Sedum pisze: ↑19 gru 2025, 19:41
A ja mam czasem wrażenie, że zamartwianiu przypisuje siły nieco magiczne i boję się puścić lęk, jakby przed czymś mnie chronił.
Znam to... Dokąd siedzę w lęku i się boję i zamartwiam, to dzięki temu nic się mojemu mężowi/dziecku/bliskiemu nie stanie. Jak się uspokoję i pójdę spać, no to dojdzie do tego dramatu, którego się boję.
To jest takie przekonanie, że jak się utrzymuję w stanie podwyższonej gotowości, to zyskuję wpływ na rzeczywistość.
Na grupie wsparcia dla współuzależnionych przerabialiśmy to gruntownie. Że tak naprawdę, to czy ja pójdę spać, czy będę siedzieć w oknie, i tak nie mam żadnego wpływu na to, co dzieje się z osobą, której ze mną nie ma. Jedyny efekt, to zajechanie samej siebie.
Sedum pisze: ↑19 gru 2025, 19:41
Po drugie lęk powodował, że zatrzymywałam męża przed odejściem, reagowałam zbyt spolegliwie i bałam się, że kiedy się postawię - odejdzie. Tak jak odszedł ojciec od matki, kiedy postawiła tamę przemocy.
Ja się bałam, że jak wprost powiem, że koniec z alkoholem, narkotykami i pornografią, bo ja nie chcę żyć z mężem, który żyje z tym wszystkim, to mój mąż odejdzie. Miałam rację. Jak się postawiłam, to podjął próbę terapii. Ale potem wrócił do nałogów i odszedł.
Ale zanim się postawiłam, żyłam w lęku że odejdzie i byłam spolegliwa, milkłam, nie broniłam siebie ani dzieci.
Sedum pisze: ↑19 gru 2025, 19:41
Po za tym, podobnie jak Ty w ostatnim poście piszesz - bałam się jak dziecko. W dzieciństwie bałam się, że stracę matkę, a ona bała się, że przemocowy ojciec mnie zabierze.
Ja bałam się, że mama nas zostawi, że przeze mnie umrze, jak nie będę grzeczna, że nas odda do domu dziecka, bo już nie może z nami wytrzymać. Bałam się też, że moja siostra umrze przeze mnie, jak nie będę się nią zajmować albo coś zaniedbam. Mama w kółko mnie tak zastraszała i ja jej wierzyłam. To był bardzo skuteczny sposób uczynienia mnie niekłopotliwym, posłusznym dzieckiem.
Ale też podejmując ogromny wysiłek, dobrych ocen, spokojnego zachowania, stałej opieki nad siostrą, uczenia mojej siostry, gotowania, obowiązków domowych - jako bardzo mała dziewczynka, dziecko- ciągle myslałam, że sprawię w ten sposób, że mama zacznie mnie kochać, spędzi że mną czas, doceni mnie. Chciałam zasłużyć na uznanie. Każda próba relacji, dostania uznania, kończyła się dokładnie odwrotnie, atakiem na mnie. Brutalnym atakiem. Zamiast czegoś ciepłego, wzmacniającego, słyszałam raniące do żywego krytyki. Wpajanie poczucie winy, wstydu. W tej słowa też wierzyłam. I starałam się jeszcze bardziej. Ale już wierzyłam, że nic co zrobię nie sprawi, że stanę się wartościową jak wszystkie osoby dawane mi za przykład.
I ja to potem przeniosłam - i lęk o porzucenie i przekonanie, że muszę zasłużyć na miłość, ale tak naprawdę z góry nie jestem jej warta - do małżenstwa. Z tym pakietem w małżeństwo weszłam: nie jestem godna miłości, jak tylko mąż się połapie, to mnie zostawił. Muszę go "zarrzymywać", jeśli chcę mieć malżenstwo i rodzinę.
Sedum pisze: ↑19 gru 2025, 19:41
Bałam się wreszcie bo mój mąż wprawiał mnie w lęk. Jeśli coś z mojej strony go drażni to czasem ma wystarczyć groźna mina. Czasem huknięcie („znowu chcesz się kłócić?), aby nie rozmawiać o czymś co niewygodne. Czasem była to groźba nagłego wycofania się z wykonywanej wspólnie czynności (z błahego powodu). Groźba opuszczenia w mniej lub bardziej zawoalowanej postaci - od jawnego deklarowania opuszczenia poprzez izolowanie się w innym pomieszczeniu, wychodzenie z domu, ciche dni, które wydawały się groźbą rozstania. Bo to jest przycisk, który zawsze działał, bo miękłam wtedy. I nie sądzę, aby to ostatnie było początkowo świadome.. Na początku to był przypadek. Ale kiedy wyciągnęłam to wprost to już trudno teraz nazwać to nieświadomym po latach. Bałam się utraty tożsamości, bo to już ćwierć wieku tego odchodzenia się zbliża. W końcu zaczęłam się pytać - co ja mam do stracenia? Bo jak tu się bać utraty osoby, która nie waha się użyć tej mojej słabości. Ten element użycia strachu ze względu na swoją wygodę, to jest taka droga na skróty. I te skróty są tak rujnujące.
Dziękuję, że to napisałaś. Przyjrzałam się temu. Podobnie było w moim malżeństwie. Mąż z czasem nauczył się grać na moim lęku przed opuszczeniem, na moim poczuciu, że muszę ciągle się starać. Zaczął sprawnie zarządzać tymi mechanizmami we mnie, które już we mnie były. Z początku metodą prób i błędów, a potem już wiedząc doskonale jak.
Moja mama, która te mechanizmy zbudowała, używała ich, żebym wypełniała jej rolę, nic od niej nie chciała, nie skarżyła się i była dzieckiem idealnym (mnie nie chwaliła, ale chwaliła się moimi dobrymi ocenami, grzecznoscią, odpowiedzialnością).
Mój mąż używał ich, żeby mógł swobodnie korzystać z alkoholu, narkotyków i pornografii i żebym przejmowała jego odpowiedzialność, gdy nie był w stanie, albo nie chciał jej mieć, obowiązki, zarabianie na rodzinę, sprawy dzieci.
Sedum pisze: ↑19 gru 2025, 19:41
Uczę się puszczać ten lęk, i choć jak chmara napływają inne - Pan Bóg jest ze mną w moim nieszczęściu. Niesie mnie i przytula do Serca. W całej też burzy na dnie mojego serca jest pokój i szczęście i życie.
Piękne! Z serca powierzam Cię Panu

Ja staram się teraz rozbroić te przekonania, które sprawiają, że czuję się niegodna miłości i boję się opuszczenia, zranienia. Tego całego lęku, który z tego płynie. Dokąd ich nie zdemontuję, dotąd jestem jak pianino z otwartą klapą. Każdy może podejsć i zagrać.
Sama tego nie rozplątam, potrzebuję Boga. Ale już tyle rzeczy we mnie uzdrowił, poprostował, że wiem, że jest. I mi pomoże. Mam wrażenie, że tym razem dotarłam już na ten najgłębszy poziom. Znalazłam centrum awarii. Po drodze naprawiłam wszystkie pomniejsze, przy okazji ucząc się tego, co potrzebne do naprawy głównej. To mi zajęło tyle lat. No ale jestem w siłowni statku (kosmicznego). I teraz trzeba wszystkie kable i rurki podpiąc gdzie trzeba i oprogramowanie na nowo wgrać, żeby statek w końcu zaczął latać jak należy.