatkowe, kolejne czynniki pierwsze, może warto Ruto nadać tym myślom, przemyśleniom, emocjom, uczuciom jedno imię - LĘK.

Czy nie prezentujesz czasem lękowego stylu przywiązania? W Twoich postach zawsze brakuje mi tego co u Ciebie, co teraz robisz, co lubisz, jak spędzasz dnie, jakie masz przemyślenia na temat siebie i swojego życia. Jest za to bardzo dużo o mężu. Wręcz wiwisekcja Twojego męża, jego nałogu, pobudek jakie nim kierują. Wyjaśnień i usprawiedliwień. Czy to jest dla Ciebie aby dobre?

Ja prezentuję lękowy styl przywiązania, który obecnie staram się przepracować na zdrowy styl przywiązania. Można to odkodować. Ale to praca polegająca na wejściu na szczyt ośmiotysięcznika bez tlenu, bez sherpów, za to w samych gaciach i skarpetkach 🙂 W jednym podcaście na temat lęku poznałam fajne sformułowanie - ODBURZANIE. Czyli rozbrajanie lęku. Uczę się tego, że gdy ktoś się wycofuje do swojej choroby, jaskini, własnych problemów - nie oznacza tego, że mnie porzuca. Wiesz co sobie wtedy mówię? Dobra - niech już przyjdzie to najgorsze. Niech spełnią się wszystkie czarne scenariusze. Jestem gotowa. I wtedy lęk puszcza a ja czuję wolność. Nie żyję już tym, że ktoś milczy. Nie liczę dni tego milczenia. Nie analizuję wpływu na mnie, innych, tamtą osobę. Daje jej prawo do życia własnym życiem. Czasem trzeba dać się ludziom „wyspać”, skoro nie chcą się obudzić.
mrówka
Posty: 128
Rejestracja: 12 lip 2018, 11:03
Jestem: już po kryzysie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: mrówka »

Cud_1988 pisze: 05 sty 2026, 18:42 Nie żyję już tym, że ktoś milczy. Nie liczę dni tego milczenia. Nie analizuję wpływu na mnie, innych, tamtą osobę. Daje jej prawo do życia własnym życiem. Czasem trzeba dać się ludziom „wyspać”, skoro nie chcą się obudzić.
Pamiętam jak sama musiałam dzwonić do znajomego księdza by się dowiedzieć czy ja mogę bez męża pojechać na weekend do rodizców wiedząc, że on ten weekend beze mnie spędzi ze swoim uzależnieniem... Ile mi czasu zajęło aby poukładać sobie w głowie, że mogę... tak jak Ruta teraz układa sobie, że ona może się izolować. Choć może faktycznie masz rację, ze w tym powinno być więcej myślenia JA niż ON :)
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

Cud_1988 pisze: 05 sty 2026, 18:42 A ja mam tylko taką ekspresową wrzutkę - może zamiast tak bardzo rozbijać tak wiele składowych i dodatkowe, kolejne czynniki pierwsze, może warto Ruto nadać tym myślom, przemyśleniom, emocjom, uczuciom jedno imię - LĘK.
Czy nie prezentujesz czasem lękowego stylu przywiązania?
Ano nie, co w sumie uważam za zabawne, że wśród tylu różnych lęków nie dorobiłam się i lęków związanych z przywiązaniem :) Może pakiet wyczerpują mi lęki współuzależnieniowe?
A poważnie w takiej porządnej diagnozie stylów przywiązania startowo byłam jeśli dobrze pamiętam w zdezorientowanym z przewagą unikowego. W takich pobieżnych doagnozach wypadałam różnie. Jak to zdezorientowana. W sumie w relacji z uzależnionym mężem unikowy styl wyszedł na moją korzyść. Panicznie się bałam zależności finansowej, więc utrzymałam niezależność, pracę, oszczędności i bałam się w sumie jakiejkolwiek zależności, więc utrzymałam też własne osobne od męża życie, studia, zainteresowania. We wspóluzależnieniu zwykle się je traci. Chyba że ma się w sobie unikowca.
Jakiś czas temu w testach przed terapią traumy wypadłam z kolei znacznie bliżej stylu bezpiecznego. Co cieszy.

Natomiast jeśli chodzi o lęki pozostałe, te współuzależnieniowe mam już całkiem dobrze opanowane, wiele z nich ustąpiło, jak choćby lęk o męża, czy o to, że coś się stanie moim bliskim, kiedy zrobię coś dla siebie.

W terapii traumy odkrywam za to całą nową paletę rodzaju lęków. Jak byłam znieczulona współuzależnieniem, to ich nie czułam, więc mnie nie blokowały. A teraz zaczęły... Nic fajnego... No ale skoro już tyle gruzu odwaliłam, jedna sterta w te czy we wte...
Cud_1988 pisze: 05 sty 2026, 18:42 W Twoich postach zawsze brakuje mi tego co u Ciebie, co teraz robisz, co lubisz, jak spędzasz dnie, jakie masz przemyślenia na temat siebie i swojego życia. Jest za to bardzo dużo o mężu. Wręcz wiwisekcja Twojego męża, jego nałogu, pobudek jakie nim kierują. Wyjaśnień i usprawiedliwień. Czy to jest dla Ciebie aby dobre?
Wiem, czego ci brakuje w moich postach, bo już mi o tym pisałaś :D Ja jednak zdecydowałam pisać swój wątek głównie o swoim współuzależnieniu. Tego się trzymam. To moja forma autoterapii. Szczegółowe wiwisekcje... są bardzo pomocne. Po jakimś czasie mogę wrócić do jakiegoś czasu, spojrzeć inaczej. Na przykład teraz zamierzam się przyjrzeć, jak to się stało, że powierzyłam syna pod opiekę mojemu mężowi w czasie, gdy mąż był nietrzeźwy. A ja tego nie wyłapałam. A za parę miesięcy z kolei będę się mogła przyjrzeć się etapowi, na jakim jestem teraz, decyzji o pełnej izolacji. I co mi z tego wyszło (wyjdzie).
Cud_1988 pisze: 05 sty 2026, 18:42 Ja prezentuję lękowy styl przywiązania, który obecnie staram się przepracować na zdrowy styl przywiązania. Można to odkodować. Ale to praca polegająca na wejściu na szczyt ośmiotysięcznika bez tlenu, bez sherpów, za to w samych gaciach i skarpetkach 🙂 W jednym podcaście na temat lęku poznałam fajne sformułowanie - ODBURZANIE. Czyli rozbrajanie lęku. Uczę się tego, że gdy ktoś się wycofuje do swojej choroby, jaskini, własnych problemów - nie oznacza tego, że mnie porzuca. Wiesz co sobie wtedy mówię? Dobra - niech już przyjdzie to najgorsze. Niech spełnią się wszystkie czarne scenariusze. Jestem gotowa. I wtedy lęk puszcza a ja czuję wolność. Nie żyję już tym, że ktoś milczy. Nie liczę dni tego milczenia. Nie analizuję wpływu na mnie, innych, tamtą osobę. Daje jej prawo do życia własnym życiem. Czasem trzeba dać się ludziom „wyspać”, skoro nie chcą się obudzić.
Dobrze czytać, że zdrowiejesz. Wiem, że to ciężka praca. Ja współuzależnionego lęku nie dałam rady przepracować mimo terapii, grupy wsparcia. Dostałam w pracy nad nim takiego nasilenia, że nie byłam w stanie tego lęku udźwignąć i byłam chyba najbliżej szaleństwa w całym moim życiu. No i wtedy dostałam piękną łaskę uwolnienia.

U mnie izolacja od naćpanego męża nie polega na tym, że on gdzieś się oddala i ja cierpię. Polega na tym, że mąż jest w ciągu, a ja potrzebuję trzymać gardę i nas przed nim chronić. Mąż w psychozie ponarkotykowej nie jest fajnym misiem. Nauczyłam się chronić i zmniejszać zagrożenie, realne, nie urojone. Odliczam nie dni bez kontaktu, tylko dni ciągu. Im dłużej trwa, tym większe ryzyko nowej psychozy.

Jest dużo lepiej, bo kiedyś w tym wszystkim jeszcze musiałam się mierzyć ze swoim lękiem o męża, wyrzutami sumienia, że mu nie pomagam i różnymi takimi...

Równocześnie mierzę się teraz też z tym, że syn wszedł jakiś czas temu we współuzależnienie. Normalna kolej przy byciu zależnym od osoby uzależnionej. Młody uznał, że działania ochronne nie są potrzebne, tata jest zdrowy, a ja mam coś z głową. Przeżywałam to już z teściami, mamą i innymi współuzależnionymi członkami rodziny. Wiem, co robić. Czekać. Robić swoje. Nie ulegać panice. Nie tłumaczyć. Dać się otłuc. Choć moja intuicja mówiła mi, żeby jednak młodemu tego wyjazdu zakazać. Temu się będę przyglądac, co tam się we mnie wtedy podziało.

Jak było do przewidzenia, mąż poranił dziecko na tyle, że w końcu się zderzyło samo ze sobą. Boleśnie. W ostatnich dniach wolnych, gdy skończył się szkolny pęd, w końcu to wszystko młodemu wywaliło. I dobrze. Wygląda, że złapał swoje dno, jest gotowy na ponowne podjęcie terapii, no i ochronę siebie przez izolację. A co tam się kotłuje w tej głowie... czego nie widzę... czas pokaże.
Sedum
Posty: 44
Rejestracja: 31 sty 2022, 20:40
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Sedum »

Ruta, choć moje doświadczenia nie obejmują radzenia sobie z nałogiem męża rozumiem do bólu długotrwały stres. Pracujesz nad sobą, rozeznajesz, tworzysz jak najmądrzejszy system wsparcia. Jesteś w procesie, zapewne jeszcze coś możesz zrobić. A w tym wszystkim raz po raz doświadczasz trudnego zachowania, destrukcyjnego dla rodziny zachowania, na które nie masz wpływu. Choć lata pracy powodują, że przeżywamy inaczej, dojrzalej wydaje mi się jakimś złudzeniem, że można być tak zawsze totalnie ponad bardzo trudnymi sytuacjami. Że jak jeszcze to, czy tamto wydoskonalę, to nic mnie już nie ruszy. No nie jestem nadczłowiekiem. Mam zawrotki, nawet mechanizmy, które znam, których jestem świadoma - jakoś dalej mnie wiążą kiedy ich doświadczam. Mam inną sytuację, w której nie rozważam izolacji, a podlegam długotrwale trudnym sytuacjom. Życie jest ciężkie. Krzyże są prawdziwe. Niszczejemy, zużywamy energię i zdrowie. Radzimy sobie nie idealnie. I warto utulić to swoje nieco ułomne przeżywanie. Z czułością wobec siebie. A równocześnie nie ustawać w rozeznawaniu 🤗
Firekeeper
Posty: 962
Rejestracja: 24 maja 2021, 19:46
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Firekeeper »

Cud_1988 pisze: 05 sty 2026, 18:42
Można to odkodować. Ale to praca polegająca na wejściu na szczyt ośmiotysięcznika bez tlenu, bez sherpów, za to w samych gaciach i skarpetkach 🙂 W jednym podcaście na temat lęku poznałam fajne sformułowanie - ODBURZANIE. Czyli rozbrajanie lęku.
Właśnie dokładnie tak się czuję.

Wchodzę na małą górę i cieszę się, że żyję. Potem kolejna dużo większa góra i trudności. Potem kolejna i kolejna....

Czekam na moment w życiu taki, żeby chociaż na jakiś czas pobyć w dolinie w schronisku i cieszyć się widokami i osiągnięciami. Na razie jestem już bardzo ale to bardzo przetyrana.

Myślę, też że każdy ma swój czas na zmianę i do podjęcia niektórych decyzji trzeba dojrzeć.

Dla mnie coś co było niedostrzegalne i niemożliwe do wykonania kiedyś teraz jest czymś prostym i wykonalnym.

W wychodzeniu z współuzależnienia czy z lęku to proces długotrwały. Dla mnie to jak wymiana oprogramowania. Nauka na nowo myślenia.

A i tak w sytuacjach stresujących moje pierwsze odruchy czy myśli są lękowe. Albo wracam do starych przyzwyczajeń i trudnych zachowań.
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

Przejrzałam co mogłam, by odtworzyć, co miałam w głowie w ubiegłym roku przed wakacjami. I jak doszło to tego, że przekazałam wtedy syna pod opiekę nietrzeźwemu ojcu. Zwykle polegałam na forumowych notatkach, a tu pusto...ale mam smsy z tego czasu, wiadomości, maile. No i swoją pamięć też, tylko tu jestem ostrożna... znam zjawisko "oka świadka". Zapisy to zapisy.

No więc odbierałam sygnały nietrzeźwości męża po czasie jego abstynencji. Wobec tego czułam niepokój. Jednak syn, po długim czasie dobrych kontaktów z tatą uważał, że wszystko jest w porządku. A jest już w wieku, gdy domaga się własnej decyzyjności. Był zły na mnie, gdy powiedziałam, że rozważam jeszcze jego wakacyjny wyjazd do taty. Tym bardziej, że miała tam przyjechać rodzina męża, z którą młody chciał się zobaczyć. Mąż zwiódł też kuratora. Kurator stwierdził, że nie ma podstaw do tego, by uznać, że mąż jest na nowo nietrzeźwy. Uznał, że syn może do niego pojechać. To wszystko razem sprawiło, że zwątpiłam w swoją ocenę sytuacji i zgodziłam się na dłuższy wakacyjny pobyt syna u męża.

Jednym z czynników tej mojej końcowej zgody było też moje zmęczenie. Odpuściłam, bo nie miałam siły. Chciałam odpocząć. Nie w związku ze zmęczeniem takim normalnym, po roku szkolnym. Taki odpoczynek umiem sobie zapewnić bez potrzeby odsyłania dziecka. Chciałam odpocząć od narastającego we mnie napięcia i od presji. Także presji ze strony syna, który miał w głowie obraz dobrych kontaktów z tatą i zwiększone zaufanie do niego powstałe w dłuższym okresie czasu. No i był pod wpływem manipulacji ojca. Także polegających na podkopywaniu mojego autorytetu.

Uległam presji. Nie zaufałam sobie. Uznałam, że może naprawdę widzę rzeczy, których nie ma.

Po powrocie dziecka od ojca wiedziałam, że nie było dobrze. Jednak syn był zamknięty. Tym bardziej wiedziałam, że nie było dobrze. I nie było. Młody zaczął się ode mnie izolować. Był w nim ogrom napięcia. Wiem już, że w takich razach trzeba poczekać. Dać czasowi czas. Nie ganiać dziecka. Stać obok i wymagać. Nie wchodzić w nadkontrolę.

Mając już pewność, co do nietrzeźwości męża, odmówiłam kolejnych wyjazdów syna do ojca. Młody był na mnie zły, ale moją decyzję zaakceptował. Widziałam, że poczuł ulgę. Mąż też nie protestował, co upewniło mnie, że to już koniec sielanki związanej z jego trzeźwością i zdrowieniem. Czas na ograniczenie zaufania.

I tak wystartowaliśmy w rok szkolny. Nadal z dystansem między mną a młodym. Mąż się nie pojawiał. Ale sumiennie pilnował współpracy w pozostałych obszarach, brał udział w decyzjach, wyrażał niezbędne zgody, płacił alimenty, pokrył dodatkowe koszty... i próbował wymanewrować sytaucję tak, żebym ja wyjechała, a on w tym czasie zajmie się synem. Czyli on zrealizuje kontakt. Bo przybywało mu na liście niezrealizowanych odwołanych a nawet i nieodwołanych kontaktów. No a jest kurator, który nad tym czuwa i końcu się zorientuje, że coś jest nie tak. Postanowiłam tylko robić swoje, czyli pilnować by nie przekazać syna pod opiekę nietrzeźwemu ojcu. Puściłam resztę, zdrowienie i nałóg męża to jego problem, nie mój.

Jednak konsekwencje są też moje - młody tęsknił za tatą i domagał się spotkania. No i trzeba było utrzymać gardę wobec męża, dla którego stałam się przeszkodą do zrealizowania kontaktu. W dni wolne mąż próbował zorganizować kontakt tak, że zabierze syna do siebie na te dni. Zgodziłam się, pod warunkiem kontroli trzeźwości. Mąż odpuścił. Spokojnie szłam przez kolejne konfrontacje z mężem o kolejne kontakty. Mąż cały czas starał się wymanewrować mnie tak, żeby on miał kontakt z synem (no bo jest presja, że jest kurator, który zwróci uwagę na tyle niezrealizowanych kontaktów). Konfrontacje z mężem były konstruktywne coraz bardziej, bo uczyłam się coraz bardziej wprost nazywać nałóg nałogiem i jasno mówić o warunkach. Nie schodzić z tematu. Nie bać się odwetu, ale się z nim liczyć.

Młody był do mnie wrogo nastawiony z tego powodu, że jego kontakty z tatą się nie odbywały. W jego głowie tata nadal był trzeźwy, a moje działania były wredne do niego i do taty. Podjął współpracę z tatą, by ustalić kontakt pod moją nieobecność. No i mąż przyjechał, pod wpływem narkotyków. Wróciłam wcześniej do domu, mąż uciekł. Syn był poruszony, przejęty, ale poszedł w pełne wyparcie. Wszystko było w porządku, ja się czepiam.

Takie kolicje uzależniony i współuzależniony znam, powstawały w mojej i w męża rodzinie wiele razy w różnych wariantach. Ostrzał ze strony współuzależnionej osoby, która broni nałogu jest mocny. Nie jest to proste do uniesienia, zwłaszcza, gdy w koalicję z uzależnionym ojcem wchodzi dziecko. Bo koszty dla dzieci są bardzo niszczące. Przeszłam to ze starszym synem. Wiedziałam, jakie błędy popełniłam wtedy, a było ich mnóstwo, ale też wiem, co w końcu mam obojgu pomogło.

No to poszłam tym, co pomogło. Koniec końców balon pękł.
Na razie to wszystko świeże. Syn postanowił przestać kryć ojca. Powiedział mi o męża nietrzeźwości w wakacje, gdy tata miał się nim zajmować oraz o swojej - odreagował swoje napięcie alkoholem w gronie nastolatków. Takich incydentów było więcej. Jego relacja jest zbieżna z tym, co ja obserwowałam. Wygląda, że syn jest teraz gotowy odizolować się od ojca dla swojej ochrony. Chce też podjąc terapię. Otłukł się mocno na próbie wypierania jego nietrzeźwości. Natomiast bardzo to wszystko przeżywa. A ja razem z nim. Przeżywam, ale mam też w sobie spokój.

Ze starszym synem bardzo walczyłam, gdy wszedł we współuzależnioną koalicję z ojcem. Myślałam, że tak coś zmienię, przekonam go. Poraniło to tylko naszą relację, aż do jej zerwania, a syn w tamtym czasie bardzo ranił siebie.

Trudno jest zaryzykować, pozwolić na to, by dziecko zderzało się z konsekwencjami swoich wyborów, podejmowało ryzykowne zachowania. Czekać. Mój terapeuta od współuzależnienia mówił: dać balonowi urosnąć, aż sam pęknie. Zaufałam temu procesowi. Także temu, co usłyszałam od dziewczyn, które przeszły to wszystko przede mną. Ich doświadczeniom z czasu, gdy ich dzieci wchodziły we współuzależnienie. Wiem też, że jak balon pękł, to nie koniec, ale początek pracy.

Mam w sobie taki żal, że sąd mógł po prostu zakazać mężowi kontaktów do czasu ukończenia przez niego terapii. Tak jak o to prosiłam. Wielu tych rzeczy, które przechodzimy moglibyśmy uniknąć. To nie znaczy, że mimo zakazu sądu mąż nie zabiegałby o te kontakty i że same dzieci by ich nie szukały i problemu by nie było. Niemniej jednak orzeczenie sądu nie wspierało i nadal nie wspiera w tych problemach mnie, tylko czynnie uzależnionego męża. A mnie nadal stawia do jego dyspozycji i otwiera uzależnionemu mężowi drogę do manipulowania dziećmi.

Ponieważ do pelnoletności syna jest jeszcze trochę, a choroba męża mocno postąpiła, podejmę próbę zmiany orzeczeń sądowych. Trudno podejmować wspólne decyzje rodzicielskie z człowiekiem w ciągu narkotykowym. Niemniej jednak wiem, że sądowa regulacja sytuacji to nie jest sedno. To zaledwie część tego, co potrzebuję zrobić. A w sądzie jak w sądzie, może dostanę pomoc i rozsądne decyzje, a może jak zawsze dotąd nie...

Mam za to fajne wzmocnienie od starszego syna. Uslyszałam, że jest pod wrażeniem, jak spokojnie reaguję, że nie urządziłam młodemu awantury. Że ta moja praca nad sobą, terapie, naprawdę dają efekty. I zdałam sobie sprawę z mega rzeczy. Ja reaguję spokojnie, bo mimo wszystkich trudnych emocji, mam w sobie, tak głęboko, spokój. Mam zaufanie do siebie i swoich decyzji. Mam też ufność w Bogu, wiem, że jest w tej naszej sytuacji i troszczy się o każde z nas. Kocha nas, troszczy się i wspiera.
ODPOWIEDZ