Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Moderator: Moderatorzy
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
No i cóż... zostałam sama ze wszystkim. Próbowałam sobie pomóc. Mialam kryzys. Prosiłam o spotkanie dwóch znajomych księży. Nic. Tylko sms- moze w przyszłym tygodniu? Minęły juz cztery tygodnie, nachalna nie będę, pisac wiecej nie będę. Psycholog nie ma terminów. Moze od stycznia. Dzieci sa zajete soba, mają mnie gdzies. Starsza znowu zakochana i zajeta wylacznie sobą. Nawet nie zadzwoni raz na tydzien, choc wie, ze kiepsko ze mna. Jestem wiec sama, z rodziną pod dachem. Myslalam ze tak sie nie da. Jak widać, rzeczywiście mozna byc samemu miedzy ludźmi. Smutne to i przykre. I tak pozostanę w tej chorej rodzinie, bo co mam zrobic. Czuję sie nikomu niepotrzebna i totalnie zbędna. Nie tak miało byc. Nie tak wychowywałam dzieci. Widac-nie bardzo mi sie to udało.
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Witaj Solaris,
Ja mam chwilę czasu i chętnie ją Tobie poświęcę:)
Na początek może zachęcę cię do rekolekcji w Katowicach jedli dla ciebie to nie za daleko. Teraz będą 2 ciekawe tematy 21-23 listopada "Jak radzić sobie że stresem" a 12-14 grudnia "Rekolekcje dla zmęczonych życiem". Myślę, że oba tematy są ważne by nad nimi się pochylić, popracować, czegoś się dowiedzieć. Szczegóły pod poniższym linkiem.
https://www.osrodek-brynow.pl/category/rekolekcje/
A teraz coś od siebie dla Ciebie. Ja doskonale znam ten stan gdy inni mnie nie dostrzegają, nie interesują ich moje potrzeby, uczucia. Nawet pojawiła mi się niedawno w mediach społecznościowych złota myśl "Przyzwyczaili się, że zawsze ogarniasz. Zapomnieli zapytać czy nadal masz siłę" - I to jest wielka prawda o moim życiu, bo wszyscy myślą, że ja zawsze ze wszystkim i psychicznie i fizycznie dam radę, a ja już czasami nie mam zasobów. Właśnie ostatnio mój organizm się zbuntował i pokazał mi, że nie dbam o siebie. Tak, kolejny raz mi życie pokazuje, że powinnam myśleć o sobie. Mnie zachęcają oba tematy powyższych rekolekcji. Pewnie z któregoś skorzystam
Może na tą chwilę czujesz, że jesteś zbędna, niepotrzebna, ale być może to właśnie twoje własne odczucia. Inni może tak nie myślą, ale np. nie wiedzą w jakiej ciężkiej chwili jesteś bo tego od ciebie nie usłyszeli lub nie zrozumieli twojej prośby, twojego położenia. Umiesz szczerze głośno powiedzieć czego potrzebujesz? Ja nie. Może masz takie cechy jakie ja mam - ja chętnie pomagam innym, czytam między słowami, wychodzę z propozycją inicjatywą i widzę, że ludzi do tego przyzwyczaiłam, teraz robię eksperyment - sama nie proponuję spotkan, pierwsza nie dzwonię, nie piszę - i nastała cisza w wielu relacjach. Może to wynikać z tego, że ludzie są zajęci wieloma swoimi sprawami, kłopotami, albo z tego, że to ja zawsze byłam pomysłodawcą, inicjatorem, więc czekają.
A co do dzieci to ja nieraz od różnych mądrych osób (księży, psychologów) słyszałam mądre zdanie "dzieci nie są naszą własnością, są nam dane na wychowanie, a swoją dorosłość mają prawo realizować tak jak chcą". Owszem szacunek rodzicom i jakaś pomoc się należy ale nie mogą żyć naszym życiem, bo mają swoje do przeżycia. Ja lubię zastanowić się jak ja bym się czuła w danej sytuacji czy roli. Czy chciałabym by mój rodzic mnie we wszystko angażował, by wymagał ciągłych spotkań, rozwiązywania przeze mnie jego problemów - jeśli ja bym tego dla siebie nie chciała to dlaczego w taką rolę miałabym dziecko wciągać. To nie są moje wnioski tylko innych mądrzejszych. M.in. o. Szustak o tym mówił. Pan Pulikowski też kiedyś. Nie chciałabym byś mnie źle zrozumiała, ale często jest tak, że w najbliższych pokładamy wielkie nadzieje, a oni też są tylko ludźmi ze swoimi problemami, ze swoim zabieganym życiem.
5 lat temu byłam w podobnej sytuacji - wtedy zrozumienie znalazłam u Jezusa. Jemu się wyplakiwalam, jego prosiłam o pomoc, o wsparcie. W międzyczasie szukałam terapii. Rozmawiałam z kolegami, którzy są teraz księżmi - co z tego, że mnie znali dobrze z lat młodości jak nie mieli doświadczenia i trafić ze słowami do mnie nie potrafili. Nie mogę mieć pretensji. Ale odważyłam się (ja- największy tchórz jeśli chodzi o kontakty z nowymi ludzmi) umówić się na rozmowę z księdzem z jednego Ogniska Sycharu, a także napisać maila do ks. Dziewieckiego (odpisał, choć myślałam, że czasu na to mieć nie będzie). Dostałam wsparcie od obcych ludzi. I może u Ciebie podobnie będzie, więc się nie zniechęcaj tylko poproś Boga o wskazanie właściwej osoby. On na pewno taką na Twojej drodze postawi. Może się nawet zdziwisz kogo i gdzie.
Niech Cię Bóg prowadzi I pomoże w tym szczególnym czasie.
Ja mam chwilę czasu i chętnie ją Tobie poświęcę:)
Na początek może zachęcę cię do rekolekcji w Katowicach jedli dla ciebie to nie za daleko. Teraz będą 2 ciekawe tematy 21-23 listopada "Jak radzić sobie że stresem" a 12-14 grudnia "Rekolekcje dla zmęczonych życiem". Myślę, że oba tematy są ważne by nad nimi się pochylić, popracować, czegoś się dowiedzieć. Szczegóły pod poniższym linkiem.
https://www.osrodek-brynow.pl/category/rekolekcje/
A teraz coś od siebie dla Ciebie. Ja doskonale znam ten stan gdy inni mnie nie dostrzegają, nie interesują ich moje potrzeby, uczucia. Nawet pojawiła mi się niedawno w mediach społecznościowych złota myśl "Przyzwyczaili się, że zawsze ogarniasz. Zapomnieli zapytać czy nadal masz siłę" - I to jest wielka prawda o moim życiu, bo wszyscy myślą, że ja zawsze ze wszystkim i psychicznie i fizycznie dam radę, a ja już czasami nie mam zasobów. Właśnie ostatnio mój organizm się zbuntował i pokazał mi, że nie dbam o siebie. Tak, kolejny raz mi życie pokazuje, że powinnam myśleć o sobie. Mnie zachęcają oba tematy powyższych rekolekcji. Pewnie z któregoś skorzystam
Może na tą chwilę czujesz, że jesteś zbędna, niepotrzebna, ale być może to właśnie twoje własne odczucia. Inni może tak nie myślą, ale np. nie wiedzą w jakiej ciężkiej chwili jesteś bo tego od ciebie nie usłyszeli lub nie zrozumieli twojej prośby, twojego położenia. Umiesz szczerze głośno powiedzieć czego potrzebujesz? Ja nie. Może masz takie cechy jakie ja mam - ja chętnie pomagam innym, czytam między słowami, wychodzę z propozycją inicjatywą i widzę, że ludzi do tego przyzwyczaiłam, teraz robię eksperyment - sama nie proponuję spotkan, pierwsza nie dzwonię, nie piszę - i nastała cisza w wielu relacjach. Może to wynikać z tego, że ludzie są zajęci wieloma swoimi sprawami, kłopotami, albo z tego, że to ja zawsze byłam pomysłodawcą, inicjatorem, więc czekają.
A co do dzieci to ja nieraz od różnych mądrych osób (księży, psychologów) słyszałam mądre zdanie "dzieci nie są naszą własnością, są nam dane na wychowanie, a swoją dorosłość mają prawo realizować tak jak chcą". Owszem szacunek rodzicom i jakaś pomoc się należy ale nie mogą żyć naszym życiem, bo mają swoje do przeżycia. Ja lubię zastanowić się jak ja bym się czuła w danej sytuacji czy roli. Czy chciałabym by mój rodzic mnie we wszystko angażował, by wymagał ciągłych spotkań, rozwiązywania przeze mnie jego problemów - jeśli ja bym tego dla siebie nie chciała to dlaczego w taką rolę miałabym dziecko wciągać. To nie są moje wnioski tylko innych mądrzejszych. M.in. o. Szustak o tym mówił. Pan Pulikowski też kiedyś. Nie chciałabym byś mnie źle zrozumiała, ale często jest tak, że w najbliższych pokładamy wielkie nadzieje, a oni też są tylko ludźmi ze swoimi problemami, ze swoim zabieganym życiem.
5 lat temu byłam w podobnej sytuacji - wtedy zrozumienie znalazłam u Jezusa. Jemu się wyplakiwalam, jego prosiłam o pomoc, o wsparcie. W międzyczasie szukałam terapii. Rozmawiałam z kolegami, którzy są teraz księżmi - co z tego, że mnie znali dobrze z lat młodości jak nie mieli doświadczenia i trafić ze słowami do mnie nie potrafili. Nie mogę mieć pretensji. Ale odważyłam się (ja- największy tchórz jeśli chodzi o kontakty z nowymi ludzmi) umówić się na rozmowę z księdzem z jednego Ogniska Sycharu, a także napisać maila do ks. Dziewieckiego (odpisał, choć myślałam, że czasu na to mieć nie będzie). Dostałam wsparcie od obcych ludzi. I może u Ciebie podobnie będzie, więc się nie zniechęcaj tylko poproś Boga o wskazanie właściwej osoby. On na pewno taką na Twojej drodze postawi. Może się nawet zdziwisz kogo i gdzie.
Niech Cię Bóg prowadzi I pomoże w tym szczególnym czasie.
Miłość nigdy nie dzieje się sama... potrzebna jest konkretna robota
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Rozważę wyjazd na rekolekcje. Jeśli mi sie w pracy ułoży, moze pojadę.
Tak, nauczylam sie głośno mowic o swoich oczekiwaniach. O tym, ze jestem. I nie jestem przezroczysta. Bezskutecznie. Każdy zajety sobą. Widocznie za późno zaczęłam krzyczeć.
A co do dzieci- no cóż. Wiem, co masz na myśli i oczywiście, mają swoje życie. Ale czy oczekuję zbyt wiele od osoby, która jeszcze nie jest zoną i matka, a tylko studiuje? Cześć, co słychać? Tak choć raz na tydzień? To za dużo? Tym bardziej, ze ona wie, co sie dzieje w domu. Niestety, nie ma szacunku do rodziców, którzy ja wychowali i dali co mogli. To przykre. Ale to niestety mój błąd. Ja interesuję sie swoimi rodzicami, dzwonię, odwiedzam jak mam czas. Jeżdżę po lekarzach, kupuje leki, czasem robię zakupy. To starsi ludzie juz, potrzebują uwagi i wsparcia. Ja na razie potrzebuje tylko uwagi. Moja córka swoich obowiązków nie wypełnia, choć ma mało własnych. Zresztą, opieka nad rodzicami nie jest obowiązkiem, tylko normą.
Od Boga znowu jestem nieco dalej. Zamknęłam sie w tej samotności i tyle. Moim błędem jest to, ze oczekuję ze ktoś to wszystko za mnie zalatwi, wywali męża z domu, podzieli majątek i pokaże, jak żyć. A niestety-to wszystko musze zrobić sama
Tak, nauczylam sie głośno mowic o swoich oczekiwaniach. O tym, ze jestem. I nie jestem przezroczysta. Bezskutecznie. Każdy zajety sobą. Widocznie za późno zaczęłam krzyczeć.
A co do dzieci- no cóż. Wiem, co masz na myśli i oczywiście, mają swoje życie. Ale czy oczekuję zbyt wiele od osoby, która jeszcze nie jest zoną i matka, a tylko studiuje? Cześć, co słychać? Tak choć raz na tydzień? To za dużo? Tym bardziej, ze ona wie, co sie dzieje w domu. Niestety, nie ma szacunku do rodziców, którzy ja wychowali i dali co mogli. To przykre. Ale to niestety mój błąd. Ja interesuję sie swoimi rodzicami, dzwonię, odwiedzam jak mam czas. Jeżdżę po lekarzach, kupuje leki, czasem robię zakupy. To starsi ludzie juz, potrzebują uwagi i wsparcia. Ja na razie potrzebuje tylko uwagi. Moja córka swoich obowiązków nie wypełnia, choć ma mało własnych. Zresztą, opieka nad rodzicami nie jest obowiązkiem, tylko normą.
Od Boga znowu jestem nieco dalej. Zamknęłam sie w tej samotności i tyle. Moim błędem jest to, ze oczekuję ze ktoś to wszystko za mnie zalatwi, wywali męża z domu, podzieli majątek i pokaże, jak żyć. A niestety-to wszystko musze zrobić sama
- Niepozorny
- Posty: 3228
- Rejestracja: 24 maja 2019, 23:50
- Jestem: w separacji
- Płeć: Mężczyzna
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Moim zdaniem oczekujesz zbyt wiele. Twoja córka nie jest twoją terapeutką. Skoro wie, co się dzieje w domu, to pewnie też wie, co mogłaby od Ciebie usłyszeć. To jest duże obciążenie i rolą dziecka nie jest branie tego na siebie.
Kiedyś powiedziano mi, że jeśli "stworzy się" krąg przyjaciół(/zaufanych osób) wokół siebie, to łatwiej będzie przejść przez każde trudne chwile.
Gdy miałaś około 20 lat, to twoi rodzice mieli poważny kryzys małżeński, który wpłynął również na Ciebie? Zakładam, że nie, ale jeśli się mylę, to możesz nie czytać dwóch kolejnych zdań.Niestety, nie ma szacunku do rodziców, którzy ja wychowali i dali co mogli. To przykre. Ale to niestety mój błąd. Ja interesuję sie swoimi rodzicami, dzwonię, odwiedzam jak mam czas. Jeżdżę po lekarzach, kupuje leki, czasem robię zakupy. To starsi ludzie juz, potrzebują uwagi i wsparcia. Ja na razie potrzebuje tylko uwagi. Moja córka swoich obowiązków nie wypełnia, choć ma mało własnych. Zresztą, opieka nad rodzicami nie jest obowiązkiem, tylko normą.
Dokonałaś oceny córki ze swojej perspektywy. W rzeczywistości nie wiesz, dlaczego nie dzwoni i co ona przeżywa.
Może właśnie w tym jest cały problem, że za bardzo polegasz na ludziach, a za mało na Bogu.Od Boga znowu jestem nieco dalej. Zamknęłam sie w tej samotności i tyle. Moim błędem jest to, ze oczekuję ze ktoś to wszystko za mnie zalatwi, wywali męża z domu, podzieli majątek i pokaże, jak żyć. A niestety-to wszystko musze zrobić sama![]()
Czasem dobrze jest stanąć z boku i przeczytać swój wątek (ten główny) od początku. Zobaczyć, co się sprawdziło, a co nie. Co tym razem zrobiłabyś inaczej.
Z braku rodzi się lepsze!
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Nie, moi rodzice nie mieli takiego kryzysu, sa razem prawie 60 lat
A w kwestii córki- nie oczekuje ze cos będzie brała na siebie. W domu jak w domu- różnie, ale ja po prostu- byłam chora. Oczekiwałam ze choc zadzwoni i zapyta co u mnie i jak sie czuję. Tyle. Wiedziala, ze jestem chora. Telefon raz na tydzień to takie wielkie wymaganie? Nie wydaje mi sie, nie przesadzajmy w drugą stronę. Jeśli tak uważasz- ok. Ja uważam inaczej. Dla mnie to norma, w mojej rodzinie tak było i jest.
Czy cos bym zrobiła inaczej? Oczywiscie. Skończyłabym swoje małżeństwo dawno temu. Uratowałam siebie i dzieci przed tym piekłem. Nie dałabym szansy, gdybym tylko miała tyle siły. Ale nie mialam.
Czy myślę za bardzo po ludzku? Tak, na pewno. Czy mam za mało wiary? Tak, na pewno. Czy umiem to oddać Bogu? Nie, nie umiem. Idę z prądem i czasem sie topię.
A w kwestii córki- nie oczekuje ze cos będzie brała na siebie. W domu jak w domu- różnie, ale ja po prostu- byłam chora. Oczekiwałam ze choc zadzwoni i zapyta co u mnie i jak sie czuję. Tyle. Wiedziala, ze jestem chora. Telefon raz na tydzień to takie wielkie wymaganie? Nie wydaje mi sie, nie przesadzajmy w drugą stronę. Jeśli tak uważasz- ok. Ja uważam inaczej. Dla mnie to norma, w mojej rodzinie tak było i jest.
Czy cos bym zrobiła inaczej? Oczywiscie. Skończyłabym swoje małżeństwo dawno temu. Uratowałam siebie i dzieci przed tym piekłem. Nie dałabym szansy, gdybym tylko miała tyle siły. Ale nie mialam.
Czy myślę za bardzo po ludzku? Tak, na pewno. Czy mam za mało wiary? Tak, na pewno. Czy umiem to oddać Bogu? Nie, nie umiem. Idę z prądem i czasem sie topię.
- Niepozorny
- Posty: 3228
- Rejestracja: 24 maja 2019, 23:50
- Jestem: w separacji
- Płeć: Mężczyzna
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
W twoim wcześniejszych postach nie było informacji, że chorujesz. Założyłem, że brakowało Ci wsparcia w kryzysie małżeńskim i dlatego skupiłem się na nie obciążaniu tym kryzysem twojej córki.Solaris pisze: ↑31 paź 2025, 18:08 A w kwestii córki- nie oczekuje ze cos będzie brała na siebie. W domu jak w domu- różnie, ale ja po prostu- byłam chora. Oczekiwałam ze choc zadzwoni i zapyta co u mnie i jak sie czuję. Tyle. Wiedziala, ze jestem chora. Telefon raz na tydzień to takie wielkie wymaganie? Nie wydaje mi sie, nie przesadzajmy w drugą stronę. Jeśli tak uważasz- ok. Ja uważam inaczej. Dla mnie to norma, w mojej rodzinie tak było i jest.
Z braku rodzi się lepsze!
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Solaris, zobacz te dwa cytaty Ciebie:
Może tak być. Ale też może być tak, że to klasyczne młodzieńcze odseparowanie się od rodziców, takie czasem nadmiarowe, ale bardzo podobne do samodzielności dwulatka, który wszystko "ja siam". To po pewnym czasie mija i warto, aby rodzice ten czas przetrwali niekoniecznie w świadomości, że dziecko je krzywdzi. Bo czasem nie krzywdzi, tylko chroni siebie.
Solaris, kryzys wielu osób tu na forum i w Sycharze pokazuje, że jeśli sama się sobą nie zaopiekujesz, i nie pozwolisz zrobić tego Bogu, to człowiek tego Twojego głodu nie nakarmi...
Przytulam i pomodlę się w Twojej intencji
Na rozum i na werbalne deklaracje pewnie rzeczywiście nie oczekujesz od córki, żeby brała coś na siebie, ale pod spodem jest to co opisujesz w swoim drugim cytacie. I to drugie dla bliskich najprawdopodobniej jest widoczne. Zobacz, nie radzisz sobie sama ze sobą, a oczekujesz aby córka sobie z tym radziła. Być może ma obawy, że zechcesz ją jednak obarczyć tym "załatwieniem wszystkiego".
Może tak być. Ale też może być tak, że to klasyczne młodzieńcze odseparowanie się od rodziców, takie czasem nadmiarowe, ale bardzo podobne do samodzielności dwulatka, który wszystko "ja siam". To po pewnym czasie mija i warto, aby rodzice ten czas przetrwali niekoniecznie w świadomości, że dziecko je krzywdzi. Bo czasem nie krzywdzi, tylko chroni siebie.
Solaris, kryzys wielu osób tu na forum i w Sycharze pokazuje, że jeśli sama się sobą nie zaopiekujesz, i nie pozwolisz zrobić tego Bogu, to człowiek tego Twojego głodu nie nakarmi...
Przytulam i pomodlę się w Twojej intencji
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II
Jan Paweł II
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Nie. Nie oczekuje tego od corki absolutnie. Chce ja trzymac jak najdalej od tego, ledwo co pozbyła sie toksyka z własnego życia. Raczej to ona sie chce wtrącic, a ja za kazdym razem mowie, ze to moje decyzje i niech da spokój. Wczesniej popelnilam bląd, ze nie chronilam dzieci wystarczająco. Juz sie wycierpialy i tak, wystarczy. Odcinam na ile umiem i na ile jest to możliwe. Widzimy sie rzadko, ona dużo nie wie o obecnej sytuacji, a ja jej nie mówię wiele. Martwi sie, wiem, cos jej mówić musze, ale mimo ze stara baba z niej-jest moją córką, nie przyjaciolką.
Zawiodłam sie na osobach od których oczekiwałam pomocy, i które mnie o swoim wsparciu zapewniały. Miałam dzwonić kiedy tylko trzeba. Pisać i płakać na ramieniu tych ludzi do woli. No to pisałam- i jak juz faktycznie potrzebowalam tej pomocy i podania chusteczki do otarcia łez-nagle nikogo nie było i zostałam sama. Tak, chciałabym aby ktoś to ze mnie zdjął, ale na pewno nie dziecko. Wiem, ze to niemożliwe. Problem jest we mnie, brak decyzji również. Choć jakby do tego podejść filozoficznie-to brak decyzji tez jest jakąś decyzją.
Moja córka wywiera na mnie presję. Chce żebym odeszła od ojca. A ja mam wątpliwości. I takze dlatego nie chce z nią o tym rozmawiać i bardzo ostro jej to kiedys powiedzialam. Ona jest z pokolenia , gdzie dzisiaj ten, a jutro tamten. Ja mam wpojone inne wartości, i to musi byc moja decyzja, bo to moje życie.
Boję sie samotności. Dzieci są i będą daleko. Jeśli ich nie stac na to, zeby zapytać jak sie czuję nawet w chorobie, to niefajnie. Będe ze wszystkim sama. Gdzieś musiałam popełnić błąd. Ale juz za późno. Pozbieram co posiałam.
Zawiodłam sie na osobach od których oczekiwałam pomocy, i które mnie o swoim wsparciu zapewniały. Miałam dzwonić kiedy tylko trzeba. Pisać i płakać na ramieniu tych ludzi do woli. No to pisałam- i jak juz faktycznie potrzebowalam tej pomocy i podania chusteczki do otarcia łez-nagle nikogo nie było i zostałam sama. Tak, chciałabym aby ktoś to ze mnie zdjął, ale na pewno nie dziecko. Wiem, ze to niemożliwe. Problem jest we mnie, brak decyzji również. Choć jakby do tego podejść filozoficznie-to brak decyzji tez jest jakąś decyzją.
Moja córka wywiera na mnie presję. Chce żebym odeszła od ojca. A ja mam wątpliwości. I takze dlatego nie chce z nią o tym rozmawiać i bardzo ostro jej to kiedys powiedzialam. Ona jest z pokolenia , gdzie dzisiaj ten, a jutro tamten. Ja mam wpojone inne wartości, i to musi byc moja decyzja, bo to moje życie.
Boję sie samotności. Dzieci są i będą daleko. Jeśli ich nie stac na to, zeby zapytać jak sie czuję nawet w chorobie, to niefajnie. Będe ze wszystkim sama. Gdzieś musiałam popełnić błąd. Ale juz za późno. Pozbieram co posiałam.
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Acw kwestii samej siebie-robie dla siebie znacznie wiecej niz kiedyś. I dobrze mi z tym "egoizmem" . Duzo czytalam na forum-zaczac od siebie, zajac sie siba, pokochac siebie. Te pojecia byly mi obce. Uczę sie wciąż, ze dla mnie tez cos ma byc. Mam jednak ciagle problem z życiem i poświęceniem sie dla innych. Durna przysłowiową matka-Polka. Moja mama taka jest, i ten wzorzec przejęłam ja, nie do końca świadomie, bo jakoś specjalnie mi sie to nie podobało. Widać rzucanie sie na pomoc dostalam w genach. Ale próbuję walczyć z tym, czasem nawet wychodzi
Moja córka wie, ze sobie nie radzę... choć staram sie to ukryć ile sił. Ale to widać. Kto mnie zna, ten wie. A nikt mnie nie zna lepiej niz ona.
Moja córka wie, ze sobie nie radzę... choć staram sie to ukryć ile sił. Ale to widać. Kto mnie zna, ten wie. A nikt mnie nie zna lepiej niz ona.
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Ja też uważam, że być może za bardzo obciążasz swoje córki, pewnie nie celowo, ale to nie ma większego znaczenia. Jesteś matką i jesteś dorosła, a to zobowiązuje. Starsza córka jest też dorosła, ale może raczej póki co jedynie metrykalnie, poza tym jest i zawsze będzie twoim dzieckiem. A młodsza? To ledwie pełnoletnia, lub nawet nie, dziewczynka ze spektrum autyzmu!
Piszesz, że nie doświadczyłaś w młodości czy dzieciństwie kryzysu małżeńskiego rodziców. Masz szczęście. Ja doświadczyłam i wiem, jakie to ogromne obciążenie dla dziecka, nawet już pełnoletniego.
Piszesz, że nie doświadczyłaś w młodości czy dzieciństwie kryzysu małżeńskiego rodziców. Masz szczęście. Ja doświadczyłam i wiem, jakie to ogromne obciążenie dla dziecka, nawet już pełnoletniego.
"Zamiast ciągle na coś czekać, zacznij żyć, właśnie dziś. Jest o wiele później niż ci się wydaje". Ks. Jan Kaczkowski
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Według mnie to dobry kierunek do tego by samego siebie poznać, i co, wiesz już?Solaris pisze: ↑09 wrz 2025, 11:09 Książkę przeczytałam. Na razie nie wszystko rozumiem. Może rzeczywiście jest u mnie współuzależnienie od męża-bo inaczej czemu bym z nim jeszcze była w jednej chałupie? Czemu uzależniam swoje szczęście i spokoj od niego? Nie mam pojęcia. Może za długo byliśmy razem, moze sie przyzwyczaiłam? Nie wiem, z jakiego powodu jestem z nim.
Do czego brak Ci odwagi?
Ja na takim etapie dużo czasu spędziłem, jest jedna cecha która blokuje rozwój w tym czasie-koncentracja na sobie.
Jak wyjść? Był taki cytat krążący po necie i tutaj między innymi, który się przypisuje Albertowi Einsteinowi: „Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów.”
Ja się od tych słów odbiłem jak od trampoliny, zacząłem zmieniać siebie, swoją percepcję, przyczynił się do tego też taki film pt: "Jestem na tak" z Jimem Carreyem, wiem jak to brzmi, jednak Bóg w moim życiu działa na różne sposoby i wydaje mi się że naprowadza mnie na jakąś drogę za pomocą środków które na ten czas przyjmę. Częściowo na ten temat wypowiedziałem się w wątku niezapominajki9
Udało mi się wyjść poza lęk i własną, jak się to ładnie ostatnio nazywa, "strefę komfortu".
Solaris pisze: ↑09 wrz 2025, 11:09Dzieci mi wciąż mówią, ze nie chcą takiego ojca i powinnam sie go pozbyć. Powiem tak-gdyby moja córka miała takie rozterki, zrobiłabym wszystki, żeby takiego gościa pogonić. Tak, jak walczyłam, żeby odeszła od tego toksycznego ateisty, co zresztą sie stało-Bogu niech beda dzieki za to!.
Ja tu byłbym ostrożny w wprowadzaniu dzieci w dyskusje na temat czy tata jest "dobrym czy niedobrym mężem, lub ojcem" dzieci mają swoje przekonanie na ten temat i to jest ich percepcja, czy my rodzice mamy się tym kierować kiedy dziecko mówi nie chcę takiej mamy,, czy taty kiedy rzeczywistość nie odpowiada ich oczekiwaniom tego nie byłbym pewny. Opieram się na własnej relacji z tatą alkoholikiem od fascynacji jako dziecko, poprzez złość, gniew, bunt jako nastolatek, do przebaczenia i pojednania oraz uznania że nie jestem w stanie własnego taty zrozumieć, a tym bardziej oceniać, bo jak to nieraz tutaj Nałóg opisuje, nie chodzę w jego butach.
To też był proces bo moje nawrócenie na pewnym etapie odkryło we mnie wielki dystans do Boga Ojca, co okazało się miało źródło w moim postrzeganiu własnego taty i przeniesieniu tego obrazu na relację z Bogiem Ojcem. Poprosiłem Jezusa w związku z tym, aby objawił mi Ojca jakiego On zna bym nie błądził w tym jako człowiek, i tak się stało. Przy okazji Jezus również wskazywał na to bym własnego taty nie osądzał ale szanował mimo okoliczności bo nie znam jego serca jak sam Bóg.
Te słowa z księgi Syracha 3,12-16 szczególnie wpłynęły na mnie i przekonały do Bożego spojrzenia na mojego tatę:
"Synu, wspomagaj swego ojca w starości,
nie zasmucaj go w jego życiu.
A jeśliby nawet rozum stracił, miej wyrozumiałość,
nie pogardzaj nim, choć jesteś w pełni sił.
Miłosierdzie względem ojca nie pójdzie w zapomnienie,
w miejsce grzechów zamieszka u ciebie1.
W dzień utrapienia wspomni się o tobie,
jak szron w piękną pogodę, tak rozpłyną się twoje grzechy.
Kto porzuca ojca swego, jest jak bluźnierca,
a przeklęty przez Pana, kto pobudza do gniewu swą matkę."
Byłbym też ostrożny w układaniu życia swoim dzieciom, czy faktycznie Bogu na tym zależało?
Na pewno staram się w taki sposób nie określać ludzi jako toksycznych, co do ateistów kiedyś zdałem sobie sprawę, że są to ludzie którzy może nie spotkali na swojej drodze osoby która by ich pociągnęła do Jezusa, ja jako chrześcijanin, deklarujący się jako idący za Chrystusem jestem zobligowany do dawania świadectwa o Bożym wezwaniu, miłości i Dobrej Nowinie, Bóg nie ma względu na osoby, i na pewno zna serce tego człowieka a nie ja.
Był taki czas kiedy zacząłem słuchać z tego powodu "stacji ateizm" bo zdałem sobie sprawę że cóż to wielka rzecz przekonywać osoby wierzące i spierać się o szczegóły i jakieś drobnostki kiedy obok są ludzie którzy nie dostrzegają wokół Bożej miłości, że ja nazywający się chrześcijaninem mam być niejako ambasadorem samego Boga i Jego miłości i biada mi jeśli jako Jego uczeń doprowadzę do zgorszenia, lub zatwardzenia serca takiego ateisty, ja tak to widzę, tak odbieram swoje miejsce na ziemi.
W jakim sensie fatalny przykład?
Myślę że tutaj też masz taki kierunek myślenia który może wiele odkryć w Tobie samej, pomóc w poznaniu siebie, Boga oraz drugiego człowieka. Moim zdaniem warto to uczynić przedmiotem rozważań.
W tym trudnym dla Ciebie czasie niech Cię Pan strzeże i prowadzi, błogosławi Tobie i najbliższym.
Miłości bez Krzyża nie znajdziecie , a Krzyża bez Miłości nie uniesiecie . Jan Paweł II
-
Gotowana żaba
- Posty: 49
- Rejestracja: 10 mar 2025, 13:23
- Jestem: w kryzysie małżeńskim
- Płeć: Kobieta
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Solaris, czytałam twój wątek kilka razy i tak widzę w Twoich ostatnich opisach siebie.
Jakiś czas temu byłam mniej więcej w miejscu w którym jesteś, nazwałabym to piekłem. A chyba można prościej, to nazwać - gniew. Byłam wściekła na siebie i na cały świat, a najbardziej na swojego męża, jak on mógł mi to zrobić! Zrezygnować z tylu lat wspólnego życia! Z sakramentu! Ze mnie!
Moja terapeutka odmówiła dalszego prowadzenia mnie po tym jak mąż zrezygnował z terapii, rodzice jak było mi potrzebni to ich nie było, a tak zawsze mieli tysiąc mądrych rad dla mnie. Jak potrzebowałam brata to pojechał akurat na wakacje. Wściekalam się jak rozszalały byk w klatce, kłóciłam sama ze sobą, byłam zła że nikt mi nie pomaga, a ja sama, odnosiłam się do innych ze złością, gdy nic mi nie zrobili.
Dziś to widzę, sama nie wiedziałam czego ja chcę (nie tłumaczę że dzisiaj wiem, po prostu ten moment w moim życiu był bardzo znamienny). Ja sama nie wiedziałam czy ja chcę żyć z tym swoim mężem ani czy ja chcę odejść, czy ja chcę rozwodu, czy ja chcę separacji. Jednym słowem, szaleństwo. Opamiętanie przyszło dopiero gdy jednego dnia w pracy trzy razy odmówiłam komuś pomocy. Stanęłam i zapytałam sama siebie, co ja wyrabiam ze swoim życiem. I tu dopiero doceniłam to co miałam, terapię. Te spotkania do tydzień to jest to co nawet teraz trzyma mnie przy życiu.
W dzisiejszych czasach w sobie internetu, terapeuci przyjmują nawet online.
Zmowię za ciebie Pod Twoja Obronę. Niech nasza Matka przytuli cię do swojego serca. Ona wie, że cierpisz.
Jakiś czas temu byłam mniej więcej w miejscu w którym jesteś, nazwałabym to piekłem. A chyba można prościej, to nazwać - gniew. Byłam wściekła na siebie i na cały świat, a najbardziej na swojego męża, jak on mógł mi to zrobić! Zrezygnować z tylu lat wspólnego życia! Z sakramentu! Ze mnie!
Moja terapeutka odmówiła dalszego prowadzenia mnie po tym jak mąż zrezygnował z terapii, rodzice jak było mi potrzebni to ich nie było, a tak zawsze mieli tysiąc mądrych rad dla mnie. Jak potrzebowałam brata to pojechał akurat na wakacje. Wściekalam się jak rozszalały byk w klatce, kłóciłam sama ze sobą, byłam zła że nikt mi nie pomaga, a ja sama, odnosiłam się do innych ze złością, gdy nic mi nie zrobili.
Dziś to widzę, sama nie wiedziałam czego ja chcę (nie tłumaczę że dzisiaj wiem, po prostu ten moment w moim życiu był bardzo znamienny). Ja sama nie wiedziałam czy ja chcę żyć z tym swoim mężem ani czy ja chcę odejść, czy ja chcę rozwodu, czy ja chcę separacji. Jednym słowem, szaleństwo. Opamiętanie przyszło dopiero gdy jednego dnia w pracy trzy razy odmówiłam komuś pomocy. Stanęłam i zapytałam sama siebie, co ja wyrabiam ze swoim życiem. I tu dopiero doceniłam to co miałam, terapię. Te spotkania do tydzień to jest to co nawet teraz trzyma mnie przy życiu.
W dzisiejszych czasach w sobie internetu, terapeuci przyjmują nawet online.
Zmowię za ciebie Pod Twoja Obronę. Niech nasza Matka przytuli cię do swojego serca. Ona wie, że cierpisz.
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Cierpię Żabo. Bardzo. Cierpię tak mocno, ze zrobiłam z siebie straszną osobę, wiem o tym. Jestem coraz gorsza dla siebie i dla innych. Jestem jak dynamit, wystarczy podpalić i jest jazda. Jak tak teraz o tym pomyślałam, to potrafię zrobić dramę z byle czego. Kiedyś by mnie cos nie obeszło nawet, teraz afera. Jestem strasznie niecierpliwa i rozdrażniona.
Tak, czytam co piszesz, słowo w słowo to ja. Chciałabym pracować z terapeutą, ewidentnie potrzebuję- ale jestem juz zmęczona, dwoje terapeutów małżeńskich, trzecia moja indywidualna- wszyscy nietrafieni
Tak, chyba jest we mnie gniew. Ale wiecej jest mojej urażonej dumy,braku wybaczenia i chęci zemsty na mężu. Wszystko równie beznadziejne i mało chrześcijańskie. Nie jest mi z tym dobrze, ale nie umiem odpuścić.
Za modlitwę dziękuję. To moja ulubiona ostatnio. Często proszę Matkę Bożą o to by mnie otoczyła swoją matczyna opieką. Byłam niedawno w Częstochowie na pielgrzymce maturzystów. Zwyłam sie jak jeszcze chyba nigdy. Pomogło, ale na chwilę. A potem wróciłam do doręczenia samej siebie. Błędne koło autodestrukcji.
Tak, czytam co piszesz, słowo w słowo to ja. Chciałabym pracować z terapeutą, ewidentnie potrzebuję- ale jestem juz zmęczona, dwoje terapeutów małżeńskich, trzecia moja indywidualna- wszyscy nietrafieni
Tak, chyba jest we mnie gniew. Ale wiecej jest mojej urażonej dumy,braku wybaczenia i chęci zemsty na mężu. Wszystko równie beznadziejne i mało chrześcijańskie. Nie jest mi z tym dobrze, ale nie umiem odpuścić.
Za modlitwę dziękuję. To moja ulubiona ostatnio. Często proszę Matkę Bożą o to by mnie otoczyła swoją matczyna opieką. Byłam niedawno w Częstochowie na pielgrzymce maturzystów. Zwyłam sie jak jeszcze chyba nigdy. Pomogło, ale na chwilę. A potem wróciłam do doręczenia samej siebie. Błędne koło autodestrukcji.
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Dużo o tym myślałam, zanim Ci odpisuję. Wiem-i nie wiem. Niestety-wciaz drania kocham, choć mi to ciezko przechodzi przez gardło. Jednoczesnie- tak upokorzona nie mam sił odejść.Według mnie to dobry kierunek do tego by samego siebie poznać, i co, wiesz już?
Pytasz Ozeaszu do czego brak mi odwagi. To proste-do rewolucji w życiu. Do tej pory mialam fajne życie, ułożone, spokojne, szczęśliwe. Teraz tego nie ma, nie bedzie- ale zakończenie małżeństwa bedzie dla mnie rewolucją totalną. Jedno dziecko poszło z domu, latwo mi nie bylo, ale nie przez sam wyjazd corki, tylko raczej przez jej decyzje, ktore nie mieszcza sie w moim katolickim swiatopogladzie. Dopóki nie mieszkała z tym toksykiem, nie mialam problemu z jej wyjazdem. Druga rewolucja czeka mnie za chwilę, wypuścić z domu nielatwe dziecko ze spektrum. Czeka mnie pogorszenie finansowe- jedna pensja i dwojka dzieci na studiach. Czeka mnie zmiana mieszkania, wiec kolejna rewolucja- przeprowadzka. I samotność, której obawiam sie chyba najbardziej. Nie oczekuje od dzieci ze będą z mamusia mieszkać, wręcz przeciwnie. Ale sytuacja z ub tygodnia, kiedy córka mnie olała jak chorowałam, dała mi dużo do myślenia. Zostanę po prostu sama. To mnie przeraża. I dlatego toleruję w domu człowieka, który zdradził i który krzywdzi mnie dalej- tu wbije szpilę, tam skomentuje- ale jest. To strasznie dziwne.
Jeśli chodzi o stosunek dzieci do ojca- bardzo sie staram tonować te emocje. Dzieci mam juz dorosłe, ust im nie zamknę. One czują, widzą, mają jakieś prawo do swojego żalu i oceny tego, co sie stało. Ale- jako ze mój mąż przez wiele lat byl przykładnym i bardzo kochającym ojcem, staram sie to podkreślać , przypominam o tym, bo taka jest prawda. Niestety- zdrada męża dotknęła cala rodzinę, nie tylko mnie. Taka jest jej konsekwencja. Stosunek dzieci do ojca musiał ulec zmianie, i tak sie stało. Myslalam kiedyś, co ja bym zrobiła, gdyby moj tata zdradził mamę. Myślę, ze moja reakcja byłaby podobna jak moich dzieci obecnie. Przez dzieci tez przemawia zal za utraconą szczęśliwą rodziną. Ja jednak coraz głośniej mowie-stop- to twój tata, zawdzięczasz mu to i to, jest twoim ojcem, okaz szacunek. A przynajmniej nie rzucaj kamieniami.
Co ciekawe, dokładnie to samo mowilam mojemu wtedy przyszlemu mężowi, jak jeszcze chodziliśmy ze sobą. Ojciec mojego męża tez opuścił rodzinę. Byl alkoholikiem. I mój mąż wtedy zachowywał sie dokładnie tak samo jak teraz jego dzieci po jego zdradzie. Mówił tak samo, bylo w nim tyle samo gniewu i żalu. Ocenił swojego ojca tak samo, jak teraz jego oceniają jego dzieci. Historia zatoczyła koło. Niewiarygodne.
Dlaczego daje dzieciom fatalny przykład? To proste. Pokazuję, szczególnie starszej córce, ze mozna sie dać upokarzać przez mężczyznę. Ze Kowalska to nie problem. Ze mozna żyć z kimś, kto skrzywdził i sie nie poprawia. Nie chciałabym, zeby córka tak żyła jak ja teraz. I namawialabym tak, jak robią to moi rodzice- aby odeszła i zaczęła nowe zycie, bez faceta, który ja skrzywdził.
Dziękuję za Twój wpis, dużo mi to daje do myślenia. Dlatego tez nie odpowiadam od razu. Czytam parę razy, myślę i analizuję. Czasem meski konkret jest bezcenny.
Ja sama robię potworny błąd, z którego nie umiem sie wyzwolić. Wożę sie na plecach innych ludzi, zamiast jakoś wziąć sie w garść i przestać głosić, jaka to jestem biedna i skrzywdzona. Własnie sobie to uzmyslowilam. I nie jest to ciekawy dla mnie wniosek
- Niepozorny
- Posty: 3228
- Rejestracja: 24 maja 2019, 23:50
- Jestem: w separacji
- Płeć: Mężczyzna
Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪
Po lekturze wielu wątków na forum powiedziałbym, że można się było tego spodziewać.Solaris pisze: ↑03 lis 2025, 21:31 Ojciec mojego męża tez opuścił rodzinę. Byl alkoholikiem. I mój mąż wtedy zachowywał sie dokładnie tak samo jak teraz jego dzieci po jego zdradzie. Mówił tak samo, bylo w nim tyle samo gniewu i żalu. Ocenił swojego ojca tak samo, jak teraz jego oceniają jego dzieci. Historia zatoczyła koło. Niewiarygodne.
Z braku rodzi się lepsze!


