Strona 5 z 5

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

: 12 gru 2025, 7:16
autor: Solaris
Jeśli chodzi o kwestie prawne, ja mam wszystko ogarniete, i właśnie ta wiedza mnie powstrzymuje mówiąc szczerze, szczegolnie w kwestii podzialu majątku wlasnie. Wiem, czym to sie moze skończyć, jestem w pełni świadoma. Jak on by zareagował na sprawe- nie wiem, sądzę ze mógłby odpowiedzieć sprawą rozwodową. Spodziewam sie najgorszego mówiąc szczerze. Natomiast ja jestem osobą nie uznającą półśrodków. Albo wszystko, albo nic. Albo sie rozstaję, albo udaję. Nie wiem, czy to mądre, ale taka jestem. Chcę przeciąć ten wrzód, który nas niszczy. Który juz zniszczył mnie, bo nie widze innego rozwiązania.
Nie jest rozsądne wnosić sprawy do sądu na życzenie dzieci. Zwykle dzieciom nie chodzi o rozwód, tylko żeby ich przeżycia zostały nazwane, uznane, zaopiekowane, utulone
Myślę ze dokładnie tak jest. Moje dzieci mają mi za złe brak reakcji przez lata. A teraz szczególnie starsza corka. Przepraszałam dzieci wielokrotnie, wszystko zostało nazwane po imieniu. Za ostatni brak reakcji tez córkę przeprosiłam, ale ona jest tak zacięta, ze nawet telefonu nie chciała odebrać, dopiero interwencja jej faceta pomogła, bo po prostu zadzwoniłam do niego, i trochę ja postawiliśmy przed faktem dokonanym. Ona sama tez ma wiele na sumieniu, ale słowa przepraszam nie usłyszałam nigdy. Charakter ojca... Psycholog jej każe sie zdystansować, no to dystansuje sie brakiem kontaktu. Nie chce rozmawiać, nie chce mnie widzieć. To bardzo boli, bo miałyśmy świetny kontakt. Czas przeszły użyty właściwie. O to tez obwiniam męża, bo taka prawda. Teraz stoję na pozycji-ona albo ojciec. Taki wybór dało mi dziecko.

Nie wiem, jak zatrzymać przemoc. Próbowałam. On nie rozumie tego co mówię. Nie rozumie granic. Udaje, ze ok, za 2 dni to samo. Tak, jestem bezsilna. Dlatego tez widze jedyne rozwiązanie na zatrzymanie tego wszystkiego w postaci separacji. Mam tez świadomość, ze to emocje, ale sa tak silne, ze sama na siebie tez wywieram presję.

Do tej kałuży czy sieci/świetne porównanie skadinad/, włożyłam sie sama, ale tez "pomogły" mi bardzo dzieci. Do tego presja otoczenia, rodziny, koleżanek które znają sprawe. Wciaz slysze-dlaczego go nie rzucisz. Od dzieci slysze-nie chcemy go w domu. Zrób cos. A ja nie robię nic. I dlatego mam kosę z dziećmi, bo one nie rozumieją konsekwencji separacji czy rozwodu, a ja owszem, rozumiem i to doskonale. A sieć zaciska sie coraz mocniej wokół mojej szyi.

Czy jest jakieś inne rozwiazanie? Nie wiem. Obawiam sie, ze jak poproszę o to zeby sie wyprowadził to i tak skończy sie to pozwem, tylko z jego strony.
Odzyskać spokoj i kontrole-tak, brzmi dobrze. Brzmi wspaniale. Chce stanąć na nogi, ale nie wiem jak. Za długo byłam poddana, choć przez lata wydawalo mi sie, ze jest kompletnie inaczej, myślałam ze to raczej ja jestem osoba dominującą w związku. Bylo inaczej przez wiele lat. Poddałam sie, nie stawiałam granic, nie odzywałam sie, a kiedy zaczęłam, bylo juz za późno, bo byla juz kowalska. Teraz to widze, ale cóż, przeszlosci nie zmienię. Mige tylko ja przeanalizować i wyciągnąć wnioski. A przynajmniej spróbować to zrobic.

Wartości nie czuję. Żadnej. Nie czuje sie ani potrzebna, ani wartościowa, ani ładna, ani... Można wymieniać długo. Wręcz przeciwnie. Nie umiem powiedziec o sobie niczego dobrego. Czuję sie beznadziejna, bo przeze mnie- przez brak mojej reakcji doprowadziłam do tego wszystkiego. Trzeba bylo zrobic porządek jak sie dowiedziałam o kowalskiej. Ja byłam juz zbyt słaba. I teraz w efekcie rodzina jest rozwalona, a ja praktycznie straciłam kontakt z dzieckiem. Bo obawiam sie, ze mimo moich starań ona nie wróci... czy mozna sie podnieść z czegos takiego? Z utraty dziecka? Nie sądzę. Trudno w takiej sytuacji powiedzieć o sobie cokolwiek dobrego, a odzyskanie wartości i szacunku do siebie staje sie niemozliwe.

Dziękuję ze odpowiadasz, bo ja wiem, ze wciaz...narzekam🙈

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

: 12 gru 2025, 10:53
autor: ozeasz
Solaris jeśli dobrze odczytuję Twoje posty to summa summarum oczekujesz powrotu do jakiejś sytuacji sprzed jakiegoś tam czasu, w której wydawało się że jest w Twojej ocenie dobrze? Że nie będzie konsekwencji kryzysu, że jakoś się ułoży?

Może się okazać, że jednak tak się nie stanie a każdy prędzej czy później doświadczy bólu (trzeźwienia) i cierpienia związanego z tymi konsekwencjami.

Czy ból i cierpienie nie jest również związane z brakiem akceptacji tego co jest teraz jako konsekwencja wcześniejszych wyborów?

Jednak warunki przed i po są wg mnie takie same, zobaczyć własny udział i przyjąć odpowiedzialność za własne decyzje (lub ich brak), nie przyjmować jej w sytuacji kiedy nie jest ona moja, nie przerzucać swojej na innych(bo i tak rykoszetem wróci) z nadzieją na zmianę robić krok po kroku akceptując dzisiaj tu i teraz.

Bo pozostawanie w przeszłości może być przyczyną obecnego paraliżu, braku decyzji, poczucia spętania bez możliwości jakiegokolwiek ruchu (który w każdej opcji związany jest z bólem, cierpieniem, poczuciem porażki ect.?), bo na przeszłość nie mam wpływu, mam wpływ na tu i teraz, więc jaki będzie mój następny krok do wymarzonej wolności i szczęścia?

To taki mój ogląd mojej (może i Twojej) rzeczywistości dotykający również mojej codzienności i obecnej chwili.

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

: 12 gru 2025, 12:18
autor: Ruta
Zacznę od końca :D
Solaris pisze: 12 gru 2025, 7:16 Dziękuję ze odpowiadasz, bo ja wiem, ze wciaz...narzekam
Przestałaś narzekać ładnych parę postów temu. Dobrze mi się z tobą rozmawia, nasza rozmowa jest dla mnie ważna i cenna. Jestem w tym samym procesie co ty, wychodzenia z przemocy. W tym procesie robi się kółka. Z każdym kółkiem coś się uzdrawia. Czasem tylko jedna malutka rzecz. Na każdym kółku czegoś się uczymy. Także od siebie nawzajem.
Solaris pisze: 12 gru 2025, 7:16 Jeśli chodzi o kwestie prawne, ja mam wszystko ogarniete, i właśnie ta wiedza mnie powstrzymuje mówiąc szczerze, szczegolnie w kwestii podzialu majątku wlasnie.
Czasem niektóre rozwiązania nie są dostępne. Ja nie byłam gotowa na kroki prawne, bo nie byłam gotowa psychicznie na rozwód. U ciebie barierą są finanse. Warto się tym finansom przyjrzeć. Czasem pojawiają się rozwiązania.
Solaris pisze: 12 gru 2025, 7:16 (...) Natomiast ja jestem osobą nie uznającą półśrodków. Albo wszystko, albo nic. Albo sie rozstaję, albo udaję. Nie wiem, czy to mądre, ale taka jestem. Chcę przeciąć ten wrzód, który nas niszczy. Który juz zniszczył mnie, bo nie widze innego rozwiązania.
Mnie to "wszystko albo nic" przez lata postrzymywało przed działaniem. "Wszystko" oferowało mi moje ówczesne środowisko religijne i rodzina męża - zostań i znoś. "Nic" oferowała mi moja rodzina - bierz rozwód. Nie umiałam odnaleźć się ani w jednym ani w drugim. Pierwszego nie mogłam już wytrzymać, drugie wiązało się z pogorszeniem mojej sytuacji, zostaniem rozwódką i samotną matką, samotnym życiem, rozpadem rodziny. Tak to widziałam.

Okazało się, że jest inne rozwiązanie. Zacząć się chronić. Nie umiałam tego zrobić dobrze, popełniłam błędy, w tym co do rezygnacji z ochrony za pomocą środków prawnych. Nie umiałam dobrze wybrać doradców. Otłukłam się mocno. Ale się nauczyłam.
Solaris pisze: 12 gru 2025, 7:16 Charakter ojca... Psycholog jej każe sie zdystansować, no to dystansuje sie brakiem kontaktu. Nie chce rozmawiać, nie chce mnie widzieć. To bardzo boli, bo miałyśmy świetny kontakt. Czas przeszły użyty właściwie. O to tez obwiniam męża, bo taka prawda. Teraz stoję na pozycji-ona albo ojciec. Taki wybór dało mi dziecko.
Ostrożnie z porównywaniem dziecka do ojca w negatywnym kontekście. To bardzo rani, gdy rodzic mówi dziecku, które doświadczyło przemocy, że jest jak sprawca tej przemocy. Znam to z perspektywy córki. Mama tak mnie raniła.

Mój starszy syn, gdy konflikt z moim mężem narósł, nie odzywał się do mnie przez rok. Miał za to kontakt z mężem/tatą i bardzo o niego zabiegał. Bolało. Próbowałam na różne sposoby wymusić relację, ale syn postawił mocne granice, odizolował się ode mnie. Wcześniej mieliśmy dobry kontakt. U nas do odbudowy reakcji potrzebna była terapia rodzinna. Zanim na nią trafiliśmy, dużo wypłakałam. Dla mnie ulgą była modlitwa, w modlitwie też przychodziły do mnie dobre natchnienia. Małe drobne kroczki, odbudowujące zaufanie dziecka. Zależy ci na córce. Znajdziesz drogę do niej.
Solaris pisze: 12 gru 2025, 7:16 Nie wiem, jak zatrzymać przemoc. Próbowałam. On nie rozumie tego co mówię. Nie rozumie granic. Udaje, ze ok, za 2 dni to samo. Tak, jestem bezsilna.
Miałam bardzo podobnie. Sądziłam, że granice to takie zachowania, które spowodują zmianę zachowania mojego męża. Bardzo trudno było mi zrozumieć, że to tak nie działa.

Dobrą granicę stawiam sobie. Postaram się wyjaśnic to na prostym przykładzie. Mój mąż, gdy rozpoczął życie z kochanką, zaczął rozmawiając ze mną stosować wulgaryzmy i wulgarne wyzwiska. Bardzo mnie to raniło.

Niewłaściwie rozumiejąc granice mówiłam mu żeby przestał. Nie przestawał. Czasem udawałam, że mnie to nie rusza. To też nie pomagało.

Potem dowiedziałam się, że to ja mam coś zrobić. Coś, co w ogóle nie zależy od męża, tylko w całości ode mnie. Bardzo długo nie umiałam wymyslić nic. Zero. Leżałam w kałuży. Sparaliżowana. W końcu wymyśliłam. Mogę wyjść z domu. Jak wymyśliłam jedno wyjście, pojawiły się nowe. Mogę zakonczyć rozmowę telefoniczną, jeśli to będzie przez telefon. Albo nie odpisywać na smsy, jak wyzwiska będą w wiadomościach. Jak to będzie wrzeszczenie pod moim oknem, mogę wezwać policję. No i zaczęłam to robić.

Za każdym razem, gdy mąż wchodził w wyzwiska, kończyłam interakcję. Mąż nie przestał ich stosować. Ja zadbałam o siebie, żeby ich nie słuchać. Mąż się nie zmienił. Ja zmieniłam swoje zachowanie.

Z czasem mąż też zmienił swoje. Bo któregoś razu miał do mnie sprawę. Powiedział brzydkie słowo, rozłączyłam się. I tak kilka razy. Ale mu zależało. Więc w końcu dał radę przeprowadzić całą rozmowę bez ani jednego wyzwiska.

I tak pracowałam że sobą zachowanie po zachowaniu. Ucząc się granic - stawianych sobie.

Solaris pisze: 12 gru 2025, 7:16 Dlatego tez widze jedyne rozwiązanie na zatrzymanie tego wszystkiego w postaci separacji. Mam tez świadomość, ze to emocje, ale sa tak silne, ze sama na siebie tez wywieram presję.
Masz na myśli separację prawną czy faktyczną?
Przed długi czas nie miałam jak odizolować się od męża, bo mieszkał niedaleko i miał przyznane kontakty sądowe. W domu gdzie mieszkalam. Wykorzystywał je do zastraszania mnie. Był nawet czas, gdy dla swojego i młodszego dziecka bezpieczeństwa uciekłam z domu i nie wracałam ze dwa miesiące, bo mąż miał pełnoobjawową psychozę po długotrwałym użyciu substancji.

Długo zbierałam siły i zasoby do tego, by móc się odizolować. Przeprowadziłam się daleko, poza zasięg męża. Kosztowało mnie to ogrom wszystkiego. Od kontaktów i środowiska zawodowego zacząwszy. Ale zyskałam spokój i bezpieczeństwo. To było trudne, także dlatego, że przejściowo kosztowało mnie bycie mamą na odległość. Mąż przekonał młodszego syna, by przeprowadził się do niego, a nie ze mną. Kolejny ból. Przeszłam i to. Odzyskałam drugie dziecko.

Wyjście z przemocy nie jest bez kosztowe. To nie jest tak, że straty nie bolą. Bolą. Ale w zamian jest bezpieczeństwo, które pozwala zacząć zdrowieć.
Solaris pisze: 12 gru 2025, 7:16 Odzyskać spokoj i kontrole-tak, brzmi dobrze. Brzmi wspaniale. Chce stanąć na nogi, ale nie wiem jak. (...) przeszlosci nie zmienię (...)
W tym bardzo mi pomagały konferencje księdza Dziewieckiego. Jedna z najważniejszych jego wskazówek dla mnie brzmiała: najpierw dobra teraźniejszość. To stało się taką podstawą mojego planu. Że przeszłość na razie zostawiam - tak jak piszesz, ona już była.
Ja mocno bałam się też o przyszłość. Jak to będzie. Jak sobie sam radę. Zawierzyłam tą przyszłość Bogu. Skupiłam się na teraz. Jak poradzę sobie dziś. Bez bagażu przeszłości i zamartwiania się o przyszłość to dziś stało się do udźwignięcia. Powoli, krok za krokiem.

Przez długi czas to "teraz" budowałam, nadal będąc w zasięgu przemocy męża. Nie miałam sił i zasobów, by się wyprowadzić. Budowałam je długo. Dostałam w tym dużo pomocy od wielu serdecznych kochających osób. Po też potrzebujemy wspólnoty w zdrowieniu, bo wspólnota daje siłę, tą której nie mamy i to wsparcie, którego potrzebujemy. Aż w końcu udało mi się wyprowadzić.
Solaris pisze: 12 gru 2025, 7:16 Wartości nie czuję. Żadnej. Nie czuje sie ani potrzebna, ani wartościowa, ani ładna, ani... Można wymieniać długo. Wręcz przeciwnie. Nie umiem powiedziec o sobie niczego dobrego. Czuję sie beznadziejna, bo przeze mnie- przez brak mojej reakcji doprowadziłam do tego wszystkiego.
Nie ma winy w tym, że się doświadcza przemocy. To nie brak reakcji jest jej źródłem. Natomiast wobec przemocy można podjąć odpowiedzialność - ucząc się chronić.

Rozumiem, to co piszesz o tym, jak się czujesz i jak się oceniasz. Po przemocy czułam się stara, wyczerpana i brzydka. Czuję się lepiej że sobą. Ale nadal nie odzyskałam siebie. Jestem córką Króla. Ale taką jeszcze mocno poszarpaną. Dopiero co z kałuży wylazłam. Marny widok...
Solaris pisze: 12 gru 2025, 7:16 Trzeba bylo zrobic porządek jak sie dowiedziałam o kowalskiej. Ja byłam juz zbyt słaba. I teraz w efekcie rodzina jest rozwalona, a ja praktycznie straciłam kontakt z dzieckiem. Bo obawiam sie, ze mimo moich starań ona nie wróci... czy mozna sie podnieść z czegos takiego? Z utraty dziecka? Nie sądzę. Trudno w takiej sytuacji powiedzieć o sobie cokolwiek dobrego, a odzyskanie wartości i szacunku do siebie staje sie niemozliwe.
To jest o przeszlości - co była. I o przyszłości - co nie wiadomo jaka będzie. Dobrze się wypisać, zrzucić lęki i obawy, to co w nich ciąży. Zrzucić. Dobrze, że to robisz.

A potem przyjrzeć się temu, jak zbudować teraz. Solaris, spróbuj jakiejkolwiek grupy wsparcia, nawet on-line na początek. To naprawdę pomaga. Działa. Wiem jak trudno się przełamać. Ale nadal warto.

Próbuj też robić jeden mały krok na raz. Znaleźć grupę on-line. Na przykład. Albo zrobić sobie listę pytań. Albo chwilę pooddychać. Pomodlić się chwilę w intencji twojej relacji z córką. Każda taka mała rzecz, którą postanowisz i zrobisz, pomaga odnaleźć w sobie trochę wartości, trochę szacunku. Pomaga poczuć spokój - i odzyskać część kontroli. Powoli, spokojnie. Nie nic. Nie wszystko. Trochę.

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

: 12 gru 2025, 12:38
autor: Solaris
Tak, ja mam problem z tym życiem po. W mojej głowie jest powrót do przeszłości, choć wiem, ze to nie nastąpi i nie ma takiej opcji. Juz tak samo nie bedzie. Z tym sie pogodziłam. Ale czy przyjęłam? Chyba właśnie nie bardzo. To pewnie jest przyczyna tego, ze nie umiem zrobić kroku dalej.

Problem jeszcze jest w tym, ze ten krok dalej to dla mnie tylko separacja-czy faktyczna, czy sadowa-to bez znaczenia. Ja nie widze innego wyjścia, męczę sie 4 lata, 4 lata daje szansę, i 4 lata nie widzę efektów. Bo to, ze maz sie juz nie awanturuje to jedno, a to, ze wciaz jest ta przemoc, to drugie. Ja nawet nie wiem, czy on to robi świadomie, czy sie juz tak przyzwyczail ze weszło w normę. Ja chce czegos jednego, on mi tego nie daje. Czy jest wiec sens trwać?
Obawiam sie również, ze nawet rozstanie nie załatwi moich problemów, to znaczy, jestem tego pewna. Mówię to tez dzieciom- rozstanie nie załatwi problemów, to nie czarodziejska różdżka- ale może nas wszystkich jakoś uspokoi i zmusi do przemyśleń. Innej drogi nie widze😪

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

: 12 gru 2025, 16:29
autor: Ruta
Solaris pisze: 12 gru 2025, 12:38 (...) Problem jeszcze jest w tym, ze ten krok dalej to dla mnie tylko separacja-czy faktyczna, czy sadowa-to bez znaczenia.
Słowa - i znaczenia tych słów - mają znaczenie. Zupełnie innych działań wymaga separacja sądowa, innych separacja faktyczna, a działania te przynoszą inne konsekwencje, inne korzyści i inne straty.
Warto zamiast ogólnych i niekonkretnych działań, rozważać konkretne rozwiązania - i wybrać to z nich, które będzie najbardziej pomocne i dobre dla mnie.
Jakie rozwiązanie jest dobre dla ciebie? Będziesz wiedzieć, kiedy je znajdziesz. To zwykle jest cały szereg, pakiet rozwiązań. Nie jedno krótkie cięcie.
Solaris pisze: 12 gru 2025, 12:38 Ja nie widze innego wyjścia, męczę sie 4 lata, 4 lata daje szansę, i 4 lata nie widzę efektów. Bo to, ze maz sie juz nie awanturuje to jedno, a to, ze wciaz jest ta przemoc, to drugie.
Przemoc należy z całą stanowczością zatrzymywać i się przed nią z całą stanowczością chronić. To nie jest coś, co należy przeczekiwać, na coś należy odpowiadać naiwnością (myloną z miłością). Mnie uczono przeczekiwania i naiwności. O tym też dużo mówi ksiądz Dziewiecki, że naiwność nie chroni przed przemocą.

Nauka tej ochrony jest żmudna i długa. Ale działa. Chroni.
Solaris pisze: 12 gru 2025, 12:38 Ja nawet nie wiem, czy on to robi świadomie, czy sie juz tak
przyzwyczail ze weszło w normę.
Nie ma znaczenia, czy stosowanie przemocy jest świadome. Mój mąż części swoich zachowań nie pamięta, był wtedy odurzony, w stanie psychotycznym. Nie był świadomy. Ale zniszczenia jakich dokonywał we mnie i dzieciach działaniami były realne.

Gdy jest przemoc, chronię się przed nią także, gdy jej sprawca nie jest jej świadomy.
Solaris pisze: 12 gru 2025, 12:38 Ja chce czegos jednego, on mi tego nie daje. Czy jest wiec sens trwać?
A gdyby mąż dawał ci to, czego potrzebujesz, ale stosował przemoc? Tak było w moim przypadku. Dostawałam od męża dużo dobrych rzeczy. Oraz przemoc. Z powodu tych dobrych rzeczy trudno mi było rozpoznać przemoc i zacząc się chronić.
Czasem tym dobrem, dla którego znosi się przemoc jest stabilnośc, jaką daje życie że sprawcą przemocy. Mieszkaniowa, finansowa. To są ważne sprawy. Jednak żadne z tych dóbr na dłuższą metę nie równoważy powstających szkód.

Solaris pisze: 12 gru 2025, 12:38 Obawiam sie również, ze nawet rozstanie nie załatwi moich problemów, to znaczy, jestem tego pewna. Mówię to tez dzieciom- rozstanie nie załatwi problemów, to nie czarodziejska różdżka- ale może nas wszystkich jakoś uspokoi i zmusi do przemyśleń.
To prawda. Do wychodzenia z przemocy potrzeba wielu róznych działań. Planowanie tych działań nazywa się tworzeniem planu bezpieczeństwa. W planie bezpieczeństwa planujesz konkretne działania ochronne i patrzysz co jest ci potrzebne, by móc z nich korzystać oraz zebranie tych środków. Także staranne rozważenie działań prawnych. Plan obejmuje także stworzenie sieci wsparcia.

Plan nie obejmuje pochopnych decyzji - to jest wtedy szarpanie się w sieci. Nie pomaga. Osłabia.
Solaris pisze: 12 gru 2025, 12:38 Innej drogi nie widze😪
Szukanie rozwiązań jest trochę jak wybór ubrania na wyjście, gdy mam trochę niedostatków w szafie. Czyli nie mam szafy pełnej gotowych eleganckich kompletów. Wyciągam wszystko co mam i przymierzam po kolei. Aż skompletuję dobry zestaw. Potem jeszcze dobieram dodatki. I jestem gotowa do wyjścia. Choć z początku wydawało mi się, że nie mam w co się ubrać i będę musiała zostać w domu. Mogę wyjść.

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

: 12 gru 2025, 17:46
autor: Solaris
Ruto, dla mnie teraz najważniejsze jest odzyskać dziecko. Trudno o to jak jest tyle km ode mnie, od domu. Czasem myślę ze to niemozliwe😪 dużo padło trudnych słów, z obu stron. Dlatego tez i w tym aspekcie jedyne wyjście które widze to separacja z mężem, bo corka tego oczekuje i tego mi wybaczyć nie potrafi. Ale... przeciez to tez tematu nie załatwi. Są tez inne problemy, które nas różnią, np mieszkanie z facetem u niego w domu. Straciła niezależność, a miala swoje wynajete mieszkanie, ktore oplacalismy, popełniła ten sam błąd co przy tamtym psycholu. Rzuca sie w tę miłość na zabój, nie przewidujac, nie myśląc. Impuls, endorfiny, itp. Ja nie akceptuję tego mieszkania, tym bardziej u jego rodziców. Córka o tym wie, a ja nie chce zakłamywać rzeczywistości, skoro tak uwazam, to uwazam, mowie o tym. Jednocześnie podkreslam-twoja sprawa. Mnie sie nie podoba, ale twoja sprawa, ja ostrzegam.
A dzisiaj mialam sen, wykrzyczała mi ze znalazła sobie lepsza mamę i mnie juz nie chce widzieć. To bylo straszne. I strasznie realne.
Jak wyjść z tej przemocy-to mnie nurtuje. Nie krzyczy, nie tłucze, nie jest agresywny. Ale nie przestrzega tego, na co sie umawialiśmy, nawet u psychologa. Przerzuca winę. Bywa uszczypliwy i złośliwy. No i nie okazuje mi nic. Żadnych uczuć. Nie wiem, na ile to efekt antydepresantów, a ile po prostu braku uczuc. Przecież z jakiegoś powodu znalazł sobie kowalską. Przecież wciaz ma kontakty zbyt bliskie z innymi babami, mimo mojego wyraźnego sprzeciwu.
Miałam bardzo podobnie. Sądziłam, że granice to takie zachowania, które spowodują zmianę zachowania mojego męża. Bardzo trudno było mi zrozumieć, że to tak nie działa.
No ja właśnie chyba nie rozumiem. Jesli mówię, ze mi sie nie podobają jego kontakty i jasno o tym mówię, to rozumujac logicznie- powinien przestac-a jednak nie przestaje. Ok, załóżmy ze nie przestanie-to co ja w takiej sytuacji mogę robić dla siebie?
Mnie to "wszystko albo nic" przez lata postrzymywało przed działaniem. "Wszystko" oferowało mi moje ówczesne środowisko religijne i rodzina męża - zostań i znoś. "Nic" oferowała mi moja rodzina - bierz rozwód. Nie umiałam odnaleźć się ani w jednym ani w drugim. Pierwszego nie mogłam już wytrzymać, drugie wiązało się z pogorszeniem mojej sytuacji, zostaniem rozwódką i samotną matką, samotnym życiem, rozpadem rodziny. Tak to widziałam.

Okazało się, że jest inne rozwiązanie. Zacząć się chronić. Nie umiałam tego zrobić dobrze, popełniłam błędy, w tym co do rezygnacji z ochrony za pomocą środków prawnych. Nie umiałam dobrze wybrać doradców. Otłukłam się mocno. Ale się nauczyłam.
Dokładnie to mam teraz. Poza tym środowiskiem religijnym, bo tego nie mam, raczej mam grono doradców pod tytulem-rozwiedź sie. I zupełnie nie wiem co z tym począć. I nie wiem, jak sie chronić.

Jesli chodzi o finanse- u mnie jest prosta piłka-musze sie podzielić połowa majatku, a na to nie mam ochoty. Nie mam tez możliwości spłaty, nawet przez te 10 lat. Jakbym tyle czasu spłacała, to skończę na emeryturze. Nie ma żadnego innego wyjścia, juz to rozpatrywalam z prawnikiem na milion sposobów.

Piszesz o grupie wsparcia-jakiej?

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

: 12 gru 2025, 20:41
autor: Ruta
Solaris pisze: 12 gru 2025, 17:46 Ruto, dla mnie teraz najważniejsze jest odzyskać dziecko. Trudno o to jak jest tyle km ode mnie, od domu. Czasem myślę ze to niemozliwe😪 dużo padło trudnych słów, z obu stron. Dlatego tez i w tym aspekcie jedyne wyjście które widze to separacja z mężem, bo corka tego oczekuje i tego mi wybaczyć nie potrafi. Ale... przeciez to tez tematu nie załatwi. Są tez inne problemy, które nas różnią, np mieszkanie z facetem u niego w domu. Straciła niezależność, a miala swoje wynajete mieszkanie, ktore oplacalismy, popełniła ten sam błąd co przy tamtym psycholu. Rzuca sie w tę miłość na zabój, nie przewidujac, nie myśląc. Impuls, endorfiny, itp. Ja nie akceptuję tego mieszkania, tym bardziej u jego rodziców. Córka o tym wie, a ja nie chce zakłamywać rzeczywistości, skoro tak uwazam, to uwazam, mowie o tym. Jednocześnie podkreslam-twoja sprawa. Mnie sie nie podoba, ale twoja sprawa, ja ostrzegam.
A dzisiaj mialam sen, wykrzyczała mi ze znalazła sobie lepsza mamę i mnie juz nie chce widzieć. To bylo straszne. I strasznie realne.
Dużo w tym co piszesz jest lęku, nawet paniki. Rozumiem to, bo przeszłam jako mama utratę kontaktu z młodym dorosłym synem. Ale przeszłam też odbudowanie relacji.

Rzecz w tym, że żeby odbudować relację, trzeba czasu, pogłębiania wiedzy, zmieniania tego co można zmienić - w pierwszej kolejności swoich zachowań, postaw, przekonań, mechanizmów. Także pracy w terapii. Potrzeba zgody na to, że całość jest procesem i pracą. Nad sobą.

Cała reszta, realizowana w trybie muszę to, muszę tamto, jest szarpaniem się w sieci. Nie pomaga, osłabia.
Solaris pisze: 12 gru 2025, 17:46 Jak wyjść z tej przemocy-to mnie nurtuje. Nie krzyczy, nie tłucze, nie jest agresywny. Ale nie przestrzega tego, na co sie umawialiśmy, nawet u psychologa. Przerzuca winę. Bywa uszczypliwy i złośliwy.
No i nie okazuje mi nic. Żadnych uczuć. Nie wiem, na ile to efekt antydepresantów, a ile po prostu braku uczuc. Przecież z jakiegoś powodu znalazł sobie kowalską. Przecież wciaz ma kontakty zbyt bliskie z innymi babami, mimo mojego wyraźnego sprzeciwu.
1.Chronić się w chwili gdy przemoc się dzieje. Jak? Na początku jest trudno wymyślić cokolwiek. Trzeba praktyki.

Co zwykle robisz, gdy mąż jest wobec ciebie złośliwy i ciebie to rani?
Czy to pomaga?
Co mogłabyś zrobić inaczej, by się ochronić i nie doświadczać złośliwości?

2. Odpuścić chęć zmiany męża i kontrolowania zachowania męża. Ja chciałam żeby mój mąż przestał korzystać z używek wszelakich, poszedł na terapię oraz przestał mnie zdradzać. Cele szczytne, ale mąż ich nie podzielał.

3. Zlikwidować całą przemoc po swojej stronie.

Samodzielnie to nie jest wykonalne. Potrzeba terapii.
Solaris pisze: 12 gru 2025, 17:46 No ja właśnie chyba nie rozumiem. Jesli mówię, ze mi sie nie podobają jego kontakty i jasno o tym mówię, to rozumujac logicznie - powinien przestac-a jednak nie przestaje. Ok, załóżmy ze nie przestanie-to co ja w takiej sytuacji mogę robić dla siebie?
To nie jest logiczne, że mówię drugiej dorosłej osobie, co ma robić - i ta osoba to robi. Chyba, że akurat jestem kierownikiem produkcji :D A i wtedy pracownicy mają jakiś tam margines samodzielności. W rodzinie to nie przechodzi.

Ja doszłam do wniosku, że trzeba zaakceptować swój brak wpływu na postępowanie męża (i innych osób w rodzinie). Spojrzeć w siebie, w swoje potrzeby w tej sytuacji. I zająć się swoimi potrzebami.

Nie ma tu jednego rozwiązania, jaka jest ta odpowiedź.

Ja cierpiałam. Było to rozwiązanie, ale nie było dla mnie pomocne. Był czas, że przestałam się przejmować, zaczęłam żyć swoim życiem. I omało sama nie wpadłam w romans. Wycofałam się, zanim do czegokolwiek doszło, ale emocjonalnie zbierałam się kilka miesięcy. To nie pomogło. Robiłam jeszcze mnóstwo różnych bardziej lub mniej sensownych rzeczy. Koniec końców zaakceptowałam w pełni, że nie mam wpływu na męża. Żyję sama. Nie interesuję się jego relacjami z innymi kobietami. To jego problem, jego bagienko. Nauczyłam się tego przy pierwszej "długoterminowej" kowalskiej. Nie muszę za mężem włazić do każdego bagna, w jakim on ma ochotę się wytarzać.
Solaris pisze: 12 gru 2025, 17:46 Dokładnie to mam teraz. Poza tym środowiskiem religijnym, bo tego nie mam, raczej mam grono doradców pod tytulem-rozwiedź sie. I zupełnie nie wiem co z tym począć. I nie wiem, jak sie chronić.
Gdy na jaw wyszły ciemne sprawki mojego męża, w tym romans, presja żebym się z nim rozwiodła była ogromna. Także ze strony wspólnych znajomych, którzy wspierali romans mojego męża. Jak się chroniłam? Słabo. Ale wewnętrznie wiedziałam, że nie zrobię tego, na co nie mam ochoty. Potem mój mąż próbował wymusić na mnie rozwód ciężkimi formami przemocy. Nie umiałam się bronić. Umiałam tylko się nie złamać. W tamtym czasie nie miałam w sobie zgody na rozwód.

Jak się chronię dziś? Gdy ktoś jest agresywny, wzywam policję. Gdy ktoś chce coś na mnie wymusić, odsuwam się. Przebywam z tymi, którzy mnie szanują i nie przebywam z tymi, którzy mnie nie szanują. Wymagam od siebie, a to pozwala mi wymagać od innych. Umiem mówic nie. I wiem że "Nie." to jest całe zdanie. Nie mam obowiązku się tłumaczyć z odmowy. Uczę się troski o siebie.
Solaris pisze: 12 gru 2025, 17:46 Jesli chodzi o finanse- u mnie jest prosta piłka-musze sie podzielić połowa majatku, a na to nie mam ochoty. Nie mam tez możliwości spłaty, nawet przez te 10 lat. Jakbym tyle czasu spłacała, to skończę na emeryturze. Nie ma żadnego innego wyjścia, juz to rozpatrywalam z prawnikiem na milion sposobów.
Bariera finansowa utrudnia wyjście z przemocy. Nie chodzi pewnie nawet o ochotę, ale o ekstremalnie trudną sytuację po podziale majątku. Nikt nie ma ochoty popaść w bezdomność. Nie mieć gdzie przyjąć dzieci na święta.

Dlatego opracowuje się plany bezpieczeństwa. Jeśli przeszkodą do odejścia są pieniądze, trzeba ten problem rozwiązać.

Jeśli ten problem nie jest rozwiązywalny, trzeba uczyć się chronić tu i teraz przed tą przemocą jaka jest tu i teraz. Przygotowanie do przeprowadzki zajęło mi 5 lat.
Solaris pisze: 12 gru 2025, 17:46 Piszesz o grupie wsparcia-jakiej?
Ja korzystałam z terapii współuzależnienia w poradni uzależnień, terapia była dwutorowa: terapeutyczna grupa wsparcia i terapia indywidualna. To półtora roku pracy. Korzystałam też z mitingów Al-anon. Potem był program 12 kroków, realizowany on-line. Była też moja terapia rodzinna z synami. Potem moja indywidualna terapia. I terapia traumy. Teraz też mam grupę wsparcia w ramach mojej wspólnoty i do tego kilka osób, do których mogę zadzwonić, gdybym zaczęła wchodzić w stare buty. I takich, które mi powiedzą, gdy to one zobaczą, że tak robię.

Na długo przed głównym kryzysem korzystałam ze specjalistycznych grup wsparcia dla rodziców. Gdy z mężem było źle, zaczęłam też uczęszczać na grupę wsparcia dla osób mających bliską uzależnioną osobę.

Grup wsparcia, terapii jest ogromny wybór.

Pierwszeństwo ma zawsze rozwiązanie problemu uzależnienia i współuzależnienia - więc najpierw wybiera się terapie i grupy ograniające te problemy.

Warto zobaczyć z czym ja się mierzę, co jest moim głównym problemem. I znaleźć grupę do problemu. Oraz terapię nastawioną na jego rozwiązanie.

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

: 14 gru 2025, 22:32
autor: Solaris
Dzieki za odpowiedź. Trochę sie pogubiłam, musze poczytać na spokojniejszej głowie. Niestety, znowu mam problem, kolejny 😪

Tak, lęk i panika mi towarzyszy bez przerwy. Jedyne na czym mi teraz zależy to na poprawie stosunków z córką. To jest absolutny priorytet. Mam nadzieję ze przyjedzie na święta.
Dzisiaj pierwszy raz od wielu lat powiedzialam całą modlitwę Ojcze nasz... Całą. Świadomie.
Wybaczam. Ale zyc z nim chyba juz nie umiem...

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

: 15 gru 2025, 22:06
autor: Ruta
Solaris pisze: 14 gru 2025, 22:32 Dzieki za odpowiedź. Trochę sie pogubiłam, musze poczytać na spokojniejszej głowie. Niestety, znowu mam problem, kolejny 😪

Tak, lęk i panika mi towarzyszy bez przerwy. Jedyne na czym mi teraz zależy to na poprawie stosunków z córką. To jest absolutny priorytet. Mam nadzieję ze przyjedzie na święta.
Dzisiaj pierwszy raz od wielu lat powiedzialam całą modlitwę Ojcze nasz... Całą. Świadomie.
Wybaczam. Ale zyc z nim chyba juz nie umiem...
Mam nadzieję, że znajdziesz swój sposób na zmniejszenie lęku i paniki. Kiedy je odczuwałam na co dzień, byłam tak przyzwyczajona, że nawet nie rozumiałam co mi robią. Ale wpływały na wszystko, włącznie z moim zdrowiem.

To co napisałaś o modlitwie - poczułam takie ciepło w sercu....dobrych owocnych modlitw 💕

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

: 17 gru 2025, 19:54
autor: Solaris
Czytałam kilka razy i myślałam... co tu zrobić, jakie sa moje reakcje. co napisac...

Zwykle jak jest sprzeczka z mężem i dochodzi do awantury, a w konsekwencji jakiejs formy przemocy, ja reaguje bardzo nerwowo i sie bronię tak, jak umiem. Na czym to polega? Najczęściej na obronie atakiem, czyli forma dość prymitywna, ale milczeć nie moge. Za długo milczałam, to teraz wybucham. Połowa z tego co mówię nie dociera, o ile dociera cokolwiek🙈ale ja sie czuje lepiej, jak nie chowam uszu po sobie i nie milczę jak zwykle. Potrafię powiedzieć duzo na głos, to jest tez nowość, tego nie bylo wczesniej. Kiedyś to tylko płakałam i prosiłam zeby przestal. Teraz potrafię stanąć w swojej obronie i obronie dziecka, niestety ze świadomością, ze niewiele to pomoże, bo zeby chcieć cos zmienić, trzeba słuchać a nie słyszeć. Moj maz ma problem z uznaniem czegokolwiek i ze słuchem rowniez, zwykle nie dociera. Zadufany w sobie bufon z koroną egoizmu na głowie. Wysoką koroną. Ale ja juz nie uciekam, i choć wiem, ze to niewiele jesli chodzi o niego, to jest to ogromnie dużo jak chodzi o mnie. To u mnie nastąpiła zmiana, bo ja juz sie nie boję konfrontacji. Ale wciaz boje sie tego, co dalej.
Nie radzę sobie kompletnie z kłamstwami męża, widze je wszędzie, jestem okrutnie podejrzliwa, moze nie zawsze slusznie-tego nie wiem. Nie sprawdzam, nie kontroluję, nie chodzę za nim. Nigdy zresztą tego nie robiłam, a jego kłamstwa tak czy siak wychodziły na wierzch. Jedyne co umiem, to demonstruję ze wiem. Wcześniej sie bałam i tego. Pojęcia nie mam, co mogłabym zrobić inaczej.
Generalnie, chyba juz mentalnie zyje sama. Przestałam pytac, gdzie był, gdzie idzie, z kim. Muszę chronić siebie, a tu niewiedza jest pożądana jednak. Czasem lepiej nie wiedzieć. To, ze wiem, niczego nie zmienia, przeciez skutek ten sam-czyli brak skutku. Stwierdziłam, ze nie będę sie wiecej dręczyć.
Tak, bariera finansowa jest, i jest bardzo ważna niestety. Ja sie niby przygotowuję do podziału majątku, ale tez nie wszystko sie da zrobić, mamy majątek wspólny i koniec-nie przeskoczę pewnych spraw. Teraz tylko pozostaje pytanie-czy zyc jak teraz, razem albo osobno, czy odejść i uwikłać sie w kredyt zeby spłacić mieszkanie. Niestety, o wyprowadzce tez nie ma mowy, musimy sie porozumieć albo ustalić sąd, czego wolalabym uniknąć. Tu widze jedynie kwadrature koła.
Jak chodzi o terapię- no cóż, jak sie bylo instruktorem i edukatorem, to ciężko bedzie wejść w Al Anon czy 12 kroków. Za dużo wiem, byłam po drugiej stronie. Terapeuty indywidualnego wciaz szukam. Na razie musze sobie radzić sama. A wszystkie siły rzuciłam na dogadanie sie z córką i ochronę młodszego dziecięcia.
Próbuję wiec jakoś przewartosciowac swoje myślenie, zająć sie sobą i swoim dobrostanem. Pytanie tylko czy obecność męża w domu bedzie mi szkodzić, albo chociaż nie przeszkadzać. Póki co, trochę mnie to rozstraja. Miewam mętlik w głowie, a jego obecnosc to wzmacnia.

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

: 26 gru 2025, 11:44
autor: Solaris
Strasznie smutne mam te Święta. Myśląc o wigilii w wigilię tylko płakałam. W kościele po przyjęciu Komunii tylko płakałam. Teraz, pisząc to wszystko tez mam tylko lzy w oczach. Nawet święta nie spowodowały jakiegokolwiek zakopania topora wojennego miedzy ojcem i córką, to jest dla mnie wręcz tragiczne, a ja sama czuje sie bezradna. Nie moge na to patrzeć, nie mogę słuchać tej ciszy.
Jestem wiec sama ze soba, przed rodzina udaję ze wszystko jest ok, ale przychodzi mi to coraz trudniej. Widzę swoje święta w przyszłości...dzieci daleko, ja tutaj, sama. Jest to przerażająca perspektywa, niestety coraz bardziej realna. Nie widze żadnej szansy na naprawę mojego małżeństwa. Do tanga trzeba dwojga, a mój maz szaleje coraz bardziej.
Smutne te Święta. Strasznie smutne. Czytam zyczenia od znajomych, i tak sobie myślę... ludzie, gdybyście tylko wiedzieli...

Re: Początek samotnej drogi-jak sobie poradzic, jak przetrwać, jak żyć...😪

: 02 maja 2026, 0:47
autor: Solaris
Minęło troche czasu, wydarzyło sie bardzo dużo. Dobrego i złego. Dobre to, ze jestem blisko z córką. Odpuscilam to, co nas dzieli, bo przeciez nie mam na to wplywu. Ciesze sie, ze jest szczesliwa. I ze jest pod opieka lekarza i terapeuty.

Ja rowniez jestem juz od pewnego czasu pod opieką lekarza i terapeuty, biore leki. Ale w przeciwienstwie do meza wciaz czuję. On nie. Wiec on jest problemem, jego stan jest problemem, bo leki uczuc nie wylaczają.

A złe? Ataki męża nie ustały, bylo coraz gorzej. Policja założyła niebieską kartę. Nie chcę wdawać sie w szczegóły, bo nie w tym rzecz. Tak czy siak, podjęłam decyzję i jestem juz po rozwodzie. Poszlo nardzo szybko. Mąż ma orzeczoną eksmisję, ale nie natychmiastową. Musze jeszcze troche wytrzymać.

Podjecie decyzji o złożeniu pozwu bylo najtrudniejszą decyzją w moim zyciu. Ale nie mialam wyboru. Bałam sie go, i wciaz sie boję. Moja diagnoza jest niefajna, jak pewnie u większości ofiar przemocy. Po jednej z awantur dotarlo w końcu do mnie, ze i ja jestem ofiarą przemocy. I czas najwyższy to przerwać. Innej drogi niz pozew nie było.

Jest mi bardzo trudno. Bardzo dużo płaczę, choc z drugiej strony kamień spadł mi z serca i cieszę sie, ze z pomocą adwokata przeszłam przez ten rozwód suchą stopą.

Swieta wielkanocne byly straszne. Wyłam w kościele strasznie. W Wielki Piątek tak mocno, ze w sobotę juz nie poszłam. Trudne doświadczenie. Ale odczuwam ulgę, i modlę sie w dalszym ciągu o siłę do przetrwania. I chyba ją mam, skoro przez niecałe 4 miesiace tyle udało mi sie zdziałać. Na sali sądowej byłam bezwzględna i powiedzialam całą prawdę. Na swój temat w życiu nie usłyszałam tylu kłamstw, momentami to nawet bylo zabawne. Siedziałam obok adwokata i sie zwyczajnie śmiałam. Sędzia to widział. Myślę, ze wiele juz podobnych słów słyszał, bo z tego co czytam, bardzo podobnie sie mężczyźni zachowują jak moj. Nawet teksty podobne, o ile nie identyczne.

Teraz jestem bezpieczna. Wprawdzie mieszkamy w jednym domu, ale maz juz wie, ze potrafię zadzwonić po policję. Został zresztą pouczony, ze raz fiknie i eksmisja natychmiastowa. Czekam z niecierpliwością na jego wyprowadzkę, choc po tylu latach to bedzie trudne doświadczenie i trudno mi bedzie na to patrzeć.

Dzieci sa ze mnie dumne. To przyjemne. Bardzo mi pomagają tak mentalnie. Uzyskałam dużo pomocy od różnych ludzi, bardzo pomógł mi moj prawnik. I choc skonczylo sie rozwodem, dziekuje Bogu za to, ze w końcu zadbalam o siebie, ze dal mi siłę i tylu życzliwych aniołów postawił na mojej drodze.

Teraz próbuje jakos sie wydostać z tego żalu i smutku. To nie jest łatwe. Sprawa jest świeża, wiec musze dać szansę czasowi. Co jeszcze moge zrobic? Nie wiem. Mam ochotę wyrzucić wszystko z mieszkania, spać na podłodze i zacząć od nowa, kupując do niego po kilka rzeczy w miesiącu, bo na tyle mnie stac. Odczuwam bardzo kwestie finansowe, bo mąż nie płaci alimentów. Sprawa jest w toku. Ale jest ciężko.

I tak wyglada moje zycie... w poniedziałek lecę do urzędu i zmieniam nazwisko. We wtorek mam fryzjera. Ścinam włosy. Na krótko. Chciałam tego juz dawno, nie mialam idwagi. Teraz ją mam, i choc ciagle płaczę, juz sie nie zatrzymam.

A wszystkim Wam dziękuję, bo zanim napisałam tego posta, przeczytałam wątek jeszcze raz. I tak, jestem dumna z siebie, bo pokazałam, ze moge i potrafię. Ze jestem kimś.