Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

Wiedza, która może pomóc, gdy boli dusza...

Moderator: Moderatorzy

Ruta
Posty: 3913
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

Post autor: Ruta »

Solaris pisze: 04 gru 2025, 22:59 Znam ten dowcip, nieco inaczej, ale sens ten sam, wiem, o co chodzi, tak tez odczytałam.
:D Zacznę od tego, że jestem pod wrażeniem, jaką fajną, rzeczową i wielowymiarową osobą jesteś. Pod narzekaniem tego nie widać. Masz też swiadomość, że mierzysz się ze swoim współuzależnieniem... i sporo z tym robisz. To dużo.

Narzekanie to mój dawny automatyczny współuzależniony schemat zachowania. Narzekałam głównie próbując uzyskać współczucie. Dostawałam irytację. Narzekanie było też rodzajem fasady: jest mi źle, mąż (odpowiednie blablabla wstawić), więc tego nie mogę i tamtego też nie mogę i nic nie mogę. Na terapii dowiedziałam się, że takie narzekanie we współuzależnieniu jest mechanizmem podtrzymującym i uzasadniającym bierność. Sama odkryłam, że narzekanie jest też rodzajem biernego oporu przed rozwiązaniami narzucanymi z zewnątrz, takimi "złotymi radami". Dokąd nie umiałam wprost odmawiać, opór stawiałam narzekaniem. Porównałam z innymi współuzależnionymi, mają podobnie.

Narzekanie zastępuje brakujące umiejętności:
1. Proszenie o pomoc. Zamiast powiedzieć synowi/mamie/koleżance/mężowi "Jest mi smutno, czuję przygnębienie, nie radzę sobie, jestem chora - więc potrzebuję (herbaty, wysłuchania, spokoju, uwagi, zainteresowania, współczucia, podwózki...)" - narzekam. No i nie dostaję tego co potrzebuję. Więc próbuję dalej, narzekam więcej, może ktoś zauważy jak się źle czuję, jak mi jest ciężko. Nie działa. Błędne koło.
2. Branie odpowiedzialności - dokąd nie zaopiekuję się sobą, swoją depresją, współuzależnieniem, lękiem, i tak dalej, nie wzmocnię się, nie mam siły na żadne działania. Zostaje narzekanie. A tu trzeba zaopiekować się swoimi niemożnościami, które są realne i prawdziwe.
3. Obrona. Tu narzekanie jest dość skuteczne, z czasem wszyscy radzący odpuszczają. W zasadzie wszyscy słuchający narzekania odpuszczają. Tyle, że zostajemy w pustce. Więc nie jest to dobra strategia obrony. Zdrowe strategie to zdrowe relacje, a nie brak relacji.

Przyjrzyj się swojemu narzekaniu i temu, w jakich celach najczęściej go używasz i jakie umiejętności ci zastępuje. Fajnie jest umieć nowe rzeczy i nauczyć stosować bardziej skuteczne strategie. Zachęcam :D
Solaris pisze: 04 gru 2025, 22:59 Myślę, ze wbrew pozorom sporo dla siebie robię, a na pewno wiecej niz kiedyś. Wyszłam z roli matki-Polki. Byłam na cudownych wakacjach, nie planowanych, i dzieku temu wspaniałych. Tam byłam usmiechnieta I szczęśliwa, moje dziecko tez. Teraz planuję kolejny wyjazd, za 4 miesiące. Chcę gdzieś iść, to idę, chcę kupic-kupuję. Mam mało czasu dla siebie, dużo pracuję. Stołek tego wymaga.
To jest kawał solidnej roboty z solidnymi owocami. Czy ty się za to doceniłaś? Przyjrzałabym się tylko, czy praca naprawdę wymaga braku czasu dla siebie (bywa), czy jest po części ucieczką (też bywa). I jeśli jest po części ucieczką, to na ile uciekam od napiętej sytuacji w relacji, a na ile jednak od tego czasu dla siebie.
We współuzależnieniu to jedna z najtrudniejszych rzeczy, nauczyć się poświęcania sobie czasu i uwagi. Powstaje tu deficyt, więc ciągle żądam uwagi i czasu od innych. A przed poświęcaniem czasu i uwagi sobie uciekam, poświęcając czas i uwagę innym, pracy, obowiązkom. Byle nie sobie.
Solaris pisze: 04 gru 2025, 22:59 Ale niestety- z procesu użalania sie nad sobą nie wyszłam, jestem tego świadoma.
Pozwolę sobie się nie zgodzić. Ten i kolejny post dowodzą w moim odbiorze, że potrafisz być konkretna, rzeczowa, analityczna. A że narzekanie wjeżdża pierwsze? Kwestia treningu. I przekonania się, że to nie pomaga, za to pomagają inne rzeczy, inne sposoby reakcji, inne działania.
Solaris pisze: 04 gru 2025, 22:59 Myślę, ze tu obecność męża bardzo mi przeszkadza, bo jak go widzę, szczególnie z telefonem w rece-to wszystko wraca. Nie panuję nad tym.
To jest duży obszar do pracy. Dużo można zrobić samodzielnie, ale nie wszystko. Mając relację z Bogiem, można też te obszary, które jakoś przerastają oddawać Bogu. Mnie przerastał lęk o męża. Nawet w terapii nie umiałam z tym ruszyć. I tu przyszła Łaska. Zdrowienie na terapii i we współpracy z Bogiem jest bardziej efektywne :)
Solaris pisze: 04 gru 2025, 22:59 Jestemy na terapii dla par, jest to męczące i obciazające dla mnie. Próbowałam terapii indywidualnej, ale sie poparzyłam parę razy, i nie probowalam wiecej.
Tak, moj mąż jest DDA. Mówiąc szczerze, dużo teraz tego syfu wyłazi, na terapii również. Znam temat, wiele lat byłam edukatorem, wlasnie z powodu przeszlosci męża, znam bardzo dobrze program 12 kroków, modlitwa o pogodę ducha towarzyszyła mi wiele lat. Tylko forma byla inna, bo kiedyś to ja pomagałam innym. Teraz sama wymagam pomocy.
Terapia dla par jest lepsza niż nic. Choć przedtem, a co najmniej równolegle powinny być też terapie indywidualne, szczególnie, gdy w małzeństwie jest problem DDA, współuzależnienia, przemocy, nałogu.

Zwykle jeśli nawet tylko jedna osoba jest DDA, to wszystko co powyżej także występuje. W pakiecie. Przyjrzyj się, jak to jest u was. Czasem trudno dostrzec pełny pakiet. Ja na przykład nie dopuszczałam, że jestem żoną alkoholika.

Oboje z mężem byliśmy dziećmi trzeźwych rodziców. Ale moja mama jest DDA, tata synem mamy DDA, czyli koalkoholikiem w trzecim pokoleniu. Mój teść przestał pić przed narodzinami mojego męża, a dokładniej zmienił schemat picia na akceptowalny społecznie. Nigdy nie podjął terapii (wstyd, rozpoznawalność, blablabla). To wystarczyło żeby w moim małżenstwie wjechało wszystko: alkohol i inne uzależnienia, przemoc, i syndromy DDDA, DDA i w zasadzie DD wszystko. Bardzo trudno było mi się do tego "przyznać", a najtrudniej było nazwać to sobie.

Terapia dla par nie ma narzędzi do zmiany destrukcyjnych schematów płynących z tego rodzaju zranień rodzinnych. To się rozwiązuje na terapiach specjalistycznych i na grupach wsparcia. I one są, są bezpłatne, działają.

Mój syn kiedyś zakopał sobie ulubioną łopatkę. Ale z jakiegoś powodu nie chciał nam powiedzieć, że ją zakopał. Może się wstydził. Mówił więc, że ją zgubił. Płakał i prosił, żebyśmy mu ją znaleźli. Przeszukiwaliśmy starannie cały ogród, ale łopatki nigdzie nie było. Gdy pytałam, czy na pewno nie zakopał łopatki w piasku, syn płakał głośniej i zaprzeczał. W końcu coś mnie tknęło, wzięłam grabie i zaczęłam przekopywać piasek. Syn płakał głośno i protestował, mąż starał się mnie powstrzymać, bo trudno mu było znieść płacz malucha. Scena wyglądała zapewne jak lokalny koniec świata. Ale nie odłożyłam grabi. Po kilku chwilach wykopałam z piasku... ulubioną niebieską łopatkę.

Wymagasz pomocy, wiesz o tym. Namierz, gdzie masz zakopaną łopatkę i idź po tą pomoc, której potrzebujesz.
Solaris pisze: 04 gru 2025, 22:59 Tak, bardzo długo to juz trwa. Powoli tracę rachubę. Ale juz liczę przeciez w latach, nie miesiącach, i to jest straszne. Mam wrażenie, ze poza nabyta pewną świadomością nie ruszyłam z miejsca. Nie wiem, czemu, moze dlatego właśnie ze walczyłam za siebie i za męża, a on chyba wcale tego nie chce. A ja sie po prostu wypaliłam.
Może dlatego, że na razie biegasz po ogrodzie? Masz swiadomość, ale jeszcze nie kopiesz tam gdzie trzeba?
Nie potrzebujesz męża, by zacząć zdrowieć. Sama możesz zlapać grabie. Nawet jeśli mąż i dzieci i ktokolwiek bądź będzie protestować.
Solaris pisze: 04 gru 2025, 22:59 Grupy wsparcia stacjonarne odpadają. Prowincja ma swoje prawa, a ja jestem zbyt mocno kojarzona zeby sie na to decydować. I znowu klasyk-falszywy wstyd. Ile ja razy o tym mowilam. Teraz sama fałszywie sie wstydzę.
Miałam podobnie. Nie tylko prowincja ma swoje prawa. Mieszkając w dużym mieście miałam ten sam problem. Mojej rozpoznawalności. Ale to nie jest problem "praw" i liczebności populacji, ani marki własnej w środowisku, tylko tak jak piszesz: fałszywego wstydu. Tak długo ukrywa się problem, że trudno zadziałać inaczej. Trudno, ale warto.

Jak już przełamałam wstyd, to poszłam na tą terapię, której potrzebowałam. Na terapię współuzależnienia. Do przychodni NFZ, do poradni uzależnień. W mojej dzielnicy. Co za wstyd, myślałam. Okazało się, że żaden.
Terapia NFZ jest wysokiej jakości, standaryzowana. Warto.

Wstyd powstrzymuje przed kopaniem, tam gdzie trzeba kopać. Ale niebieska łopatka jest tylko tam gdzie jest. Na przykład na grupie wsparcia lub w poradni NFZ... :roll:
Solaris pisze: 04 gru 2025, 22:59 Ale myślę, ze z balastem u boku niestety nie dam rady z tego wyjść. Gdybym mogła, juz by sie to stało, a nic takiego sie nie dzieje. Czy mam rację?. Nie wiem. Bo moze byc tak, ze bedzie jeszcze gorzej po rozstaniu, i wcale to nie bedzie panaceum. Z drugiej strony-odwrotu nie bedzie. I chyba to mnie tak mocno trzyma.
Z tego co piszesz, na dziś dla ciebie potencjalne korzyści z separacji nie są jakieś imponujące i do tego są znacznie niższe niż potencjalne straty. Separacja, a dokładniej izolacja, jest narzędziem do ochrony przed przemocą. Nie jest narzędziem do wyjścia ze współuzależnienia. Ze współuzależnienia wychodzi się na terapii i na grupie wsparcia. To piasek i grabie. Trzeba tego i tego.
Solaris pisze: 04 gru 2025, 22:59 Na brak decyzyjnosci nie narzekam. Decyduje sama o sobie od dawna, a od niedawna malo mnie obchodzi, co o tym sądzi moje otoczenie- z dziećmi włącznie. Tak, to przyjemne🙂 natomiast- niestety, nauczylam sie zyc sama. A to nie jest fajne, jesli sie chce ratować związek, bo powinniśmy jednak współpracować. Tego nie ma, wiec ja przestałam sie juz starać.
Masz zasoby. Powoli przestajesz myśleć o tym, co sądzi otoczenie. To zasób do poszukania potrzebnej pomocy.
Związku nie trzeba ratować, wystarczy naprawić relację. Żeby naprawić relację, trzeba zacząc zdrowieć. Gdy zdrowieje nawet jedno, relacja także zdrowieje. Nie jest to cel, ale tak się dzieje. Widziałam to już wiele razy. I doświadczam tego w swoim życiu.

Pooddzielaj, co możesz zmienić od tego, czego nie możesz zmienić i zacznij zmieniać to, co możesz zmienić. Pogody ducha - i odwagi do zmian, Solaris 💕
Solaris
Posty: 170
Rejestracja: 22 paź 2024, 19:42
Płeć: Kobieta

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

Post autor: Solaris »

Jakże jesteś mądrą osobą Ruto, dziękuję❤️
Dużo mam do przemyślenia, to fakt. Muszę sie nad tym wszystkim solidnie zastanowić i przetrawić Twoje słowa.

A póki co, w ramach zajmowania sie soba... po mszy obiedzie u mamy pojechałam sobie do stolicy mojego województwa. Duże miasto, 150 km ode mnie. Siedzę na kawie i wsuwam gofra z bitą śmietaną, nie licząc kalorii.
Dlatego tez jak wrócę- to poczytam. Drugi raz, trzeci, czwarty. Tyle, ile bedzie trzeba.
Martwię sie świętami... corka przyjedzie. Ale do ojca sie nie odzywa, i już zapowiedziała, ze odzywać sie nie bedzie, ze przyjezdza tylko dla mnie i rodzenstwa. Jak to znieść przy wigilii? Pojęcia nie mam.
Myslalam o separacji, zeby sie pozbyć gada z domu jeszcze przed świętami. Dla siebie, swojego spokoju, dla dzieci. One tego wręcz ode mnie wymagają, nie chcą ojca znać. I znowu-presja.
Jestem sama juz dobrych parę godzin. Nie otworzyłam tzw gęby do nikogo. Bo jestem sama. Ludzie łażą po galerii, parami, z dziecmi, zadowoleni, radośni, robią zakupy. Ja jestem sama. Siedze z tą kawą i patrze na nich. Samotność jest straszna.
Nie chce takiego życia, ale nie mam wyboru. I tak juz jestem sama. Co z tego, ze on jest w domu? Nic.

Skończę kawę i wracam. Mam parę km do przejechania. A potem sie jeszcze odezwę.
Ruta
Posty: 3913
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

Post autor: Ruta »

Solaris, dziękuję za miłe słowa. To co piszę, to nie tyle mądrość, co bardzo bolesne doświadczenia własne wychodzenia z głębokiego współuzależnienia, wstydu, i własnych pokręceń oraz z przemocy w małżenstwie.

Myślę, że "pozbycie się gada z domu" raczej nie zapewni spokojnych świąt. Z doświadczeń innych osób wiem, że wtedy ciężko udźwignąć wyrzuty sumienia. Natomiast można spokojnie ustalić osobne zamieszkanie, bez dramy. Separacja prawna nie jest do tego potrzebna.

W pierwszym ostrym kryzysie w moim małżeństwie, gdy dzieci były jeszcze malutkie, odkryłam, że mąż w pracy używa narkotyków stymulujących. Mało tego, chował je w domu, co odkryłam. Mąż błagał, przekonywał, że już nigdy więcej, że to incydent. Wyjaśniłam, że nie zgadzam się na zażywanie narkotyków oraz na ich wnoszenie do domu. Ustaliliśmy, że jeśli mąż te reguły złamie, to się wyprowadzi. Mąż ten warunek zaakceptował. Po jakimś czasie znów znalazłam narkotyki. Wyjęłam walizkę. Płakaliśmy oboje, ale się nie ugięłam. Małe dziecko mogło się tym syfem śmiertelnie zatruć, to była za poważna sprawa, by się ugiąć. Mąż się wyprowadził.

Takiej stanowczej interwencji nauczyłam się na grupie wsparcia. Moim błędem było przerwanie chodzenia na grupę, gdy mąż podjął terapię. Gdy zabrakło mi wsparcia grupy, mąż szybko mnie urobił na powrót do domu.
Gdy zaczęłam grupę wsparcia i terapię - to się zrobiłam mocniejsza.
***

Ty znasz swoją sytuację, ty jesteś ekspertem. Jeśli jest u was przemoc lub czynny nałóg, izolacja jest pierwszym ważnym etapem wychodzenia z przemocy. Ale trzeba ją umieć przeprowadzić. Spokojnie. Stanowczo. Skutecznie. Grupa i terapia bardzo się przydają do przygotowania do takiej interwencji.
Solaris
Posty: 170
Rejestracja: 22 paź 2024, 19:42
Płeć: Kobieta

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

Post autor: Solaris »

Niestety, to fakt, ze doświadczenie uczy mądrości. Tylko ja cos odporna na wiedzę jestem😪
U nas nie ma przemocy czy uzależnieniaod srodkow takich czy innych. Ja jestem wspoluzalezniona emocjonalnie, bo nie umiem odejść. Albo jestem zwyczajnie...głupia. I juz sobie tyle razy obiecywałam ze porządek zrobie- i nic. Nadal toleruję to, ze mąż robi co chce, nie szanując tego, co mówię. Jestem i tak juz sama, a mąż jak w hotelu. Ciepło i przyjemnie, z dachem nad głową.
Właśnie sie z córką pokłóciłam. Ma dużo z ojca. Wymaga ode mnie rozwodu. I wciaz wywiera presję, naciska, kiedy złożę pozew. Bo jej źle, bo ona cierpi, bo ona nie chce znać ojca. A co z moimi uczuciami? Co ze mną? Ona sobie nie zdaje sprawy z tego, co mnie czeka. To ja będę w sądzie, to ja będę musiała dzielić majątek, itd, itp. Łatwo mówić na odleglosc-zrob to i tamto. Ona ma przyszłość. Moja przyszłość to samotność. Bez dzieci, bo taka prawda.
Jestem w strasznej rozterce, na okropnym rozdrożu. Raz mówię jedno, potem drugie. A nastepnie wymiotuję ze stresu😪 bardziej mnie dobija corka niz mąż. I ta straszna presja. .
Solaris
Posty: 170
Rejestracja: 22 paź 2024, 19:42
Płeć: Kobieta

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

Post autor: Solaris »

:D Zacznę od tego, że jestem pod wrażeniem, jaką fajną, rzeczową i wielowymiarową osobą jesteś. Pod narzekaniem tego nie widać. Masz też swiadomość, że mierzysz się ze swoim współuzależnieniem... i sporo z tym robisz. To dużo.
Kompletnie siebie tak nie postrzegam. Jest w mojej głowie raczej przeciwnie🙈
Przyjrzyj się swojemu narzekaniu i temu, w jakich celach najczęściej go używasz i jakie umiejętności ci zastępuje.
Myślę, ze wszystko po trochę, ale najczęściej chyba obrona. Walczę z tym, bo nie chcę nikomu truć. A faktem jest, ze wsparcia nie dostaję tą drogą.
To jest kawał solidnej roboty z solidnymi owocami. Czy ty się za to doceniłaś? Przyjrzałabym się tylko, czy praca naprawdę wymaga braku czasu dla siebie (bywa), czy jest po części ucieczką (też bywa). I jeśli jest po części ucieczką, to na ile uciekam od napiętej sytuacji w relacji, a na ile jednak od tego czasu dla siebie.
We współuzależnieniu to jedna z najtrudniejszych rzeczy, nauczyć się poświęcania sobie czasu i uwagi. Powstaje tu deficyt, więc ciągle żądam uwagi i czasu od innych. A przed poświęcaniem czasu i uwagi sobie uciekam, poświęcając czas i uwagę innym, pracy, obowiązkom. Byle nie sobie.
A skąd🙂 ja nie umiem docenić niczego, co robię. Po prostu-uczę sie tego, bo chcę stanąć na nogi.
Praca nie jest ucieczką, ja naprawdę dużo pracuję od wielu lat, kieruję dużą grupą ludzi, stanowisko mam odpowiedzialne. Tak było jeszcze przed kryzysem, teraz mam mniej serca do pracy, ale ten stołek wymaga ode mnie zaangażowania, więc jest jak jest. To nie ucieczka-taka fucha po prostu😉
Pozwolę sobie się nie zgodzić. Ten i kolejny post dowodzą w moim odbiorze, że potrafisz być konkretna, rzeczowa, analityczna. A że narzekanie wjeżdża pierwsze? Kwestia treningu. I przekonania się, że to nie pomaga, za to pomagają inne rzeczy, inne sposoby reakcji, inne działania.
🙂teraz to ja pozwolę sie nie zgodzić. Kompletnie siebie tak nie postrzegam. Myślę o sobie zupełnie inaczej, sądzę ze jestem ofiarą losu niezdatną do zadnego działania, mąż obraził tym wie i to wykorzystuje.
Terapia dla par nie ma narzędzi do zmiany destrukcyjnych schematów płynących z tego rodzaju zranień rodzinnych. To się rozwiązuje na terapiach specjalistycznych i na grupach wsparcia. I one są, są bezpłatne, działają.
Mąż nie chce słyszeć o terapii indywidualnej. Psycholog mówiła, ze jest mu potrzebna. Nie. Wg niego nie. Na poprzednią terapeutkę sie przeciez obraził 😐 ja natomiast jestem tak zmęczona obecne terapią, ze tez chyba nie dam rady. Terapia to straszny magiel.

Niesamowita historia z łopatką. Tak,ja biegam po tym ogrodzie. Bez grabi. Widzę grabie właśnie w tej separacji, bo nie widzę innego wyjścia. Obecność męża mnie męczy. Mam tez nieodparte wrażenie, ze on ma jakiś dziwny rodzaj władzy nade mną, dlatego myślałam o separacji, nie widząc innej drogi do uwolnienia siebie i swoich myśli. Ja jestem osobą, która załatwia albo wszystko albo nic. Nie uznaję półsrodków.
Z tego co piszesz, na dziś dla ciebie potencjalne korzyści z separacji nie są jakieś imponujące i do tego są znacznie niższe niż potencjalne straty. Separacja, a dokładniej izolacja, jest narzędziem do ochrony przed przemocą. Nie jest narzędziem do wyjścia ze współuzależnienia. Ze współuzależnienia wychodzi się na terapii i na grupie wsparcia. To piasek i grabie. Trzeba tego i tego.
A moze to właśnie jest tak, ze jest jedno i drugie? Jakaś forma przemocy, której nie umiem nazwać i ktorej nie rozumiem? I dodatkowo uzależnienie? Dlaczego tylko w separacji widzę jakieś rozwiązanie?
Masz zasoby. Powoli przestajesz myśleć o tym, co sądzi otoczenie. To zasób do poszukania potrzebnej pomocy.
Tak, to fakt. Nie myślę o tym, co sądzi otoczenie. Zabrzmi troche schizofrenicznie, ale ciezko znoszę presję od dzieci. Bardzo ciężko. Szczególnie starsza tę presję wywiera i to bardzo mocno. Sama sie gubię, czy myślę o otoczeniu czy tez nie.
Pooddzielaj, co możesz zmienić od tego, czego nie możesz zmienić i zacznij zmieniać to, co możesz zmienić. Pogody ducha - i odwagi do zmian, Solaris 💕
Tak, wiem co chcesz przekazac🙂 pogoda ducha... ależ to trudne. Męża i jego podejścia nie zmienię, to juz wiem. Corki również. Presji nie zdejmę. Nie walcze juz o to, choc ciągoty do walki wciaz mam. To boli, ale nie mam wplywu, bo wolalabym ten wplyw miec. Jedyne, czego teraz chce, to uwolnić sie od cierpienia i zacząć znowu zyc. Dlaczego jedynym rozwiązaniem wg mnie jest wyprowadzka i separacja? Nie wiem. Ale nie widze przed sobą niczego innego. To mogę zrobić. Mogę złożyć pozew. Moze źle to rozumiem, nie wiem. Gdybym byla pewna...ale nie jestem. Ile mi sił wystarczy do tego miotania sie ze sobą? Przecież ja niedługo oszaleję.

Ech, ciezki mam dzisiaj dzien.😪
Dziękuję ❤️
Ruta
Posty: 3913
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

Post autor: Ruta »

Czemu córka chce waszego rozwodu?
Solaris
Posty: 170
Rejestracja: 22 paź 2024, 19:42
Płeć: Kobieta

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

Post autor: Solaris »

Jest skłócona z ojcem. Ma ogromny żal o rozpad rodziny. Nie odzywa sie do niego, jest tak zacietrzewiona, ze stanowi to dla mnie szok. To prawda, on nas wszystkich bardzo skrzywdził. Ale to jej ojciec, kiedys ją nosił na rękach, była ksiezniczką tatusia. Robilam co mogłam zeby ich pogodzić jakos- wszystko na nic. Im wiecej moich starań, tym było gorzej, wiec musiałam przestać. Zresztą, to tez mnie wykanczało psychicznie.

Myślę, ze oboje sa do siebie bardzo podobni. I myślę, ze to, ze ona sie do ojca nie odzywa to kolejny obraz wielkiego cierpienia, które jej i nam wszystkim wyrządził, jej buntu, a takze konsekwencja stawiania przez niego ma ostrzu noża pewnych spraw życiowych i bytowych. Ja nie stawiam spraw tak kategorycznie, szanując prawo dorosłej kobiety, choć bardzo młodej, do decydowania o sobie, choć mi sie jej decyzje nie zawsze podobają. Mój maz uważa inaczej, a jesli corka robi po swojemu, to oczywiście jest ta najgorsza. No i spina gotowa. Ja nie moge sluchac jak oni sie tną. Ale prawda taka, ze moge niedlugo stanąc przed wyborem-dziecko czy jego ojciec. Jak jej powiedzialam ze wciaz sie waham, dostała ataku płaczu. Jest bardzo znerwicowana, na terapii i lekach antydepresyjnych i uspokajajacych . A ja niestety jestem winna ze do tego dopuściłam.
Córka uważa, ze ja będę szczęśliwsza bez niego. Tylko kto to wie... Ona idzie do życia, bedzie miala swoja szanse na szczescie, ja juz nie. Pogodzić ich nikt nie bedzie w stanie. Tylko w Bogu nadzieja ze to sie kiedyś zmieni. Mówiłam jej wielokrotnie ze ta decyzja należy do mnie i tylko do mnie, i zeby nie wywierala presji na mnie, bo to moja sprawa i moje zycie. Ona mieszka bardzo daleko, przyjeżdża rzadko. Coraz rzadziej-wiadom, dlaczego. Prawda taka, ze ostatnio każda nasza rozmowa konczy sie kłótnią o ojca. I jest niestety coraz gorzej. Obie potrzebujemy spokoju, obie go nie mamy. Strasznie trudny temat. Ma zal do ojca, ma żal do mnie. Jeden wielki żal 😪
Ruta
Posty: 3913
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

Post autor: Ruta »

Solaris, napiszę jak odbieram to, co napisalaś.

Wasza córka jest w trudnym stanie psychicznym, ale ma pomoc, ma lekarza, który przepisuje jej leki, ma terapię.
Natomiast ty masz wyrzuty sumienia, piszesz: jestem winna, że do tego dopuściłam. Nie pisz tu na forum, ale zadaj sobie pytanie - do czego dopuściłaś? Nazwij dla siebie, tak bardzo konkretnie, te zachowania męża, które były krzywdzące. Najpierw dla córki. Potem, jak dasz radę, także dla ciebie.

Wygląda z mojej perspektywy na to, że próbujesz rozwiąć sytuację, uciszając córkę i godząc ją na siłę z ojcem. Z perspektywy dziecka może to wyglądać jako ponowny brak ochrony, stanięcie po stronie krzywdzącego rodzica. Wiem to z mojej terapii rodzinnej ze starszym synem. Ja tak robiłam. Długo stawałam po stronie męża.

Nie chodzi o wybór między dzieckiem a mężem (lub żoną), tylko o uczciwe nazwanie sytuacji i stanięcie po stronie osoby skrzywdzonej (dziecka). Nie przeciwko mężowi. Ochrona przed krzywdą (siebie i bliskich) jest na korzyść także tej osoby, która krzywdzi - dzięki temu sprawca ma mniej na sumieniu. O tym mówi ksiądz Dziewiecki. Ochrona przed krzywdą to stanięcie po stronie rodziny, małżeństwa, prawdy. Wymaga odwagi. Ale procentuje.

Ja nie umiałam chronić dzieci. Ale się uczę. To był jeden z moich głównych celów terapii współuzależnienia, ustalonych z terapeutką do pracy indywidualnej. Nauczyć się chronić dzieci przed ojcem. (Jak z twoimi barierami do podjęcia takiej terapii? Albo znalezienia grupy wsparcia? Coś się ruszyło?).

We współuzależnieniu bagatelizowałam krzywdzące zachowania męża i uczyłam dzieci nie prowokować ojca i go usprawiedliwiać, a nie się chronić. Dzieci nie miały ode mnie jasnego sygnału, że postępowanie taty jest niewłaściwe. Uczyłam ich tego, co ja robiłam: znosić w ciszy, bagatelizować, pomniejszać, udawać, milczeć.
A potem chciałam, żeby terapeuci nauczyli moje dzieci innej postawy. I tu się zdziwiłam. Dowiedziałam się, że to moja robota. Jak się nauczę chronić siebie i dzieci, to dzieci się tego nauczą ode mnie.
No to zaczęłam się uczyć tej ochrony. Nie jestem w tym asem, ale jestem lepsza niż byłam. Nadal się uczę.
Ruta
Posty: 3913
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

Post autor: Ruta »

Solaris, wklejam link do wywiadu z duszpasterzem krajowym Wspólnoty Sychar. Dużo porządkuje, także w kategorii odejścia z relacji. Chciałabym mieć możliwość przeczytania takiej wypowiedzi, gdy sama byłam w stanie miotania się między zostać a odejść.

https://www.ekai.pl/ks-pawel-dubowik-ko ... -krzywdzi/
Solaris
Posty: 170
Rejestracja: 22 paź 2024, 19:42
Płeć: Kobieta

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

Post autor: Solaris »

Moge napisac, bo juz neraz to pisalam. Dopuscilam do przemocy, do agresji i zaburzenia spokoju moich dzieci. Nie reagowałam. Przepraszałam je za to wielokrotnie. A sobą pozwalam wciaz kręcić i kręcić, taka prawda. Mam wyprany mózg.

Jest dokładnie tak, jak piszesz. Starałam sie ich godzić, ale jest coraz gorzej i corka to odbiera zupełnie nie tak, jakie sa moje intencje. Jej zdaniem stoję po stronie ojca, usprawiedliwiam go, itd, itp. Teraz niestety jest taki wybór- dziecko albo mąż.
Co do terapii, nie szukałam. Wróciłam z pracy godzinę temu.
Ide posłuchać, dzieki.
Ruta
Posty: 3913
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

Post autor: Ruta »

W terapii rodzinnej dowiedziałam się, że:

1. Potrzebuję dla siebie opisać sobie bardzo dokładnie i jak najbardziej opisowo konkretnie zachowania męża, które krzywdziły dzieci w naszym domu. Nie "stosował agresję", ale co robił konkretnie. W naszym domu to były m.in: nagłe niespodziewane i bardzo gwałtowne wybuchy męża. Taki wybuch polegał na tym, że mąż znienacka zaczynał krzyczeć na dziecko. Czasem działo się to w odpowiedzi na zwrócenie się dziecka do taty z pytaniem, prośbą, chęcią pochwalenia się czymś. Czasem dziecko było zajęte swoimi sprawami i atakowane przez męża - to on wtedy inicjował interekcję w której był agresywny, wchodząc do pokoju w którym przebywali dziecko, lub atakując dziecko które było spokojnie w tym samym pomieszczeniu.
Podczas wybuchu mąż cały czas głośno krzyczał, wydawał dyscyplinujące zastraszające polecenia (wstań, patrz na mnie, podnieś głowę, usiądź, nie odzywaj się), wypowiadał niesprawiedliwe krytyki i raniące upokarzające słowa dotyczące dziecka, rodzeństwa dziecka, mamy dziecka(mnie), mojej (i dzieci) rodziny. Wprowadzał też podział: wy - czyli ja i dzieci i ja - czyli on. Dużo w tych wypowiedziach było też obwiniania dzieci - on nie ma spokoju w domu, nikt nie szanuje jego pracy i prawa do odpoczynku, nie można w spokoju niczym się zajać, wszyscy tylko daj i daj, w domu czy w pokoju dziecka jest bałagan. Podczas wybuchów mąż czasem niszczył rzeczy należące do dziecka, do mnie lub stanowiące wspólną własność, na przykład wyrywał szufladę i nią ciskał w podlogę, aż się rozrzaskiwała. Takich zniszczeń dokonywał rzadko, ale przy każdym wybuchu każde z nas bało się, że to zrobi.
Swojej własności nie niszczył - za wyjątkiem rzucania czasem własnym telefonem (śmiem twierdzić, że była to forma "wymiany" starego modelu, który jeszcze działał, na nowszy i ładniejszy).
Wybuch konczył się równie nagle jak się zaczynał. Albo mąż potem wychodził z domu, czasem z informacją, że ma dość życia i się zabije, albo że ma dość i niby nie wróci, czasem w milczeniu. Albo wyrzuceniem wszystkich z pokoju i długą ciszą. W domu musiało być cicho na wszelki wypadek, bo wybuch mógł się powtórzyć.
Kiedy mąż się uspokoił, przepraszał obwinijąc za swój wybuch rodzinę. Przepraszam, ale mnie zdenerowałeś, zdenerwowaliście. Nie możecie tak robić, bo ja potem nad sobą nie panuję. Oraz oboecując naprawę tego co zniszczył. Żadnej z tych obietnic nie dotrzymał. Dawał też czasem "prezent" na przeprosiny za dzień lub dwa, na przykład malunek na fragmencie zniszczonej szuflady (mam cztery lata i robię laurkę). Nigdy nie dał na przeprosiny nic naprawdę związanego z potrzebami skrzywdzonej osoby czy w zamian za zniszczoną rzecz.

Te wybuchy miay konkretny cel - żeby nikt nic od męza nie chciał, żeby miał pretekst do wyjścia z domu, żeby miał powód do leżenia cały dzień. Zdarzały się albo gdy mąż był na alkoholowym (lub innym) głodzie, a w domu nie spożywaliśmy alkoholu, poza spotkaniami towarzyskimi i nigdy w dzień w czasie opieki nad dziećmi. Albo gdy mąż był na kacu i chciał ciszy. Wtedy tego tak nie postrzegałam. Wierzyłam w to co mówił mąż, że przyczyna jest we mnie i dzieciach.

2. Potrzebuję także opisać jak najdokładniej swoje zachowania w tych sytuacjach, gdy mąz był agresywny lub stsował przemoc - z agresją i bez agresji.

Ja wobec wybuchu męża próbowałam bronić dzieci, uspokajając męża, prosząc by nie krzyczał.To nie działało. Mąż wrzeszczał na mnie i na dzieci. Zwykle przybiegalo też drugie dziecko. Więc wrzeszczał na nas troje. Próbowalam też zabierać dzieci do innego pomieszczenia. Tu mąż reagował, krzycząc: nie wtrącaj się, zawsze się wtrącasz, nie szanujesz mnie, mam prawo być ojcem i teksty o babskim wychowaniu i że chcę, żeby on się w ogóle nie liczył. Stałam wtedy tylko bezradnie, gotowa osłonić dziecko przed atakiem fizycznym - mąż nigdy nie zaatakował fizycznie dziecka, ale wszyscy się tego baliśmy, że kiedyś to zrobi. Z czasem na polecenie męża zaczęlam też wychodzić z pokoju. Stałam wtedy przerażona pod drzwiami. Bałam się, że swoim sprzeciwem lub interwencją pogorszę sprawę.

Po wybuchach uspokajałam dzieci, starając się poprawić im nastrój (to błąd, trzeba dać dziecku mozliwość wyrażenia tego, co czuje, a nie zmuszać do czucia tego, co ja chcę).
Nie mówiłam im wprost, że to co zrobił tata było krzywdzące i niesprawiedliwe. Tłumaczyłam męża jego zmęczeniem, ciężką pracą, wybuchowym charakterem - czyli przyjmowałam narrację męża. Uczyłam też dzieci każdego dnia bycia cicho i nie prowokowania ojca. Co nigdy nie dzialało.
Czasem po wybuchu zabierałam dzieci z domu, bo wiedziałam, że mąz może wybuchnąc znowu. Starałam się być z nimi poza domem cały dzień. To niby było super, było kino, spacer, restauracja. Nie było to jednak zgodne z potrzebami dzieci, które miały naukę, rehabilitację, ćwiczenia, i wlasną potrzebę pobycia w domu, odpoczynku, zabawy.
Jeśli mąż wybiegł z domu grożąc samobójstwem lub wychodził, byłam w stałym napięciu, nie byłam nawet takim lichym wsparciem dla dzieci, tylko byłam przerażona, że on sobie coś zrobi albo wróci nietrzeźwy i powie, że to przeze mnie. Do dzieci byłam wtedy zamrożona. Działałam jak robot, dając im posiłki, organizując wspólne sprzątanie, albo każąc im się uczyć, albo coś obejrzeć. Rehabilitacji nie byłam w stanie prowadzić, czasem robili ja sobie sami. Uciszałam ich też, żeby nie hałasowali i się nie śmiali (to uciszania jal odkryłam, skopiowałam z mojej mamy, jak ona była w napięciu, dzieciom nie wolno było się bawić i śmiać i być glośno).

Gdy już wszystko jako tako wracało do normy na tyleż że mogłam na nowo myśleć i dzieci też, mąż brał nas wszystkich do pokoju w pierwszym mieszkaniu, a w domu do kuchni, piekliśmy ciasto, mąż mówił nam, że nas kocha, nigdy nas nie opuści i nie będzie już więcej nic niszczył ani tak krzyczał. I wymuszał na nas przyjęcie go, przytulenie go, powiedzenie, że go kochamy, że już wszystko jest dobrze. Uwierzenie w to wszystko dawało nadzieję i złudne poczucie bezpieczeństwa. Potem mąż spędzał z nami czas, gralismy razem w gry planszowe, rozmawialiśmy jakby nigdy nic. Temat miał być zamknięty. Ale taka kula lęku w każdym z nas zostawała. I napięcie, że w każdej chwili może znów być wybuch. I próba kontrolowania siebie.

3. Terapeutka powiedziała mi też że taką samą analizę potrzebuję zrobić dla swoich agresywnych i przemocowych zachowań wobec dzieci. Bo takie też były.

Po nazwaniu każdej agresji i każdej przemocy - byłam gotowa do przeproszenia dziecka - i za moje konkretne zachowania i za brak konkretnych działań. Bez wchodzenia w usprawiedliwianie siebie lub męża.

To pomogło w odbudowie relacji z moimi dziećmi, bo pomogło mi zmienić moje zachowania i wdrożyć zachowania ochronne.
Solaris
Posty: 170
Rejestracja: 22 paź 2024, 19:42
Płeć: Kobieta

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

Post autor: Solaris »

Brak mi słów... 90% tego, co napisałaś, mogłabym napisać ja. Naprawdę. Nawet słowa te same.. nikt mnie nie słucha, nie czuje sie kochany, to twoja wina bo sie mną nie interesowałaś bo mnie nie słuchałaś, bo wychowałaś księżniczki, bo ja nie mialem nic do powiedzenia, bo balagan w pokoju, bo nikt mnie nie szanuje, ani mojej pracy, a przeciez ja to robię dla was, itp, itd. Były wrzaski, dzieci piszczały ze strachu. Z czasem nauczylam je-jak cos sie dzieje, wychodz z domu, nie słuchaj co krzyczy. Załóż słuchawki, zamknij sie w pokoju i słuchaj muzyki, byleś nie sluchala tego co sie dzieje. Były wrzaski, bylo oskarżanie, było zastraszanie. A potem wychodził sobie na spacer, wracał jak gdyby nigdy nic. Owszem, zdarzało sie ze mówił przepraszam- ale to nigdy nie bylo poparte niczym innym. A najczęściej mowil- jesli to o to zrobiłem, to przepraszam. Jeśli... typowe przerzucanie odpowiedzialności. I ja w to wierzyłam, aż doszłam do muru. Na terapii dowiedziałam sie ze jestem ofiarą przemocy i boję się męża. To bylo straszne.
Jedyną osobą która sie mu miala sie przeciwstawić, byla starsza corka, ta, która teraz chce abym go zostawiła. Ta, która strasznie obraził i przeprosił w swoim stylu- jesli... do tego smsem, bo telefonu nie odebrała. I powiedziała, ze nie odbierze.

Kwiatów za zdradę nie dostałam do dziś, choć sie upominam o nie 4 rok. Żadnej refleksji, nic. Ale on jest szczęśliwy, bo przeciez sie wyciszył i juz nie robi awantur. Owszem, awantur nie ma, ale co z tego, jak została cala reszta?
Do tego zostaje jeszcze depresja, która ma ogromny wpływ na jego zachowanie i odczuwanie. 3 lata na lekach. On jest totalnie wyłączony z odczuwania.

A ja sie wciaz bujam i nie wiem, co robic. Tracę nadzieje-i nie chce jej tracić... Ale realia są jakie są, i zdaję sobie z tego sprawę.

Póki co, wykupiłam sobie wycieczkę na wiosnę, w miejsce piękne i tropikalne. I lecę tam sama. Ale to niestety tylko puder, który ma przykryć resztę. No wiem, ze nie przykryje.
Ruta
Posty: 3913
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

Post autor: Ruta »

Myślę, że wycieczka to dobry pomysł. Kiedy mój mąż świrował o wiele bardziej niż zwykle, a ja nie wiedziałam dlaczego (miał romans), pojechałam na dłuższe wakacje z dzieckiem. Dystans pomógł mi trochę odpocząć od codziennej wielopoziomowej przemocy, poczuć radość, odprężenie. No i zmienić nieco perspektywę.

Wiesz, za wybuchami mojego męża krył się jego nałóg. I każdy taki wybuch miał cel: a to żebyśmy dali mężowi spokój, bo źle się czuł po używkach, albo żeby miał pretekst do wyjścia z domu w weekend, albo żebyśmy to my wyszli z domu, kiedy on nie miał siły wyjść, żeby mógł w spokoju i w ukryciu korzystać ze swoich używek.
Przemoc nie jest po nic. To przymuszanie do określonych zachowań. Chcesz wiedzieć po co jest przemoc? Sprawdź co robisz w jej wyniku. Żony hazardzistów nie sprawdzają konta bankowego a czy zwrotu podatku, żony alkoholików wychodzą z dziećmi z domu, żony pracoholików boją się wspomnieć o zbyt długim czasie spędzanym w pracy, a żony notorycznych bezrobotnych o poszukiwaniu pracy.

Warto zrozumieć nie tylko cel, ale i przyczynę takich zachowań. Gdy zrozumiałam, że mój mąż jest chory i częścią jego choroby są właśnie takie manipulacje, jest mi łatwiej nie wchodzić w jego narracje.

Czy wiesz, domyślasz się, jakie cele miał twój mąż? Oraz jakie przyczyny stały za jego zachowaniami?

Jak to wygląda teraz? Bo brak awantur nie oznacza brak przemocy. Przemoc nie zawsze jest realizowana za pomocą agresji. Jest wiele innych sposobów. Nawet głosu nie trzeba podnosić. Może przyjrzyj się, czy skonczyła się przemoc, czy tylko awantury?

Z tego co piszesz, ja tak trochę między wierszami czytam, że chcialabyś uwagi, uczuć, troski i jesteś na emocjonalnym głodzie. Też kiedyś byłam. I ciągle czekałam aż mąż mi to napełni. A to tak nie działa: kto nie ma, temu odbiorą nawet to, co (wydaje mu się, że) ma. A kto ma, temu będzie dane. Jakie to niesprawiedliwe! - myślałam. To czekanie aż mąż mi te dzbany napełni, to jest oś współuzależnienia i tej współuzależnionej bierności i wiszenia na mężu.
Ale załapałam w końcu, że wcale nie jest niesprawiedliwe, że jak nie mam to nie dostaję, bo to ja mam wpływ na to, czy będę mieć. Zaczęłam sama sobie dawać uwagę, uczucia i troskę. Moje dzbany zaczęły się napełniać. I jak już mam, to dostaję tego więcej, już nie tylko od siebie, ale też od innych osób. Początki tego napełniania były w relacji z Bogiem, w rozmowach z Nim. W przytulaniu się do Maryi, to mnie bardzo koiło. Bo ja sobie nie umiałam dać nic. Ale się nauczyłam. Jeszcze się czasem zagładzam, ale mniej.

Miałam tuż obok pełne żywe zdrowe źródło, a chodziłam błagać o kropelkę w jakiejś zabagnionej studni z zielonkawą zgniłą wodą :roll: Jak to się pisze na forum - trzeba się od męża zacząć emocjonalnie odwieszać. I - to nie rada, tylko taka moja myśl do rozważenia - kup sobie najpiękniejsze kwiaty, jakie tylko chcesz jako zadośćuczynienie. Co tam :D

Jeśli aktualnie nic ci nie grozi w relacji z mężem, a zapytałby od kogo te kwiaty - możesz mu powiedzieć, że to od niego. - Jak to ode mnie? - No normalnie. Obiecałeś mi kwiaty, długo czekałam, więc jako dobra żona cię wyręczyłam :D Poczucie humoru (jeśli nie ma przemocy) czasem też się przydaje.
Solaris
Posty: 170
Rejestracja: 22 paź 2024, 19:42
Płeć: Kobieta

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

Post autor: Solaris »

Na pewno jestem na emocjonalnym głodzie, dlatego tez boli mnie nie tylko kwestia meza, ale tez zachowanie córki, z która tracę powoli kontakt. A bylo juz znacznie lepiej. Ona ma do mnie żal, ze nie zareagowałam i ze sie nie rozeszłam. I nie chce ze mną rozmawiać. Na wiadomosci odpisuje albo nie, a jesli juz, to po tygodniu lub dłużej, półsłówkami jakimiś, ze aż mi sie odechciewa w ogole do niej pisac. Niestety, jej relacja z ojcem na tu ogromne znaczenie, a ja dostaje trochę za swoje, ale tez rykoszetem.
Myślę ze przemoc wciaz jest. Nie fizyczna. Psychiczna, na pewno. Przerzucanie winy i odpowiedzialności. Wmawianie, ze bylo inaczej. Lekceważenie tego, co mówię i o co proszę, nieprzestrzeganie granic i zasad, które próbuję postawić.
Dlaczego tak jest i co maz uzyskuje? Pojęcia nie mam. Jak reagowałam ja? Zwykle sie wycofywalam, a jak cos mowilam, napięcie wzrastało. Moze o to chodziło, zeby mógł robić co chce, a ja mialam byc grzeczna i sie nie odzywać. Nie wiem.
Jak wypełnić lukę emocjonalną? Nie wiem za bardzo, ale faktem jest, ze musze sie odwiesić od męża, bo juz nie liczę ze mąż zaspokoi moje potrzeby, i wiem ze to nic dobrego nie przyniesie.
Wciaz myślę o separacji. Po to, zeby wiedzial, ze nie zartuję, ze moja cierpliwość sie skończyła /albo konczy/, zeby corka sie ode mnie nie odwróciła całkiem. Żebym odzyskała spokoj i kontrolę nad własnym życiem. Zebym uwierzyla, ze moge zyc samodzielnie, ze jestem cos warta, ze poradzę sobie bez niego. Bardzo boję sie samotności, bardzo boję sie podziału majątku. Nie spłacę go. A za połowę mieszkania nie kupię nawet kawalerki, nawet na mojej prowincji. Masa problemów jest w mojej głowie.
Ruta
Posty: 3913
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

Post autor: Ruta »

Solaris, separacja prawna skutkuje ustaniem wspólności majątkowej dokładnie tak, jak rozwód. To otwiera drogę do podziału majątku. Jeśli nie jesteś gotowa finansowo na podział, omów możliwe kroki prawne ze specjalistą. Czyli z prawnikiem. Warto omówić wszystkie możliwe skutki np. wniosku o separację, zanim pod wpływem emocji zacznie się sprawę sądową. Wiele kobiet wnosi o separację i przeżywa szok, gdy zaczyna się toczyć sprawa o rozwód. Bo nie wiedziały, że taki scenariusz też jest możliwy. Nie zapytały. Albo po orzeczonej separacji są zdziwione, że następuje podział majątku. Nie zapytały. Bądź mądra. Bo jesteś mądra. Pytaj, dowiaduj się.

Odpowiednie do sytuacji kroki prawne, jeśli są potrzebne, są ważne, ale wymagają starannego rozeznania, wiedzy, przygotowania środków. W tym finansowych.

Nie jest rozsądne wnosić sprawy do sądu na życzenie dzieci. Zwykle dzieciom nie chodzi o rozwód, tylko żeby ich przeżycia zostały nazwane, uznane, zaopiekowane, utulone.

Separacja nie służy też przekazywaniu mężowi komunikatu, że cierpliwość się skonczyła, że nie żartuję. Kiedy sprawa zaczyna się toczyć, to się toczy. Zawiązuje się spór sądowy. Tu nie ma próbnych premier. Od razu mecz.
***

Poza separacją prawną, jest jeszcze separacja faktyczna. Po prostu wyprowadza się z domu. Żeby zebrać siły, odpocząć, znaleźć pomoc. Zacząć oddychać.

Natomiast ani prawo ani wyroki nie zlikwidują przemocy. Przemoc można zatrzymać, ucząc się zatrzymywania przemocy. Naprawdę można. Nie wiem, czy można w pojedynkę. Nie poznałam ani jednej kobiety, która wyszła z przemocy bez wsparcia, bez terapii, bez grupy. Poznałam za to wiele, które znalazły odwagę, wsparcie i dziś są wolne od przemocy. Warto. I nigdy nie ma za późno.

Ważne, że umiesz nazwać swoją sytuację: doświadaczam przemocy - i nie wiem co z tym zrobić, ani jak z tego wybrnąć. To krok pierwszy: bezsilność. Kolejne są potem. Najpierw warto się osadzić w tym pierwszym.

Ja to na swoje potrzeby nazwałam "waleniem się do kałuży". Rzucam się w bezsilności w kałużę - kałuża jest dla większego dramatyzmu - i potem w niej leżę, bo nie mam siły wstać. Leżę, leżę. Jeszcze leżę. Czuję jak tą wodą nasiąkam. Nadal nie wiem co zrobić. Nie mam pomysłów. Wstałabym, ale nie mam gdzie iść. Każda opcja zablokowana. Na grupę wstyd. Z wyprowadzką nie dam rady. Z separacją nie dam rady. Córki stracić nie chcę, ale nie wiem co zrobić. Wszystkie wyjścia pozamykane. Jestem jak ryba w sieci. Terapeuta mówił nam, że w sieci lepiej się nie szarpac, nie podejmować pochopnych kroków. Bo wtedy ryba sama siebie rani. I traci siły. Lepiej się zatrzymać.

Potem przychodzi krok drugi. Ja nie ma siły, nie wiem, ale jest ktoś kto wie... I trzeci: mogę dostać pomoc, wsparcie, także siłę :)

Dużo dobrych pytań zadałaś. Marylka tu na forum zadaje czasem takie długie konkretne listy pytań. Robiłam sobie takie. Dla mnie to listy Marylki :) Może zrób sobie własną listę pytań? I może daj sobie czas na odpowiedzi.

Napisałas też coś, co wygląda jak pierwsze cele terapeutyczne: żebym odzyskała spokój i kontrolę nad własnym życiem. Brzmi dobrze. A jak brzmi tobie?

I jeszcze - żebym uwierzyła, że jestem coś warta. Jesteś warta, jesteś nawet bezcenna, jedyna, niepowtarzalna. Jak tu mnie dziewczęta nauczyły mądrze myśleć: jesteś córką Króla. To jest ogromna wartość.

Powiedz to sobie: Jestem córką Króla.

Na głos sobie powiedz :)

Bo jest mocarne. Ja się aż prostowałam :)
ODPOWIEDZ