No właśnie ja tez tak sie zastanawiam, wspoluzależnienie? Ja? Wspoluzalezniona? Czytam teraz bardzo dużo na ten temat.
Fakt, dużo piszę o mężu. Ale on nie jest moim bożkiem, absolutnie. Ja nie jestem mu podporządkowana, żyję i robię co chcę, po swojemu, nie pytam go czy mogę wyjsc- po prostu wychodzę, nie pytam, czy mu sie kiecka podoba i nie uzależniam jej kupna od odpowiedzi. To oczywiście tylko takie ogólne przykłady.
Natomiast-bylam zazdrosna, no trudno sie dziwić, jak się doznalo zdrady i chcialo naprawiac zwiazek.. W tej chwili juz tak tez nie jest. Znieczuliłam sie, np. nie obchodzi mnie to, z kim w tej chwili pisze na messengerze. Kiedyś mnie skręcało, ze to moze znowu kolejna kowalska. Teraz mam to gdzieś, bo wiem, ze nie mam na to wpływu. I tak powie, co bedzie chcial, prawde lub nie, a ja i tak nie uwierzę. Jesli pytałam ostatnimi czasy, wynikało to rowniez z tego, zeby sie ocknął i rozumiał ze mi cos moze przeszkadzać. Psycholog kazala mi stawiac grance, a jemu je rozumiec. Ale na próżno, bo dalej robi to samo i nie rozumie, czego ja chcę.
Zazdrosna juz tez nie jestem. Owszem, kłuje mnie w sercu, ale raczej dlatego, ze mieliśmy piękną przeszłość, bardzo szczęśliwą. I to wspominam z żalem, jakbym tej żałoby jeszcze nie przerobiła.
Nie tłumaczę go juz od lat. Kiedys tak bylo..tlumaczylam go za kazdym razem, i solidarnie trwalam przy jego boku. Potem przeszlo, bo krzywd.bylo juz za duzo. Nie mam oporow zeby o nim mowic realnie, tak, jest. Jeśli cos piszę, to raczej po to, zeby naświetlić sytuację i swoje dzialania w odpowiedzi na te sytuację.
Z tego, co czytam, z uzaleznienia zgadzają sie trzy rzeczy- potworny lęk przed samotnością, niska samoocena / ale to mialam od nastolatki, zanim go w ogole poznalam/ i brak decyzyjnosci w kwestii zakonczenia tego zwiazku. W innych sprawach jestem bardzo decyzyjna, nie mam z tym żadnego problemu. Pomagać mu juz tez nie pomagam. Czułam sie w obowiązku ratować związek, jako żona ze stażem długim, no i katoliczka. Zrobiłam to, dałam szanse, nie wyszło, wiecej nie mogę zrobić. I juz chyba nie chcę. Chciałabym powrotu do starego zycia, tego mieć nie będę, wiec przyszła pora na pogodzenie sie z faktami.
Moj maz jest narcyzem, tu sie wiele zgadza. A ja jestem prędzej ofiarą przemocy niz wspoluzaleznienia. Z drugiej strony, trudno sie jakoś nie uzależnić jak się jest ze soba ponad 30 lat. Moze wiec tez tak byc, ale nawet jesli jest jakaś forma uzależnienia, to nie sądzę, zeby to bylo aż tak poważne, myślę ze większy problem mam z nerwicą i lękiem, tak czuję. Mnie jest bez męża dobrze. Nie tesknie za nim. To jest straszne, bo to byla taka wielka miłość. A teraz? Ech, to po ludzku smutne.
Nienawidzę zmian. Każdą, nawet najprostszą mocno przeżywam. To jest na pewno moj duży problem i tu trrapeuta moglby sie na pewno tematem zająć. Ja mialam problem jak mi dzieci z ubranek wyrastaly, bo to zmiana, jak sie ulubiona szklanka stłukła, jak drzewo na osiedlu wycieli-bo to juz nie bedzie tak, jak bylo

. Każda zmiana dla mnie to utrata jakiejś stabilizacji, którą juz sobie jakoś tam wypracowałam, i wolalabym zeby tak zostało. Dlatego tak wazna byla dla mnie ta radykalna zmiana fryzury. Co prawda, płakałam potem 2 dni

, ale chciałam, zrobiłam i jestem zadowolona. Jestem introwertykiem, nie biorę zycia za rogi. A jednak rozstanie to nie zmiana, to rewolucja.
Ja sie nie obawiam zycia bez niego. Ja sie obawiam zycia samotnego, bo jesli sie rozstaniemy, ja bede nadal jego żoną, laczy nas sakrament, wiec na pewno nie wejde w kolejny zwiazek. Gdyby byl choć cień szansy, ze moje dzieci będą swoją przyszłość wiązać gdzies niedaleko, ze juz nie wspomnę ze w rodzinnym mieście, to bym sie tym tez nie zajmowała. Ale tak nie bedzie, starsza corka jest jakies 400 km od domu, nie wróci. Widujemy sie rzadko, to jest znak czasów, ale bardzo bolesny. Młoda tez niedługo wyjedzie i tez nie chce wracać na prowincję. Ja mam rodziców juz wiekowych, widze, ile starość rodzicow potrzebuje uwagi dziecka. I o tym sama nie mam co myśleć.
Myślę, ze bardziej niz od męża mogę byc uzależniona od dzieci. Je kocham ponad wszystko, im rzeczywiście sie poświęciłam, i mam realny problem z separacją córki, to tak.
A mąż? Poszedl do łóżka. Pomyslalam-nareszcie. Razem nie śpimy, wiec luz.
Byłam wieczorem w kościele, tam jest spokojnie, tam myślę mniej. To jest jakaś metoda. Czasem siedzę i milczę, i nawet sie nie modlę. Siedzę tylko w tej ciszy. Komunię przyjęłam w intencji córki, która mieszkając z chłopakiem zrezygnowala z bycia pełną katoliczką. Tak postanowiłam, Komunia bedzie za córkę, która jej nie bedzie przyjmować. To tez straszliwie mnie boli. Choć facet jest naprawdę fajny.
To, ze potrzebuje pomocy jest oczywiste. Wiązałam z ta ostatnia wizytą ogromne nadzieję, cieszyłam sie bardzo, odliczalam dni. Wielka szkoda ze nic z tego nie wyszło. Nie brałam pod uwagę, ze terapeuta nie bedzie mogl pomóc. A tak dobrze mi sie z babeczką rozmawiało. Czy mogę czekać na psychiatrę kolejne miesiace-chyba nie. Kończy mi sie czas.
Macie doświadczenie, oceniajcie, mówcie, co myślicie i co czytacie. Każde zdanie czytam wiele razy, staram sie analizować i myśleć, wyciągać dla siebie jak najwięcej. Nie bez przyczyny kiedyś kliknęłam. Nie bez przyczyny tu jestem, dziękuję
