Narzekanie to mój dawny automatyczny współuzależniony schemat zachowania. Narzekałam głównie próbując uzyskać współczucie. Dostawałam irytację. Narzekanie było też rodzajem fasady: jest mi źle, mąż (odpowiednie blablabla wstawić), więc tego nie mogę i tamtego też nie mogę i nic nie mogę. Na terapii dowiedziałam się, że takie narzekanie we współuzależnieniu jest mechanizmem podtrzymującym i uzasadniającym bierność. Sama odkryłam, że narzekanie jest też rodzajem biernego oporu przed rozwiązaniami narzucanymi z zewnątrz, takimi "złotymi radami". Dokąd nie umiałam wprost odmawiać, opór stawiałam narzekaniem. Porównałam z innymi współuzależnionymi, mają podobnie.
Narzekanie zastępuje brakujące umiejętności:
1. Proszenie o pomoc. Zamiast powiedzieć synowi/mamie/koleżance/mężowi "Jest mi smutno, czuję przygnębienie, nie radzę sobie, jestem chora - więc potrzebuję (herbaty, wysłuchania, spokoju, uwagi, zainteresowania, współczucia, podwózki...)" - narzekam. No i nie dostaję tego co potrzebuję. Więc próbuję dalej, narzekam więcej, może ktoś zauważy jak się źle czuję, jak mi jest ciężko. Nie działa. Błędne koło.
2. Branie odpowiedzialności - dokąd nie zaopiekuję się sobą, swoją depresją, współuzależnieniem, lękiem, i tak dalej, nie wzmocnię się, nie mam siły na żadne działania. Zostaje narzekanie. A tu trzeba zaopiekować się swoimi niemożnościami, które są realne i prawdziwe.
3. Obrona. Tu narzekanie jest dość skuteczne, z czasem wszyscy radzący odpuszczają. W zasadzie wszyscy słuchający narzekania odpuszczają. Tyle, że zostajemy w pustce. Więc nie jest to dobra strategia obrony. Zdrowe strategie to zdrowe relacje, a nie brak relacji.
Przyjrzyj się swojemu narzekaniu i temu, w jakich celach najczęściej go używasz i jakie umiejętności ci zastępuje. Fajnie jest umieć nowe rzeczy i nauczyć stosować bardziej skuteczne strategie. Zachęcam
To jest kawał solidnej roboty z solidnymi owocami. Czy ty się za to doceniłaś? Przyjrzałabym się tylko, czy praca naprawdę wymaga braku czasu dla siebie (bywa), czy jest po części ucieczką (też bywa). I jeśli jest po części ucieczką, to na ile uciekam od napiętej sytuacji w relacji, a na ile jednak od tego czasu dla siebie.Solaris pisze: ↑04 gru 2025, 22:59 Myślę, ze wbrew pozorom sporo dla siebie robię, a na pewno wiecej niz kiedyś. Wyszłam z roli matki-Polki. Byłam na cudownych wakacjach, nie planowanych, i dzieku temu wspaniałych. Tam byłam usmiechnieta I szczęśliwa, moje dziecko tez. Teraz planuję kolejny wyjazd, za 4 miesiące. Chcę gdzieś iść, to idę, chcę kupic-kupuję. Mam mało czasu dla siebie, dużo pracuję. Stołek tego wymaga.
We współuzależnieniu to jedna z najtrudniejszych rzeczy, nauczyć się poświęcania sobie czasu i uwagi. Powstaje tu deficyt, więc ciągle żądam uwagi i czasu od innych. A przed poświęcaniem czasu i uwagi sobie uciekam, poświęcając czas i uwagę innym, pracy, obowiązkom. Byle nie sobie.
Pozwolę sobie się nie zgodzić. Ten i kolejny post dowodzą w moim odbiorze, że potrafisz być konkretna, rzeczowa, analityczna. A że narzekanie wjeżdża pierwsze? Kwestia treningu. I przekonania się, że to nie pomaga, za to pomagają inne rzeczy, inne sposoby reakcji, inne działania.
To jest duży obszar do pracy. Dużo można zrobić samodzielnie, ale nie wszystko. Mając relację z Bogiem, można też te obszary, które jakoś przerastają oddawać Bogu. Mnie przerastał lęk o męża. Nawet w terapii nie umiałam z tym ruszyć. I tu przyszła Łaska. Zdrowienie na terapii i we współpracy z Bogiem jest bardziej efektywne
Terapia dla par jest lepsza niż nic. Choć przedtem, a co najmniej równolegle powinny być też terapie indywidualne, szczególnie, gdy w małzeństwie jest problem DDA, współuzależnienia, przemocy, nałogu.Solaris pisze: ↑04 gru 2025, 22:59 Jestemy na terapii dla par, jest to męczące i obciazające dla mnie. Próbowałam terapii indywidualnej, ale sie poparzyłam parę razy, i nie probowalam wiecej.
Tak, moj mąż jest DDA. Mówiąc szczerze, dużo teraz tego syfu wyłazi, na terapii również. Znam temat, wiele lat byłam edukatorem, wlasnie z powodu przeszlosci męża, znam bardzo dobrze program 12 kroków, modlitwa o pogodę ducha towarzyszyła mi wiele lat. Tylko forma byla inna, bo kiedyś to ja pomagałam innym. Teraz sama wymagam pomocy.
Zwykle jeśli nawet tylko jedna osoba jest DDA, to wszystko co powyżej także występuje. W pakiecie. Przyjrzyj się, jak to jest u was. Czasem trudno dostrzec pełny pakiet. Ja na przykład nie dopuszczałam, że jestem żoną alkoholika.
Oboje z mężem byliśmy dziećmi trzeźwych rodziców. Ale moja mama jest DDA, tata synem mamy DDA, czyli koalkoholikiem w trzecim pokoleniu. Mój teść przestał pić przed narodzinami mojego męża, a dokładniej zmienił schemat picia na akceptowalny społecznie. Nigdy nie podjął terapii (wstyd, rozpoznawalność, blablabla). To wystarczyło żeby w moim małżenstwie wjechało wszystko: alkohol i inne uzależnienia, przemoc, i syndromy DDDA, DDA i w zasadzie DD wszystko. Bardzo trudno było mi się do tego "przyznać", a najtrudniej było nazwać to sobie.
Terapia dla par nie ma narzędzi do zmiany destrukcyjnych schematów płynących z tego rodzaju zranień rodzinnych. To się rozwiązuje na terapiach specjalistycznych i na grupach wsparcia. I one są, są bezpłatne, działają.
Mój syn kiedyś zakopał sobie ulubioną łopatkę. Ale z jakiegoś powodu nie chciał nam powiedzieć, że ją zakopał. Może się wstydził. Mówił więc, że ją zgubił. Płakał i prosił, żebyśmy mu ją znaleźli. Przeszukiwaliśmy starannie cały ogród, ale łopatki nigdzie nie było. Gdy pytałam, czy na pewno nie zakopał łopatki w piasku, syn płakał głośniej i zaprzeczał. W końcu coś mnie tknęło, wzięłam grabie i zaczęłam przekopywać piasek. Syn płakał głośno i protestował, mąż starał się mnie powstrzymać, bo trudno mu było znieść płacz malucha. Scena wyglądała zapewne jak lokalny koniec świata. Ale nie odłożyłam grabi. Po kilku chwilach wykopałam z piasku... ulubioną niebieską łopatkę.
Wymagasz pomocy, wiesz o tym. Namierz, gdzie masz zakopaną łopatkę i idź po tą pomoc, której potrzebujesz.
Może dlatego, że na razie biegasz po ogrodzie? Masz swiadomość, ale jeszcze nie kopiesz tam gdzie trzeba?Solaris pisze: ↑04 gru 2025, 22:59 Tak, bardzo długo to juz trwa. Powoli tracę rachubę. Ale juz liczę przeciez w latach, nie miesiącach, i to jest straszne. Mam wrażenie, ze poza nabyta pewną świadomością nie ruszyłam z miejsca. Nie wiem, czemu, moze dlatego właśnie ze walczyłam za siebie i za męża, a on chyba wcale tego nie chce. A ja sie po prostu wypaliłam.
Nie potrzebujesz męża, by zacząć zdrowieć. Sama możesz zlapać grabie. Nawet jeśli mąż i dzieci i ktokolwiek bądź będzie protestować.
Miałam podobnie. Nie tylko prowincja ma swoje prawa. Mieszkając w dużym mieście miałam ten sam problem. Mojej rozpoznawalności. Ale to nie jest problem "praw" i liczebności populacji, ani marki własnej w środowisku, tylko tak jak piszesz: fałszywego wstydu. Tak długo ukrywa się problem, że trudno zadziałać inaczej. Trudno, ale warto.
Jak już przełamałam wstyd, to poszłam na tą terapię, której potrzebowałam. Na terapię współuzależnienia. Do przychodni NFZ, do poradni uzależnień. W mojej dzielnicy. Co za wstyd, myślałam. Okazało się, że żaden.
Terapia NFZ jest wysokiej jakości, standaryzowana. Warto.
Wstyd powstrzymuje przed kopaniem, tam gdzie trzeba kopać. Ale niebieska łopatka jest tylko tam gdzie jest. Na przykład na grupie wsparcia lub w poradni NFZ...
Z tego co piszesz, na dziś dla ciebie potencjalne korzyści z separacji nie są jakieś imponujące i do tego są znacznie niższe niż potencjalne straty. Separacja, a dokładniej izolacja, jest narzędziem do ochrony przed przemocą. Nie jest narzędziem do wyjścia ze współuzależnienia. Ze współuzależnienia wychodzi się na terapii i na grupie wsparcia. To piasek i grabie. Trzeba tego i tego.Solaris pisze: ↑04 gru 2025, 22:59 Ale myślę, ze z balastem u boku niestety nie dam rady z tego wyjść. Gdybym mogła, juz by sie to stało, a nic takiego sie nie dzieje. Czy mam rację?. Nie wiem. Bo moze byc tak, ze bedzie jeszcze gorzej po rozstaniu, i wcale to nie bedzie panaceum. Z drugiej strony-odwrotu nie bedzie. I chyba to mnie tak mocno trzyma.
Masz zasoby. Powoli przestajesz myśleć o tym, co sądzi otoczenie. To zasób do poszukania potrzebnej pomocy.Solaris pisze: ↑04 gru 2025, 22:59 Na brak decyzyjnosci nie narzekam. Decyduje sama o sobie od dawna, a od niedawna malo mnie obchodzi, co o tym sądzi moje otoczenie- z dziećmi włącznie. Tak, to przyjemnenatomiast- niestety, nauczylam sie zyc sama. A to nie jest fajne, jesli sie chce ratować związek, bo powinniśmy jednak współpracować. Tego nie ma, wiec ja przestałam sie juz starać.
Związku nie trzeba ratować, wystarczy naprawić relację. Żeby naprawić relację, trzeba zacząc zdrowieć. Gdy zdrowieje nawet jedno, relacja także zdrowieje. Nie jest to cel, ale tak się dzieje. Widziałam to już wiele razy. I doświadczam tego w swoim życiu.
Pooddzielaj, co możesz zmienić od tego, czego nie możesz zmienić i zacznij zmieniać to, co możesz zmienić. Pogody ducha - i odwagi do zmian, Solaris


