Solaris pisze: ↑08 lut 2026, 0:06
No cóż, ja rowniez kocham męża. Ale nie potrafię i nie mogę z nim byc. Podjęłam juz decyzję.
Czeka mnie straszny czas, obym znalazla siły. Obwiniać sie o brak decyzyjnoscu bede juz zawsze, takze za to, ze nie umiałam chronić ani siebie, ani dzieci. To jest niewybaczalne.
Miłość wcale nie wyklucza innych uczuć, włącznie w gniewem i nienawiścią. Nie wyklucza też ochronnego odseparowania się od kochanej osoby, kiedy ta osoba krzywdzi, rani. Miłość czasem wymaga odizolowania się, po to by zatrzymać przemoc.
Piszesz, że czeka cię straszny czas. Jednak tak naprawdę nie znamy przyszłości, nie wiemy jaki czas nas czeka, jak to będzie. Domyślam się, że po części obawiasz się kroków prawnych, ich konsekwencji. Ważne, żeby podejmować nie takie kroki, jakie się wymyśli, tylko takie, które będą skuteczne i korzystne dla ciebie i dzieci.
***
Piszesz też, że zamierzasz się obwiniać o brak decyzyjności, o brak umiejętności ochrony siebie i dzieci...
Napiszę ci coś. Bo dało mi do myślenia. Pan Tomasz Terlikowski opowiedział w wywiadzie, że wpadł kiedyś na pomysł, że będzie codziennie czytał brewiarz. Jeśli dobrze pamiętam, ten dla osób duchownych, kapłański. Ten dłuższy. To było w czasie, kiedy z żoną mieli małe jeszcze dzieci i mnóstwo pracy w domu, obowiązków. Jego żona spokojnie odczekała kilka dni. Ale kiedy mąż kontynuował swoje postanowienie, weszła do pokoju, gdzie o poranku oddawał się czytaniom i sprowadziła go na ziemię. Wyjśniła mu, że jeśli chciał życia kontemplacyjnego, mógł wstąpić do zakonu, tymczasem kilka lat wcześniej podjął inną decyzję i zdecydował się być mężem i ojcem i złożył przysięgę małżeńską. W związku z tym ma określone obowiązki, do których nie należy codzienna lektura brewiarza - i zaprosiła go do kuchni, w której ich dzieci czekały na śniadanie.
Jest też taki profesor, mąż i ojciec, profesor Mariusz Jędrzejko. On z kolei w jednym z wywiadów udzielił takiej odpowiedzi: Nie mógłbym tak, zrobić bo Ola [żona profesora] by mi wtedy żyć nie dała.
Myślałam o tych wywiadach i tych żonach. Najpierw myślałam - słusznie - że mądre są te żony, że potrafiły skutecznie stawiać granice w swoich małżeństwach, kochać i wymagać. Potem zdałam sobie sprawę, że ja też potrafiłam i robiłam niekiedy podobnie. Rozmawiałam spokojnie z mężem wskazując mu, kiedy nie postępował właściwie. Tyle, że mój mąż nie reagował na to, jak pan Tomasz, czy pan Mariusz, słuchając żony z szacunkiem, z uwagą, gotowością do zmiany, licząc się z żoną i jej opinią. Mój mąż reagował agresją. I ta agresja oduczyła mnie zwracania uwagi, proszenia, wymagania, z czasem w ogóle reagowania. Bo każda moja reakcja pogarszała sytuację.
Potrafiłam stawiać granice w bezpiecznej relacji. To czego nie potrafiłam, to zrozumieć, że moje malżeństwo nie jest bezpieczną relacją. Nie umiałam też chronić siebie i dzieci przed agresją i przed przemocą. Generalnie w Bożym planie wg księdza Pawlukiewicza tym, który chroni jest mąż. Więc, tak dziś o tym myślę, nic dziwnego, że kiedy mąż zamiast chronić sam zaczyna atakować, powstaje dezorientacja, niepewność, brak pomysłu co z tą sytuacją zrobić.
Przez jakiś czas słuchałam pluszowych żon (tak sobie dziś je nazywam), opowiadających jak kobiecą słodyczą i mądrością, zyskują sobie szacunek, miłość mężów i to, że ich mężowie są dla nich dobrzy. I że to od żony zależy, jak będzie traktowana. Im bardziej miła, uczynna, słodka, tym lepiej. W zdrowej relacji tak jest. Milośc rodzi miłość, troska rodzi troskę, szacunek - szacunek.
Ale nie jest tak w relacji w której jedna osoba nie szanuje drugiej. Wtedy bycie pluszową, tylko nasila przemoc. O tym mówi ksiądz Marek Dziewiecki, pracujący z najtrudniejszymi sytuacjami, gdzie jest przemoc, gdzie są nałogi, uwikłania, dysfunkcje. Poznał ich mechanizmy. Podporządkowanie nasila agresję. A mi zalecano w odpowiedzi na agresję męża być coraz milszą i coraz bardziej podporządkowaną. To miało mojego męża przemienić. Nie przemieniło.
Ksiądz Dziewiecki wielokrotnie przeprasza, za księży i za osoby w kościele, które kierują kobiety doświadczające w małżeństwach przemocy w stronę uległości zamiast w stronę ochrony. Jestem za te przeprosiny wdzięczna. Zdjęły ze mnie poczucie winy, że może to ja za mało się starałam. Przestałam się winić, za niedostateczną pluszowość.
Tyle lat znosiłam przemoc i nie broniłam ani siebie, ani dzieci. Nie wiedziałam, że powinnam się chronić. Nie umiałam tego co się działo nazwać przemocą, nie umiałam przemocy rozpoznać. Dla mnie przemoc to było bicie, ewentualnie jakieś skrajne zachowania. Starałam się więc jak najlepiej ułożyć moją relację z mężem, relacje w rodzinie. Łagodzić męża. Być dobrą żoną. Jak najlepszą. Z każdym dniem tych starań uczyłam się znosić więcej przemocy, a oduczałam się zdrowych odruchów.
Masz za co się docenić. Każda osoba, która otwiera oczy na przemoc, która w takiej sytuacji postanawia się chronić i chronić bliskich, jest dla mnie godna podziwu. Samo dostrzeżenie i nazwanie sytuacji wymaga odwagi. Wiem z własnego doświadczenia jak mało ma się wtedy siły. Baterie są niemal do cna wyczerpane na znoszenie przemocy. Mało ich zostaje na szukanie pomocy. A jednak kiedy dostrzegłaś potrzebę ochrony siebie i dzieci właśnie to robisz. Tą resztką sił.
Wierzę, że za każdą taką deyzją o ochronie siebie i bliskich stoi nadzieja. Nie byle jaka nadzieja, ale nadzieja na to, że jest możliwy świat bez przemocy i relacje bez przemocy, że Bóg jest dobry, że otrzyma się wsparcie. Że jest bezpieczne wyjście z przemocy i można ją zakończyć. To jest nadzieja o której czytam w Piśmie Świętym:
"A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany." (Rz 5,5)
Solaris pisze: ↑08 lut 2026, 0:06
Nie wiem, co bedzie. Bardzo sie boję, bardzo. Ale nie dam rady dalej walczyć. I chyba juz nie chcę. Po tym, co zrobil w ub tygodniu, to nie chce juz.
Przed każdym swoim krokiem zmierzającym do ochrony siebie i dzieci, zmniejszenia przemocy trzęsłam się jak galareta. W środku byłam kłębkiem przerażenia i paniki. Nie przez kilka dni. Przez całe miesiące. Tygodniami przygotowywałam się do tego, by powiedzieć mężowi: stop - po to by ochronić dziecko. Rozumiem twój strach. I rozumiem punkt w którym mimo strachu jednak podejmuje się zmianę.