Ruta pisze: ↑23 sty 2026, 22:17
rose pisze: ↑23 sty 2026, 16:59
Ruto, pytasz jak radziłam sobie z brakiem adrenaliny.
Nie radziłam sobie wcale, emocje zagłuszałam jedzeniem, przez co nabawiłam się nowych problemów bo teraz ciężko z tego błędnego koła wyjść.
To także mój sposób, zagłuszanie emocji jedzeniem. Nie umiem póki co z tego schematu wyjść. To też jest tak, że przy natłoku obowiązków nie znajduję czasu na konstruktywne rozładowanie emocji. Jedzenie jest skuteczne i na skróty.
Choroba ma swoje zalety, mam dużo czasu, za to nie mam na nic siły. No to czytam. Poczytałam sobie o schodzeniu z podwyższonych poziomów adrenaliny i o neurobiologii przemocy. Jest ogrom nowych badań na ten temat, w tym przekrojowych. Jest też sporo materiałów specjalistów przekładających badania na praktyczne wskazówki i trochę materiałów praktyków pracujących z pacjentami o konkretnych wypracowanych narzędziach.
Do mniej więcej 2009 r. uważano, że wiele zmian następujących na skutek doświadczanej przemocy jest nieodwracalnych. Potem okazało się, że jednak systemy i układy ciała można resetować do ustawień fabrycznych, można też odczulać układ nerwowy. To z kolei przeorganizowuje mózg i zmienia jego strukturę. To rewolucja, bo bardzo długo uważano zmiany w mózgu (także wywołane przemocą, bo takie zmiany też następują), za nieodwracalne. Nadal można trafić na artykuły oparte na "starych" badaniach (czyli tych sprzed 2010 r.) mówiące o trwałych konsekwencjach traumy i przemocy. Miło, że jednak da się to wszystko poprawić
***
Skrótowe podsumowanie czego się dowiedziałam
Podstawową "trudnością neurobiologiczną" po doświadczeniu przemocy i przelekłego stresu z nią związanego nie jest wcale rozregulowanie wynikające z przywyknięcia do wysokich skoków poziomów adrenaliny i dopaminy i do powtarzalności tych skoków. To też jest problem i to poważny, czasem nawet naprawdę dochodzi do uzależnienia. Ale to wyłazi później.
W fazie odstawienia, gdy przemoc w końcu ustaje, podstawowym problemem jest odczuwalne pogorszenie funkcjonowania, określane m.in. poetycko jako "post adrenaline blues". Roboczo przetłumaczyłam jako "poadrenalinowy spadek nastroju".
Taki efekt występuje nie tylko po długotrwałym napięciu związanym z przemocą, ale też po okresach wzmożonego napięcia i wysiłku związanych z pozytywnymi wydarzeniami: przygotowaniem do trudnego egzaminu zawodowego, zawodów sportowych, ślubu. Kluczem do takiej reakcji są wzmożone napięcie i wysiłek, nie ich pozytywny lub negatywny kontekst. W fazie po wzmożonym wysiłku i napięciu następuje fizyczne i psychiczne wyczerpanie, często towarzyszy im psychiczny brak poczucia sensu i ograniczenie aktywności życiowej.
Kiedyś w odniesieniu do osób po przemocy takie objawy uważano za objaw uzależnienia od adrenaliny. Dziś często uważa się, że była to błędna interpretacja, wynikająca z oczekiwania natychmiastowej poprawy funkcjonowania osoby, gdy przemoc wobec niej ustaje. Była też interpretacja psychologiczna, że ten obserwowany stupor życiowy osób, które przestały doswiadczać przemocy, to był wynik wyuczonej bezradności, dezorientacji, utraty celu, czy kierunku życia. To także jest coraz częsciej uważane za błędną interpretację, także wynikajacą z oczekiwania szybkiej poprawy. No bo skoro nie ma tej spodziewanej natychmiastowej poprawy, no to musi być coś "nie tak" z tą osobą, co się jej nie poprawia. I szuka się co jej dolega. Nic.
Wszystko jest w porządku. Z badań wynika, że ten spadek jest potrzebny do regeneracji. To jeszcze jeden mechanizm adaptacyjny ciała. Tak jak sportowiec odpoczywa po zawodach, doktor po obronie doktoratu, student po sesji, nowożeńcy po przygotowaniach do ślubu, tak i osoba po przemocy potrzebuje czasu na odpoczynek i regenerację. Powód do wysiłku ustał, więc organizm przygasza światła, wycisza co może i odmawia jakiegokolwiek wysiłku.
Dla wszystkich jest zrozumiałe, że maratończyk po ukończeniu maratonu pada na ziemię tam, gdzie stał i że wyczerpany leży. Osoba po przemocy ma za sobą pełny maraton, a czasem nawet i trzy dystanse maratonu. Tak, nie ma siły się podnieść, żyć i czuje głównie wyczerpanie. Nie ma co oczekiwać po niej natychmiastowej poprawy.
[Moja osobista uwaga tutaj, nie wynikająca z badań, jest taka, że osoba po przemocy nie "czuje wyczerpania", tylko jest obiektywnie wyczerpana. A subiektywnie - zwykle wcale tego wyczerpania nie czuje lub ledwo je czuje. Taki urok osób z różnymi literkami, DD, cPTSD i podobnymi.]
***
Gdy jest akceptacja wewnętrzna i społeczna dla tego spadku, zgoda na gorsze funkcjonowanie, jest możliwość odpoczynku, to regeneracja osoby po przemocy następuje w czasie od kilku tygodni do kilku miesięcy, w zależności od stanu wyczerpania. Wyczerpane są i ciało i umysł i psychika. Ten opisany czas, to czas podstawowej regeneracji biologicznej, regeneracji ciała.
Jeśli jednak nie ma przestrzeni, by sobie tak po prostu paść i odpocząć, trzeba się w tym wyczerpaniu pobudzać do funkcjonowania. Generalnie z badań wychodzi, że najczęściej sięga się po używki, wpływające bezpośrednio na ciało. Rodzaj używek zależy od ich dostępności i od kultury, oraz osobistych upodobań. To może być kaloryczne jedzenie: słodkie, tłuste, słone. Alkohol. Duże ilości kawy. Nikotyna. Pobudzacze. To mogą być też pobudzacze emocjonalne, dające wyrzut adrenaliny. Oglądane w czasie walki ze spadkiem poadrenalinowym treści także są drastyczniejsze, niż zwykle. Raczej kryminały niż romanse. Zwykłe treści odrzucają. Słusznie, bo odprężają, zamiast pobudzić. A chodzi przecież o to, by się za wszelką cenę nie odprężyć i za żadne skarby nie odpocząć.
Jedzenie związane z "uszkodzeniami" wynikającymi z przemocy także jest sposobem na to, żeby nie paść i nie zacząć odpoczywać. Elementem charakterystycznym takiego jedzenia na pobudzenie w postresowym wyczerpaniu jest opóźnianie pierwszego posiłku i pierwszego nawodnienia, włącznie z porannym jadłowstrętem (głodówka także nakręca), potem podjadanie w ciągu dnia, między posiłkami, i obfite jedzenie wieczorem. Równocześnie temu schematowi towarzyszy opóźnianie zasnięcia, jak i skracanie snu. Taki to biohazard
Osoby po przemocy mają obawę przed odpoczynkiem. Dla nich spokój oznacza potrzebę wzmożonej mobilizacji i czuwania. Maratończyk idzie się wyspać i śpi kamiennym snem, potem na masaże, do sauny, i ogólnie układa sobie cały plan regeneracji. Osoba po przemocy stara się pozostać w stanie czuwania. Zwykle ma słaby kontakt z ciałem, za to duże doświadczenie w zmuszaniu się do wysiłku, nawet w skrajnym wyczerpaniu. Im jest spokojniej, tym większa jest potrzeba by czuwać.
Tyle, że ciało ma swoje granice wytrzymałości. Albo otrzyma czas na regenerację. Albo się zepsuje. Wtedy już nie będzie chodziło o naładowanie baterii, ale o ich wymianę. Jednak nie wszystko w ciele da się łatwo naprawić lub wymienić, gdy zepsuje się tak na total.
***
Żałuję, że nie przeczytałam tego wszystkiego wcześniej. Funkcjonuję dokładnie tak, jak te przebadane osoby. Włącznie z utrzymywaniem się w fazie wzmożonego czuwania i schematem pobudzania się niejedzeniem, jedzeniem i ograniczeniem snu. Sporo też ostatnio chorowałam. Jak już skosiła mnie grypa, to uczciwie się położyłam (tyle już chociaż umiem), no ale teraz i tak mam te powikłania pogrypowe. I w sumie dopiero to one mnie zatrzymały...
Z drugiej strony w ostatnich latach uczyłam się tak na raty odpoczynku, dawania sobie na to przestrzeni. Jakoś tak czułam, że tego mi trzeba. W moim programie stypendialnym miałam też dodatkowe kursy, takie odjechane zupełnie i wzięłam m.in. kurs mindfullnes. (Skończyłam go na 86 procent, no bo na tym kursie uczono odpuszczać. Normalnie staram się mieć 100 procent, ale tam nas przekonywano, że 80 procent to jest dobry wynik. To mnie zawiesiło: ukończenie tego kursu na setkę oznaczałoby, że się nic nie nauczyłam

)
Doczytałam teraz, że techniki mindfullnes są polecane do wyciszania układu nerwowego i sprzyjają regeneracji. I są też bardzo polecane w regeneracji po przemocy. Mam bogate notatki i wstępną praktykę z bardzo sensownego kursu. Mam też dostępny praktyczny kurs poprawy dobrostanu na nowy semestr z ćwiczeniami.
Więc w zasadzie mam z przypadku, czyli dzięki Bożej Opatrzności (przypadek to czas, gdy Bóg anonimowo przechadza się po ziemi), sporo narzędzi żeby sobie teraz pomóc. I nie dojechać się aż do zepsucia baterii.
Natomiast miło doczytać, że nie chodzi wcale o to, że mam doła i coraz gorzej funkcjonuję, bo jestem leniwa albo bo jestem świrem tęskniącym za przemocą, tylko, że odpadam, bo po prostu jestem zmęczona. Zarówno całą przemocą jakiej doświadczyłam, jak i wysiłkiem jaki wykonałam, by z niej wyjść. Przebiegłam dwa maratony, jednen po drugim. Czas tak po prostu odpocząć.
Dobrze, że w tym wszystkim nauczyłam się ufać Bogu. Bez tej ufności nigdy bym się nie odważyła na odpoczynek. Za wszelką cenę, także mojego zdrowia, pędziłabym dalej.
Głupio zabrzmi co napiszę, ale napiszę. Błogosławione te moje pogrypowe powikłania. Gdyby nie one, to bym się nie zatrzymała. Myślałam ostatnio, że ciągle te gruzy przewalam i ciągle nowe sterty odkrywam i że nie mam już siły na kolejną stertę gruzu. Dobrze, że nie mam. Zaczęłam lubić ten pierwszy krok i wracanie do niego: bezsilność. Bo wiem że Bóg jest. I że może mi pomóc. Że mi pomoże.