Kilka pytań o separację

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

Sedum pisze: 06 sty 2026, 7:15 Ruta, choć moje doświadczenia nie obejmują radzenia sobie z nałogiem męża rozumiem do bólu długotrwały stres. Pracujesz nad sobą, rozeznajesz, tworzysz jak najmądrzejszy system wsparcia. Jesteś w procesie, zapewne jeszcze coś możesz zrobić. A w tym wszystkim raz po raz doświadczasz trudnego zachowania, destrukcyjnego dla rodziny zachowania, na które nie masz wpływu.
Dziękuję. Pomogły mi twoje słowa, to że nie mam wpływu. Złapałam się na tym, że się obwiniam za destrukcyjne zachowania męża. Że myślę, że mogłam coś więcej, lepiej chronić, szczelniej izolować.
Sedum pisze: 06 sty 2026, 7:15 Choć lata pracy powodują, że przeżywamy inaczej, dojrzalej wydaje mi się jakimś złudzeniem, że można być tak zawsze totalnie ponad bardzo trudnymi sytuacjami. Że jak jeszcze to, czy tamto wydoskonalę, to nic mnie już nie ruszy.
U mnie już nawet nie chodzi, o to, że nie ruszy. Nauczyłam się być w tym człowiekiem, wiele rzeczy mnie rusza, boli, dotyka. Umiem już to w sobie mieścić.
Załapalam właśnie, że u mnie to iluzja, że jak jeszcze się wydoskonalę, to wtedy ochronię nas przed wszystkimi destrukcjami męża. Zapobiegnę każdej.
Sedum pisze: 06 sty 2026, 7:15 No nie jestem nadczłowiekiem. Mam zawrotki, nawet mechanizmy, które znam, których jestem świadoma - jakoś dalej mnie wiążą kiedy ich doświadczam. Mam inną sytuację, w której nie rozważam izolacji, a podlegam długotrwale trudnym sytuacjom. Życie jest ciężkie. Krzyże są prawdziwe. Niszczejemy, zużywamy energię i zdrowie. Radzimy sobie nie idealnie. I warto utulić to swoje nieco ułomne przeżywanie. Z czułością wobec siebie. A równocześnie nie ustawać w rozeznawaniu 🤗
Dziękuję. Bardzo wzmacniający dla mnie jest twój post. Trochę pomysłów na nad człowieczeństwo ze mnie zeszło. Dobrze zejść z tej presji, że muszę, że nie mogę robić błędów. Nawet nie zauważyłam, kiedy w to weszłam...

Wygląda na to, że życie samo w sobie nie jest bezpieczne. Nie uchronię nas przed mężem w pełni. Mogę tylko próbować tak jak umiem i potem lepiej lub gorzej radzić sobie ze skutkami tego, przed czym nie zdołam nas lub siebie ochronić. Nie zbuduję nam idealnego bezpiecznego świata.

Potrzebuję chyba też przeżyć żal. I chyba pomóc młodemu w przeżyciu jego żalu. Nie każdy ma męża czy ojca, który tworzy zagrożenie, przed którym trzeba się chronić. Ale ja mam właśnie takiego. Po twoim poście chyba do mnie dotarło, dlaczego mój młody wszedł w wyparcie. Prawda jest trudna. Krzyż jest prawdziwy.
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

Firekeeper pisze: 06 sty 2026, 10:53
Cud_1988 pisze: 05 sty 2026, 18:42
Można to odkodować. Ale to praca polegająca na wejściu na szczyt ośmiotysięcznika bez tlenu, bez sherpów, za to w samych gaciach i skarpetkach 🙂 W jednym podcaście na temat lęku poznałam fajne sformułowanie - ODBURZANIE. Czyli rozbrajanie lęku.
Właśnie dokładnie tak się czuję.

Wchodzę na małą górę i cieszę się, że żyję. Potem kolejna dużo większa góra i trudności. Potem kolejna i kolejna....

Czekam na moment w życiu taki, żeby chociaż na jakiś czas pobyć w dolinie w schronisku i cieszyć się widokami i osiągnięciami. Na razie jestem już bardzo ale to bardzo przetyrana.

Myślę, też że każdy ma swój czas na zmianę i do podjęcia niektórych decyzji trzeba dojrzeć.

Dla mnie coś co było niedostrzegalne i niemożliwe do wykonania kiedyś teraz jest czymś prostym i wykonalnym.

W wychodzeniu z współuzależnienia czy z lęku to proces długotrwały. Dla mnie to jak wymiana oprogramowania. Nauka na nowo myślenia.

A i tak w sytuacjach stresujących moje pierwsze odruchy czy myśli są lękowe. Albo wracam do starych przyzwyczajeń i trudnych zachowań.
Mam podobnie. Ja to sobie nazwałam stertami gruzu. Jak już coś odgruzuję, to jest ładnie. Ale pojawia się kolejna sterta. Kolejna i kolejna. I znowu łopata.

Niby jest coraz ładniej, to czego nie mogłam, dziś jest możliwe. Jestem spokojna w kryzysie rodzinnym. Nie dlatego, że nad sobą panuję. Dlatego, że jestem spokojna. I to w środku mnóstwa uczyć. No mega sprawa. Nie odpaliło mi się stare. To znaczy różne starocie się odpaliły, ale panika i wybuchanie już nie. Ale przede mną kolejna sterta...

Też sobie myślę, gdzie ten czas na to, by po tej robocie tak sobie przysiąść. Nacieszyć się. W Biblii częsty jest obraz kobiety rodzącej w bólach. Pamiętam, jak podczas porodu myślałam, że gdybym tylko miała chwilę, żeby odpocząć, tak chociaż pięć minut... i takiej chwili nie było.

Podobnie myślę o wychodzeniu ze współuzależnienia jako procesie, zmianach nawyków, myślenia. Mozolnie. Z nawrotami starych mechanizmów. Góra po górze, sterta po stercie. Wysiłek jest. Ale nadal wiem, że warto. Pamiętam skąd wyszłam i jak tam było.
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

Nadal myślę nad tym, jak doszło do tego, że mój syn był w wakacje tyle czasu pod opieką nietrzeźwego ojca. Analizuję, co myślałam i jakie były moje motywacje. Chcę to zrozumieć. Nie chcę więcej takiego błędu powtórzyć.

Poszłam w niewłaściwym kierunku. Przez ładnych kilka lat trzymałam mocno gardę. Kontrolowałam, czy mąż odbiera syna trzeźwy i czy jest trzeźwy w czasie opieki. Z tego powodu wiele kontaktów się nie odbywało. Mąż, gdy był nietrzeźwy, po prostu ich unikał. Nie godziłam się na przekazywanie syna nietrzeźwemu mężowi i godziłam się na przekazanie mężowi pod opiekę syna jedynie wtedy, gdy miałam pewność, że nie jest w fazie czynnego nałogu. I tak zapewne mąż co najmniej kilka razy przez to sito dał radę przejść nietrzeźwy.

Kiedy wszedł na to wszystko kurator, moja postawa wobec męża została uznana za nadkontrolę, a nawet jakąś formę alienacji. Nie powinnam była temu ulegać. Wiedziałam, co robię i dlaczego. Dobrze i skutecznie chroniłam syna. Dlugonuczyłam się tego w terapii. Nie ja byłam przeszkodą do realizacji przez męża kontaktów, szczególnie tych dłuższych, tylko jego nałóg i nietrzeźwość.

To, że część kontaktów się nie odbywała, nie było dla dziecka dobre. Ale alternatywa, przebywanie pod opieką nietrzeźwego ojca, było jeszcze mniej dobre. Tylko, że system nie zaczął pracować z moim mężem, by był trzeźwy, tylko nade mną, żebym ja przestała jego trzeźwość kontrolować. Ze szkodą dla naszego syna.

W efekcie zaczęłam obserwować, że syn wchodzi we współuzależnienie, że jest napięty. Pod opieką ojca sięgał też po alkohol, o czym nie wiedziałam i niestety później, po powrocie do domu także. Cieszy mnie, że młody okazał mi zaufanie i sam do mnie z tym wszystkim przyszedł. Ale jest mi bardzo przykro, że przez to wszystko przechodził.

Czeka mnie rozmowa z kuratorem. Zamierzam rozmawiać z nim wprost o tym, że podjęte decyzje były błędne. Nie można ufać nietrzeźwemu rodzicowi. Mam wrażenie, że walę głową w mur od 2018 r., odkąd zaczęły się sprawy sądowe. Nie rozumiem tego. W aktach jest diagnoza męża. Mąż nie wykonał żadnego ze zobowiązań sądu. Nie realizuje wielu kontaktów. Z początku, gdy pojawił się kurator, był tu bardzo pilny. Ale od ponad pół roku nie jest. Tak naprawdę nie rozumiem nawet pomysłu wprowadzania nienadzorowanych kontaktów dziecka z czynnym narkomanem. Tym bardziej całej reszty nie rozumiem.

Zdałam sobie sprawę, że całe to orzeczenie o kontaktach i o pełni władzy rodzicielskiej dla męża od lat jest dla mnie i dla dziecka źródłem realnej i konkretnej, szkodliwej zależności od uzależnionego mężczyzny. A przed nami jeszcze parę takich lat. Postanowiłam podjąć jeszcze jedną próbę zmiany tej sytuacji. Zmiany orzeczenia.
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

Sedum w wątku Firekeeper napisała coś, co mocno mnie poruszyło. Sedum dziękuję za twoją refleksję.
Sedum pisze: 21 sty 2026, 9:57 To co mnie łączy z tym wątkiem [wątkiem Firekeeper], to koszt długotrwałego ratowania. My jesteśmy pod wspólnym dachem i teraz staramy się razem, ale nie ogłaszam sukcesu. Za chwilę może mnie czekać kolejne cierpienie. Trudne małżeństwo odbiło się na psychice, obciążając organizm. (...) Granice ratowania rozpoznaję na dany czas z mądrym kapłanem.
Koszt długotrwałego ratowania. Także mnie z wątkiem Firekeeper - i kilkoma innymi wątkami - łączą koszty ratowania. Dużo o tym myślę ostatnio.

Na te myśli naprowadza mnie rzeczywistość. Przeszłam właśnie grypę. Jestem samotną mamą, więc potraktowałam chorobę poważnie, przestrzegałam zaleceń, nie wychodziłam. Mimo to przypętały się powikłania. Mam nadzieję, że szybko dojdę do siebie. Na razie kolejny tydzień jestem niezdolna do pracy, nic nie zarabiam i na nic nie mam siły. Bałam się już nawet, że to wraca stan depresyjny, ale nie. Tym razem to ciało sobie nie radzi.

Nie mam siły, ale mam za to dużo czasu, by myśleć i przyglądać się różnym rzeczom. Zdałam sobie sprawę, że koszty długotrwałego ratowania małżeństwa opłacam walutą własnego zdrowia, zarówno psychicznego jak i fizycznego. Przybywa moich strat, ale nie ma zysków.

Dobrze wypadają za to inne bilanse. Bilans pracy nad sobą na przykład to coraz więcej korzyści i coraz więcej naprawionych szkód, skompensowanych strat. Podobnie bilans obowiązków stanu, zyskuję w relacjach z dziećmi, zyskuję na życiu w wierności.

Tylko podejmowane przez mnie wciąż i wciąż próby naprawy relacji z mężem przynoszą same straty. W zasadzie to straty są za każdym razem, gdy podejmuję jakąkolwiek relację, jakikolwiek kontakt z mężem. Poważne straty. Stały stres. Ogrom różnego rodzaju cierpienia. Kolejne akty przemocy. Tak, umiem się skutecznie bronić. Ale obrona także wyczerpuje. To odbija się na mojej psychice, na moim zdrowiu, na braku odporności, na osłabieniu, zjada moje zasoby i siły.

O tym mówi często ksiądz Dziewiecki. Że są takie sytuacje małżeńskie w których trzeba się chronić i skutecznie izolować, że próby pojednania się z krzywdzicielem czy z uzależnionym czynnie małżonkiem, tylko powiększają rozmiar wyrządzonych szkód, ilość cierpienia, krzywd. Ale nie doprowadzają do naprawy relacji. Krzywda. Izolacja. Kropka. Nic więcej.

Jakiś czas temu przyjaciel powiedział mi, że w przysiędze małżeńskiej nie ma nic o ratowaniu małżeństwa. Jest miłość, jest wierność, jest uczciwość małżeńska. Jest zobowiązanie do miłości do dzieci i do ich wychowania w wierze. Jest oparcie się w tym na Bogu i na wszystkich świętych. Ale o ratowaniu - nie ma ani słowa.

I tak sobie myślę, że jeśli coś, co robię nie przynosi efektów, to czas zmienić metodę. Nie wiem już nawet, ile przez ostatnie lata tych metod próbowałam, zmieniałam, ile książek, wiedzy, rekolekcji, warsztatów. To nie jest wiedza na nic. Pomogła mi w naprawie wielu relacji w moim życiu. Pomogła mi też towarzyszyć wielu osobom w naprawie ich relacji, także małżeńskich, i te relacje także pozdrowiały. Jednak jeśli chodzi o moją relację z mężem, próby naprawy naszej relacji zajęły 159 stron w wątku. Aż doszłam do kresu sił. Dosłownie.

Myślę, że błędem jest próba naprawy relacji z czynnym krzywdzicielem. Nie wystarczy odwieszenie emocjonalne. Czas więc zrobić to, co powinnam była zrobić wiele lat temu. Po prostu odpuścić relację z mężem po całości. Odciąć się całkowicie. Dać sobie spokój. Może po to jest ta moja choroba i te moje powikłania, żebym w końcu odpuściła. Żebym już nie miała siły na kolejne metody, sposoby, próby. Tak to czuję.

Odkąd zrobiłam ciach w grudniu, nadal się z mężem nie skontaktowałam. Ani razu. W żadnej sprawie. Nie mam na to ochoty. Mam też wewnętrzny sprzeciw na jakikolwiek kontakt, aż po agresję. Także do osób, które próbują mnie do odnowienia kontaktu z mężem namawiać. Za to w związku z brakiem kontaktu mam wewnętrzny spokój. Który jednak wciąż burzę sobie myślami, że może coś jeszcze powinnam... ale te myśli niosą już tylko niepokój...
rose
Posty: 147
Rejestracja: 14 mar 2020, 11:39
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: rose »

Witaj Ruto :)
Chciałam się z Toba podzielić moim doświadczeniem w sprawie odcięcia kontaktu, bo w moim przypadku ta zasada okazała się kluczowa do tego żeby powrócić do równowagi.
Co ciekawe na zablokowanie kontaktu zdecydował się mój mąż, niedługo minie rok jak zablokował mnie na wszystkich możliwych komunikatorach, nawet maila. Było to dla mnie o tyle zaskakujące, że w tamtym czasie ja już pisałam do niego okazjonalnie i tylko w sprawach związanych z dziećmi.

Na początku bolało, był bunt, niezgoda, złość bo wiedziałam, że w sprawach dzieci nie mogę na niego liczyć. Ale z perspektywy czasu jestem wdzięczna, że tak się stało. Przestałam żyć na ciągłej huśtawce emocjonalnej - z jego wyznaniami miłości przeplatanymi oskarżeniami. Przez kilka miesięcy brakowało tej "adrenaliny". Potrzebowałam sporo czasu żeby zrozumieć że właśnie tego mi było najbardziej potrzeba - spokoju.

Jedyne co mnie martwi na dzień dzisiejszy to tylko to że dzieci muszą być pośrednikami między nami. Bo to od nich dowiaduje się kiedy je tata zabiera na kontakty. Nie jest to częste ponieważ mocno ograniczył spotkania z dziećmi, cała resztę raczej sama ogarniam.

Kiedyś usłyszałam takie zdanie, że nie da się wyzdrowieć w środowisku w którym się zachorowało. Uważam, że jest w tym zdaniu dużo prawdy.

I jeszcze jedno w kwestii zdrowia. Są okresy kiedy ogarniamy wszystko, często zapominając o sobie i swoim odpoczynku. To takie życie na kredyt, a kredyty trzeba spłacać wraz z odsetkami. To tez jest moje doświadczenie, kiedy po roku samotnego macierzyństwa, pracy no i wszystkich stresach związanych z mężem - przyszła depresja i odebrała chęć do życia.
Dzisiaj znów żyję na kredyt, mam nadzieję, że szybko uda mi się tak życie poukładać, żeby móc zwolnić.

Ruto, dla Ciebie życzę zdrowia - jak masz tylko taka możliwość to pozwól ciału wrócić do równowagi. W mojej opinii izolacja od męża Ci tylko w tym pomoże. Ale na owoce tego pewnie trzeba będzie poczekać chwilę.

PS. Dobrze Cię znowu czytać na forum :)
Firekeeper
Posty: 962
Rejestracja: 24 maja 2021, 19:46
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Firekeeper »

Ruta pisze: 22 sty 2026, 10:55
Odkąd zrobiłam ciach w grudniu, nadal się z mężem nie skontaktowałam. Ani razu. W żadnej sprawie. Nie mam na to ochoty. Mam też wewnętrzny sprzeciw na jakikolwiek kontakt, aż po agresję. Także do osób, które próbują mnie do odnowienia kontaktu z mężem namawiać. Za to w związku z brakiem kontaktu mam wewnętrzny spokój. Który jednak wciąż burzę sobie myślami, że może coś jeszcze powinnam... ale te myśli niosą już tylko niepokój...
Najpierw odpisałam w moim wątku, a teraz przeczytałam u Ciebie to.

To jest dokładnie to co ja mam teraz. Nie mam ochoty na kontakty z mężem. Nawet jak probuje coś powiedzieć to mnie to irytuje. Jakby choroba sprawiła to, że coś czego chciałam kiedyś teraz kategorycznie nie chcę.

Też właśnie czuję to, że przestałam czuć przymus ratowania. Ciągle szukałam rozwiązań. Teraz odpuszczenie. Nie chcę tracić na to energii i zdrowia. Kiedyś małżeństwo było dla mnie centrum uwagi i działania teraz nie. Chcę się wyleczyć i cieszyć życiem tym które mi zostanie.
Dobrze wypadają za to inne bilanse. Bilans pracy nad sobą na przykład to coraz więcej korzyści i coraz więcej naprawionych szkód, skompensowanych strat. Podobnie bilans obowiązków stanu, zyskuję w relacjach z dziećmi, zyskuję na życiu w wierności.
U mnie też ten bilans jest na plus. W życiu nie chciałabym wrócić do siebie np. sprzed 5 lat. Zrobiłam dla mnie bardzo duży postęp. Bardzo dużo zmian. W relacji z mężem też jakieś postępy są. Może nie relacji. Mąż też w wielu sprawach ma bilans dodatni. Też się zmienił. Ale to co jest między nami już dawno umarło i wszelkie próby reanimacji kończą się zgonem pacjenta. Może trzeba cudu.
Ellana1
Posty: 15
Rejestracja: 25 mar 2025, 20:37
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ellana1 »

Hej,
Pisałyście o takim zjawisku zapominania krzywd i zafalszowywania obrazu siebie, męża i związku przez to. Też to miałam i mi psycholog poradziła notować każdy epizod przemocy emocjonalnej. Miałam to robić właśnie po to by stanąć w prawdzie, mieć pełny obraz jakości związku oraz by chronić siebie, a także po to by móc podjąć w pełni świadomą decyzję czy chce trwać czy odejść.
Mechanizm wyparcia to fałszywy przyjaciel niestety daje chwilową ulgę, ale odbiera to co najważniejsze - prawdę. I też uważam jak Rose, że nie da się wyzdrowieć będąc w toksycznym środowisku.
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

rose pisze: 22 sty 2026, 12:57 Witaj Ruto :)
Chciałam się z Toba podzielić moim doświadczeniem w sprawie odcięcia kontaktu, bo w moim przypadku ta zasada okazała się kluczowa do tego żeby powrócić do równowagi.
(...)Na początku bolało, był bunt, niezgoda, złość bo wiedziałam, że w sprawach dzieci nie mogę na niego liczyć.
Czytając twój post zdałam sobie sprawę, że podtrzymując kontakt z mężem, podtrzymywałam w sobie fikcję, że mogę na niego liczyć w sprawach dzieci. To mi dawało iluzję bezpieczeństwa. I było zarazem częścią huśtawki, bo kiedy była potrzebna pomoc, współpraca mojego męża, spotykałam się zwykle z odmową, murem, odpychaniem.

Zaledwie kilka razy na przestrzeni tych wszystkich lat mąż tej pomocy naprawdę mi udzielił, a uzyskanie jego pomocy kosztowało mnie wiele wysiłku emocjonalnego. Wiele działań mojego męża było dla dzieci szkodliwych.

Zobaczyłam też, że w ostatnich miesiącach zbudowałam sobie nową realną sieć wsparcia rodzicielskiego. Nie ma w niej męża, ale nie jestem ze wszystkimi problemami i trudnościami sama. Mam z kim o nich porozmawiać. Mam z kim podzielić się niepokojem, ale też radością, skonsultować się, poprosić o inne spojrzenie.
rose pisze: 22 sty 2026, 12:57 Przestałam żyć na ciągłej huśtawce emocjonalnej - z jego wyznaniami miłości przeplatanymi oskarżeniami. Przez kilka miesięcy brakowało tej "adrenaliny". Potrzebowałam sporo czasu żeby zrozumieć, że właśnie tego mi było najbardziej potrzeba - spokoju.
Mam podobnie. Nie kontaktuję się z mężem, nie ma huśtawki. Widzę w sobie, że tej huśtawki mi brakuje. Nie jestem przyzwyczajona do takiego csłkiem nowego poziomu spokoju. Dopiero go oswajam.
Spokój mnie niepokoi.

Jak sobie radziłaś z brakiem adrenaliny?
rose pisze: 22 sty 2026, 12:57 Jedyne co mnie martwi na dzień dzisiejszy to tylko to że dzieci muszą być pośrednikami między nami. Bo to od nich dowiaduje się kiedy je tata zabiera na kontakty. Nie jest to częste ponieważ mocno ograniczył spotkania z dziećmi, cała resztę raczej sama ogarniam.
Rozumiem, bo sama bardzo się starałam ostatnie lata, by dzieci nie musiały być pośrednikami. Jeszcze nie wymyśliłam, jak to rozwiązać przy braku kontaktu.

Sedum niedawno napisała mi coś, co mi pomogło trochę sobie odpuścić. O nadczłowieczeństwie. I o tym, że radzimy sobie nieidealnie. I żeby się w tym nieidealnym radzeniu przytulić. Nie mam rozwiązania... I tak może to zostanie.

Rozmawiałam o tym niedawno z mądrą osobą, mającą duże życiowe doświadczenie. Powiedziała, że obserwuje, że w życiu mam, które nie żyją razem z ojcami dzieci są etapy. Że kiedy dzieci są młodsze, podtrzymujemy te kontakty nawet na siłę, nawet kosztem siebie, żeby chronić dzieci. I że przychodzi taki moment, gdy wiemy, że choć to nadal nie jest optymalne, by dziecko bezpośrednio mierzyło się z taką czy inną destrukcyjnościa ojca (na przykład z robieniem z dziecka pośrednika, czy partnera w ustaleniach), ale że czujemy, że przy naszym wsparciu, byciu obok, dziecko to już uniesie. I że gdyby okazało się to dla dziecka za trudne, no to przecież jestem obok. Będę mogła zareagować, zmienić swoje decyzje.
rose pisze: 22 sty 2026, 12:57 I jeszcze jedno w kwestii zdrowia. Są okresy kiedy ogarniamy wszystko, często zapominając o sobie i swoim odpoczynku. To takie życie na kredyt, a kredyty trzeba spłacać wraz z odsetkami. To tez jest moje doświadczenie, kiedy po roku samotnego macierzyństwa, pracy no i wszystkich stresach związanych z mężem - przyszła depresja i odebrała chęć do życia.
Dzisiaj znów żyję na kredyt, mam nadzieję, że szybko uda mi się tak życie poukładać, żeby móc zwolnić.
Dobre jest to określenie. Życie na kredyt. Cały czas próbuję ułożyć sobie wszystkie obowiązki tak, by nie żyć na kredyt. Ale nadal nie daję rady. Zwykle jestem przemęczona, przeciążona. I ostatnio usłyszalam coś, co mnie zastanowiło. Że może potrzebuję zaakceptować, że dokąd dzieci nie będą samodzielne, tak to będzie wyglądać. Bo niosę sama to, co jest przewidziane dla dwóch osób i dwóch rodzinnych systemów wsparcia. Że może rozwiązaniem jest przyjęcie, że moim zadaniem jest po prostu ten trudny czas przetrwać, zapewniając jak najlepsze warunki i wsparcie dzieciom. I nie gonić za funkcjonowaniem idealnym, bo przy takiej ilości wszystkiego go po prostu nie ma. Pewnie i tak...choć nadal myślę o tym, jak to wszystko ułożyć lepiej, optymalniej.
rose pisze: 22 sty 2026, 12:57 Ruto, dla Ciebie życzę zdrowia - jak masz tylko taka możliwość to pozwól ciału wrócić do równowagi. W mojej opinii izolacja od męża Ci tylko w tym pomoże. Ale na owoce tego pewnie trzeba będzie poczekać chwilę.

PS. Dobrze Cię znowu czytać na forum :)
Dziękuję Rose 💕 I ja mam nadzieję, że izolując się tak w pełni od męża zejdę z kolejnego stopnia adrenaliny. I że to ciachnięcie kontaktu, to dobry krok. Na razie brak adrenalinki nieco mną rzuca, ale przeszłam już w życiu kilka różnych głodów, adrenalinowych w sumie też. Wiem, że to z czasem mija i organizm się przyzwyczaja do nowych poziomów i nowych ustawień. I jest wtedy lepiej.

Przytulam cię ciepło i mam nadzieję, że w tych naszych codziennosciach uda się nam wypracować na tyle równowagi, by jak najmniej tych kredytów zaciągać.
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

Firekeeper pisze: 22 sty 2026, 13:07 To jest dokładnie to co ja mam teraz. Nie mam ochoty na kontakty z mężem. Nawet jak probuje coś powiedzieć to mnie to irytuje. Jakby choroba sprawiła to, że coś czego chciałam kiedyś teraz kategorycznie nie chcę.

Też właśnie czuję to, że przestałam czuć przymus ratowania. Ciągle szukałam rozwiązań. Teraz odpuszczenie. Nie chcę tracić na to energii i zdrowia. Kiedyś małżeństwo było dla mnie centrum uwagi i działania teraz nie. Chcę się wyleczyć i cieszyć życiem tym które mi zostanie.
Kiedy puszczam ten przymus ratowania, to wiele rzeczy mi wychodzi. Na przykład zaczynam dostrzegać związane z tym koszty. Ile tej swojej energii na to wyczerpałam. I więcej już nie chcę się tak bez sensu spalać.

Nie mam męża przy sobie, nie kontaktuję się z nim. Ale przechodzą przeze mnie fale wściekłości. Zastanawiam się, czy to nie jest tak, że dokąd miałam przewodnią myśl o ratowaniu, to wiele tej złości, jak najbardziej zasadnej, tłumiłam "dla dobra sprawy".
Firekeeper pisze: 22 sty 2026, 13:07 U mnie też ten bilans jest na plus. W życiu nie chciałabym wrócić do siebie np. sprzed 5 lat. Zrobiłam dla mnie bardzo duży postęp. Bardzo dużo zmian. W relacji z mężem też jakieś postępy są. Może nie relacji. Mąż też w wielu sprawach ma bilans dodatni. Też się zmienił. Ale to co jest między nami już dawno umarło i wszelkie próby reanimacji kończą się zgonem pacjenta. Może trzeba cudu.
U mnie to chyba kwestia wyczerpania baterii. Nie mam siły dalej ciągnąć tego całego ratowania na swoich plecach.

Mam poczucie, że te zmiany w relacji, które nastąpiły, bo są takie i u nas, ciągnęły prąd wyłącznie z mojej elektrowni. Na moim prądzie zeszliśmy z przemocy. Na moim prądzie zakończyliśmy szantaże. Na moim prądzie to, na moim tamto... No i tego już nie chcę, tego czerpania ze mnie. Moja elektrownia jest do remontu. Męża wciąż nówka sztuka nie śmigana. Odcinam wypływ prądu na zewnątrz i biorę się za remont. Bo zaraz zabraknie prądu i dla mnie. Tak mi przychodzi tu na myśl przypowieść o tych mądrych pannach. Jak byłam mała trudno mi było zrozumieć, czemu Pan Jezus je pochwalił, zamiast zganić. No bo jak to tak, nie pomóc, nie podzielić się? Ano takto :)

Ziemskie zasoby wyczerpane. Czekamy cudów :)
Ostatnio zmieniony 23 sty 2026, 10:51 przez Niepozorny, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód: poprawiono cytowanie
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

Ellana1 pisze: 23 sty 2026, 0:39 Hej,
Pisałyście o takim zjawisku zapominania krzywd i zafalszowywania obrazu siebie, męża i związku przez to. Też to miałam i mi psycholog poradziła notować każdy epizod przemocy emocjonalnej. Miałam to robić właśnie po to by stanąć w prawdzie, mieć pełny obraz jakości związku oraz by chronić siebie, a także po to by móc podjąć w pełni świadomą decyzję czy chce trwać czy odejść.
Mechanizm wyparcia to fałszywy przyjaciel niestety daje chwilową ulgę, ale odbiera to co najważniejsze - prawdę. I też uważam jak Rose, że nie da się wyzdrowieć będąc w toksycznym środowisku.
Hej Ellano1 :) Fajny pomysł twojej terapeutki. Jak spisałam i opisałam te niby drobne, nieważne incydenty, bo tak je postrzegałam, dopiero dostrzegłam, ile tej przemocy było i jak bardzo była krzywdząca dla mnie i dla dzieci. Zobaczyłam tak jasno w prawdzie, co to wszystko robiło mi i dzieciom. Zapisane krzywdy przestały iść w niepamięć.

Też obserwuję, że izolacja od męża mi służy. Widzę, ile rzeczy będąc w kontakcie z nim nadal tłumiłam. Teraz jest niefajnie, bo te stłumione rzeczy wypływają i to nie jest miłe. Ale jak już wypłyną, spodziewam się, że będzie lepiej :)

Dokąd nie miałam spisane, dotąd zabiegałam o podtrzymanie relacji. No bo, tak jak piszesz, nie widziałam jej w prawdzie. I nie widziałam w prawdzie ponoszonych przez siebie kosztów. Bagatelizowałam szkody wyrządzane przez przemoc emocjonalną. Wypieranie to zdecydowanie fałszywy przyjaciel...

Jakoś się przy Łasce Bożej zbieramy, dużo dobra jest też z dzielenia się tym, co odkrywamy, czego się uczymy o wychodzeniu z przemocy. To ważne, cenne. Dziękuję 💕
rose
Posty: 147
Rejestracja: 14 mar 2020, 11:39
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: rose »

Ruto, pytasz jak radziłam sobie z brakiem adrenaliny.

Nie radziłam sobie wcale, emocje zagłuszałam jedzeniem, przez co nabawiłam się nowych problemów bo teraz ciężko z tego błędnego koła wyjść.
Wysoki koszt, ale uważam że warto było go ponieść. Ja mam problem z dotrzymywaniem danego sobie słowa, ale jeśli chodzi o zaniechanie szukania kontaktu z mężem - wytrwałam. Zdarzyło mu się kilka razy odblokować mnie i coś napisać. Jeśli dotyczyło to dzieci to odpisywałam. W przypadku gdy to były zaczepki w moja stronę - mile bądź nie - zero reakcji. Nie dam się więcej wciągnąć w jego grę.

Ellana napisała też ważna rzecz o zapisywaniu tego co złe. Stosowałam to w ostatnim roku kryzysu i szczerze mówiąc tylko te sytuacje które sobie zapisałam są w mojej pamięci. Resztę wyparłam i mało co pamiętam. Gdy mąż się wyprowadził to mózg podsuwał mi tylko obrazki wspólnych wakacji, dobrych momentów. A przecież przez ostatnie lata działo się dużo więcej złego niż dobrego.

Dzisiaj nie czuje już tęsknoty, zaakceptowałam to co jest. Lubię swoje życie takie jakie jest, choć dni wypełnione obowiązkami. Uczę się odpuszczać. Mam fajne zdrowe dzieci, dobra relację z nimi, one między sobą trzymają sztamę. Jest dobrze, przewidywalnie. A moja głowa jest spokojna.
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

rose pisze: 23 sty 2026, 16:59 Ruto, pytasz jak radziłam sobie z brakiem adrenaliny.

Nie radziłam sobie wcale, emocje zagłuszałam jedzeniem, przez co nabawiłam się nowych problemów bo teraz ciężko z tego błędnego koła wyjść.
To także mój sposób, zagłuszanie emocji jedzeniem. Nie umiem póki co z tego schematu wyjść. To też jest tak, że przy natłoku obowiązków nie znajduję czasu na konstruktywne rozładowanie emocji. Jedzenie jest skuteczne i na skróty.
rose pisze: 23 sty 2026, 16:59 Wysoki koszt, ale uważam że warto było go ponieść. Ja mam problem z dotrzymywaniem danego sobie słowa, ale jeśli chodzi o zaniechanie szukania kontaktu z mężem - wytrwałam. Zdarzyło mu się kilka razy odblokować mnie i coś napisać. Jeśli dotyczyło to dzieci to odpisywałam. W przypadku gdy to były zaczepki w moja stronę - mile bądź nie - zero reakcji. Nie dam się więcej wciągnąć w jego grę.
Ja nauczyłam się chronić brakiem kontaktu, gdy mój mąż był w ciągach. I wtedy dawałam rady. Ale gdy mąż wracał do abstynencji, bardzo się cieszyłam każdą rozmową. Tylko, że mąż raz był do rany przyłóż, a raz mnie mnie z premedytacją ranił, a ja nie broniłam się wystarczająco. Tylko, że ja ostatnio zaczęłam odczuwać złość na nowy sposób. Najpierw to miało taki efekt, że przestałam być do męża w rozmowach przymilna. Nawet się parę razy z nim starłam. Bez przemocy. Ale konkretnie. Aż w końcu zobaczyłam, że ja po prostu nie mam ochoty na żadne rozmowy z moim mężem, słuchanie jego bardziej lub mniej nietrzeźwych widów, urojonych żali i pretensji, całej tej nietrzeźwej bańki. Nie mam też ochoty na jego obraźliwy ton. I nawet na te miłe rozmowy też nie mam ochoty, bo mi rozwalają emocje.
rose pisze: 23 sty 2026, 16:59 Ellana napisała też ważna rzecz o zapisywaniu tego co złe. Stosowałam to w ostatnim roku kryzysu i szczerze mówiąc tylko te sytuacje które sobie zapisałam są w mojej pamięci. Resztę wyparłam i mało co pamiętam. Gdy mąż się wyprowadził to mózg podsuwał mi tylko obrazki wspólnych wakacji, dobrych momentów. A przecież przez ostatnie lata działo się dużo więcej złego niż dobrego.
Tak, też odkryłam, że zapisywanie zapobiega wypieraniu i przepisywaniu pamięci. Zapisanie i opisanie różnych sytuacji pomogło mi zobaczyć skalę przemocy ze strony mojego męża i do mnie i do dzieci. Nie bił nas. Nie musiał. Zobaczyłam też skutki. Przeszła mi ochota na więcej.

rose pisze: 23 sty 2026, 16:59 Dzisiaj nie czuje już tęsknoty, zaakceptowałam to co jest. Lubię swoje życie takie jakie jest, choć dni wypełnione obowiązkami. Uczę się odpuszczać. Mam fajne zdrowe dzieci, dobra relację z nimi, one między sobą trzymają sztamę. Jest dobrze, przewidywalnie. A moja głowa jest spokojna.
Ja w sumie lubię moje życie bez męża. Jest inne, ale wartościowe, dobre. Czasem za mężem tęsknię. To takie drobiazgi. Kiedy coś mnie rozbawi i wiem, że mąż też by się tym ucieszył. Kiedy cieszę się dziećmi i myślę, jak dużo męża omija i chciałabym się z nim podzielić, że ci chłopcy tacy fajni, dojrzewają, madrzeją. Czasem chciałabym się przytulić. To takie mgnienia. Nie rozbija mnie ta tęsknota. Ale jest ze mną.

Ale na dalsze huśtawki i na męża gry nie mam już ochoty. One i tak nie zaspokajały tych moich potrzeb i tęsknot, które w sobie noszę. Za każdą dobra chwilę lłaciłam ogromną cenę. Zobaczyłam, co mi to naprawdę robi i dobrze mi z brakiem kontaktu. Ale równocześnie jestem jak alkoholik, który odstawił alkohol. W jakiś sposób się do tych huśtawek i rozczarowań przyzwyczaiłam. Zanim się ustabilizuję i przyzwyczaję, że następnej porcji adrenaliny nie będzie, pewnie minie trochę czasu. Ale i tak się cieszę, że zrobiłam to ciachnięcie. Nawet kosztem tych paru kilo więcej, nadal warto :)
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

Ruta pisze: 23 sty 2026, 22:17
rose pisze: 23 sty 2026, 16:59 Ruto, pytasz jak radziłam sobie z brakiem adrenaliny.

Nie radziłam sobie wcale, emocje zagłuszałam jedzeniem, przez co nabawiłam się nowych problemów bo teraz ciężko z tego błędnego koła wyjść.
To także mój sposób, zagłuszanie emocji jedzeniem. Nie umiem póki co z tego schematu wyjść. To też jest tak, że przy natłoku obowiązków nie znajduję czasu na konstruktywne rozładowanie emocji. Jedzenie jest skuteczne i na skróty.
Choroba ma swoje zalety, mam dużo czasu, za to nie mam na nic siły. No to czytam. Poczytałam sobie o schodzeniu z podwyższonych poziomów adrenaliny i o neurobiologii przemocy. Jest ogrom nowych badań na ten temat, w tym przekrojowych. Jest też sporo materiałów specjalistów przekładających badania na praktyczne wskazówki i trochę materiałów praktyków pracujących z pacjentami o konkretnych wypracowanych narzędziach.
Do mniej więcej 2009 r. uważano, że wiele zmian następujących na skutek doświadczanej przemocy jest nieodwracalnych. Potem okazało się, że jednak systemy i układy ciała można resetować do ustawień fabrycznych, można też odczulać układ nerwowy. To z kolei przeorganizowuje mózg i zmienia jego strukturę. To rewolucja, bo bardzo długo uważano zmiany w mózgu (także wywołane przemocą, bo takie zmiany też następują), za nieodwracalne. Nadal można trafić na artykuły oparte na "starych" badaniach (czyli tych sprzed 2010 r.) mówiące o trwałych konsekwencjach traumy i przemocy. Miło, że jednak da się to wszystko poprawić :D
***
Skrótowe podsumowanie czego się dowiedziałam

Podstawową "trudnością neurobiologiczną" po doświadczeniu przemocy i przelekłego stresu z nią związanego nie jest wcale rozregulowanie wynikające z przywyknięcia do wysokich skoków poziomów adrenaliny i dopaminy i do powtarzalności tych skoków. To też jest problem i to poważny, czasem nawet naprawdę dochodzi do uzależnienia. Ale to wyłazi później.

W fazie odstawienia, gdy przemoc w końcu ustaje, podstawowym problemem jest odczuwalne pogorszenie funkcjonowania, określane m.in. poetycko jako "post adrenaline blues". Roboczo przetłumaczyłam jako "poadrenalinowy spadek nastroju".

Taki efekt występuje nie tylko po długotrwałym napięciu związanym z przemocą, ale też po okresach wzmożonego napięcia i wysiłku związanych z pozytywnymi wydarzeniami: przygotowaniem do trudnego egzaminu zawodowego, zawodów sportowych, ślubu. Kluczem do takiej reakcji są wzmożone napięcie i wysiłek, nie ich pozytywny lub negatywny kontekst. W fazie po wzmożonym wysiłku i napięciu następuje fizyczne i psychiczne wyczerpanie, często towarzyszy im psychiczny brak poczucia sensu i ograniczenie aktywności życiowej.

Kiedyś w odniesieniu do osób po przemocy takie objawy uważano za objaw uzależnienia od adrenaliny. Dziś często uważa się, że była to błędna interpretacja, wynikająca z oczekiwania natychmiastowej poprawy funkcjonowania osoby, gdy przemoc wobec niej ustaje. Była też interpretacja psychologiczna, że ten obserwowany stupor życiowy osób, które przestały doswiadczać przemocy, to był wynik wyuczonej bezradności, dezorientacji, utraty celu, czy kierunku życia. To także jest coraz częsciej uważane za błędną interpretację, także wynikajacą z oczekiwania szybkiej poprawy. No bo skoro nie ma tej spodziewanej natychmiastowej poprawy, no to musi być coś "nie tak" z tą osobą, co się jej nie poprawia. I szuka się co jej dolega. Nic.

Wszystko jest w porządku. Z badań wynika, że ten spadek jest potrzebny do regeneracji. To jeszcze jeden mechanizm adaptacyjny ciała. Tak jak sportowiec odpoczywa po zawodach, doktor po obronie doktoratu, student po sesji, nowożeńcy po przygotowaniach do ślubu, tak i osoba po przemocy potrzebuje czasu na odpoczynek i regenerację. Powód do wysiłku ustał, więc organizm przygasza światła, wycisza co może i odmawia jakiegokolwiek wysiłku.

Dla wszystkich jest zrozumiałe, że maratończyk po ukończeniu maratonu pada na ziemię tam, gdzie stał i że wyczerpany leży. Osoba po przemocy ma za sobą pełny maraton, a czasem nawet i trzy dystanse maratonu. Tak, nie ma siły się podnieść, żyć i czuje głównie wyczerpanie. Nie ma co oczekiwać po niej natychmiastowej poprawy.

[Moja osobista uwaga tutaj, nie wynikająca z badań, jest taka, że osoba po przemocy nie "czuje wyczerpania", tylko jest obiektywnie wyczerpana. A subiektywnie - zwykle wcale tego wyczerpania nie czuje lub ledwo je czuje. Taki urok osób z różnymi literkami, DD, cPTSD i podobnymi.]
***

Gdy jest akceptacja wewnętrzna i społeczna dla tego spadku, zgoda na gorsze funkcjonowanie, jest możliwość odpoczynku, to regeneracja osoby po przemocy następuje w czasie od kilku tygodni do kilku miesięcy, w zależności od stanu wyczerpania. Wyczerpane są i ciało i umysł i psychika. Ten opisany czas, to czas podstawowej regeneracji biologicznej, regeneracji ciała.

Jeśli jednak nie ma przestrzeni, by sobie tak po prostu paść i odpocząć, trzeba się w tym wyczerpaniu pobudzać do funkcjonowania. Generalnie z badań wychodzi, że najczęściej sięga się po używki, wpływające bezpośrednio na ciało. Rodzaj używek zależy od ich dostępności i od kultury, oraz osobistych upodobań. To może być kaloryczne jedzenie: słodkie, tłuste, słone. Alkohol. Duże ilości kawy. Nikotyna. Pobudzacze. To mogą być też pobudzacze emocjonalne, dające wyrzut adrenaliny. Oglądane w czasie walki ze spadkiem poadrenalinowym treści także są drastyczniejsze, niż zwykle. Raczej kryminały niż romanse. Zwykłe treści odrzucają. Słusznie, bo odprężają, zamiast pobudzić. A chodzi przecież o to, by się za wszelką cenę nie odprężyć i za żadne skarby nie odpocząć.

Jedzenie związane z "uszkodzeniami" wynikającymi z przemocy także jest sposobem na to, żeby nie paść i nie zacząć odpoczywać. Elementem charakterystycznym takiego jedzenia na pobudzenie w postresowym wyczerpaniu jest opóźnianie pierwszego posiłku i pierwszego nawodnienia, włącznie z porannym jadłowstrętem (głodówka także nakręca), potem podjadanie w ciągu dnia, między posiłkami, i obfite jedzenie wieczorem. Równocześnie temu schematowi towarzyszy opóźnianie zasnięcia, jak i skracanie snu. Taki to biohazard :o

Osoby po przemocy mają obawę przed odpoczynkiem. Dla nich spokój oznacza potrzebę wzmożonej mobilizacji i czuwania. Maratończyk idzie się wyspać i śpi kamiennym snem, potem na masaże, do sauny, i ogólnie układa sobie cały plan regeneracji. Osoba po przemocy stara się pozostać w stanie czuwania. Zwykle ma słaby kontakt z ciałem, za to duże doświadczenie w zmuszaniu się do wysiłku, nawet w skrajnym wyczerpaniu. Im jest spokojniej, tym większa jest potrzeba by czuwać.

Tyle, że ciało ma swoje granice wytrzymałości. Albo otrzyma czas na regenerację. Albo się zepsuje. Wtedy już nie będzie chodziło o naładowanie baterii, ale o ich wymianę. Jednak nie wszystko w ciele da się łatwo naprawić lub wymienić, gdy zepsuje się tak na total.
***

Żałuję, że nie przeczytałam tego wszystkiego wcześniej. Funkcjonuję dokładnie tak, jak te przebadane osoby. Włącznie z utrzymywaniem się w fazie wzmożonego czuwania i schematem pobudzania się niejedzeniem, jedzeniem i ograniczeniem snu. Sporo też ostatnio chorowałam. Jak już skosiła mnie grypa, to uczciwie się położyłam (tyle już chociaż umiem), no ale teraz i tak mam te powikłania pogrypowe. I w sumie dopiero to one mnie zatrzymały...

Z drugiej strony w ostatnich latach uczyłam się tak na raty odpoczynku, dawania sobie na to przestrzeni. Jakoś tak czułam, że tego mi trzeba. W moim programie stypendialnym miałam też dodatkowe kursy, takie odjechane zupełnie i wzięłam m.in. kurs mindfullnes. (Skończyłam go na 86 procent, no bo na tym kursie uczono odpuszczać. Normalnie staram się mieć 100 procent, ale tam nas przekonywano, że 80 procent to jest dobry wynik. To mnie zawiesiło: ukończenie tego kursu na setkę oznaczałoby, że się nic nie nauczyłam :lol: )
Doczytałam teraz, że techniki mindfullnes są polecane do wyciszania układu nerwowego i sprzyjają regeneracji. I są też bardzo polecane w regeneracji po przemocy. Mam bogate notatki i wstępną praktykę z bardzo sensownego kursu. Mam też dostępny praktyczny kurs poprawy dobrostanu na nowy semestr z ćwiczeniami.
Więc w zasadzie mam z przypadku, czyli dzięki Bożej Opatrzności (przypadek to czas, gdy Bóg anonimowo przechadza się po ziemi), sporo narzędzi żeby sobie teraz pomóc. I nie dojechać się aż do zepsucia baterii.

Natomiast miło doczytać, że nie chodzi wcale o to, że mam doła i coraz gorzej funkcjonuję, bo jestem leniwa albo bo jestem świrem tęskniącym za przemocą, tylko, że odpadam, bo po prostu jestem zmęczona. Zarówno całą przemocą jakiej doświadczyłam, jak i wysiłkiem jaki wykonałam, by z niej wyjść. Przebiegłam dwa maratony, jednen po drugim. Czas tak po prostu odpocząć.

Dobrze, że w tym wszystkim nauczyłam się ufać Bogu. Bez tej ufności nigdy bym się nie odważyła na odpoczynek. Za wszelką cenę, także mojego zdrowia, pędziłabym dalej.

Głupio zabrzmi co napiszę, ale napiszę. Błogosławione te moje pogrypowe powikłania. Gdyby nie one, to bym się nie zatrzymała. Myślałam ostatnio, że ciągle te gruzy przewalam i ciągle nowe sterty odkrywam i że nie mam już siły na kolejną stertę gruzu. Dobrze, że nie mam. Zaczęłam lubić ten pierwszy krok i wracanie do niego: bezsilność. Bo wiem że Bóg jest. I że może mi pomóc. Że mi pomoże.
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta »

Niepoprawny83 pisze: 26 sty 2026, 14:28 Przeczytałem twój post Ruto i pozwolę sobie zasadniczo nie korygować twych opinii pozostając jednoczenie przy swoim zdaniu.

Zatrzymam się tylko na tym fragmencie,

Ruta pisze: 25 sty 2026, 16:20
Każda emocja pochodzi od Boga, jest częścią danego nam wyposażenia. Ja mam nadzieję, że każdy kto odczuwa gniew, będzie czuł go tak długo, aż spełni on swoją rolę. Nie przez żywienie go, podtrzymywanie, ale przez zrozumienie i właściwe użycie.
Warto pamiętać, że tak jak bez emocji nie ma człowieczeństwa tak też nie ma człowieczeńtwa bez rozumu, intelektu. To ten dar Boży pozwala nam nie reagować bezpośrednio na bodziec, a daje nam możliwość refleksji, zastanowienia czy dobrze robimy postępując emocjonalnie. Nie powinniśmy pozostać zwierzętami reagującymii na bodźce Pawłowa, ani maszynami, gdzie po wciśnieciu jednego guzika natychmiast coś się dzieje.
Jednocześnie jesteśmy na tyle straumatyzowanii, że jest to dla nas wygodne, chronić się za tarczą krzywd. A tymczasem Bóg dał nam Pismo Św, Naukę Kościoła, (nie poszególnych Kapłanów), Dał nam wspaniałe dzieła literatury, które pozwalają nam zachować ten dar refleksji i nie dać się kierować ślepo emocjom. Świadomość tego, że sami jesteśmy krywdzicielami, jesteśmy dziećmi ofiar, nasi bliscy też noszą na sobie rany tragedii XX w. powinny nas zmusić do próby wyjścia z pętli zranień, zwłaszcza, że pernamentny gniew, nienawisć negatywnie odbijają się na naszym zdrowiu, a to też przecież dar Boży, prawie najważniejszy, po co niszczyć zdrowie gniewem. Zwłaszcza kierując gniew wobec osób, które byc moze nie ze swej winy nie są w stanie spełnić naszych oczekiwań. Gniew jest jakby formą osądu, a ten zostawiam Stwórcy.

To chciałem napisać ze względu na osobista sytuację Firekipeer.
Odpowiem w moim wątku, żeby nie zaśmiecać wątku Firekeeper.

Najpierw zapytam, czy dałbyś radę pisać bardziej osobiście? Trudno z twoich postów odczytać co jest twoim doświadczeniem, co poglądem - i czyim, twoim, Dostojewskiego, Tołstoja?
Wyrażając własne poglądy, używasz stale formy "my". Ja wiem, że to przydaje powagi, autorytetu i jest na top liście od Schopenhauera... Ale pewnie znasz zasady konstruktywnego dzielenia, w tym osobistego przekazu.

Piszesz:
"Jednocześnie jesteśmy na tyle straumatyzowanii, że jest to dla nas wygodne, chronić się za tarczą krzywd."
Ja jestem osobą ze zdiagnozowaną traumą, ale nie identyfikuję się z tym zdaniem. Nie chronię się za tarczą moich krzywd. Biorę odpowiedzialność za siebie, moje postawy, wybory i w niczym się moja traumą nie usprawiedliwiam ani nie zasłaniam.

Napisałeś, że chwilowy gniew pozwala stawiać granice. To w moim doświadczeniu szkodliwy pogląd, więc napiszę jeszcze raz: nawet chwilowe okazywanie gniewu to nie jest stawianie granic, tylko przemoc. Nie odniosłeś się do tego, ale odnoszę się ponownie - bo zapewne takie właśnie postrzeganie gniewu prowadzi cię do wniosku, że gniew to czysta destrukcja i należy się go pozbyć. Gniew nie jest tożsamy z przemocą. Choć może sluzyć przemocy.

Jestem osobą, której amputowano gniew, po części karaniem za każdy przejaw niezgody lub gniewu, ale po części taką argumentacją, którą przedstawiasz.

Gniew jako coś przeciwnego rozumowi, emocjonalne, zagrażające. Używanie gniewu jako coś bardzo destrukcyjnego. Zasłanianie się rolą ofiary, by usprawiedliwić działania plynące z gniewu. Usprawiedliwianie sprawców przemocy ich trudną historią i zdejmowaniem z nich odpowiedzialności. Powoływanie się na zdobycze kultury i cywilizacji.

Najprościej wyjaśnił mi to mój spowiednik: to argumentacja sprawców, odbierająca ich ofiarom siły i zasoby do obrony. Niestety przyswajana przez osoby doznające przemocy.

Żyłam bez gniewu, bez agresji, bez wściekłości. Wyrzekłam się ich, tłumiłam je. Byłam w tym skuteczna. Nie wściekłam się na męża nawet, gdy pijany i pod wpływem narkotyków woził nasze dzieci samochodem. Rozmawiałam z nim łagodnie i usprawiedliwiałam go historią jego życia. Do dziś jeździ w takim stanie, i będzie jeździl, bo wszyscy biedaczka usprawiedlliwiają, z policją i sądami włącznie. Ojjoj, no nie było przecież groźnego wypadku, biedny, biedny biedny. Nie udało mi się wtedy wściec. Na szczęście bardzo się przestraszyłam, gdy kolejny pijany ojciec zabił powodując wypadek jedno ze swoich dzieci, drugie twale okaleczył. Sam wyszedł bez szwanku, w przeciwienstwie do matki dzieci w którą wjechał. Ją też zabił. Na całe szczęście miałam dostępny dla siebie chociaż ten strach. Równie nieprzyjemne - i dlatego motywujące - uczucie co gniew. I dziś moje dzieci z odurzonym ojcem nie jeżdżą. Nie byłam wtedy wściekła, chociaż powinnam. Rodzice mojego męża też nie umieli być na niego wściekli. Któregoś dnia całkiem skasował auto. Wyjechał od nich w fatalnym stanie, w jakim nigdy nie powinien był siadać za kólko. I ja nie umiałam, się wściec, kupiłam mu następne. Zastanawiam się nieraz, ile osób nie wściekło się w porę?

Inna sprawa, że tłumiony gniew wyraża się i tak tylko inaczej. Są choroby, jest przewlekła depresja, wyczerpanie, ataki histerii lub paniki, także takie wiążące się z agresją. Jest ogromny poziom napięcia wewnętrznego odreagowywany w nałogach i kompulsjach, pornografii, poniżaniu innych i na wiele innych sposobów. Stłumiony gniew niszczy także relacje. Dobrze te mechanizmy opisuje Marshall Rosenberg: koniec konców cenę za tłumienie płacą wszyscy.

Im lepiej uczę się używać gniewu, tym lepiej się chronię i tym lepiej nad sobą panuję. Nie mam już ataków paniki, nie wybucham agresją. Zeszłam z wielu kompulsji (choć nadal nie ze wszystkich), nie palę. Widzę dobre owoce. Tłumiąc gniew byłam zlepkiem nerwów. Przeżywając gniew otwarcie i używajac go rozumnie, uczę się być wolną osobą.

Polecam konferencję księdza Grzywocza "Trochę inaczej o agresji" wygłoszoną w ramach wykładów Uczucia niekochane. Fragmenty są dostępne na YouTube. Całość można kupić. To był początek mojej zmiany w myśleniu o roli gniewu, agresji, zlości.

Gniew nie równa się przemoc. Jestem przekonana, że rozumność nie polega na odrzuceniu tego, czym Bóg człowieka obdarował, w tym na odrzuceniu gniewu. Rozumność tak jak ją dziś widzę polega na rozumnym używaniu, także gniewu, agresji - całej palety uczuć.

Jestem tak jak ty przeciwna niszczeniu sobie zdrowia gniewem jawnym. Jednak równie przeciwna jestem niszczeniu sobie zdrowia gniewem tłumionym.

Jestem również przeciwna kierowaniu gniewu przeciwko komukolwiek, nie tylko przeciwko osobom "nie mogącym spełnić naszych oczekiwań" czy to ze swojej, czy nie swojej winy. To jest przemoc. Kilka lat zajęło mi oduczenie się stosowania przemocy, także jako odpowiedzi na przemoc. Poza tym, że jest to niemoralne, jest też głupie. Nie działa, za to prowadzi do eskalacji.

Jestem za tym, by używać gniewu do tego, do czego jest przeznaczony. Do wzrostu, do obrony, jako systemu wczesnego ostrzegania przed zagrożeniami. Do zmiany moich działań, a nie do zmiany działań drugiej osoby.

Umiem też już lepiej przyjmować świat takim jakim jest. Nie zgadzam się z twoim opisem świata. Zgadzam się, że wszyscy niesiemy bagaż traum. Są jednak na tym świecie ludzie, którzy wyrządzają zło mając wybór. Nie tylko mój mąż krzywdziciel ma trudną historię. Ja też ją mam.
Sedum
Posty: 44
Rejestracja: 31 sty 2022, 20:40
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Sedum »

Kibicuję Twoim zmaganiom Ruta i rozeznawaniu tematu izolacji.

U mnie problemy też rzucają się na jedzenie: w ostrej fazie kryzysu przestaję jeść aż do zesłabnięcia. Po prostu jedzenie jest nie do przełknięcia. Też słabo to kontroluję. Adrenaliny mi nie brak, nienawidzę takich wahań, w każdym razie w warstwie świadomej. Byłoby mi dobrze w nudnym spokoju w domu. Umiem sobie dostarczać innych ciekawych doświadczeń. Z drugiej strony czasem myślę - przecież sama sobie to robię, po kimś innym spływałaby np. wściekłość mojego męża. To jest w mojej głowie, że się zamartwiam jakąś sytuacją, a nie cieszę życiem. To ja daję sobie prawo być na luzie kiedy mój mąż jest dobry i autentycznie się stara. To we mnie jest ta huśtawka. A jednak cykl narastania napięcia u mojego męża nawet przy jego staraniu jest bardzo prawdopodobnym scenariuszem. I nie chcę się huśtać znowu razem z nim. Czuję się jak obdarta ze skóry. Nie mam siły już na więcej. Izolacji nie rozważam, bo nie mam teraz podstaw, ale mam podstawy unikać emocjonalnego rollercostera.
ODPOWIEDZ