Ale-ad rem. Jestesmy na etapie sięgnięcia dna i próby wydostania sie z niego. Przeszliśmy roczną terapię. Mąż nadal w terapii, i psychologicznej, i psychiatrycznej, ma głęboką, "uśmiechniętą" depresję lękową, jest na leczeniu. Sama zdrada wydarzyła sie juz za czasu choroby, o której wtedy nie wiedzielismy, ze jest i ze jest tak ciężka.
Mąż sie stara, leki go wyciszyły, nie jest agrasywny. Jest obecny w domu, zartuje, usmiecha sie, rozmawiamy , są tez takie drobne gesty, herbate zrobi, smsa napisze z pytaniem jak mi mija dzien, itd, itp. Natomiast ja jednak mam problem...
Moj stan obecny mogłabym porównac do zimnej ryby- doceniam starania męża, staram sie rowniez odpowiadac podobnie. Ale wyłączyłam uczucia do niego. Nie chcę się sparzyć na nowo. Nie umiem powiedziec, ze kocham, choc pewnie tak jest, bo co innego by mnie przy nim trzymało tyle lat? Z jakiego powodu wyciągnęłam do niego rękę, dlaczego nie pogoniłam go po tym wszystkim? Pewnie to jakis rodzaj uczucia. Ale ja nie czuję nic. Mam wiedzę- ale bez uczuć. Nie jestem z nim z litosci, to na pewno. Nie jestem tez dlatego, ze 25 lat temu ślubowalam mu w kosciele i jestem osobą wierzącą. Dojrzałam juz do myśli, ze moze zacznę zycie w pojedynkę.
Zawsze uwazalam, ze zdrada to koniec zwiazku. Jak sie okazuje, punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia. Ale problemem jest zaufanie, a raczej jego brak. Bo ja w kazdym telefonie męża, w kazdym smsie widzę tę kobietę i widzę zdradę. Nie ufam za grosz. Jak go dluzej nie ma w domu, widzę ją, jego i tę zdradę... tak, wiem, dręczę siebie. Ale cóż. Nie przebaczylam jeszcze, i nie wiem, czy to sie w ogole stanie.
Moze ktos ma pomysł, jak sobie poradzic z tą podejrzliwością? Z tym ciągłym mysleniem o zdradzie? Bo ja siebie po prostu zadręczę, a chcialabym przestac. Tyle, ze nie umiem.
Sluchalam katechez o odbudowie zaufania. I cóż, uderzyło mnie, ze za zdradę odpowiedzialni są oboje. Nie zgadzam sie z tym. Za to, co prowadzi do rozkładu związku moze i tak, ale za sam akt zdrady odpowiada wyłącznie osoba, która zdradza. To jest pewien wybór, a my ponoc jestesmy istotami myślącymi. Mój mąż wybrał, i nie ja bylam tym wyborem.
Brakuje mi tego "stanięcia w prawdzie". Mąż długo zaprzeczał, mimo oczywistych dowodów. Ja oczekiwalam, ze sie przyzna, ze przeprosi, uzna swój błąd. Zrobil to 1,5 roku po zdradzie. I mam wątpliwosci, czy bylo to szczere, bo byli to strasznie płaskie. Lekarka męża mowila mi, ze on jest troche wyłączony emocjonalnie przez antydepresanty. Nie neguję tego. Ale ciezko mi zyc z facetem, ktory nie jest w stanie niczego okazac. Depresja to straszna choroba
I niby to rozumiem, a jednak nie, niby wybaczyłam, a jednak nie, wciąż widzę tę babę, wciąż myslę ze mają jednak kontakt. Mogę cos zrobic dla siebie? Dla męża zrobilam co moglam, albo i wiecej. A co moge zrobic dla siebie, zeby przestac sie tak nakręcać?
Jej mąż chyba nie wie. I tez mi z tym źle. Ja wiem, on nie. Niestety, znam oboje. Ciezko mi sie zyje z tą wiedzą.
Pozdrawiam i sciskam wszystkich poranionych.


