Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Bławatek
Posty: 2573
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: Bławatek »

mrówka pisze: 01 lip 2024, 19:25
Bławatek pisze: 29 cze 2024, 13:42 Jednak muszę mu jeszcze wiele pokazać i nauczyć go by nie był tak wycofany i nieporadny zarówno w kontaktach z innymi jak i w funkcjonowaniu w domu.
Blawatek, nie wyklnij mnie w myślach ;) ale tak trochę przekornie zapytam: a jakiej wiedzy (wiedzy, nie umiejętności) brakuje Twemu dziecku by zaczęło lepiej funkcjonować? Bo może ma tej wiedzy w pakiecie podstawowym już wystarczająco i pora na praktykę po jego stronie?

Zastanowił mnie jeszcze pkt 1 tego co napisałaś o swojej motywacji. Czy może masz tak, że nie lubisz marudzenia bo czujesz właśnie taki wewnętrzny ‚przymus przejęcia odpowiedzialności’ za to? Że właśnie masz taką ‚podatność’, że nie przejdziesz obojętnie wobec tego tylko czujesz, że musisz się zaangażować? To tak pod rozwagę, bo mamy wszyscy miliony różnych wdrukowanych nam ‚zachowań’, może to jakiś ‚drogowskaz’ dla Ciebie i może miejsce na stawienie granic?
Mrówko jeśli chodzi o mój pkt 1 to tak jak napisałam - nienawidzę marudzenia, szczególnie gdy jest takie męczące - bo mu się nic nie chce, bo mu się nudzi, bo nie ma co robić, bo świeci słońce, bo pada, bo idziemy, bo za długo jedziemy, bo nikt nie ma czasu ...itp. To jest dla mnie ciężkie do zniesienia szczególnie jak się człowiek stara i np. by nie siedzieć w weekend w domu gdzieś jedziemy i zamiast radości ciągle słyszę, że coś jest nie tak. Wiem, był smerf Maruda, są też tacy ludzie wśród nas, tylko mało kto chce z takimi osobami spędzać czas, nawet w bajce Maruda był zawsze pomijany. Więc gdy może jest możliwość by w młodym człowieku zaszczepić "niemarudzenie" tylko np. "pozytywne myślenie" to czemu tego nie spróbować. Bo można uznać że "ten typ tak ma", ale ja uważam, że nad wszystkim można popracować i wiele w sobie zmienić tylko często ktoś lub cos musi nas do tego pchnąć, pokazać, że się da, że moze byc wtedy lepiej i to nie jest tak, że narzucam synowi swój punkt widzenia czyli jak już jesteśmy w górach to musimy przyjść 20km, nie, ja dostosowywuje trasę pod jego możliwości, po drodze planując to co on lubi np. park linowy. I często jest tak, że jak syn marudzi w domu bo marudzi to nie zabawiam go - proponuję rower na który mam ochotę, a jak jest na NIE, to go zostawiam z tym marudzeniem i sama na rower się wybieram, jak on woli marudzenie to niech marudzi - tylko niech mi tym życia nie uprzykrza. Na szlaku go nie zostawię, choć parę lat temu jak jeszcze z mężem byliśmy na urlopie w górach i po 300 m mi zaczęli obaj marudzić to podzieliłem prowiant między nich a siebie, zostawiłam ich na szlaku i sama poszłam na wędrówkę - męczyć się nie zamierzałam. Mój mąż się wtedy obraził. 12latka samego w obcym miejscu nie zostawię, w domu mogę.

Może i syn mój wiedzę ma, ale brakuje mu swobody w jej używaniu i wyrozumiałości w stosunku do innych, szczególnie jeśli chodzi o kontakty w większych grupach a ponieważ nie chcę by był zamknięty lub odludkiem to wypycham go w różne grupy by się uczył współdziałania, decyzyjnością, współczucia. Np. syn denerwuje się postawą dziadka, który lubi tresować wnuków i wymuszać odpowiednie zachowania np. zjeść z talerza wszystko do ostatniego okruszka czy kropli zupy, a sam nie widzi, że ma podobne oczekiwania względem innych czyli np. bawimy się w to co chcę i musisz mi 100% uwagi poświęcić - może nie dokońca przykłady są podobne ale chodzi mi o to, że nie widzi odstępstw od swojego widzenia danej sprawy. Bo np. Ja tak mam, że dużo rzeczy zauważam w otoczeniu, które mnie nie rozpraszają bo mam podzielną uwagę, a mój syn myśli, że jak wodzę wzrokiem za motylkiem to już nie chcę z nim grać w planszowke więc mu tłumaczę, że to co on odbiera, niekoniecznie ja czynię.

Dodatkowo syn ma dużo zachowań po ojcu - np. umiem, ale ty to zrób, z dopowiedzeniem "bo Ty to zrobisz lepiej" - dla jednego to będzie komplement i popchnięcie do działania, a dla mnie to czerwona flaga - mu się nie chce, wyręcza się mną. I uczę syna, że tak świat nie funkcjonuje - sam ma działać, sprzątać, załatwiać. Rodzice mojego męża latami we wszystkim wyręczali go i on tego też ode mnie oczekiwał. Mój bunt to jego bunt więc często odpuszczałam 'dla świętego spokoju', ale to nie jest dobra postawa. I takiego błędu z synem nie chcę popełnić.
Miłość nigdy nie dzieje się sama... potrzebna jest konkretna robota
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: Ruta »

Bławatku,
piszesz, że masz przekonanie, że nad wszystkim można popracować i wiele w sobie zmienić. I ja się z tym zgadzam. W sobie tak, w innych nie. Popychanie innych osób do zmian, w tym męża i synów uważam po latach prób za bezcelowe. Kończy się osłabieniem relacji, większą lub mniejszą przemocą i nadodpowiedzialnością.

Opisane zachowanie dziadka, nawet jeśli ma on dobre intencje, jest przemocą. Zmuszanie do zjedzenia posiłku jest mocną ingerencją we wrażliwą przestrzeń ciała. Nastolatek może jeszcze nie potrafić przeciwstawić się dziadkowi. Nawet jeśli sam ma skłonność do tyranizowania innych, nadal potrzebuje ochrony tam, gdzie się ochronić nie umie.

Ja tak czytam, że jest między wami sporo napięcia. Co by się stało, gdybyś na parę miesięcy odpuściła zmienianie syna, albo nakłanianie go do robienia czegokolwiek?

Nie chodzi mi o rezygnację z takich zwykłych wymagań, jak sprzątanie po sobie, pranie, przygotowywanie części posiłków, robienie zakupów spożywczych czy zakupów dla siebie, potrzebnych ubrań, czy kosmetyków. Czy też z określonych jasnych zasad. W tym wieku to byłoby szkodliwe. Bardziej o rezygnację z prób wprowadzania zmian w sposobie bycia twojego syna, czy w sposobie w jaki spędza wolny czas. To początkujący nastolatek, potrzebuje przestrzeni.
mrówka
Posty: 128
Rejestracja: 12 lip 2018, 11:03
Jestem: już po kryzysie
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: mrówka »

Bławatku, widzę w Toboe bardzo kochającą mamę :) bardzo też czułą i wrażliwą :)
To co jest na forum to zawsze tylko jakiś wycinek, a odpowiedzi forumowiczów to tylko takie sugestie, które może pasują a może nie - zawsze pod rozwagę, ale niekoniecznie trafne.
Chciałam Ci napisać jeszcze dwie rzeczy, które może (może!) na coś się przydają:
1. Mam koleżankę, które w moich oczach też jest taka super mamą. Mamy córki w podobnym wieku. Od czasów szkolnych koleżanka wspomina, ze jej córka ma coraz częściej problemy z koleżankami. Była u mnie jakiś czas temu właśnie z córką, która pobawiła się z moimi dziećmi. Pytam potem moją córkę co myśli o tej dziewczynce - a ona na to: mamo ona jest strasznie dziecinna, fajna ale dla mnie zbyt dziecinna. I ja sama miałam takie odczucie od progu: ta dziewczyna weszła, powiedziała dzień dobry, stanęła i się patrzyła. Niby nic ale ‚emanowała’ z niej taka infantylność, to jakim ‚głosikiem’ mówiła, jej gesty, no wszystko. Ta mama mówi takie zdanie: moja córka nie może rozkwitnąć w grupie, pokazać jaką jest, tylko gdy jest sama ze mną albo z jedną koleżanką to umie być sobą. I owszem, to jest radosna dziewczyno, wesoła, pięknie się bawi i wspaniale śmieje, ale to nie ten etap… ta mama chciała wychować ją w takim szczęściu, takiem idealnym świecie, ‚nie odbierać’ dzieciństwa itp i sprawiła, że córka umie być tylko w tych idealnych warunkach relacji mama- córka rozkwitnięta, a teraz grupa ją powoli odrzuca. Rozmawiałyśmy potem z tą mamą o tym, zobaczymy co dalej z tym będzie.
Jak to się może mieć do Twojego syna: otóż u chłopców jest jeszcze trudniej… bo jeśli on nie dojrzewa psychicznie zgodnie z równieśnikami to gdy wejdzie w wiek nastoletni jest duże ryzyko, że będzie szukał ‚drogi na skróty’ by ‚udownodnic’ swoją dojrzałość - bo staniecie się dojarzalym psychicznie i emocjonalnie na równi z równieśnikami poprzez zbyt dużą różnicę, może być ‚nie do nadrobienia’ w krótkim czasie i wtedy wchodzi się w zachowania ryzykowane, które ‚w głowie’ chłopca mają ‚udowodnić,pokazać’ jego dojrzałość. Zobacz, że często nastoletni o których można powiedzieć, że są ‚samcami alfa’ potrafią odmówić zrobienia jakiejś głupoty a za to podejmą się jej zrobienia ci chłopcy, którzy właśnie chcą ‚zaistnieć’ w grupie - to jest efekt tej niedojrzałości i ‚nadrabiania’ tej niedojrzałości. Papierosy, narkotyki, ryzykowne zachowania itd - próba pokazania jaki to jednak jestem dojrzały ale w głupi sposób - sposób, który wydaje się dobry osobie niedojrzałej….
U dziewczynek to często kończy się boleśnie byciem wykorzystanym przez kogoś, wpakowaniem się w toksyczny związek i bycie manipulowaną itd.
2. Gdy mój mąż był w kryzysie nałogu poprosiłam o modlitwę taką panią z odnowy. Przyszłam i ona mówi mi tak: nie wiem jak to powiedzieć, ale to ty masz się zmienić…
Moje myśli: no pięknie, ja mam być jeszcze bardziej ustępliwa? Milsza? Mam na siebie wziac jeszcze więcej? No to takie katolickie….
Oczywiście błędnie myślałam, bo miałam się zmienić i nauczyć twardej miłości, stawiani sobie granic, nie brania na siebie, zrobienia przestrzeni mojemu mężowi. Było trudno, obił siebie moj maz na tej drodze ale wyszedł z tego wszystkiego bardzo dobrze :) zrozumiałam to, że człowiek najlepiej uczy się na własnych doświadczeniach/własnych błędach, zwycięstwach i porażkach i że nasza rola jako rodziców jest tworzyć okazje do zdobywania tych doświadczeń. I tego, że życia nie starczy by pracować nad sobą :)

Na koniec coś dla ducha: jest taka książka ks Grzywocza ‚jak smakować życie’ - myślę, że znalazłabyś w niej duchowe treści, które podniósłby Cię na duchu i pozwoliły odnaleźć nadzieję w tej żałobie po tym, że nie jest tak jak mogłoby być/ jak byłoby dobrze.
Pamiętaj też jak piękny człowiek wyrósł z JP2 choć po kolei ‚zabierani’ byli jego bliscy…
Bądź dobrej myśli :)
Bławatek
Posty: 2573
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: Bławatek »

mrówka pisze: 02 lip 2024, 15:21 Bławatku, widzę w Toboe bardzo kochającą mamę :) bardzo też czułą i wrażliwą :)
To co jest na forum to zawsze tylko jakiś wycinek, a odpowiedzi forumowiczów to tylko takie sugestie, które może pasują a może nie - zawsze pod rozwagę, ale niekoniecznie trafne.

Na koniec coś dla ducha: jest taka książka ks Grzywocza ‚jak smakować życie’ - myślę, że znalazłabyś w niej duchowe treści, które podniósłby Cię na duchu i pozwoliły odnaleźć nadzieję w tej żałobie po tym, że nie jest tak jak mogłoby być/ jak byłoby dobrze.
Pamiętaj też jak piękny człowiek wyrósł z JP2 choć po kolei ‚zabierani’ byli jego bliscy…
Bądź dobrej myśli :)
Mrówko dziękuję, ale daleko mi do czułej mamy bo nie mam takich wzorców z domu. Wrażliwą jestem, ale też wymagającą bo moi bracia nie mając dobrych wzorców męskich nie wyrosli na dobrych mężczyzn, dlatego tak mi zalezy by syn poszedł inną drogą - z dala od nałogów bo oni tak jak podałaś w przykładzie chcieli dla kumpli być bohaterami.

Ja się uczę nie tylko na swoich historiach, także na tych przeżytych przez innych.

Poszukam książki - dziękuję
Miłość nigdy nie dzieje się sama... potrzebna jest konkretna robota
Bławatek
Posty: 2573
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: Bławatek »

Ruta pisze: 02 lip 2024, 14:36 Bławatku,
piszesz, że masz przekonanie, że nad wszystkim można popracować i wiele w sobie zmienić. I ja się z tym zgadzam. W sobie tak, w innych nie. Popychanie innych osób do zmian, w tym męża i synów uważam po latach prób za bezcelowe. Kończy się osłabieniem relacji, większą lub mniejszą przemocą i nadodpowiedzialnością.

Opisane zachowanie dziadka, nawet jeśli ma on dobre intencje, jest przemocą. Zmuszanie do zjedzenia posiłku jest mocną ingerencją we wrażliwą przestrzeń ciała. Nastolatek może jeszcze nie potrafić przeciwstawić się dziadkowi. Nawet jeśli sam ma skłonność do tyranizowania innych, nadal potrzebuje ochrony tam, gdzie się ochronić nie umie.

Ja tak czytam, że jest między wami sporo napięcia. Co by się stało, gdybyś na parę miesięcy odpuściła zmienianie syna, albo nakłanianie go do robienia czegokolwiek?
Ruto, a czy my rodzice nie mamy prawa by kształtować postawy naszych dzieci - brak wymagań, czy dobrych wzorców może powodować, że dzieci wyrosną na lekkoduchów lub niezaradnych życiowo.

Jeśli chodzi o dziadka to ja zawsze zwracam mu uwagę, że nieodpowiednio postępuje czy traktuje wnuka, mój mąż a jego syn nigdy nie stanął w obronie naszego syna skutecznie.

Ruto, moi rodzice odpuścili w stosunku do moich braci gdy ci byli nastolatkami i niezbyt dobrze im to wyszło. Chyba jednak wolę wymagać, z miłością, ale jednak wymagać.
Miłość nigdy nie dzieje się sama... potrzebna jest konkretna robota
Ruta
Posty: 3880
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: Ruta »

Bławatek pisze: 03 lip 2024, 21:11
Ruta pisze: 02 lip 2024, 14:36 Bławatku,
piszesz, że masz przekonanie, że nad wszystkim można popracować i wiele w sobie zmienić. I ja się z tym zgadzam. W sobie tak, w innych nie. Popychanie innych osób do zmian, w tym męża i synów uważam po latach prób za bezcelowe. Kończy się osłabieniem relacji, większą lub mniejszą przemocą i nadodpowiedzialnością.

Opisane zachowanie dziadka, nawet jeśli ma on dobre intencje, jest przemocą. Zmuszanie do zjedzenia posiłku jest mocną ingerencją we wrażliwą przestrzeń ciała. Nastolatek może jeszcze nie potrafić przeciwstawić się dziadkowi. Nawet jeśli sam ma skłonność do tyranizowania innych, nadal potrzebuje ochrony tam, gdzie się ochronić nie umie.

Ja tak czytam, że jest między wami sporo napięcia. Co by się stało, gdybyś na parę miesięcy odpuściła zmienianie syna, albo nakłanianie go do robienia czegokolwiek?
Ruto, a czy my rodzice nie mamy prawa by kształtować postawy naszych dzieci - brak wymagań, czy dobrych wzorców może powodować, że dzieci wyrosną na lekkoduchów lub niezaradnych życiowo.

Jeśli chodzi o dziadka to ja zawsze zwracam mu uwagę, że nieodpowiednio postępuje czy traktuje wnuka, mój mąż a jego syn nigdy nie stanął w obronie naszego syna skutecznie.

Ruto, moi rodzice odpuścili w stosunku do moich braci gdy ci byli nastolatkami i niezbyt dobrze im to wyszło. Chyba jednak wolę wymagać, z miłością, ale jednak wymagać.
Wymagać tak. Ja po wyprowadzce męża odpuściłam wymagania. Chciałam dzieciom wynagrodzić trudną sytuację, ale też słabo radziłam sobie z dyscypliną i ze stawianiem wymagań. Konsekwencje, bolesne przede wszystkim dla dzieci, więc także i dla mnie jako dla mamy, przyszły szybko.

Ksiądz Marek Dziewiecki mówi, że wymagania stawiane dzieciom bez miłości są okrucieństwem, jednak miłość bez wymagań jest dla dzieci (i dorosłych) równie niszcząca.

Natomiast myślę, że być może na jakiś czas można odpuścić na przykład pracę nad tym, by syn przestał marudzić. Trudno przewidzieć, czy zostawiony z tym sam weźmie za to odpowiedzialność. Choć myslę, że jest spora szansa, że tak - o tym pisała też mrówka. Może też można przetestować co się stanie po odpuszczeniu zachęcania syna do różnych aktywności? Nuda bywa potrzebna.

Nie wiem nic na pewno. Do rozważenia jest, co by się przy odpuszczeniu takich rzeczy stało. Każde dziecko jest inne. Jednemu coś pomoże, innemu to samo zaszkodzi.
***

Natomiast co do kształtowania postaw, to pod tą nazwą mogą się skrywac różne rzeczy. Z uwagi na moje doświadczenia z dzieciństwa - gdy na zmianę kształtowano mnie według wyobrażeń o wychowaniu w rodzinie ojca, potem mamy, potem znowu ojca - jestem ostrożna w uznaniu, że rodzice i szerzej rodziny, mają swobodę kształtowania dzieci. Sa granice, za którymi kształtowanie staje się zwykłą przemocą.
***

Co do dziadka i zmuszania do jedzenia, to jeśli zwrócenie uwagi wystarcza, by dziadek zaprzestał zmuszania wnuka do zjadania wszystkiego, to dobrze. Ale jeśli nie ustaje w takiej przemocy, trzeba radykalniej.

Warto, by syn się przekonał, że ma prawo powiedzieć dziadkowi i każdej innej osobie jasno i stanowczo: Nie. Nie chcę już jeść.
I że w takiej sytuacji ma twoje pełne wsparcie. Już niedługo jego podstawowym środowiskiem stanie się grupa rówieśnicza. Jeśli nie nauczy się stawiać skutecznych granic w relacji z bliskimi, nie będzie umiał postawić ich też wobec rówieśników.
Bławatek
Posty: 2573
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: Bławatek »

Kochani morze zostało odczarowane dzięki wspólnym wakacjom z Sycharem - już mi się nie będzie kojarzyło z marudzącym i niezadowolonym mężem ;). Poznałam fajnych, wartościowych ludzi - spędzałam czas z grupą, ale też samotnie. Jedna i druga forma pokazała mi, że da się szczęśliwie żyć bez męża. Plusem jest to, że na ośrodku była kaplica i możliwość codziennej Eucharystii wiec się mobilizowałam by mimo różnych atrakcji i powinnosci (opieka nad dzieckiem) pojawiać się w kaplicy zarówno na Mszy jak i indywidualnej modlitwie.

Świat jest piękny i ciekawy, ludzie wokół w większości dobrzy i mili, więc warto z nadzieją patrzeć w przyszłość - mimo wielu trudności można mieć ciekawe i radosne życie.
Miłość nigdy nie dzieje się sama... potrzebna jest konkretna robota
Bławatek
Posty: 2573
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: Bławatek »

Witam

Zrobię małe podsumowanie mojej aktualnej rzeczywistości.

10 miesięcy temu po kolejnym szokującym zachowaniu męża tj. jego wściekłości na moją troskę względem niego, postanowiłam, że separuję się całkowicie od niego by już on mnie nie ranił i bym siebie nie raniła oczekiwaniami, które się pojawiają zawsze wtedy gdy on staje się bardziej miły czy przyjacielski. I udało się. Nie robią na mnie już wrażenia żadne jego zachowania ani te dobre ani te złe. I dobrze mi z tym, bo w końcu mogę skupić się na sobie, na swoich potrzebach. A nigdy tego nie robiłam bo zawsze wszyscy wokół byli ważniejsi ode mnie. To obszar nad którym muszę popracować. Jeszcze nie mam całkowitej swobody w działaniu no bo jednak w domu jest 13latek na pokładzie, który przeżył już porzucenie przez jednego rodzica więc lepiej żeby drugi rodzic mu takiej traumy nie zrobił. Ale z racji tego że już może sam zostawać i sam zrobi sobie kolację to mi łatwiej gdzieś wyjść i się nie stresuję, że on został bez opieki. Na męża trudno w sprawie opieki liczyć. Niestety.

Ten czas ostatnich miesięcy to też czas wieku moich rozmów z różnymi ludźmi zajmującymi się terapią czy doradztwem a ponieważ dostałam tak wiele rad to teraz siedzę i się zastanawiam, które warto zrealizować. Np. by oddać do sądu sprawę alimentów bo może mąż przez sąd byłby zobligowany do większej kwoty z racji tego że czasu dla syna nie ma chociażby i ma większe szanse niż ja by dorobić. Albo bym zastanowiła się czy rozwód i sprawdzenie w sądzie biskupim czy nasze małżeństwo jest ważnie zawarte nie jest najlepszym moim działaniem by chronić siebie i syna -wyszło w rozmowie z jednym z księży i od jednej z terapeutek. Ksiądz nawet bardziej niż ona stwierdził, że młoda jestem, może kiedyś kogoś dojrzałego spotkam więc szkoda że trwam tak długo w zawieszeniu z mężem, który być może nigdy dojrzały nie będzie. (Tak na marginesie nawet gdybyśmy kiedyś uzyskali stwierdzenie nieważności to ja i tak nikomu nie zaufam i raczej małżeństwa mieć nie będę chciała. A po co mi to by bylo? Może po to by, jak w wieku lat 80 nikt moim mężem nie byłby zainteresowany, to żeby mi się nie pojawił na progu z hasłem 'Wróciłem, przyjmij mnie bo jestem twoim mężem" - a do tego on jest zdolny). Sama też doszłam do tych wniosków czytając różne pozycje czy słuchając filmików o niedojrzałości czy też zachowań egoistyczno-narcystycznych, bo o ile jakaś nadzieja jest, to niestety ciągle coraz mniejsza. Wiem, że dla Boga nie ma nic niemożliwego no, ale czy w momencie gdy mężowi tak dobrze z innymi to chciałoby mu się popracować nad sobą co bywa przecież bolesne? Raczej nie.

Jedno wiem na pewno - wołałam do Boga by mnie uratował z tego trudnego małżeństwa, by zmienil mojego trudnego męża, bo kiedyś byłam blisko Boga, a w małżeństwie coraz dalej, ale myślałam, że mąż się zmieni i bedziemy szczęśliwi. Tak się nie stało. Ale Bóg pokazał mi, że mam go postawić ponownie na pierwszym miejscu. Więc teraz na nowo poznaję Boga, więcej się modlę, czytam Pismo Święte, słucham konferencji - rozwijam to co zaniedbałam przez lata małżeństwa. Byłam niedawno na 2 rekolekcjach, a te o asertywności byly mi bardzi potrzebne. Temat powiązany został z Pismem Świętym co wydawalo mi sie nierealne i byłam zdumiona ile w Piśmie Świętym jest opisów asertywności. Mi się oczy otworzyły bo po pierwsze asertywna nigdy nie byłam, a po drugie wiele fragmentów interpretowałam ze względu na swoje odczucia, empatię, czy bycie dobrym i pomocnym wszystkim. Na szczęście okazało się, że inni uczestnicy też mieli problem zrozumieć, że Bóg wielu rzeczy, w tym poświęcenia się innym, od nas nie wymaga. To tylko naszą wola i chęć tak czynić. Nikt nam tego nie każe. Nie tylko asertywności, stawiania granic ale i zdrowego egoizmu muszę się nauczyć. Pewnie coś jeszcze się znajdzie.


Mój mąż zawsze chciał mojej przemiany, bym była dobrą żoną taką z Pisma Świętego - pokorną i uległą służką, no ale on wiele źle interpretował. Ja się buntowalam, ale argumentów w ręku nie miałam. Szkoda, że wcześniej na takich tematycznych rekolekcjach nie byłam bo może bym tyle nie wycierpiała, tak bym sie od Boga nie oddaliła. No cóż, całe życie się uczymy i dążymy ku lepszemu - tak powinno być, ale nie wszyscy to realizują. Ja się bardzo zmieniłam - nawet od rodziny usłyszałam, że może lepiej bym już nigdzie nie jeździła bo mam nowe poglądy i własne zdanie. No tak, najtrudniej być świadkiem Jezusa we własnym otoczeniu. W każdym bądź razie gdybym wiedziala to co wiem teraz to nigdy bym związku małżeńskiego z moim mężem nie zawarła. Możliwe, że już z mężem się nie dogadam bo będziemy na innych poziomach świadomości i wiary. Ale ja nie chcę żyć w chorym małżeństwie. Nikt nie powinien.

Czytałam ostatnio o związkach równoległych - związek staje się wówczas czysto funkcjonalny, wspólna jest logistyka związana z dziećmi, zakupy, rachunki, ale nie wiadomo co partner porabia bo każdy żyje swoim życiem. Brakuje wtedy więzi emocjonalnej. Żyje się równolegle a nie razem. U nas tak było - mężowi to odpowiadało, dla mnie ciągle był brak - relacji, wspólnego działania, zainteresowania mną. Może gdy dwie osoby lubią żyć równolegle to im się udaje ale czy wtedy to jest wspólnota małżeńska? Raczej nie.

Wiec jak widzicie miałam intensywnie myślące i zmieniające mnie miesiące.
Ale nie osiadam na laurach - naprawiam dalej siebie i postaram się wzrastać w dobrym.

Ale to wszystko ten czas, którego czasami nie mamy, a czasami nie chce nam się czekać i pracować nad sobą.

Pozdrawiam
Miłość nigdy nie dzieje się sama... potrzebna jest konkretna robota
Bławatek
Posty: 2573
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: Bławatek »

Witajcie.

Natknęłam się ostatni na vlog o. Adama Szustaka sprzed 6 lat - 6 lat za późno ;), ale... - nie ma przypadków, wszystko jest po coś.

"Po co Bóg nas połączył, skoro nam nie wyszło":
https://youtu.be/SE-5JYaMjc4?si=rg6zzb9MD4FbLJ45

Ja się dużo modliłam.o dobrego męża i każdego kandydata, który nie pasował do "mojej listy" odrzucałam. Wydawało mi się, że mój mąż do mnie idealnie pasuje. Tak też wszyscy wokół uważali. No cóż, mąż mój nie tylko mi pokazał się z mocno podkoloryzowanych dobrych stron, zatajając te mniej fajne. No cóż... czasu nie cofniemy. Dałoby się nad wszystkim popracować ale mojemu mężowi zabrakło chęci.

W skrócie kilka przeslan z tego vloga, które mi się spodobały - nie cytowane idealnie, w nawiasie moje dopowiedzenia:
- miłość jest do zrobienia (tak bo to nasza postawa i decyzja);
- wszystko jest do zrobienia - przez nas, z Bożą pomocą (jak można zauważyć bez pomocy Boga zazwyczaj na manowce trafiamy);
- gdy w małżeństwie się sypie to Bóg chce nam pomagać, ale to od nas zależy co zrobimy, czego nie zrobimy (a ponieważ w małżeństwie są 2 osoby to często ciężko im się zgrać - na kogoś trzeba poczekać).

Więc takie życzenia na Nowy Rok:
Działajmy jak najlepiej z Bożą pomocą i obecnością w naszym życiu. I z nadzieją na lepsze jutro :)
Miłość nigdy nie dzieje się sama... potrzebna jest konkretna robota
Bławatek
Posty: 2573
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: Bławatek »

Ozeaszu z wątku Lajli przeniosę do swojego fragment twojej odpowiedzi do mojego postu by zbytnio nie zaśmiecac wątku Lajli bo moze wyjść mi długo.
ozeasz pisze: 09 mar 2025, 22:45
Bławatek pisze: 08 mar 2025, 18:03
Z tym się zgadzam - ja jestem zbyt wrażliwa i zbyt empatyczna dlatego teraz się uczę stawiać granice I nie pomagać ciągle innym - ale strasznie trudno stać się mniej wrażliwą osobą, ale niestety trzeba, bo zbyt wiele osób z łatwością wykorzystuje dobre serce innych w bardzo egoistyczny sposób. Tylko, że takie osoby narcystyczne gdy nie mogą osiągnąć tego czego potrzebują lub chcą to często w różny sposób się mszczą i nasza ochrona siebie i tak nie działa bo rykoszetem dostaliśmy za to, że nie daliśmy się zwieść ich słowom czy czynom.
Bławatku nie wiem czy dobrze zrozumiałem Twoją wypowiedź, mam kilka refleksji na ten temat.
  • Nie wiem jak Ty, ja u siebie zauważyłem, że jest różnica między pomocą wynikającą z zauważenia, że ktoś jej potrzebuje i wyraża to w prośbie a taką kiedy sam pomagający w ten sposób coś sobie kompensuje przez to, kiedy czytam "pomagać ciągle innym" nie potrafię tego przyporządkować, to wyrażenie "ciągle" mnie jakoś uwiera, może to tylko mój odbiór, może użyłaś tego bezwiednie, a może masz takie przekonanie, jak myślisz?
  • Nie potrafię połączyć tutaj dobrego serca z wrażliwością, wiem że potocznie tak to jest pojmowane, jednak znów nie wiem jak rozumieć użytą tu przez Ciebie formę : "jestem zbyt wrażliwa" która jest w opozycji do "dobrego serca", czyli że nie jest to coś dobrego?
    Bo tak się zastanawiam, czy zbytnia wrażliwość, inaczej nad-wrażliwość to jest coś co jest dla Ciebie cechą pozytywną czy negatywną, to coś co powoduje w różnych sytuacjach Twój rozstrój ,destabilizację czy "lepszy, głębszy" odbiór sytuacji?
  • No i to "dobre serce" w opozycji do "innych którzy to wykorzystują", czy to oznacza, że nie dajesz z serca bo taki jest Twój wybór, paradygmat a dajesz bo czegoś oczekujesz w zamian i nie dostajesz, a to powoduje powstanie przekonania że inni to egoiści wykorzystujący dobre serce innych?
  • Empatia, empatia jak ją pojmuję to narzędzie, narzędzie do porozumienia się z sobą i innymi, do kontaktu z sobą i współodczuwania z innymi, tak to przedstawia NVC a mnie to przekonuje i tak to próbuję wykorzystywać, wykorzystywać do porozumienia z sobą i z innymi.
    Jeśli ona by nie służyłaby do tego, by by być w kontakcie z innymi, nawet tymi najbardziej "innymi" to byłbym zawiedziony. Myślę że jednym z newralgicznych punktów w umiejętności empatyzowania jest nieznajomość siebie, brak świadomości swojej siły, bo empatia jest, tak to sobie wyobrażam, formą naczyń połączonych.
    Więc istnieje niebezpieczeństwo jeśli nie znam siebie, swojego potencjału, swojej siły, doprowadzenia siebie do wyczerpania, a to też chyba wskazuje na potrzebę, umiejętność skierowania empatii do wewnątrz, do siebie, wobec siebie i w związku z tym umiejętności zdystansowania się kiedy to jest potrzebne do skupienia się na sobie i tym co przeżywam, abym jako osoba mógł odnaleźć, odbudować i w efekcie posiadać nadal w sobie tę siłę - empatię i móc się nią ponownie dzielić.
  • Czytam o narcyzach tutaj i u Lajli czy Duni i wynika z tego(tak to odbieram), że taki zdiagnozowany czy nie zdiagnozowany narcyz ma już pozamiatane, ma przyporządkowane cechy i w Waszym przekonaniu jest uwarunkowany tak, że jest w tym wręcz nieludzki, zdehumanizowany (przez tę jednostkę chorobową lub tylko przypuszczenia).
Ja mimo doświadczeń wolę nie diagnozować i nie kierować się diagnozami a staram się widzieć w człowieku człowieka, ze swoją historią i doświadczeniami.

Przypomina mi się film oparty na faktach pt.:"Path Adams"(jeśli ktoś nie oglądał to zachęcam gorąco), film zaczyna się, kiedy główny bohater trafia do zakładu psychiatrycznego z własnej woli, dzieli salę z człowiekiem który wszędzie widzi wściekłe wiewiórki chcące mu zrobić krzywdę, wiewiórki i groza, irracjonalne na pierwszy rzut oka. Kiedy główny bohater podchodzi do niego w "normalny - tendencyjny sposób" widzi tylko sąsiada "wariata", kiedy po pewnym doświadczeniu zmienia mu się optyka i "wchodzi w świat sąsiada z sali" wszystko się zmienia, to już nie schizofrenik czy paranoik, a człowiek który widzi inaczej świat, to człowiek któremu można towarzyszyć i próbować zobaczyć świat jego oczyma. Dla mnie (i dla głównego bohatera)to była jedna ze scen, która miała duży wpływ na zmianę percepcji.

Pozdrawiam serdecznie.
Ozeaszu, na początek wklejam fragment z Medonetu, gdzie jest idealnie wytłumaczone co oznacza że jest sie zbyt empatycznym i jak to negatywnie wpływa na człowieka:

"...Człowiek o wysokiej zdolności empatii stawia dobro innych ponad własne cele. Jednak taka postawa nie zawsze jest dla nas dobra. W sytuacji, gdy nie potrafimy skupić się na swoich potrzebach, a nasze życie polega na ciągłym poświęceniu dla innych, możemy mówić o destrukcyjnym wpływie empatii na nasze własne życie.

Badania wykazują, że wielu z nas wychowywanych jest w poczuciu winy, o czym świadczy nadużywanie form grzecznościowych zaczynających się od "przepraszam". Co czwarty dorosły rozpoczyna tak większość pytań, ale czy tak naprawdę powinniśmy za wszystko przepraszać? Oczywiście, że nie! Takie z pozoru błahe przyzwyczajenie językowe świadczy o zaburzonym poczuciu własnej wartości oraz o poczuciu wyobcowania w społeczeństwie. Osoba nadmiernie empatyczna nie potrafi postawić swoich potrzeb na pierwszym miejscu, a gdy tak się w końcu dzieje, dopada ją poczucie winy.

Dopóki nasza empatia prowadzi do wspierania i rozwiązywania problemów naszych bliskich, wszystko jest w porządku. Jednak w sytuacji, gdy w wyniku nadmiernego współodczuwania przejmujemy cierpienia i problemy innych, pojawiają się nieprzyjemne dla nas skutki. W skrajnych przypadkach, osoby zbyt empatyczne nie są w stanie obejrzeć serwisu informacyjnego, gdyż prezentowane codzienne wiadomości wzbudzają w nich nadmierny smutek oraz poczucie winy za to, że w ich życiu wszystko zdaje się dobrze układać..."

To właśnie ja. Nawet gdy innym pomagam z dobrego serca, to gdzieś w głębi mnie jest myśl "może mogłabym zrobić jeszcze coś więcej, pewnie to za mało", gdy z braku czasu nie mogę czegoś dla innych zrobić to mam wyrzuty, że kogoś zawiodłam, że nie pomogłam, że jednak nie wygospodarowałam czasu itp. Wpadam na długo w poczucie winy. Jakies 25 lat temu z małymi kuzynkami spacerowałam po okolicy i jedna starsza pani siedząca na leżaku w głębszej części ogrodu nam machała, krzyknęłam "dzień dobry" I poszłyśmy dalej. Na drugi dzień się dowiedziałam, że utknela w tym leżaku i dlatego wszystkim machała bo nie potrafiła z niego wstać a ponieważ był duży upał to się odwodniła i mimo pobytu w szpitalu zmarła. Ja do dziś mam wyrzuty, że mogłam wtedy przystanąć i chwilę z nią pogadać, zapytac.. 25 lat a ja dalej o tym myślę. To jest właśnie ta za duża wrazliwosc i empatia.

Ozeaszu często daję innym swój czas, swoją pracę właśnie z dobrego serca i nawet nie chcę za to podziękowań. Od zawsze działam charytatywnie - teraz to brzmi dumnie wolontariat i jest praktycznie obowiązkowy w podstawówce by mieć lepszą ocenę z zachowania czy więcej punktów na świadectwie. A ja działam na rzecz innych I dla innych bo to lubię, jednakże są osoby, które lubią wykorzystywać takie "dobre serca" I biorą garściami a do tego często czynią wymienić że to za mało i wpędzają takie "dobre serca" w poczucie winy.

Ozeaszu ja nie skreślam męża ani podobne osoby - tylko z takimi osobami trzeba w okreslony sposób działać m.in. stawiać granice, mieć własne zdanie, nie ulegać manipulacjom, kłamstwom, mieć możliwość wymagać itp. A wiem, że mój mąż nie byłby z tego zadowolony. Gdy lata temu czyli 4 byliśmy na mediacjach to tam ustaliliśmy kilka kompromisów m.in. że dajemy po równo na dom, że mąż więcej robi w domu i spędza z nami więcej czasu, że ja będę częściej go przytulać itp., wyszliśmy od mediatora, a mój mąż w samochodzie "ja na tym tracę i nie chcę tego" a to przecież były normalne warunki zdrowego małżeństwa. Pewnie powiesz, że nie można wymagać - ale ja nigdy nie chciałam gruszek ja wierzbie tylko normalności i wzajemnego wsparcia, uwagi, bycia razem. A mój mąż jest zbyt wrażliwy - potrafił obrazić się bo miałam smutną minę i wg niego to w jego kierunku i z jego powodu, a zamiast zapytać to sam się katował a potem się odgrywał niepotrzebnie na mnie.

Często osoby narcystyczne maja z dzieciństwa niezaspokojaną potrzebę miłości, uwagi, bycia potrzebnym i ciągle szukają u innych tej uwagi i miłości, ale żaden człowiek nie jest w stanie im tej rany zasklepić, bo oni sami powinni m.in. poprzez terapię zmierzyć się z tymi duchami przeszłości i to przepracować. Jak to ładnie niedawno powiedział o. Szustak "nieprzepracowana przeszłość dalej jest trudną teraźniejszością" (jakiś tak). Ja z całego serca życzę każdemu narcyzowi zaleczenia tych ran - tylko niech to nie będzie kosztem kolejnych osób, w tym dzieci.

Ja lubię pomagać, dawać innym siebie, swój czas, bo mnie to uskrzydla i sprawia radosc, jedynie czasami powoduje niepotrzebne wyrzuty sumienia, bo ja bym chciała więcej i bardziej, a przecież jestem tylko człowiekiem i czasami więcej i bardziej się nie da. I nad tym pracuję.
Miłość nigdy nie dzieje się sama... potrzebna jest konkretna robota
Awatar użytkownika
ozeasz
Posty: 2139
Rejestracja: 29 sty 2017, 19:41
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: ozeasz »

Bławatek pisze: 10 mar 2025, 21:48 Człowiek o wysokiej zdolności empatii stawia dobro innych ponad własne cele.
Dla mnie to nie jest definicja empatii a jakiegoś zniekształcenia poznawczego, które docelowo rani wszystkich w tej interakcji, tego kto tak postępuje i tego który jest tak traktowany.

W Ewangelii jest mowa o miłości bliźniego jak siebie samego, jeśli sam jestem mniej ważny od innych to obawiam się że skutki tego również będą odbiegały od ewangelicznej miłości.

Z tego co rozumiem Twoja historia z przeszłości i poczucie winy miały wpływ, może i mają nadal na brak obiektywności w ocenie sytuacji. To dla mnie przyczynek do pracy nad sobą a nie kierowania się powyższym rozumieniem empatii.

Mnie bardziej odpowiada (jest adekwatna) taka definicja empatii:
"Empatia to zdolność do rozumienia i współodczuwania emocji innych osób, a także umiejętność reagowania na te emocje w sposób adekwatny i wspierający."
Oraz istotne również dla mnie jest rozróżnienie empatii na emocjonalną, polegającą na współodczuwaniu emocji innych osób i poznawczą, ja np. znajduję u siebie przewagę tej drugiej i zgadzam się z tym jak jest opisana, odnajduję się w tym: "Empatia poznawcza, odnosi się do rozumienia perspektywy i myśli innych osób, bez konieczności współodczuwania ich emocji. Innymi słowy, jest to zdolność do „postawienia się w czyjejś skórze” i zrozumienia, dlaczego dana osoba czuje się w określony sposób, nawet jeśli sami nie odczuwamy tych samych emocji. Empatia poznawcza jest kluczowa dla efektywnej komunikacji i rozwiązywania konfliktów."


Coś mnie zastanowiło w tym co napisałaś, skąd się wziął temat przytulania męża na mediacjach, z tego co opisujesz, jak siebie przedstawiasz, mąż raczej czerpał z Twojego dobrego serca garściami, po co punkt : będę cię więcej przytulała?

I jeszcze coś mnie dotknęło, kiedy opisujesz siebie, piszesz że jesteś empatyczna i dajesz z dobrego serca, to kilkukrotnie napisałaś, jak to że jesteś wrażliwa, nawet nazbyt, opisując męża nazywasz to co robi: zbytnią wrażliwością która prowadzi do obrażania.. czy ten rodzaj podejścia ze swej strony nazwiesz empatią?
Bławatek pisze: 10 mar 2025, 21:48 Ja lubię pomagać, dawać innym siebie, swój czas, bo mnie to uskrzydla i sprawia radość, jedynie czasami powoduje niepotrzebne wyrzuty sumienia, bo ja bym chciała więcej i bardziej, a przecież jestem tylko człowiekiem i czasami więcej i bardziej się nie da.
Do mnie dociera raczej to co opisuje Rosenberg w NVC, dawanie z serca, dawanie z serca jest sposobem wyrażania siebie samego, dobrem które czynię, "ochotnego dawcę Bóg miłuje" mówi Słowo Boże, jeśli daje z serca to jest to mój dar, mogę uczyć się dawać mądrze, nie mnie oceniać że inni są egoistami i mnie wykorzystują, dla mnie to zaprzeczenie porozumienia z drugim człowiekiem, zrozumienia go a w konsekwencji miłości.

No i mam świadomość, że jako człowiek nie jestem dobry, a czerpię ze źródła dobra którym jest sam Bóg, stawiając tak rozumienie dobra, miłości zawsze(celowo użyte) musi mieć odniesienie właśnie do relacji ja - Bóg, i tego czy to co robię jest zgodne z Jego wolą na ile ją rozumiem czy jest raczej sposobem zapełniania jakiś deficytów wewnętrznych na przykład czy kreowania siebie?
Miłości bez Krzyża nie znajdziecie , a Krzyża bez Miłości nie uniesiecie . Jan Paweł II
Bławatek
Posty: 2573
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: Bławatek »

ozeasz pisze: 16 mar 2025, 9:51
Coś mnie zastanowiło w tym co napisałaś, skąd się wziął temat przytulania męża na mediacjach, z tego co opisujesz, jak siebie przedstawiasz, mąż raczej czerpał z Twojego dobrego serca garściami, po co punkt : będę cię więcej przytulała?
Bo głównym językiem miłości męża jest dotyk a moim nie, więc by sprawiać mu przyjemność obiecałam, że więcej będziemy spędzać czasu trzymać się za ręce i siedzieć blisko siebie itp. I tu też mnie zastanawia bo dopiero później patrząc wstecz przypomina mi się, że mój mąż niejednokrotnie "uciekał" od bycia blisko - czy jak np. staliśmy w kościele - wolał stać krok za mną niż obok, podobnie na spacerze zawsze szedł z tyłu. Ja tego nie lubiłam. Dla mnie głównym jezykiem miłości jest działanie, czyn.
I jeszcze coś mnie dotknęło, kiedy opisujesz siebie, piszesz że jesteś empatyczna i dajesz z dobrego serca, to kilkukrotnie napisałaś, jak to że jesteś wrażliwa, nawet nazbyt, opisując męża nazywasz to co robi: zbytnią wrażliwością która prowadzi do obrażania.. czy ten rodzaj podejścia ze swej strony nazwiesz empatią?
Ozeaszu tu trochę nie rozumiem - chodzi ci o to, że ja jestem empatyczna I wrażliwa na innych a u mojego męża widzę zbytnią wrażliwość, przez którą on się obraża??? Bo tak jest - tylko u męża to chyba nie wrażliwość a raczej przewrażliwienie na punkcie swojej osoby.
Bławatek pisze: 10 mar 2025, 21:48 Ja lubię pomagać, dawać innym siebie, swój czas, bo mnie to uskrzydla i sprawia radość, jedynie czasami powoduje niepotrzebne wyrzuty sumienia, bo ja bym chciała więcej i bardziej, a przecież jestem tylko człowiekiem i czasami więcej i bardziej się nie da.
Do mnie dociera raczej to co opisuje Rosenberg w NVC, dawanie z serca, dawanie z serca jest sposobem wyrażania siebie samego, dobrem które czynię, "ochotnego dawcę Bóg miłuje" mówi Słowo Boże, jeśli daje z serca to jest to mój dar, mogę uczyć się dawać mądrze, nie mnie oceniać że inni są egoistami i mnie wykorzystują, dla mnie to zaprzeczenie porozumienia z drugim człowiekiem, zrozumienia go a w konsekwencji miłości]
Ozeaszu do mnie NVC nie przemawia. Tzn. to jest fajne narzędzie ale pod warunkiem, że ma się otoczenie, które też tą metodą żyje. Ja pracuję w takiej firmie, że często mam zmianę kierownictwa i niestety co jakiś czas na nowo uczymy się współdziałać z kolejnymi nowymi osobami - zazwyczaj to my szeregowi pracownicy musimy się dostosowywać do tych nowych. A każdy ma inne metody.

Ja rozumiem że ty wolisz działać z miłością miłującą, ale czasami trzeba względem innych działać miłością twardą. 5 lat temu nie rozumiałam mowy ks. Dziewieckiego - no bo jak być ostrym, jak stawiać granice by się chronić, gdy to drugiej stronie nieodpowiada, gdy się obraża, no to wolałam zapomnieć o sobie i swoim dobru by drugiej stronie (mężowi) było dobrze. A i tak ta druga strona tego nie dostrzegała. A ja się spalalam i sił więcej nie miałam. Moje zbiorniki były puste. Powiesz może - gdy dajesz z serca to napełniasz zbiorniki - przy zdrowych osobach tak, a przy tych którym ciągle mało można wypruc żyły a i tak będzie źle i niewystarczająco.
Ostatnio zmieniony 16 mar 2025, 19:36 przez Niepozorny, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód: poprawiono jeden cytat
Miłość nigdy nie dzieje się sama... potrzebna jest konkretna robota
Firekeeper
Posty: 962
Rejestracja: 24 maja 2021, 19:46
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: Firekeeper »

Myślę Bławatku, że to chodzi o to, że jeśli jestem empatyczna i lubię robić coś dla innych to robię to z serca i nie oczekuję wtedy wdzięczności, uznania, akceptacji itd. Czyli robię coś dla innych, bo to dla mnie jest dobre. Bo mnie to cieszy, bo lubię być potrzebna, bo w tym się spełniam. Wtedy nie ważne jest czy ktoś jest egoistą i bierze pełnymi garściami, bo dajesz coś od siebie, bo chcesz i nie oczekujesz nic w zamian.

Tylko trzeba wziąć pod uwagę, że są też inne sytuacje.
Np. U mnie w rodzinie są osoby, które wyrywają się z pomocą. Wygląda to tak, że narzucają swoją pomoc, a potem chwalą się przed innymi jak pomogły. Doświadczyłam tego wiele razy i czułam się bardzo źle, bo ktoś mi pomógł chociaż tego nie chciałam (brak asertywności i w pewnym sensie naiwność), byłam wdzięczna ale za plecami osoba, która mi pomogła mówiła, że gdyby nie ona to ja bym zrobiła to źle. Pomagały aby czuć się lepsze od osoby której pomogły. Poniżając osobę której pomagają. Ja też taki schemat przyjęłam i często moja pomoc nie płynęła z serca, a z deficytów jakie miałam. Z chęci poczucia się lepszą. Kosztem oczywiście drugiej strony.
A i tak ta druga strona tego nie dostrzegała. A ja się spalalam i sił więcej nie miałam. Moje zbiorniki były puste. Powiesz może - gdy dajesz z serca to napełniasz zbiorniki - przy zdrowych osobach tak, a przy tych którym ciągle mało można wypruc żyły a i tak będzie źle i niewystarczająco.
Może nie chodzi o to, że twój mąż tego nie dostrzegał, może on to widział i czuł inaczej? Może on tego co robiłaś nie chciał? Może nie w ten sposób?
niejednokrotnie "uciekał" od bycia blisko - czy jak np. staliśmy w kościele - wolał stać krok za mną niż obok, podobnie na spacerze zawsze szedł z tyłu. Ja tego nie lubiłam.
Ja wolę jak mąż idzie z tyłu. Czuję się wtedy bezpieczna. I uwielbiam jak stoi za mną. Każdy ma inny punkt widzenia.
Coś co dla Ciebie jest ucieczką dla mnie jest oznaką bliskości.
Awatar użytkownika
ozeasz
Posty: 2139
Rejestracja: 29 sty 2017, 19:41
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: ozeasz »

Kiedyś przyjmowałem wszystko od choćby ks. Dziewieckiego, czy Szustaka, byłem na takim etapie, wydawało mi się że przyjmując tę wiedzę wszystko się zmieni, że to jest to czego nie wiedziałem (swoista wiedza tajemna) i dlatego że tego nie wiedziałem nastąpił kryzys w moim małżeństwie, byłem też wtedy na innym etapie mentalnym, psychicznym no i duchowym.

Na rekolekcjach na górze Św. Anny z ks. Dziewieckim parę lat temu, usłyszałem dużo ciekawych, odkrywczych rzeczy, ale zmiany we mnie dokonało spotkanie grupy dzielenia na tych rekolekcjach, a dokładniej podzielenie się jednej z osób.

[wycięty fragment]

To jest myśl która jest spójna z tym jak prowadzi mnie Jezus, wychodzić poza schematy, te którymi się chciałoby kierować bo nazywają świat, szufladkują ludzi, ułatwiają ocenę i budowanie własnej nieomylności i poczucia pobożności nie prowadząc do własnej przemiany za którą jestem odpowiedzialny bezpośrednio przed Bogiem.

Dokładnie tak zachowywali się faryzeusza, ówczesna elita, która paradoksalnie była bliska Jezusowemu sercu lecz właśnie mniemanie o własnej nieomylności, pobożności, bezgrzeszności, widzenie innych w kategorii grzeszników, gorszych ode mnie doprowadziły do tego że skazali Tego na którego czekali. Potknęli się.

Zgadzam się z ks. Dziewieckim choćby w tej kwestii, że sprzeniewierzenie się przysiędze małżeńskiej następuje już co najmniej wtedy, kiedy się nie okazuje miłości współmałżonkowi, to mnie przekonuje i jest dla mnie samego motywacją nie zaś "biczem na współmałżonka".

Przy całym szacunku dla niego, nie zgadzam się mimo wszystko w niektórych kwestiach, wyrażanej przez niego choćby twardej miłości, i choć może to być tak jak przypuszczam, że interpretacja jego słów w przypadku twardej miłości przez słuchaczy rozciąga się na zbyt wiele przypadków w których nie ma przemocy, zagrożenia życia, zdrowia, za to pojawia się zaniechanie miłości która jest związana z krzyżem i zaparciem się siebie samego. Mnie Jezus do tego zachęca i tak mnie prowadzi, a ja nie mam absolutnie takiego zamiaru aby przekonywać do rozumienia w taki sposób Jego nauki płynącej z Ewangelii.


Ja tak mam, może to też droga uczniostwa które pragnę realizować w swoim życiu i różni się ona (czymś) od bycia chrześcijaninem, nie wiem, w każdym razie ja tak żyję i takiego dokonuję wyboru, a relacja którą mam z Jezusem to potwierdza, aktualizuje ten kierunek od kiedy pamiętam. Tym bardziej że nie była, a i nieraz nie jest ona łatwa i przewidywalna, a raczej pełna niespodzianek, konfrontacji i początkowej niezgody we mnie, dopiero "tłumaczenie, wyjaśnienie" które mi Jezus daje, przekonuje mnie i dokonuję wtedy wyboru który wypływa z serca i z wolności co jest wierzę, najistotniejsze w tym procesie przemiany.
Ostatnio zmieniony 17 mar 2025, 10:26 przez Niepozorny, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód: wycięto informacje przekazane przez inną osobę będącą na rekolekcjach
Miłości bez Krzyża nie znajdziecie , a Krzyża bez Miłości nie uniesiecie . Jan Paweł II
Bławatek
Posty: 2573
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: Bławatek »

Firekeeper pisze: 17 mar 2025, 9:20 Myślę Bławatku, że to chodzi o to, że jeśli jestem empatyczna i lubię robić coś dla innych to robię to z serca i nie oczekuję wtedy wdzięczności, uznania, akceptacji itd. Czyli robię coś dla innych, bo to dla mnie jest dobre. Bo mnie to cieszy, bo lubię być potrzebna, bo w tym się spełniam. Wtedy nie ważne jest czy ktoś jest egoistą i bierze pełnymi garściami, bo dajesz coś od siebie, bo chcesz i nie oczekujesz nic w zamian.

Tylko trzeba wziąć pod uwagę, że są też inne sytuacje.
Np. U mnie w rodzinie są osoby, które wyrywają się z pomocą. Wygląda to tak, że narzucają swoją pomoc, a potem chwalą się przed innymi jak pomogły. Doświadczyłam tego wiele razy i czułam się bardzo źle, bo ktoś mi pomógł chociaż tego nie chciałam (brak asertywności i w pewnym sensie naiwność), byłam wdzięczna ale za plecami osoba, która mi pomogła mówiła, że gdyby nie ona to ja bym zrobiła to źle. Pomagały aby czuć się lepsze od osoby której pomogły. Poniżając osobę której pomagają. Ja też taki schemat przyjęłam i często moja pomoc nie płynęła z serca, a z deficytów jakie miałam. Z chęci poczucia się lepszą. Kosztem oczywiście drugiej strony.
A i tak ta druga strona tego nie dostrzegała. A ja się spalalam i sił więcej nie miałam. Moje zbiorniki były puste. Powiesz może - gdy dajesz z serca to napełniasz zbiorniki - przy zdrowych osobach tak, a przy tych którym ciągle mało można wypruc żyły a i tak będzie źle i niewystarczająco.
Może nie chodzi o to, że twój mąż tego nie dostrzegał, może on to widział i czuł inaczej? Może on tego co robiłaś nie chciał? Może nie w ten sposób?
niejednokrotnie "uciekał" od bycia blisko - czy jak np. staliśmy w kościele - wolał stać krok za mną niż obok, podobnie na spacerze zawsze szedł z tyłu. Ja tego nie lubiłam.
Ja wolę jak mąż idzie z tyłu. Czuję się wtedy bezpieczna. I uwielbiam jak stoi za mną. Każdy ma inny punkt widzenia.
Coś co dla Ciebie jest ucieczką dla mnie jest oznaką bliskości.
Firekeeper też mam w otoczeniu osoby które pomagają na siłę bo chcą albo drugiej osobie pokazać, że są lepsze, albo właśnie w celu by samego siebie dowartościować "bo jestem taka dobra, bo beze mnie ktoś by nie dał rady, coś by się nie wydarzyło ". Ja raczej jestem z tych osób, które działają, najlepiej w ukryciu, incognito. I niespecjalnie chce podziękowań - miałam ochotę czy potrzebę by coś zrobić to działam. Cieszę się, że syna teraz dotyczy wolontariat bo uczy to go postawy, by mimo zabiegania między szkołą a dodatkowymi zajęciami coś w wolontariacie zrobić. Kiedyś szkoła miała dodatkową akcję to zadzwonił do mnie ze szkoły, czy może zostać pomagać - a mógł wrócić do domu i pograć na konsoli. I uczę syna, że to normalne działanie, a nie ciągłe pochwały czy korzyści z tego wynikające. Bo jak np. jest zbiórka karmy dka psów i kotów to dajemy to z dobrego serca bo chcemy pomóc głodnym zwierzakom, a nie po to by kolejna uwaga pozytywna w dzienniku na jego koncie się pojawiała.

A jeśli chodzi o pierwszy fragment Twojej wypowiedzi że: "robię coś z dobrego serca bo mnie to cieszy: to się zgadzam, jednakże są osoby którym ciągle mało i wymagają by dla nich robić więcej. Np. Mój mąż miesiącami siedział dłużej w pracy, w weekend był albo w pracy, albo w garażu - na moich barkach wszystko było więc denerwowalo mnie, że traktuje mnie jako sprzątaczkę, kucharkę, praczkę, zalatwiaczke itp. Bo gdy on miał coś do załatwienia, kupienia w mieście w którym ja pracuję to ja mu po drodze to załatwiałam by nie musiał robić kilometrów i czasu tracić, a gdy prosiłam by on po drodze podjechał do sklepu i kupił 3 rzeczy na kolację to się okazywało, że po drodze nie na żadnego sklepu - po 1) to nie prawda bo mijał kilka sklepów, a po 2) ja też czasami nakładałam drogi by mu coś załatwić. I jak to wyglądało zazwyczaj - on wracał do domu jadł obiad odgrzany przeze mnie (bo od tego żona jest), i stwierdzał, że musi pojechać do garażu po jakieś części, które jutro są mu potrzebne - po rzeczy na kolację nie mógł podjechać. Więc ja musiałam się ubrać i po to iść. Z samochodów korzystał głównie on - ja mogłabym popsuć a on potrzebuje mieć wsztstkie sprawne, więc z nich nie korzystałam. W momencie gdy miałam dość tego wykorzystywania i zaczęłam stawiać granice to mój mąż bardziej mi dokuczał, że nie jestem dobrą żoną, że o niego nie dbam, nie troszczę się. Nie, ja to wszystko robiłam, ale w zdrowy sposób a nie chory czy wyręczający go. Mój mąż był z domu tego nauczony - wszyscy go wyręczają, za niego działają, dla niego wszystko robią. To nie jest zdrowa postawa. No, ale odkryłam to po wielu miesiącach po ślubie.

Są różne rodzaje empatii jedne bardziej zdrowe inne niszczące - dobrze jest to poznawać, analizować i zastanowić się w którym kierunku powinno się u siebie jakieś zmiany dokonać. Ja wiem, że muszę bardziej zadbać o siebie, a nie ciągle spalać się dla innych.
Miłość nigdy nie dzieje się sama... potrzebna jest konkretna robota
ODPOWIEDZ